marca 29, 2020

(717) Przeciwnik

(717) Przeciwnik
Tytuł: Przeciwnik
Autor: Emmanuel Carrere
Wydawnictwo Literackie
Stron 200
Jean - Claude jest mordercą. Zabił swoją żonę, siedmioletnią córeczkę, pięcioletniego synka. Zabił również swoich rodziców. Zamordował, a potem próbował to ukryć - pozorując nieszczęśliwy wypadek. Nie udało mu się jednak zabić samego siebie, a potem przekonać śledczych, że sam jest ofiarą. Zostawił karteczkę "Banalny wypadek, niesprawiedliwość mogą wywołać szaleństwo. Wybaczcie mi". Jego sprawa wstrząsnęła opinią publiczną we Francji, wzbudziła także wiele emocji w autorze bestsellerowego "Królestwa". Emmanuel Carrere postanowił przyjrzeć się bliżej nie tyle samej sprawie, co postaci oskarżonego. Pragnął zrozumieć, co sprawiło, że lubiany i szanowany w społeczności mężczyzna, kochający mąż, ojciec i syn dopuszcza się tak okrutnej zbrodni. Odpowiedź jest krótka: słabości, kłamstwo i lęk - tytułowy "przeciwnik". 

Emmanuel Carrere to pisarz, którego prozę pokochałam za sprawą „Królestwa” – monumentalnej książki o historii chrześcijaństwa. Ona uświadomiła mi fenomen tego zjawiska. „Przeciwnik” jest zupełnie innym utworem. Trudno uznać go za powieść, choć opowiada historię wielkiego kłamstwa, które doprowadziło do okrutnej zbrodni. Przez niektórych jest uznawany za książkę głęboko chrześcijańską, bo pokazującą jak łatwo zło – czasami za sprawą jednego niewłaściwego kroku – może wejść do naszego życia. Dla mnie jest to pozycja, która budzi w człowieku wiele pytań i wątpliwości…  zarazem pozwala poznać odrobinę lepiej autora „Królestwa”.

To bardzo ciekawa książka pokazująca jak łatwo jest kłamać i oszukiwać, jak niewiele potrzebne jest  aby doprowadzić człowieka do zbrodni i obłędu, a przede wszystkim… jak wiele możemy nie wiedzieć o swoich bliskich, sąsiadach, znajomych. Jean - Claude przez 20 lat udawał, że jest lekarzem, cenionym pracownikiem WHO, że prowadzi ważne badania. Wyjeżdżał w delegacje, dobrze zarabiał, znał cenione w świecie nauki postacie. To wszystko okazało się jednak kłamstwem, a Jean - Claude oszustem - choć na pewno nie... pospolitym. Jego historia zaczęła się niewinnie. Nie zdał jednego egzaminu na studiach, zaczął kłamać, nie skończył studiów, nigdy nie pracował i jak się później okazało nie zarabiał. Stworzył całą sieć kłamstw, która przez prawie 20 lat pozwalała mu bez problemu oszukiwać najbliższych, funkcjonować i żyć na dobrym poziomie... jako skromny, dosyć cichy, ale dobry człowiek. Nie chcę Wam zbyt wiele zdradzać, ale ta historia naprawdę porusza. Sąd przyglądając się całej sprawie był w szoku jakim cudem jego kłamstwa nie wyszły wcześniej na jaw. Jean - Claude był przekonujący, z pozoru pewny siebie... w rzeczywistości wiedział jednak jak bardzo jego kłamstwo jest kruche, odczuwał ogromną presję i strach. I niestety te wszystkie emocje uległy zbyt dużej kumulacji, a gdy grunt zaczął mu drżeć pod nogami... uznał, że wyjście jest tylko jedno.

Podczas lektury zostajemy skonfrontowani z jego życiem pełnym łgarstw, ale także z opiniami najbliższego otoczenia, z rozprawą sądową, z funkcjonowaniem skazanego w więzieniu. Wbrew pozorom to właśnie te ostatnie fragmenty książki dotyczące życia za kratkami - poruszyły mnie najbardziej, pobudziły najwięcej emocji. Jedną z tych emocji było dogłębne oburzenie. To nie jest jedna z tych książek, o których po przeczytaniu szybko się zapomina - jest na to zbyt mocna i zbyt prawdziwa. Psychiatrzy uznali, że Jean - Claude nie jest osobą chorą psychicznie. Bardzo możliwe, że faktycznie nie jest. W mojej opinii osobą do cna toksyczną, która sama nie wie kiedy kłamie, bo czyniła to notorycznie - z kłamstwa uczyniła sposób na życie i jak sama niekiedy wskazuje - czasami nawet nie pamięta co stało się naprawdę, a co było kłamstwem i pasowało do zgrabnie ułożonej historii. Kłamstwo stało się silniejsze od Jean - Claude.

Carrere z początku, podczas lektury, wzbudził we mnie bardzo mieszane uczucia. Mam wrażenie, że jego chęć kontaktu z mordercą - potrzeba jego zrozumienia i współczucie mu okazywane były niezdrowe - żeby nie powiedzieć - chore. Nie potrafiłam się z tym zupełnie utożsamić. Potem na szczęście ta łaskawość autora dla Jean - Claude zmalała. "Przeciwnik" nie jest owocem pracy kilku tygodni, ale kilku lat - odczuwa to czytelnik. Z czasem podejście autora nie zmienia się na jakieś negatywne, pełne niechęci, ale odsłania się dużo większa dojrzałość. Dla mnie "Przeciwnik" jest owocem właśnie dojrzałości i rzetelności autora. Zresztą stanowił punkt zwrotny w jego literackiej karierze, przez wielu nazywany był francuskim odpowiednikiem "Z zimną krwią" Capote.

Carrere stworzył portret człowieka psychicznie zdegradowanego, uwikłanego w spirali kłamstwa i wątpliwości… Niespełna 200 stron świetnej literatury. Carrere pisze wybitnie i "Przeciwnik" jest dla mnie tego kolejnym dowodem. Po lekturze tej książki mam poczucie zaspokojonej ciekawości - przekonanie, że wszystko co powinnam o historii tego kłamstwa i morderstw wiedzieć - wiem. Jest to dla mnie bardzo spójne i ciekawie napisane. "Przeciwnik" we Francji został wydany po raz pierwszy ponad 20 lat temu, w Polsce jest to jego kolejne wydanie - tym razem w tłumaczeniu Grażyny Majcher. Pełno w tej pozycji emocji i to co bardzo mi się spodobało, to fakt, że ostatecznie autor czytelnikowi pozostawia decyzję do opinii moralnej dotyczącej bohatera. Interesująca, ważna i wzbogacająca lektura. Bardzo polecam.

