piątek, 30 maja 2014

(294) Od Wiedźmina do Przypadka... - wywiad z Jackiem Getnerem 2/2

No to zapraszam na drugą część wywiadu z p. Jackiem Getnerem :) 

Książki - inna rzeczywistość: Pana książki niektórych urzekają swoją prostotą, a niektórych zniechęcają... Jak Pan się do tego odniesie?

Jacek Getner: Prostota, czy może raczej pewna komunikatywność, jest moim założeniem twórczym. Nawet w okresie czysto poetyckim nie pisywałem utworów, których treść byłaby zrozumiała jedynie dla grona znajomych, ewentualnie wiernych fanów. Takie pisanie uważam za stratę czasu. Piszę żeby wyrazić, co mi w duszy gra lecz piszę nie sam dla siebie ale dla czytelnika. Żeby móc się z nim najłatwiej skomunikować nie “udziwniam” swojego pisania tylko po to, żeby zostać uznany za bardziej finezyjnego.
A w polskim pisarstwie po 90 roku dominowała moda na rzeczy ciężkie, trudne, mało zrozumiałe. Ba, miałem wrażenie, że większość krytyki i twórców myśli, że jeśli napiszę się rzecz lekką, to nikt nie weźmie takiej rzeczy na serio, jako niepoważnej. I jeśli chce się napisać coś ważnego, to musi być to ciężkie i odpowiednio udziwnione.
Natomiast moim ideałem pisania jest tu trochę Gabriela Zapolska i jej „Moralność pani Dulskiej”. Sztuka lekka, można by ją posądzić o farsowość a ile ważnych, uniwersalnych i ponadczasowych spostrzeżeń jest w niej zawartych.

KiRZ: Ma Pan sprecyzowane plany pisarskie na najbliższe lata? Pomijając dokończenie serii o Panu Przypadku. Czy kształtują się w Pana głowie nowe pomysły, które w przyszłości mają ujrzeć światło dzienne?

Co i raz przychodzą mi do głowy różne pomysły pisarskie. Przychodzą mimowolnie, bo wiem, że w najbliższym czasie będę się musiał skoncentrować na Przypadku. Nie przeganiam ich z głowy ale też nie szukam. Te, które są, gdzieś notuje, żeby nie umknęły. Odkurzę je, gdy seria o panu Przypadku dobiegnie końca. Lub gdy ewentualnie odniesie taki sukces, że będę mógł zrezygnować z czysto zarobkowego rozpisywania cudzych pomysłów w postaci scenariuszy telewizyjnych. Chyba jednak zacznę wtedy od tych pomysłów, które już jakoś są, przynajmniej w części napisane. Będzie to w pierwszej kolejności, wspomniana przez mnie wcześniej, „Klinika Dobrej Śmierci”.

KiRZ: Jak zaczęła się Pana przygoda z Wiedźminem i jak przebiegała? A przede wszystkim czy Wiedźmin znajduje w Pana sercu jakieś szczególne miejsce?"

J.G.: Moja przygoda z ‘Wiedźminem” zaczęła się w zasadzie tak jak wszystkie moje prace zarobkowe. Wysłałem swoje CV do producenta, zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną, podczas której dano mi do napisania na szybko jedną scenę. Potem już w domu, dostałem na spokojnie do rozpisania dwie kolejne. A miesiąc później dołączyłem do zespołu piszącego.
Samą pracę przy projekcie wspominam jaką wspaniałą przygodę na nieznanej dla mnie ziemi. Nigdy nie grywałem i nie grywam w gry komputerowe, nie jestem również fanem fantastyki. Naturalnie, zanim zacząłem pracować przeczytałem sobie całą sagę wiedźmińską. Ale mimo tego wszystko było dla mnie zupełnie nowe i niezwykle interesujące. Było to niezwykłe przeżycie warsztatowe, doskonalące zarówno konstrukcję jak i sam dialog. Jak powiedział jeden z moich kolegów scenarzystów wiedźminowych: „Każde zdanie, które piszemy musi być jak trailer amerykańskiego filmu. Tak samo zaciekawiać i tak samo nic nie znaczyć”. I tak właśnie było, zawsze musieliśmy mieć w głowie, że odbiorca/gracz może dojść do danego momentu różnymi ścieżkami. A więc zdania musiały być z jednej strony enigmatyczne jak i zaciekawiające, trochę zawieszające.
Ta praca zajmuje dość szczególne miejsce nie tyle w moim sercu, choć wspominam pracę przy niej bardzo ciepło, głównie ze względu na poznanych tam ludzi, ile w całej mojej karierze zawodowej. Wątpliwe bowiem, żeby kiedyś było mi dane pracować jeszcze przy jakiejś innej polskiej superprodukcji na skalę światową. Choć oczywiście wszystko się może zdarzyć.

