czwartek, 30 kwietnia 2015

(354) Odłamki

Tytuł: Odłamki
Autor: Ismet Prcić
Wydawnictwo SQN
Stron 432

"Zaczęło się od polityków, którzy w telewizji kłócili się, mówiąc o swojej narodowości i konstytucyjnych prawach. Każdy z nich twierdził, że to właśnie jego nacja jest zagrożona. " 
Ismet Prcić, "Odłamki"

Powyższy cytat pochodzący z książki pt. "Odłamki", której autorem jest Ismet Prcić mógłby być wstępem do referatu na temat wojny domowej w Bośni. Tematu omijanego podczas nauczania w szkole na lekcjach historii. Tak więc słowem wstępu... Konflikt w Bośni toczył się w latach 1992-1995. Jest uznawany za najbardziej krwawy konflikt w historii po zakończeniu II wojny światowej. Zginęło ponad 100 tys. osób... Uchodźcami zostało ok. 1,8 miliona ludzi. Konflikt zapoczątkowany przez narastające od wielu lat antagonizmy na terenie Bośni oraz oddzielenie się Bośni i Hercegowiny od Jugosławii zaważył na życiu milionów osób... jedną z nich był Ismet Prcić - uchodźca. 

Książka pana Ismeta to odłamki wspomnień... okruchy... Ismet - główny bohater książki jest postacią kochającą teatr. Chce kochać, umawiać się na randki, spotykać się z przyjaciółmi. Jednak na takie rzeczy w rozdartej wojną, spowodowanej konfliktem etnicznym Bośni nie ma miejsca. Po ciężkich przeżyciach chłopak zostawia swoją rodzinę w Bośni, a sam zostaje uchodźcą. Próbuje zacząć nowy etap swojego życie w Ameryce, ale to okazuje się o wiele trudniejsze niż myślał. Jednocześnie toczy się historia Mustafa - młodego żołnierza, który na codziennie ma do czynienia z okrucieństwem wojny, śmiercią. Znajduje się w epicentrum wydarzeń mających miejsce w Bośni. Ismet i Mustafa są zupełnie inni, a jednak przez wojnę ich losy zaczynają się niebezpiecznie splatać. O kim jest ta historia? O Ismecie czy Mustafie? 

Niepokój - to właśnie czułam przed sięgnięciem po tą książkę. Piękna okładka, intrygujący opis, a przy tym wszystkim trudny temat,.. wojna. Ale, ale... wojna nie jest tematem wiodącym tej książki. Jest swego rodzaju osią, a jednak to cała otoczka jest najważniejsza. Mamy tu szkielet osiowy i obwodowy... i to właśnie ten obwodowy jest tym ważniejszym. Zachowania ludzi w obliczu niebezpieczeństwa, konflikty w rodzinie, a przede wszystkim dojrzewanie. Autor tej książki jest zarazem jej głównym bohaterem - to swego rodzaju terapia. To czyni tę książkę jeszcze bardziej niesamowitą. Punktem kulminacyjnym tej powieści nie jest przyjazd Ismeta do Ameryki, ale jest nim mianowicie podróż, którą musiał do tego momentu w swoim życiu odbyć... I mam tu oczywiście na myśli nie tylko podróż fizyczną, ale także mentalną w głąb siebie. Książka o poszukiwaniu samego siebie w trudnych czasach, o wyborach i niepokojach. Obraz społeczeństwa podczas wojny - to wszystko możemy w niej znaleźć. 

"Odłamki" to książka w której nie ma zasad... A "ciąg chronologiczny" to banał - autor w ogóle nie uznaje w swojej książce czegoś takiego. Pomimo tego (co zaskakujące) nie ma w niej chaosu. Czyli mamy już pierwszy punkt przemawiający za oryginalnością: brak chronologii. Drugim punktem przemawiającym za powód do wybrania właśnie tej powieści wśród innych książek znajdujących się na rynku wydawniczym jest... język, którym została napisana. Bez cenzury, szczerze, prosto, momentami potocznie. Tak właśnie pisze autor. A może pisał? W końcu to książka w dużej mierze oparta na jego poprawionych dziennikach. To we mnie po prostu... uderzyło. Dotknęło najczulszych punktów, bo ta szczerość autora hipnotyzuje. Hipnotyzuje, przyciąga jak magnes i nie pozwala się od siebie oderwać. A trzecim (choć z pewnością nie ostatnim, ale ostatnim na którym w dużym stopniu się skupię) czynnikiem jest fakt, że książka pana Ismeta jest po prostu... nienormalna. Jest prowokacyjna - jest wołaniem: "Patrzcie ludzie co robi wojna!". 