Jean - Claude zamordował swoją rodzinę w 1993 roku. Niecały rok temu wyszedł na wolność.
W 2001 roku na ekrany kin trafił nakręcony na podstawie książki film "Przeciwnik".

Moja ocena: 8/10

listopada 30, 2019

(716) Trzy nie do końca udane pierwsze razy - Nesbo, Knapp i Masterton

(716) Trzy nie do końca udane pierwsze razy - Nesbo, Knapp i Masterton
Pierwszy raz... z nowym pisarzem. Cielesny kontakt z jego książką, mentalny z językiem i słowami - takich "razów" się nie zapomina. To one w dużej mierze decydują o tym jak dalej rozwinie się nasza znajomość, a raczej czy w ogóle będzie ona kontynuowana. Tak więc w moim życiu pojawili się trzej nowi panowie - Jo Nesbo, Radek Knapp oraz Graham Masterton. Przyznaję - nie poznałam ich w tej najlepszej literackiej formie ani też w największych gabarytach. Każda z tych książek nie miała bowiem więcej niż 200 stron. Tak więc dziś będzie wyjątkowo krótko - krótko o krótkich niewypałach. Na pierwszy ogień pójdzie Jo Nesbo… 

Tytuł: Krew na śniegu 
Autor: Jo Nesbo 
Wydawnictwo Dolnośląskie 
Stron 164

Jedna z moich koleżanek w gimnazjum szaleńczo zaczytywała się w powieściach Nesbo - ja pozostawałam na nie obojętna. Na półce co prawda znalazła się jedna czy dwie pozycje tego autora, ale nie chciałam wchodzić w nową serię - a tym samym zapoznawać się z żadną z książek, wchodzących w skład cyklu o  Harrym Hole'u. Wizyta w antykwariacie i wydane trzy złote sprawiły, że w moje ręce wpadła powieść "Krew na śniegu" - zupełnie inny bohater, krótka historia... jednak nie coś idealnego na "pierwszy raz". Największą zaletą tej powieści Nesbo jest bowiem jej zakończenie - zaskakujące, świetne, a przez to ratujące tę powieść. To właśnie te kilka ostatnich stron sprawia, że nie żałuję, że nie odłożyłam tej książki w połowie... tak jak mi to przeszło przez myśl. (Szczerze mówiąc... już po kilkunastu stronach chciałam ją puścić dalej w świat). 

Główny bohater "Krwi na śniegu", Olav jest płatnym mordercą - bez rodziny, przyjaciół i nadziei na ich posiadanie. Jest dobry w swoim fachu, jednak posiada pewne zahamowania. Jednym z nich jest bez wątpienia to, że zakochał się od pierwszego wejrzenia w kobiecie, którą miał zabić. Kobiecie, która dodatkowo jest żoną jego szefa, od którego dostał zlecenie na to konkretne morderstwo. 

Nesbo napisał nieskomplikowaną historię, która jest (poza ścisłym zakończeniem powieści) bardzo przewidywalna. Językowo? To lekkie czytadło. Ot, takie do przeczytania w jeden wieczór. Autor gdzieś próbował się pokusić o głębsze przybliżenie sylwetki Olava - trochę próbował zabawić się w psychologa, ale to nie wyszło. Sama postać Olava także nie zyskała mojej sympatii. Gdyby nie to, że jest płatnym mordercą... stwierdziłabym, że to takie przysłowiowe "ciepłe kluchy". Z drugiej strony on sam jako narrator pierwszoosobowy to przyznawał. Wskazywał na to, że nie pasuje do końca do profilu płatnego mordercy - delikatność ścierała się w nim z posturą i fizycznymi możliwościami oraz oczekiwaniami formułowanymi przez innych. Jest zarazem mało bystrym bohaterem, przez to bardzo charakterystycznym, a jednak takim, z którym na dłuższą metę nie da się wytrzymać zbyt długo. 

"Krew na śniegu" nie zraziła mnie do Nesbo - podświadomie czułam, że nie będzie to historia na tyle angażująca jak te z cyklu o Harrym. Jednak... "Krew na śniegu" to nic więcej niż czytadło. To historia, w której zawarte zostało trochę intrygi, akcji, romansu, a autor pokusił się także o mały rys psychologiczny bohatera, który wyjaśnia motywy jego postępowania. Nie mniej - "Krew na śniegu" nie jest książką, którą polecam. To akceptowalna historia, z ciekawym zaskoczeniem, które ratuje całość, jednak to za mało, żeby poświęcić jej chociaż o krztę więcej uwagi... Czy wrócę do Nesbo? W przyszłości na pewno, jednak sięgnę wtedy po coś bardziej sprawdzonego, co da mi szansę na odczucie większej czytelniczej satysfakcji. 

Moja ocena: 5/10

Tytuł: Instrukcja obsługi Polski
Autor: Radek Knapp
Wydawnictwo Carta Blanca
Stron 126

Radek Knapp jest Polakiem, który od 12. roku życia mieszka w Austrii. Jest znany wśród polskich czytelników przede wszystkim jako autor, zekranizowanej powieści "Lekcje Pana Kuki". "Instrukcja obsługi Polski" to coś na kształt reportażu, przeczytanego przeze mnie z czystej ciekawości i nieprzesądzający niczego w temacie pt. Czytać "Lekcje Pana Kuki" czy jednak nie czytać? Byłam ciekawa spojrzenia osoby, w pewien sposób związanej z Polską, a jednak od niej oddalonej - co uzna za ważne i szczególnie interesujące? Nie tylko w temacie zabytków, jedzenia, ale przede wszystkim polskiej mentalności. To na pewno pozycja napisana z dużym dystansem ze strony autora, a także sporą dawką ironii, która pozwala autorowi opowiedzieć z przymrużeniem oka o stereotypach dotyczących Polaków, Polsce przed transformacją, w jej czasie, a także po niej. Nie jest to jednak zdecydowanie dobra i warta uwagi pozycja. 