KiRZ: Wielu ludzi chce pisać... gonią za marzeniami o wydaniu własnej książki. Jaką miałby Pan dla nich radę? Co według Pana jest kluczem do sukcesu? "

J.G.: Nie wiem, czy jestem dobrym adresatem takiego pytania, bo sam jeszcze jestem spory kawałek od takiego sukcesu. Ale gdybym miał się pokusić o ogólniejszą refleksję to takiego jednego uniwersalnego klucza raczej nie ma. Zresztą ten sukces może mieć dwa imiona, szczególnie w Polsce. U nas zwykle czymś zupełnie innym jest uznanie krytyków a czymś innym czytelników. Wprawdzie z rzadka udaje się zawodowej krytyce wypromować sporą poczytność książki, ale jest to zwykle jednorazowy sukces. I czytelnicy nie nabierają się ponownie na medialną gwiazdę a nakłady kolejnych jej książek są dużo niższe niż pierwszej. Tu przykładem takiego sukcesu są Piątek, Witkowski czy Kuczok. Ich sposobem na sukces jest chwycenie się medialnie nośnego tematu, uzależnienia od narkotyków, historii o gejach czy toksycznej rodzinie. Jak sam przyznał w jednym z wywiadów Witkowski, był już gotów zarzucić myśli o pisaniu, bo brakło mu sukcesów i dopiero „Lubiewo” pozwoliło mu na bycie pisarzem. I oczywiście można w ten sposób iść do sukcesu, bo takich tematów które chętnie będą wałkowane przez media jest mnóstwo. Ale to trochę droga na skróty, która, moim zdaniem, prowadzi donikąd. A w każdym razie nie pozwala się utrzymywać z pisania jako takiego, choć dzięki znanemu nazwisku daje możliwość zarabiania na „około pisarskich fuchach”, wieczorach autorskich, twórczych stypendiach itp.
Drugą drogą do sukcesu jest stawianie na czytelników. Ja sam tak robię i mam nadzieję, że dzięki temu kiedyś uda mi się odnieść sukces mierzony przede wszystkim nie uznaniem krytyki ale wysokością nakładu. To droga trudna i niełatwo mi ją polecać. Na uznanie czytelników zapracowuje się zwykle długo choć zazwyczaj jest ono dużo trwalsze niż medialny poklask. Żeby je zyskać trzeba, moim zdaniem, cały czas konsekwentnie być sobą w tym pisaniu i nie ulegać pokusie napisania czegoś tylko dlatego, że wie się iż „media” to kupią a krytycy wcisną jakąś nagrodę. Należy myśleć przede wszystkim o czytelnikach. Czy historia, którą im się opowiada jest ciekawa? I czy oczywiście jest w niej coś, poza samą historią. Coś, co ma szansę pozostać w czytelnikach na dłużej po lekturze. Ja sam staram się tak pisać i choć wiem, że nie zawsze osiągam dokładnie taki efekt, jak zamierzałem, to wierzę, że moje próby zaprzyjaźnienia się z czytelnikami przyniosą rezultaty.

Książki - inna rzeczywistość: Bardzo dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi na moje pytanie. 

Koniec

środa, 28 maja 2014

(293) Tam gdzie spadają anioły

Tytuł: Tam gdzie spadają anioły
Autor: Dorota Terakowska
Wydawnictwo Literackie
Stron 316

Każdy z nas podobno ma swojego własnego Anioła Stróża... Ale czy zastanawialiście się kiedyś na czym polega jego rola / praca? Czy aby na pewno ich rolą jest jedynie nasza ochrona? Widzicie... Dorota Terakowska w swojej książce pt.: "Tam gdzie spadają anioły" pokazuje to jednak trochę inaczej... A co by było, gdyby na drodze każdego z nas pojawiały się Kamienie? A każdy Kamień odpowiadał za jedną "wersję" tego jak może się potoczyć nasze życie... Tylko, który kamień wybierze dla nas anioł?

"Do zmiany losu wystarczy mały, malutki kamyczek, o który ktoś się potknie i nawet go nie zauważy. "

Pięcioletnia Ewa ani jej bliscy nigdy się nad tym nie zastanawiali. "Obcowanie" dziewczynki z aniołami opierało się jedynie na modlitwie "Aniele Stróżu..." i obrazku, który dostała od babci. Zmieniło się to jednak pewnego dnia..., kiedy mała Ewa straciła swojego anioła stróża, a on sam wylądował na ziemi wraz ze swoim ciemnym bratem bliźniakiem. Pozbawiona ochrony dziewczynka jest narażana przez lata na bardzo dużo niebezpieczeństw. A tak naprawdę jej opiekun jest tuż obok. Ale może tak naprawdę to on potrzebuje pomocy? Dobro i zło - rozdzielne, a może jednak przenikające się?

"Dobro osiąga siłę tylko wtedy, gdy świadomie walczy ze Złem. Dobro nie wystawiane na pokusy traci na wartości, jest jak fałszywe złoto."

Po raz pierwszy z twórczością pani Terakowskiej spotkałam się podczas okazji czytania książki
"Córka czarownic". Tym dziełem mnie oczarowała i wzbudziła we mnie tą powieścią same pozytywne uczucia. Szkoda tylko, że przy czytaniu "Tam gdzie spadają anioły" czułam się znużona, a przede wszystkim zawiedziona. Dzieła p. Terakowskiej są momentami bardzo ciężkie, a przy ich czytaniu mam wrażenie jakby ktoś mi zakładał pętlę na szyję. Jednak przy "Córce Czarownic" odczuwałam to w o wiele mniejszym stopniu niż w tym wypadku. Męczyłam się, a czytanie szło mi bardzo ociężale..., a jednak pomimo tego jestem pewna, że jest to wartościowa książka, która ma pokazać czytelnikowi bardzo dużo ważnych aspektów życia.

"Zawsze musi istnieć równowaga – coś za coś, nic za darmo. Szczęście wystawia ludziom swoje rachunki."

"Tam gdzie spadają anioły" to wbrew pozorom naprawdę bardzo ciężka i trudna lektura. Kiedy poznajemy główną bohaterkę ma w końcu tylko pięć lat, a podczas przerzucania stronnic książki dorasta... zmienia się, a jednak jedno pozostaje bez zmian. Ciągle towarzyszy jej pech. To na nią spadają wszystkie nieszczęścia w okolicy. A jednak pomimo tego jest tryskającym radością dzieckiem. Nie poddaje się. Walczy. Tylko, że cały czas czuje się inna... Nie jest odosobniona z tym uczuciem na swoim osiedlu. Bezdomny, który zajął norę także czuje się inny. Bo jest inny. Przez jego nieroztropność cierpi niewinna dziewczyna... Ave poszukuje dopiero swojego miejsca w tym świecie. Ale czy je znajdzie?

"... żaden człowiek nie dostrzega w drugim wielkości, doszukuje się raczej czegoś odwrotnego, a w każdym razie widzi kogoś gorszego od siebie."

Dzieło p.Terakowskiej to książka w której dobro przenika się ze złem. To opowieść o relacji między nimi. Tu pierwsze role odgrywają Ave (dobry) i Vea (ten zły). Nie tylko Ewa się zmienia, także Ave uczy się i kształtuje... jednak w jego przypadku jest to o wiele trudniejsze. Dziewczyna zaczyna podejrzewać, że straciła swojego Anioła Stróża. Postanawia go odnaleźć i odzyskać. Niestety okazuje się to bardzo trudne, a jednak przynosi to pożytek jej całej rodzinie... Oby to tylko zaowocowało w przyszłości.