To zbiór felietoników, które dla polskiego czytelnika nie będą ciekawe. A dla niemieckojęzycznego? Uważam, że mogą być dosyć krzywdzące, niesprawiedliwe... dla odbioru Polski i Polaków, bo niewiele jest w tej książce poważnych i wartościowych treści. Chciałabym, żeby turyści przyjeżdżający do nas z krajów niemieckojęzycznych nie natykali przed podróżą na takie pozycje. Bo problem z tą pozycją jest jeden i to bardzo duży: Polacy będą zmęczeni tym ciągłym naśmiewaniem się z sytuacji, które znamy jak np. elektryk, który prowadzi Polskę ku wolności... - z czytania o sytuacjach, w których nie ma nic zaskakującego ani odkrywczego, a obcokrajowiec, który natrafi na tę pozycję - będzie przez ponad 120 stron czytał jedynie o przywarach Polaków... i summa summarum - również nie wyciągnie nic wartościowego z tej pozycji, chyba że bardzo zafałszowany obraz Polski i jej mieszkańców. Brakuje w tej książce dziennikarskiego zacięcia i przede wszystkim faktografii! To nie są wartościowe treści o polskiej kulturze czy mentalności. To krótkie, niewnoszące nic nowego felietoniki? Zapiski? 

Wiadomo - jak każdy naród mamy swoje stereotypy (prawdziwe lub nie), które nas dotyczą. Jednak przedstawianie zbiorowości tylko w taki sposób, w dodatku przez autora - Polaka - jest żenujące. Tym bardziej, że nie stoi za tym nawet dobry warsztat pisarski... przez większość czasu miałam wrażenie, że autor usiadł i napisał tę książkę w kilka godzin - bez żadnego planu i większego namysłu. Nie ma w niej nic odkrywczego, jest płytka, słabo napisana, a humor autora i przekonania do mnie zupełnie nie trafiły. Umieszczanie tej książki w księgarniach na półce "reportaż" jest dla niej wielką nobilitacją, ale dla pozycji z nią sąsiadujących obrazą. Zdecydowanie nie polecam. 

Moja ocena: 3/10

Tytuł: Szatańskie włosy
Autor: Graham Masterton
Wydawnictwo Albatros 
Stron 176

Z tą powieścią sytuacja jest dosyć specyficzna, bo doskonale wiedziałam (tu akurat zrobiłam research), że jest to jedna z najgorszych powieści Mastertona - nie oczekiwałam po niej niczego wielkiego i nic takiego również nie otrzymałam. To dosyć tandetna, infantylna powieść - horror, która może przerazić jedynie dziesięcio-, jedenastolatków. Jednak ten tkwiący w niej kicz, to było coś co akurat tamtego upalnego dnia, kiedy ją czytałam... było mi potrzebne. Bo to właśnie taka lektura do czytania na plaży, a nie w okresie Halloween, kiedy chcemy poczuć dreszczyk emocji. Jest w niej tak dużo absurdów, że na myśl o tym na mojej buzi pojawia się uśmiech. Uwaga: szatańskie włosy atakują. 

Kelly, główna bohaterka "Szatańskie włosów" jest uczennicą w salonie fryzjerskim słynnego stylisty. Do jednych z jej zadań należy oczywiście sprzątanie włosów i znoszenie toreb z nimi do piwnicy. Pewnego dnia zaczynają się ruszać, przybierać dziwne kształty,. Pewnego dnia także na jej ramieniu pojawiają się kolorowe włosy, których nie jest w stanie się w żaden sposób pozbyć. Nikt nie potrafi jej odpowiedzieć na pytanie skąd się wzięły... Kelly zaczyna podejrzewać u siebie jakąś chorobę. ale lekarze także nie potrafią jej pomóc. To nie koniec "dziwności" w jej życiu. W zagadkowych okolicznościach zaczynają ginąć osoby, które w jakiś sposób były związane z jej szefem, a ona sama nabiera nadludzkiej wręcz siły... Poznaje także nowego chłopaka, który jest gotowy pomóc zmierzyć jej się z demonami wkraczającymi w jej życie. 

To nie jest bardzo zły horro. Sam pomysł na fabułę, wątek "władcy much" był dosyć intrygujący, tylko potem jakoś zrobiło się tak bardzo absurdalnie, a przez to kiczowato. Ale... nawet czasami udało się autorowi wprowadzić nutę napięcia i niepokoju. Co prawda - im dalej w las, tym było gorzej, ale to było 176 stron niezłej (a może raczej nietragicznej?) rozrywki, która nie została o dziwo zdominowana przez wątek miłosny - za co autorowi należy się plus. Sama fabuła była przewidywalna, ale Masterton niekiedy na tyle dobrze wykreował klimat tej powieści, że nie rzucało się to tak bardzo w oczy. (No i można było poczuć niekiedy włosy w przełyku... od ogromu włosów w książce).

"Szatańskie włosy" są baaaardzo prostą książką, która u dorosłego czytelnika, który przeczytał choć jeden dobry horror lub obejrzał chociaż taki film nie wywoła gęsiej skórki. To zdecydowanie nie jest jedna z tych powieści, po których przeczytaniu będziemy bali się pójść sami do toalety. Także... na spokojnie - można czytać w każdych warunkach. W "Szatańskich włosach" mamy jednak do czynienia z tym rodzajem kiczu, który może być odrobinę fascynujący. Oczywiście - to nie jest pozycja, do której kiedykolwiek wrócę, jednak w tej całej otoczce kiczu, olbrzymiej prostoty - na pewien sposób... podobała mi się. Nie traktuję jej jako złej powieści Mastertona, ale jako dobrą młodzieżówkę - bo to jedynie wśród młodych czytelników może znaleźć poklask i uznanie. Dla mnie jest bardzo przeciętna... choć... jest w niej coś ujmującego. 

Moja ocena: 5/10

listopada 25, 2019

(715) Komiksowo: Artemizja & Pasja Artemizji

(715) Komiksowo: Artemizja & Pasja Artemizji
Tytuł: Artemizja
Autor: Nathalie Ferlut & Tamia Baudouin
Wydawnictwo Marginesy 
Stron 96

Artemizja Gentileshi była jedną z pierwszych malarek w Europie. W 1616 roku jako pierwsza kobieta została przyjęta do elitarnej Akademii Sztyki, tym samym zyskała nie tylko pozycję, ale przede wszystkim prawa dostępne do tej pory jedynie dla mężczyzn. Jej najsławniejszy obraz "Judyta zabijająca Holofernesa"... zaskoczył wszystkich swą brutalnością i wulgarnością. Dotąd kobiety mogły malować jedynie martwą naturę, pejzaże. Miały problem z kupnem chociażby materiałów do malowania... Nie mogły zarabiać na swoich obrazach, a nawet ich podpisywać.  