"Człowiekowi zawsze się wydaje, że kiedyś było lepiej. To niekoniecznie prawda, bo nie umiemy docenić naszego dziś."

Ta książka to także arena postaci... zasmucona wdowa, dzielna - a jednak smutna Ewa, zapracowana i smutna mama Ewy, jeszcze bardziej zapracowany tata Ewy i  rozkładająca nad tym wszystkim ręce babcia Ewy... No i jest jeszcze zasmucony Ave i zasmucony Vea. Jak sami widzicie dużo w tej książce smutku... Troszkę nad tym ubolewam, ale ja w tej książce nadziei dużo nie widzę... Wszyscy bohaterowie się jednak zmieniają... przechodzą przemianę. Wiem, że wiele osób ją kocha jak żadną inną książkę. A jednak we mnie nie wywołuje takich emocji. Ale jedno jest pewne. To książka warta uwagi. Dorota Terakowska jak żaden inny pisarz, z którym wcześniej miałam styczność nie potrafi jak zgrabnie wciągnąć czytelnika do swojej powieści... Tak zgrabnie przelać emocje z kart powieści. Tu to są niestety smutne emocje...

"...oni mnie nie lubią. Nie szkodzi. Kiedyś spotkam kogoś, kto będzie mnie lubił, nawet gdy nie będę się o to starać. Gdy ktoś cię lubi, bo się starasz, to nie lubi cię takiej, jaką jesteś. Lubi nieprawdę o tobie..."

"Córka czarownic" Doroty Terakowskiej mnie oczarowała, a jednak trochę przytłoczyła. Z kolei "Tam gdzie spadają anioły" to bardzo specyficzna książka. Styl p. Terakowskiej jest specyficzny. Jedni go polubią, a drudzy nie... Ja jednak w swojej pamięci pragnę zachować "Córkę czarownic", a do "Tam gdzie spadają anioły" zrobić jeszcze jedno podejście w przyszłości. Może wtedy spojrzę na tą książkę inaczej? Bardzo mnie zasmuciła, ale czas pokaże czy w przyszłości spojrzę na nią inaczej... Bo to jednak bez wątpienia dzieło warte uwagi, pokazujące tą kruchą relację dobra ze złem, pokazujące co w życiu jest tak naprawdę ważne. Może warto się na chwilę zatrzymać i nad tym pomyśleć?

Moja ocena: Brak. 

Za możliwość przeczytania tej książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Literackie!

wtorek, 6 maja 2014

(292) Stosik 1/2014

Porządki, wyjmowanie z kartonów książek,  na których miejsce było trudno znaleźć po przeprowadzce i oto tego rezultaty :)
Na razie część pierwsza tych "nowo - starych" nabytków...


Od góry: 
1. Droga do szczęścia Richard Yates
2. Więzy rodzinne Joanna Trollope
3. Ch. Bronte Dziwne losy Jane Eyre
4. A. Corman Kramer kontra Kramer
5. G.Page Na krańcu świata
6. M.Rodziewiczówna Wrzos
7. Vicki Baum Marion i życie
8. Vicki Baum Marion i mężczyźni
9. Tony Parsons Za moje dziecko
10. Allison Pearson Nie wiem, jak ona to robi
11. Robert James Waller Tysiąc polnych dróg

Ciąg dalszy nastąpi...

A jutro recenzja: "Tam gdzie spadają anioły" :)

niedziela, 4 maja 2014

(290) Od Wiedźmina do Przypadka... - wywiad z Jackiem Getnerem 1/2

Pan Jacek Getner jest scenarzystą, dramaturgiem, laureatem licznych konkursów pisarskich. Tworzył scenariusze do wielu seriali telewizyjnych (np. "Malanowski i partnerzy", "Klan"), a także do gier fabularnych (np. "Wiedźmin 2"). Obecnie jest najbardziej znany jako autor serii o Panu Przypadku – detektywie niezwykłym. Jak na razie na rynku wydawniczym ukazały się dwie książki z serii pt. "Pan Przypadek i trzynastka" oraz "Pan Przypadek i celebryci".

Zapraszam na stronę autora: http://getner.pl/

Książki - inna rzeczywistość: Zaczęło się od scenariuszy... Potem były opowiadania, aż doszliśmy do serii o Panu Przypadku. Jak to się zaczęło, że zaczął Pan pisać? Mam tu na myśli oczywiście na początku Pana jako scenarzystę.



Jacek Getner: Moje droga “pisarska” jest nieco bardziej skomplikowana. Pisanie zaczęło się już dwadzieścia lat temu, w klasie maturalnej, od wierszy. Zakochałem się w pewnej osóbce i... zacząłem dla niej pisać wiersze. Potem, trochę jak mój bohater, pan Przypadek, zdecydowałem, że mimo wieloletnich studiów, zawód prawnika nie jest dla mnie. Musiałem się zastanowić co dalej i przy pomocy mojego kolegi wymyśliłem, że mogę wykorzystać umiejętność pisania wierszy i zostać copywriterem:) Zawód ten uprawiałem przez jakieś siedem lat, próbując w międzyczasie tworzyć libretta musicali, bo takie połączenie prozy, poezji i dramatu wtedy mnie najbardziej pociągało.

Po drodze, jakoś tak w 2003 przydarzył się konkurs Pilcha i Polityki na krótkie opowiadanie, w którym wziąłem udział i jedno z moich opowiadań zostało laureatem tego konkursu. I dopiero od tej chwili, przez kilka lat tworzyłem opowiadania.

A potem, kiedy stwierdziłem, że zawód copywritera przestał mnie pociągać, pomyślałem że mógłbym spróbować swoich sił jako scenarzysta. Rozesłałem swoje CV do producentów i udało mi się dostać pierwszą propozycję. I tak to w największym skrócie wygląda i kręci do dziś.

KiRZ: Pisze Pan "na własne konto" od 11 lat. Ma Pan w swoim pisarskim dorobku opowiadania, książki – zdobywał Pan za nie niejeden raz nagrody. Co Pan uważa za swój największy sukces, jako pisarza?

J.G.: Uważam, że ten największy sukces jest jeszcze przede mną. Choć być może już częściowo został odniesiony. Jest nim mój dramat “Klinika Dobrej Śmierci”, który wygrała konkurs na sztukę inspirowaną twórczością Topora i jest od blisko sześciu lat grana przez krakowski Teatr Barakah. To czarna komedia o eutanazji w której rozśmieszam publiczność po to, żeby na końcu ścisnąć ją za gardło i uderzyć po głowie i zostawić z pytaniem, na które muszą sobie sami odpowiedzieć. Od pewnego czasu pracuję nad książkową wersją tej sztuki z rozbudowanymi wątkami i mam nadzieję, że jeśli kiedyś uda mi się ją skończyć i opublikować, to będzie to mój sukces. Czy największy? Życie pokaże.

KiRZ: Jestem pewna, że zdarzały się Panu w tej swojej pisarskiej historii gorsze i lepsze chwile. Miał Pan chwile, kiedy chciał Pan to rzucić? Skupić się na swojej pracy jako scenarzysty?

J.G.: To jest tak, że nigdy nie traktowałem swej stricte pisarskiej aktywności jako jedynej. Zawsze tworzyłem różne rzeczy. I w każdej z tej twórczości – prozatorskiej poetyckiej, dramaturgicznej, scenariuszowej, miałem takie chwile – kiedy myślałem, że to chyba jednak nie dla mnie, że powinienem pisać co innego. Ale do każdej z tych pisarskich aktywności wracałem. Teraz zawód scenarzysty jest moi podstawowym źródłem utrzymania, ale na przykład już od kilku lat nie piszę własnych scenariuszy a jedynie te na zlecenie. Od jakiegoś czasu, tak od siebie, tworzę jedynie prozę.

KiRZ: Kiedy wpiszemy do przeglądarki hasło "Jacek Getner" od razu pojawiają się teksty o serii o Panu Przypadku. Jest to dla Pana powód dla dumy? A może pozostawia to pewien niedosyt, że na tak samo wysokich pozycjach w wyszukiwaniach nie znajduje się np. "Brzydka miłość" lub "Dajcie mi jednego z was"?