Osiągnęła sukces, jaki w tamtym czasie był niemożliwy do osiągnięcia przez kobietę. Droga do tego była jednak bardzo długo i trudna. Ojciec Artemizji - Orazio należał do jednego z uczniów Caravaggio, który w tamtym czasie zaczynał osiągać pozycję jednego z najważniejszych artystów epoki.  Nigdy nie osiągnął sławy swojego mentora, jednak wraz z synami utrzymywał się do końca życia właśnie z malarstwa... Malarstwo było wielkim marzeniem Artemizji, choć w pracowni odpowiadała jedynie za mycie pędzli i przygotowywanie materiałów. Jej ojciec, z którym miała bardzo skomplikowane relacje oddał ją pod opiekę przyjaciela... ten gwałcił ją i wykorzystywał... W sądzie Artemizja była wyśmiewana i poniżana... stała się pionkiem w ojcowskich rozgrywkach. Jednak nie tylko wtedy musiała walczyć o swoją godność i sprawiedliwość... 

Obraz "Judyta zabijająca Holofernesa" już od dawna funkcjonował w mojej kulturowo - artystycznej rzeczywistości. Przemawiał do mnie siłą swojego wyrazu, jednak nigdy nie zagłębiałam się w biografię jego autorki. Ta sytuacja uległa zmianie, gdy w moje ręce wpadł komiks wydany przez wydawnictwo Marginesy*… ujął mnie swoją kreską i wyrazistością z jaką zostały ukazane emocje. To jeden z tych komiksów, które poznaje się z wypiekami na twarzy, gorącym oczekiwaniem i zaciekawieniem odnośnie tego co będzie dalej. To świetne dzieło zarówno pod względem fabularnym, narracyjnym jak i graficznym. Emocje, emocje i jeszcze raz emocje. Niesamowita historia, która została świetnie oddana... wraz ze wszystkimi odcieniami szarości kryjącymi się w ludzkiej psychice. Nawet teraz... pisząc tę recenzję, wertuję "Artemizję" i grafiki w niej zamieszczone uderzają mnie równie mocno i przypominają wszystkie emocje, które zostały ukazane w tej historii. Historii kobiety, która zdecydowała się walczyć o siebie. 

Nathalie Ferlut (która była odpowiedzialna za scenariusz) oraz Tamia Baudouin (odpowiedzialna za rysunki) stworzyły razem komiks, który uderza swą wyrazistością. Wszystko w nim jest intensywne, a jednocześnie bardzo sugestywne. Obrazy mówią niekiedy więcej niż wypowiedziane słowa. Ważny jest każdy gest, zmarszczenie czoła bohaterów... i co najważniejsze wszystkie one zostały przez Baudouin zobrazowane. Z połączenia ich wspólnej pracy powstała dopracowana w najmniejszym nawet szczególe, bardzo poruszająca, opowieść o dorastaniu bez matki, dziwnych relacjach z ojcach, trudnym i bolesnym wkraczaniu w dorosłość i walce o samą siebie, a później także o swoją córkę. To walka o godność w świecie, w którym słowo kobiety ma marginalne znaczenie (o ile w ogóle jakieś ma...). A kobieta - malarz? To po prostu wymysł... dziecięce mrzonki, które są bardzo trudne do zrealizowania. 

W tym komiksie zachwyca przede wszystkim sposób wykreowania postaci tytułowej bohaterki: to silna, niezależna i bardzo charakterna kobieta, w którym nie ma wątpliwości, przejmującego strachu, poczucia bezsilności nawet w chwilach największych prób. Nawet gdy jest uwikłana w upokarzający proces o gwałt, w skomplikowane relacje z ojcem... jest niesamowicie silna. Jej postać, tak jak i całą historię poznajemy za sprawą retrospektyw, wspomnień osoby, która jedynie po części w nich osobiście uczestniczyła... istnienie pośrednika w poznawaniu tej historii sprawia, że między odbiorcami a główną bohaterką zostaje wytworzony swego rodzaju dystans, który sprawia, że Artemizja staje się po trochu dla nas postacią mityczną, szanowną matroną, do której nie mamy bezpośredniego dostępu. Ale to nie są negatywne odczucia. To dodatkowo wzmacnia wydźwięk tej postaci.


"Artemizja" jest ciekawym komiksem, którego największym atutem jest zarys postaci głównej, bohaterki o bardzo silnej osobowości, która jest gotowa walczyć o swoją godność i przyszłość. Retrospektywny sposób narracji jednocześnie pozwala wytłumaczyć czytelnikom, dlaczego np. relacje z ojcem nie zostały głębiej zarysowane. Opowieść o Artemizji Gentileshi odsłania przed czytelnikami najważniejsze wątki jej biografii, dochodzenia do miana pierwszej i zarazem największej barokowej malarki (dodatkowo na końcu komiksu znajduje się dwustronna notatka biograficzna). To krótka opowieść o niesamowitej i zdeterminowanej kobiecie, opowiedziana w bardzo niewymuszony sposób, a jednocześnie z ogromnym uznaniem dla jej talentu, sztuki i biografii. Pozycja genialna zarówno graficznie jak i narracyjnie. Zdecydowanie godna uwagi.

Ocena: 10/10

*Wszystkie grafiki pochodzą ze strony Wydawcy.

* * *
Tytuł: Pasja Artemizji
Autor: Susan Vreeland
Wydawnictwo Marginesy
Stron 384

Po przeczytaniu komiksu "Artemizja" przechadzając się wzdłuż półek z książkami w salonie... i zastanawiając się co przeczytać w dalszej kolejności mój wzrok padł na książkę "Pasja Artemizji". Nigdy wcześniej się jej nie przyglądałam z bliska... zakupiona kilka lat wcześniej w antykwariacie za złotówkę, kurzyła się na półce i czekała aż nadejdzie jej chwila. Swoją drogą sama byłam zaskoczona, że ta chwila nadeszła... jednak po przeczytaniu komiksu o barokowej malarce - był to wybór w pełni intuicyjny i uzasadniony. Chciałam dowiedzieć się o głównej bohaterce czegoś więcej - poznać jeszcze lepiej jej emocje, relacje z ojcem, historię gwałtu, małżeństwa... dążenia ku spełnieniu marzenia. "Pasja Artemizji" autorstwa Susan Vreeland stanowiła dla mnie rozszerzenie historii przedstawionej w komiksie i dlatego odebrałam ją pozytywnie. Komiks dał mi podwaliny, które sprawiły, że mogłam poczuć się zainteresowana zaprezentowaną historią... a jednocześnie sprawił, że w jego blasku, w mojej pamięci - powieść Susan Vreeland została odrobinę przyćmiona. 