Pewnie takie a nie inne są wyniki wyszukiwarek, bo ostatnio moja aktywność pisarska skupia się właśnie na „Panu Przypadku”. Myślę, że tak pozostanie na dłużej bo z całą pewnością nie napiszę żadnej tak długiej serii książek jak te o moim detektywie (zaplanowanych jest 14 tomów).
Trudno tu mi mówić o uczuciu szczególnej dumy bądź jej braku. Każda z tych książek to przecież w jakiś sposób moje dziecko. Są różne, ale z każdej jestem na pewno, na swój sposób dumny. Rozumiem

Rozumiem jednak, że chodzi Pani być może o fakt, że “Pan Przypadek...” to utwór żartobliwy, taki trochę mniej serio niż te pozostałe. To prawda, tak jest, ale myślę, że gdy będzie on już w rękach czytelników w całości, wtedy zobaczą oni dokładnie, że z tych mniejszych, ironicznych fragmentów, wyłania się szerszy obraz całości. Obraz pewnej całościowej panoramy społeczeństwa polskiego widzianej moimi oczyma. Nakreślonej wprawdzie lekką, ale wyraźną kreską.



Ciąg dalszy nastąpi... 

sobota, 3 maja 2014

(289) Dziennik Mai

Tytuł: Dziennik Mai
Autor: Isabel Allende
Wydawnictwo Muza
Stron 430

"[...] życie jest kobiercem tkanym codziennie z różnokolorowych nici,
 jedne są ciężkie i ciemne, inne cienkie i jasne, przydają się wszystkie."

Zrobiliście kiedyś coś co zaważyło na całym Waszym życiu? Bez wątpienia... Zrobiliście w przeszłości coś co prześladowało Was jeszcze w przyszłości? Coś co przeszkadzało wam w jej budowaniu? Każdy popełnia błędy, każdy ma prawo je naprawiać, każdy ma prawo się na nich uczyć... ale czy każdy ma szansę na spokojne życie pomimo nich? Przeszłość zawsze odcina piętno na przyszłości. Nie ma przyszłości bez przeszłości.

Życie Mai nie zawsze układało się idealnie. Nie zawsze była grzeczna. Jak każda popełniała błędy. Tylko, że je błędy niosły za sobą bardzo poważne konsekwencji... Maya – tak ma na imię główna bohaterka. W języku hindi to imię oznacza "czar, iluzja, złudzenie". Jak sama pisze nie ma to jednak nic wspólnego z jej imieniem... Czyżby bardziej pasowało "Attyla", bo niszczy wszystko, czego się dotknie? Kiedyś była kochaną Mayą, ulubienicą swojego dziadka Popo, potem zdeprawowaną dziewczyną, która brała narkotyki, piła, a kim jest teraz?

Ta amerykańska nastolatka dorastała pod opieką swojej chilijskiej babci Nini i jej męża Popo. Zawsze była otaczana miłością, ciepłem, czułością, poczuciem bezpieczeństwa. Wszystko zmieniło się gdy jej dziadek umarł. Dziewczyna miała z nim niesamowity kontakt, taki jak z nikim innym. Jego śmierć wstrząsnęła jej całym życiem. Maya zaczyna szukać ulgi w cierpieniu. Na początku w niewłaściwym towarzystwie przez które czuje się dowartościowana, potem w narkotykach, alkoholu, kradzieżach... Zaczyna się jej nagły, acz kolwiek powolny upadek. Ojciec aby mu zapobiec postanawia wysłać ją dla jej dobra do ośrodka leczenia uzależnień. Niestety to jeszcze nie jest koniec. Dziewczyna ucieka stamtąd do Las Vegas. I to właśnie tam stacza sie na dno. W kryminalnym pół światku przestaje dostrzegać co jest dobre, a co złe... Pracuje dla złodzieja, narkomana, dilera – ćpa, kradnie, pije. Na szczęście na swojej drodze udaje jej się trafić także na dobre osoby, dzięki którym udaje jej się wrócić do babci. Ale! Ale! To jeszcze nie koniec. Nini chcąc ją ochronić przed zemstą mafii, wysyła dziewczynę na chilijską wyspę Chiloe.