"Pasja Artemizji" to dobra powieść, takie trochę czytadło? Fabuła jest taka sama jak losy Artemizji w komiksie, jednak tu mamy szansę poznać bohaterkę z "pierwszej ręki" - bo też mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową. Z tym, że w tym przypadku postać głównej bohaterki nie jest tak uwodzącą swoim charakterem. Jest cicha, trochę nieśmiała i walczy o siebie, jednak ja wolę tę Artemizję z komiksu - która jawi się jako heroiczna bohaterka, a przynajmniej tak jest odbierana przez innych. Tu tego heroizmu nie ma. Jest za to bardzo dobre oddanie realiów historycznych, obyczajowych, takie codziennego życia, ludzkiej mentalności. I w sumie przez to może wydawać się, że także sama główna bohaterka wydaje się realniejsza niż w komiksie... jest bardziej świadoma ograniczeń czasów, w których przyszło jej żyć i jest kobietą o mentalności, która bardziej do tamtych czasów pasuje. Oczywiście - walczy o siebie, jednak nie czuć w tym takiej brawury jak w przypadku komiksu. 

Ale... mnie właśnie ta brawurowość bohaterki w komiksie najbardziej uwiodła. To co otrzymujemy zarówno w przypadku komiksu jak i powieści to interpretacja biografii wybitnej malarki. Jako interpretacja swą barwnością (w znaczeniu dosłownym jak i potocznym) zdecydowanie bardziej przemawia do mnie graficzne zobrazowanie losów Artemizji. Jednocześnie powieść Vreeland może stanowić uzupełnienie komiksowe (które jednak nie jest konieczne). Autorka położyła bowiem nacisk na kwestię małżeństwa Artemizji, jej samotnego życia, próby pogodzenia sztuki i macierzyństwa, a także relacjach z ojcem. Możemy bardzo dobrze przyjrzeć się dojrzewającej Artemizji, a także malowniczym sceneriom Włoch.

Nie można mieć nic do zarzucenia językowi tej powieści - Susan Vreeland na co dzień wykłada na kursach literatury angielskiej, kreatywnego pisania i historii sztuki... to wszystko widać w tej pozycji. Mam wrażenie, że gdybym nie znała komiksu to odebrałabym tą powieść o wiele pozytywniej. Jednak... sama historia Artemizji Gentileshi nie jest mi na tyle bliska i przede wszystkim dla mnie na tyle pasjonująca, fascynująca i znajdująca się w kręgu moich zainteresowań, żeby wszystko co dotyczy tej malarki zachwycało mnie w tym samym stopniu. Książka Vreeland jest świetna, choć przedstawia nam zupełnie inny obraz bohaterki. Pięknie i sensualnie napisana, wciąga i angażuje w lekturę... jednak w porównaniu z genialnym komiksem - wypada dosyć blado, choć jednocześnie są to dwie zupełnie różne kategorie, których nie należałoby porównać. To po prostu kwestia tego, że silna i brawurowa osobowość komiksowej Artemizji góruje nad tą oddaną bardzo realnie pod względem historycznym, a przez to cichszą bohaterką powieści.

Moja ocena: 7+/10

listopada 14, 2019

(714) Komiksowo: Kroniki Francine R.

(714) Komiksowo: Kroniki Francine R.
Tytuł: Kroniki Francine R. 
Autor: Boris Golzio
Wydawnictwo Marginesy
Stron 138

Opis wydawcy: 
Gestapo aresztowało Francine R. i jej siostrę 6 kwietnia 1944 roku. Powodem był udział ich brata Joannèsa w ruchu oporu. Obie kobiety najpierw znalazły się w transporcie z innymi uwięzionymi, a potem je rozdzielono. Siostra Francine trafiła do obozu pracy w Hanowerze, a ona sama najpierw do obozu w Ravensbruck, a potem do jednej z fabryk broni doglądanych przez Hermana Göringa.
Podróż Francine była niezwykle ciężka. Bito ją od momentu aresztowania przez Gestapo, nieustannie poniżano, przewożono bydlęcymi wagonami, szczuto psami na platformach obozów pracy, poddawano medycznym eksperymentom, delegowano do rozbierania zwłok i odbierania dobytku żywym, zmuszano do katorżniczej pracy… Jednak kobieta nigdy nie utraciła nadziei, że wyjdzie z tego piekła żywa.

O swoich wojennych przeżyciach Francine opowiedziała ze szczegółami Borisowi Golzio. Ten przez długi czas nie wiedział, co z tym szokującym materiałem zrobić, by w końcu zdecydować się na uczynienie z tej rozmowy powieści graficznej. Każde słowo w komiksie pochodzi z opowieści Francine i oddaje jej dosadny sposób mówienia, powtórzenia, wahnięcia w głosie. Wszystko po to, by jak najbardziej zbliżyć się do prawdy ukrytej w słowach kobiety. Jednej z wielu uwięzionych, których głos, każde słowo powinny zostać ocalone od zapomnienia.

Moja opinia:
Temat II wojny światowej jest tematem szeroko wykorzystywanym w kulturze. Nie ma miesiąca by na rynku wydawniczym nie pojawiła się pozycja nawiązująca do tej tematyki. Jedną z takich pozycji jest komiks z wydawnictwa Marginesy. „Kroniki Francine R.” to kolejne świadectwo, spisany głos, jednak na tle innych publikacji… zginąłby w tłumie, gdyby nie miał formy powieści graficznej. To właśnie forma graficzna wzbogaca to świadectwo, choć zobrazowanie warunków panujących w obozach, w których przebywała Francise zdecydowanie niekiedy odbiega od historycznej rzeczywistości tamtego okresu. Mimo, że komiks jest gatunkiem, w który dopiero się zanurzam (jednak już teraz mogę stwierdzić, że w ofercie wydawnictwa znajduje się co najmniej kilka lepszych komiksów - chociażby „Tetris” czy „Artemizja”), to wiem, że „Kroniki Francine R.” nie są pozycją obowiązkową ani zbytnio przejmującą. Znieczulica? Nie. Raczej kwestia zanurzenia w temacie i świadomość, że świadectwo Francine jest (niekiedy aż do bólu) subiektywne, a za granicą może być krzywdzące – w szczególności dla Polaków. Publikacja ratuje się wstępem autora, krewnego Francine, który poznał jej historię, a po latach zdecydował się na jej zilustrowanie i wydanie. Odbiór sytuacji Francine w wielu punktach różni się od tego jak dane sytuacje postrzegają historycy. Dlatego jeśli zdecydujecie się na zapoznanie z tym komiksem – KONIECZNIE przeczytajcie wstęp autora i Joanny Ostrowskiej… aby uniknąć nieprzyjemnych wrażeń z lektury, choć mam wrażenie, że od tych nie da się w pełni odseparować. I przyznaję – nie zapałałam sympatią do Francine, choć to nie powinno w żadnej mierze wpływać na mój odbiór jej ciężkich wojennych przeżyć. 

Muszę odnieść się do jednego z aspektu tego komiksu, a więc negatywnego podejścia Francine do Polek, które jej zdaniem były brudne, kradły buty, chleb, wodę... w tych wszystkich działaniach kierowała nimi rzekomo nienawiść do Polek. I nie chodzi tu o to, czy tak było czy nie. Chodzi o zrozumienie, co próbuje nam przekazać we wstępie Ostrowska, że w każdym stadzie może się znaleźć czarna owca, a przyczyny tego mogą być bardzo zróżnicowane. Dla Polski okupacja była trudniejsza niż dla Francji, Francja nie udzieliła Polsce obiecanej pomocy, a większość Polek miała większe „obozowe doświadczenie” od Francine. Bohaterka postrzegała Niemki jako morderczynie i kryminalistki, najgorszych przestępców, choć te w rzeczywistości w większości trafiały do obozów ze względów politycznych lub obyczajowych (np. lesbijki). To jednak nie miało wtedy znaczenia – były Niemkami i tyle. Francine ma twarde i dobitne poglądy, zresztą taki sam jest jej sposób wysławiania, którego Golzio nie zmienił. To dodaje temu komiksu autentyczności, którą bardzo doceniam. 

Pobyt Francine w obozie, a później w fabryce był ciężki – nie ma co do tego żadnych wątpliwości, jednak nie był on dla niej cięższy niż dla innych. Była Francuzką. Nie znalazła się w samym środku Holokaustu, ale pozostając gdzieś na jego obrzeżach dostrzegała niektóre mechanizmy nim rządzące. Dla zwykłego człowieka znajdującego się w takiej sytuacji (pamiętajmy, że Francine w obozie była stosunkowo krótko) jej losy – katorżnicza praca, zmęczenie, głód… budzą smutek, jednak choć bardzo chciałabym uniknąć takiego generalizowania „inni mieli gorzej”, ponieważ w tych czasach „wszyscy” mieli źle, to nie da się nie dodać, że wspomnienia Francine są szczątkowe. „Kroniki Francine R.” dają ogólny pogląd na panującą sytuację – podróż w bydlęcych wagonach, głód, zimno, katorżnicza praca, długie apele na zimnie, eksperymenty itd…, jednak nie zagłębiają się mocno w żaden z tych aspektów. Komiks Golzio, spisana i zilustrowana historia Francine kończy się w momencie, gdy ona milknie. Nie wybiega poza jej słowa, wspomnienia, odczucia, a więc sposób pojmowania tamtych wydarzeń. Golzio czasami dodaje jakiś przypis, uzupełnia historię Francine, jednak robi to na tyle rzadko, że wydaje się to wręcz niezauważalne. 

„Kroniki Francine R.” są ciekawym komiksem, zapisem jednostkowych doświadczeń, jednak nie źródłem historycznym. Obrazują sposób odczytywania pewnych sytuacji. Interesująca kreska i szarobura kolorystyka ilustracji oddają klimat tamtych czasów i sprawiają, że czytelnikowi jest się łatwiej przenieść w tamte czasy. Nie jest idealnie, bo zabrakło mi trochę wyraźniejszego zarysowania mimiki bohaterów. To krótki komiks, w którym zostało zobrazowane wiele wydarzeń, jednak niekiedy brak w nich zależności przyczynowo – skutkowej. Mam wrażenie, że przez to akcja jest trochę pourywana. Praca Golzio jest komiksem, który można, ale nie trzeba przeczytać. Nie jest to obowiązkowa pozycja dla fanów komiksu, ale interesująca praca „na jeden raz”. To prosta historia, która raczej nie zostanie z czytelnikiem na dłużej, ale podczas lektury może wywołać refleksję odnośnie subiektywności odbioru rzeczywistości... a to coś o czym powinnyśmy pamiętać zawsze. 

Moja ocena: 7-/10

listopada 08, 2019

(713) Golem

(713) Golem
Tytuł: Golem
Autor: Gustaw Meyrink
Wydawnictwo Vesper
Stron 337

"Golem" jest powieścią z 1915 roku. W Polsce po raz pierwszy został wydany w 1919. Głównym bohaterem jest Pernat, konserwator sztuki i jubiler. Mieszka w starej kamienicy, w praskim getcie. Odwiedziny tajemniczego mężczyzny zmieniają jego życie. Gość przekazuje mu księgę Ibbur, by ten naprawił uszkodzony inicjał. Podczas przeglądania księgi nachodzą go wizje, a język który wcześniej był dla niego niezrozumiały... przestaje takim być. Pernat tym samym trafia między dwie rzeczywistości, których łącznikiem staje się mityczna postać Golema. To jednak dopiero początek zagadkowych wydarzeń rozgrywających się na ulicach dawnej żydowskiej dzielnicy Pragi.

Moje pierwsze spotkanie z "Golemem" Gustava Meyrinka - nie da się ukryć... - nie było łatwe. Na półce czekała książka (oczywiście w wersji papierowej), ale skusił mnie audiobook - tłumaczenie to samo, więc co to za różnica? Ogromna. Padłam po kilku rozdziałach. Takie to wszystko zawiłe, dużo bohaterów, jakby poucinane sceny... jeśli dodać do tego fakt, że na słuchaniu audiobook'u muszę się naprawdę skupić... nie udało mi się zapoznać z "Golemem" w takiej formie. Nie wiedziałam czy to akcja jest taka pourywana - czy też ja się po prostu wyłączam i tym samym opuszczam pewne fragmenty, więc potem przez to nie wiem co się dzieje w książce? Zniechęciłam się bardzo. Wiedziałam jednak, że tę historię chcę w końcu poznać... po pewnym czasie sięgnęłam po wersję papierową i zrozumiałam, że to wcale nie były "problemy" ze mną, nie wyłączałam się podczas odsłuchiwania audiobooka. Ta książka po prostu taka z początku jest - trudno wkręcić się w akcję, spamiętać bohaterów, zrozumieć o co tak naprawdę w niej chodzi. Na późniejszych stronach staje się jedynie odrobinę łatwiejsza w odbiorze, jednak zanurzenie się (na spokojnie) w tym świecie pozwala czerpać radość i przyjemność z języka jakim została napisana - świetnego tłumaczenia Antoniego Lange. A potem? Potem czyta się już ją tylko dla opisów praskiej dzielnicy żydowskiej, w oczekiwaniu na rozwiązanie głównych wątków. Zakończenie wbija w fotel i stanowi rekompensatę dla tych wszystkich większych i mniejszych trudności, na jakie natrafia czytelnik w trakcie lektury.