"Nazywam się Maya Vidal, lat dziewiętnaście, płeć żeńska, panna, bez chłopaka – z braku okazji, a nie dlatego, że jestem wybredna – urodzona w Berkeley w Kalifornii, posiadaczka paszportu amerykańskiego, chwilowo na wygnaniu na pewnej wyspie na południu świata."

Chiloe to zupełne przeciwieństwo Las Vegas: dobro – zło; pomoc – wyzyskiwanie... Chiloe jest miejscem pełnym dobroci, serdecznych, prostych ludzi ofiarujących sobie wzajemną pomoc. Las Vegas to miasto w którym liczy się tylko własny interes. Światowa Stolica Rozrywki czy może raczej Światowa Stolica Zła to miasto rozpusty i niezgody... Maya jest z natury delikatną osobą, więc kiedy tylko wyrywa się z niego próbuje znowu być grzeczną, usłuchaną Mayą - taką dziewczyną jaką chciałby ją widzieć jej dziadek... Nie chce przynosić nikomu wstydu. Na Chiloe dziewczyna zaczyna na powrót rozumieć co jest tak naprawdę ważne. Wraca stara Maya – dobra, uczynna dziewczyna, która chętnie udziela pomocy innym...

"Będziesz miała, Mayu, czas, żeby się ponudzić. Wykorzystaj go na opisanie piramidalnych głupot, jakich narobiłaś, może dzięki temu zrozumiesz ich skutki." Te słowa usłyszała Maya od swojej babci, kiedy ta wręczyła jej gruby zeszyt. Z początku dziewczyna niechętnie podchodziła do pomysłu opisania tego wszystkiego co ostatnio wydarzyło się w jej życiu. A jednak przystała na tą propozycję. Stąd też tytuł "Dziennik Mai". Muszę przyznać, że postać bohaterki bardzo mnie zaskoczyła. Myślałam, że będzie ją nadal ciągnęło do narkotyków, alkoholu... Jednak kiedy ją poznajemy jest dziewczyną, która bardzo żałuje wszystkich głupot, których narobiła w przeszłości i jest gotowa się zmienić. Jak widać ludzie uczą się na błędach...

"Szczęście jest mydlane, wyślizguje się z rąk,
 za to problemy mają uchwyt, są chropowate, twarde, można się ich kurczowo trzymać."

Isabel Allende jest znaną pisarką, a jej książki posiadają rzeszę wiernych. "Dziennik Mai" to moje pierwsze spotkanie z tą autorką. I to w dodatku bardzo udane! Choć z początku było trochę trudno. Forma dziennika, mieszanie się czasów – musiałam się naprawdę skupić, żeby połapać się o co chodzi. Jednak opisy p. Allende łapią za serce... przyciągają i nie pozwalają się oderwać od książki. To nie jest błaha historyjka dla młodzieży. Autorka pokazała bardzo wiele ważnych relacji - rodzinnych, przyjacielskim, miłosnych, ale także złą stronę świata - narkotyki, alkohol... Pokazała bez obłudy jak to wszystko wygląda. To historia o upadku i o tym jak się po nim podnieść...

"Dziennik Mai" dość długo opowieść o upadaniu, rodzinie, podnoszeniu się, miłości, przyjaźni, błędach, porażkach, sukcesach, radości i cierpieniu. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie... Nieszczęśliwa miłość, błędy, strata. Isabel Allende stworzyła smutną, a jednak przepawającą nadzieją i pozytywną energią książkę. Pokazała, że wszystko jest możliwe. Wystarczy chcieć... Życie jest nieprzewidywalne. Ta książka także taka momentami jest... Polecam, polecam i jeszcze raz polecam!

"Kto ci powiedział, że będzie łatwo, dziecko? Wytrzymaj."

Wszystkie cytaty pochodzą z książki.

Moja ocena: 8/10 Wybitna!

Za możliwość przeczytania tej książki serdecznie dziękuję Księgarni Gandalf!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...