Przed rozpoczęciem lektury dobrze wbić sobie do głowy informację, że nie jest to horror rozumiany tak jak nam to obecnie przedstawia sfera popkultury. Lęk i grozę wywołują zmagania głównego bohatera z własnymi ograniczeniami, trudną do zidentyfikowania przeszłością - próba jej odzyskania, a zarazem odnalezienia się w nowej - mistycznej rzeczywistości, w której dla bohatera pojawia się coraz więcej zagadek. Jednocześnie musi zmagać się z porywami serca i niejasnymi ludzkimi zachowaniami, które sprawiają, że niekiedy już sam nie wie co ma myśleć...

"Golem" będzie zdecydowanie wspaniałą literacką ucztą dla wszystkich, w których kręgu zainteresowań znajduje się mistycyzm, okultyzm, księgi tajemne (np. kabała). Zdecydowanie nie brakuje w tej książce symboliki i folkloru, który nie zawsze zostaje czytelnikowi wyjaśniony. Ta niewiedza co do dokładnego znaczenia danych wydarzeń (po których jednak zachowanie bohaterów się zmienia) sprawia, że dla tych "niewiedzących" świat przedstawiony w "Golemie" staje się jeszcze bardziej mistyczny - poziom aury tajemniczości wzrasta. Ja właśnie byłam takim czytelnikiem, który choć czasami nie wiedział dokładnie o co chodzi, co się dzieje... dalej zanurzał się w tej powieści z jeszcze większą fascynację. "Golem" przy bliższym poznaniu zdecydowanie zyskuje.

Tak samo jak główny bohater Pernat, który z każdą kolejną stroną staje się dla czytelników coraz bardziej człowiekiem z krwi i kości, a nie papierową literacką postacią - posiada trudności, zmaga się z niepewnościami. Jest postacią, która zyskuje sympatię ze względu na swoją niedoskonałość. Meyrink świetnie zobrazował wszystkie postacie. Są kontrastowe i bardzo wyraziste. Tym samym tworzy w swojej powieści dwa plany / czy też podkreśla jeszcze bardziej fakt istnienia dwóch rzeczywistości. Tej realnej, w której rozgrywają się intrygi, romanse, a bohaterowie zmagają się nie tylko z miłosnymi, ale także morderczymi zapędami. Na drugim planie rozgrywają się mistyczne wydarzenia, którym towarzyszą duchowe zmagania głównego bohatera.

Tłumaczenie, którego dokonał Antoni Lange jest odrobinę poetyckie - i nie ukrywajmy: nie można mieć mu nic do zarzucenia. Różni się odrobinę od współczesnego języka, ale nie na tyle, żeby utrudniać nam lekturę. Zdecydowanie podnosi jej walory literackie. Sprawia, że zanurzamy się w ten świat. "Golem" nie jest jednak powieścią nadającą się do czytania w pędzie - trzeba do niej przysiąść i się na niej skupić. To "vesperowskie" wydanie ma taką przewagę nad innymi, że posiada posłowie napisane przez Macieja Płazę, które pozwala uporządkować w głowie właśnie przeczytaną książkę, zapoznaje co nieco z sylwetką autora. Świetne tłumaczenie, mroczne ilustracje, posłowie Macieja Płazy i przede wszystkim treść sprawiają, że jest to powieść, na którą warto zwrócić uwagę. Choć... zdecydowanie w skupieniu. 

października 18, 2019

(712) Żarcik i inne (bardzo różne) opowiadania

(712) Żarcik i inne (bardzo różne) opowiadania
Tytuł: Żarcik i inne (bardzo różne) opowiadania
Autor: Antoni Czechow 
Wydawnictwo MG
Stron 176

Przez większość swojego czytelniczego żywota mówiłam (i byłam święcie przekonana), że nie lubię czytać opowiadań. Nie byłam kompletnie przekonana do tej formy twórczości literackiej. To jednak... jak się pewnie domyślacie - się zmieniło. Za sprawą dwóch pisarzy opowiadania zagościły na stałe wśród moich czytelniczych przeżyć, zdobyczy i planów - a ja zrozumiałam, że to nie była kwestia "niepolubienia się" z literacką formą jaką jest opowiadanie, a po prostu niemożność trafienia na takie, które by do mnie przemówiły. Alberto Moravia i Antoni Czechow przekonali mnie, że z czytania opowiadań mogę czerpać mnóstwo radości i satysfakcji. Dziś więc opowiem Wam co o nieco o opowiadaniach jednego z tych panów, czyli o ułamku z twórczości Czechowa - ale i na Moravię w odpowiednim momencie przyjdzie kolej.

Antoni Czechow był rosyjskim pisarzem, uznawanym przez wielu za mistrza krótkiej formy literackiej. Jego opowiadania łączą w sobie obrazki obyczajowe, skrawki z życia chłopów, urzędników, kupców i ziemian, a krytyka, takie "pstryczki" w nos zostają połączone z komizmem - zarówno sytuacyjnym jak i tym postaci. W prezentowanym przeze mnie zbiorze... znalazło się 28 miniatur, które zmieściły się na zaledwie 170 stronach. Z początku myślałam, że będzie to lektura, którą będę tygodniami podczytywała... okazała się jednak na tyle angażująca, poprawiająca nastrój, ciekawa i pokazująca inteligencję autora idącą w parze z niezwykłym zmysłem obserwacyjnym, że zbiór... wręcz połknęłam. No cóż. Nie dało się dawkować. To było zbyt dobre.

W zbiorze opowiadań Czechowa wydanym przez wydawnictwo MG znaleźć możemy zarówno te najpopularniejsze utwory jak tytułowy Żarcik, Śmierć urzędnika czy też Kameleon, ale także te mniej znane jak Damy, Malcy czy Syrena. 28 miniatur - jest w czym wybierać. Jestem pewna, że każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Dużo w tym zbiorze groteski, ironii, żartu, ale także niekiedy odrobinę nostalgicznej refleksji dotyczącej ludzkich układów i mentalności. Piękne (a może również nieco przerażające?) jest to, że choć od ich napisania minęło ponad 100 lat... prawie nic nie straciły na aktualności. Ludzkie przywary, wady, dziś powiedzielibyśmy "nie fair" zachowania są takie same. Niestety nie spotkałam się jeszcze ze współczesną, taką literacką perełką. Opowiadania Czechowa to utwory, których chyba nie da się nie polubić - nie trzeba być ku temu fanem klasyki. Wystarczy kochać literaturę. Choć... nawet bez tej miłości się obędzie. Jestem pewna, że dwu... trzystronnicowe miniatury uwiodą nawet osoby, które po książkę sięgają od święta. 

I to nie chodzi o to, żebyście po lekturze tego zbioru - potrafili dokładnie streścić wszystkie zaprezentowane w nim utwory. Ja tę entuzjastyczną recenzję piszę kilka miesięcy po lekturze opowiadań Czechowa - z fabuły... pamiętam niewiele. Mimo wszystko - na samo wspomnienie czasu przeżytego przy lekturze tej książki na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Bo to rozrywka w najczystszej i najlepszej postaci. Angażująca, rozbawiająca, świetnie napisana.... i ujmująca językowym i psychologicznym zacięciem. Uwodząca swą treściwością i świetnie zarysowanymi bohaterami. Perełka, obok której nie można przejść obojętnie.

października 07, 2019

(711) Skandynawia Halal. Islam w krainie białych nocy.

(711) Skandynawia Halal. Islam w krainie białych nocy.
Tytuł: Skandynawia Halal. Islam w krainie białych nocy.
Autor: Maciej Czarnecki
Wydawnictwo Agora
Stron 304

Narracje dotyczące islamu, obecności muzułmanów w Europie są zazwyczaj jednostronne. Na rynku wydawniczym pojawiają się pozycje, które wybielają tę religię i społeczność oraz te, które przekonują, wysuwając jako przykłady wydarzenia do których dochodzi na świecie (mowa oczywiście o zamachach, radykalizacji wyznawców), że islam stanowi realne zagrożenie. W tematyce muzułmańskiej przeważają czarno - białe publikacje. Jedne przerażają, inne bagatelizują.

Być może właśnie dlatego reportaż Czarneckiego zachwycił mnie tak bardzo. To pozycja wyjątkowa przez odcienie szarości, które pokazuje. Autor nie staje po żadnej ze stron barykady. Nie próbuje przekonać, że muzułmanie to nieskazitelni ludzie, z których strony nie mamy się obawiać niczego złego, ale także nie karmi nas mrożącymi krew w żyłach opowieściami o ich dewiacjach i morderczych zamiarach... W "Skandynawii Halal" osoby wyznania islamskiego zostali po prostu pokazani jako grupa ludzi - taka jak każda inna. A dla każdej ze społeczności, grup ludzkich jedną z cech charakterystycznych jest to, że może się znaleźć wśród nich zarówno czarna owca jak i nieskazitelny swą bielą baranek. I czarna owca, i biały baranek wyróżniają się na tle stada... błędem jest jednak patrzenie na ogół przez pryzmat tylko jednego z nich - niezależnie od tego czy skupimy się na dobrym czy złym pierwiastku. Świadomość ich współistnienia ze sobą... pozwoli nie zwariować.

Czarnecki napisał wielowymiarowy reportaż, w którym pokazuje wiele twarzy islamu. Zderza jego postępowość z przewijającym się zacofaniem. Opisuje historie muzułmanów mieszkających w Szwecji, Danii i Norwegii - i oddaje im głos. Pozwala im opowiedzieć swoje historie, podzielić się swoimi poglądami... także tymi, które zdecydowanie do statystycznego czytelnika nie trafią. Islam zostaje tu ukazany jako społeczność, która podlega przemianom i próbom takim jak inne - nie braknie w niej więc feministek, społeczności LGBT, drużyn walczących o miejsce w ekstraklasie. Jednocześnie walczy z pewnym determinizmem narzucanym przez złe, nie idące z duchem czasu pojmowanie religii, a więc zabójstwami honorowymi, radykalizmem...

Politycy i media podsycają strach przed imigrantami, a naturalny ludzki lęk przed tym co nieznane i inne także nie ułatwia sytuacji. Gdy dodamy do tego różnice kulturowe, obyczajowe, widoczne w hierarchii społecznej i zwyczajach... okazuje się, że integracja staje się bardzo trudna, a gdy tej brak - o konflikty i nieporozumienia bardzo łatwo. Z tym, że jak pokazuje książka Czarneckiego integrować nie zawsze jest się prosto - z jednej strony kraje skandynawskie zachęcają do integracji, a z drugiej strony brak nad tym wszystkim czuwającej ręki, która przypilnowałaby, żeby integracja nie kończyła się w tym samym momencie, w którym kończą się pieniężne profity z niej wynikające. Jednocześnie wypowiedzi bohaterów reportażu Czarneckiego pokazują, że wcale nie tak łatwo stać się "swoim" dla Szweda czy Norwega.

Czarnecki w swojej książce oddaje głos nie tylko muzułmanom, ale także ludziom, którzy z nimi współpracują, egzystują, stykają się w codziennym życiu. Szwedom, Norwegom, Duńczykom, ale także Polakom, którzy spotykają się z nimi na gruncie skandynawskim. Opowiada czytelnikom historie przeczytane w gazetach, książkach, przekazuje (a raczej pokazuje) informacje zasłyszane od polityków i działaczy społecznych. Daje czytelnikom materiały i zachęca na ich podstawie nie tyle do wyciągania wniosków, co do stawiania sobie pytań, poddawaniu ugruntowanych przekonań w pewne wątpliwości. To sprawia, że "Skandynawia Halal. Islam w krainie białych nocy" jest w pewnym sensie uniwersalnym reportażem, zbiorem tekstów, w których odnajdą się wszyscy. Zarówno ci, którzy już dawno przekreślili muzułmanów, jak i ci, którzy są ich wielkimi orędownikami, ale przede wszystkim osoby, które cały czas dążą do wyrobienia sobie własnej opinii... i nie lubią ulegać tym, którzy krzyczą najgłośniej.