Nienormalna - oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie jest taka jak inne. Tak jak byłam przekonana na początku o autentyczności każdej sytuacji, każdego słowa... tak potem zaczęłam w to z każdą stroną coraz bardziej wątpić. To tylko motywowało mnie do czytania! Miałam nadzieję, że pod koniec co nieco się wyjaśni i miałam rację. "Odłamki" nie są powieścią sensacyjną, nie porywają akcją, ale porywają każdym słowem. Ta powieść porywa po prostu każdym najmniejszym wydarzeniem. Każda postać, każde słowo, każde zdanie... 

Wojna jest tłem dla trudnych relacji między ludźmi, a jednak pomimo tego Ismet tej wojny "nie zaniedbał". Przedstawił obraz niezwykle smutny, ale prawdziwy... pokazujący obraz współczesnej wojny z coca - colą. Z coca - colą, bo bohaterowie między przebywaniem w schronach przeciwbombowych siedzą w kawiarniach i popiją ten napój. To książka pokazująca, że ludzie pomimo traumatycznych wydarzeń nigdy nie przestają marzyć. Bo do marzeń i ich realizacji prawo mają wszyscy - trzeba po prostu zawalczyć o siebie i swoje marzenia. 

W historii Ismeta spotykamy całą gamę bohaterów. Oprócz przechodzącego przemiany głównego bohatera niezwykły udział w tej historii ma Mustafa. Może to przez to, że jest przeciwieństwem Ismeta? Choć trochę zakamuflowanym. A może to tak naprawdę ta sama osoba. Może Mustafa tak naprawdę nie istnieje? Prawdziwi ludzie. Społeczeństwo. Zmagająca się z depresją matka Ismeta i jego relacja z nią oraz pozostałą częścią rodziny to moim zdaniem jeden z najsmutniejszym, ale także najważniejszych wymiarów tej książki. Tak. "Odłamki" to powieść wielowątkowa. Powieść wielowątkowa opowiedziana różnymi rodzajami narracji. Powieść w której można znaleźć miłość, żal i niepokój... 

Ismet Prcić stworzył niezwykłe w swojej oryginalności i przekazie dzieło. "Odłamki" to genialna powieść, która porywa swoją treścią, a nie tylko spektakularnymi wydarzeniami. Smutna. Nie brak w niej jednak humoru. To przede wszystkim obraz współczesnej wojny oraz ograniczeń, które narzuca. Zmian zachodzącym w psychice i nie tylko. Majstersztyk chciało mi się powiedzieć. W moim odczuciu to książka z której każdy coś dla siebie wyciągnie. Napisana prawdziwie i bez ogródek. Autor nie upiększa. Autor pokazuje wszystko takim jakie jest naprawdę, a ja nadal jest pod wrażeniem tej powieści... "Odłamki" to zbiór wspomnień, obrazów, uczuć... Taki zbiór po którego przeczytaniu z jednej strony oddycha się z ulgą, że to już koniec, a z drugiej strony taki po którego przeczytaniu żałuje się, że to już koniec. Jedna z najlepszych książek tego roku. Polecam!

Moja ocena: 10/10 Arcydzieło!

Za możliwość przeczytania tej książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN!

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

(353) Kradzione róże

Tytuł: Kradzione róże
Autor: Anna Łacina
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 352

"Ty naprawdę jesteś jak kwiat. O proszę! Jeszcze przed chwilą wyglądałaś jak róża herbaciana [...]"
Anna Łacina, "Kradzione róże"

Jaśmina jest studentką medycyny. Wraz z przyjaciółmi postanawia wyjechać do Grecji. Towarzyszą jej jednak podczas wyprawy cały czas problemy miłosne związane z jej przyjacielem Romkiem. Relacje między nimi są bardzo skomplikowane... od miłości do jawnej niechęci. Dziewczyna chce odpocząć i nabrać sił witalnych przed następnym trudnym rokiem na uczelni. Wakacje mijają jej więc na zwiedzaniu malowniczej Grecji i spędzaniu czasu z przyjaciółmi. W tym samym cz jej młodsza siostra Róża wyjeżdża do Częstochowy na pielgrzymkę. Niestety na skutek niewyjaśnionych okoliczności... nie wraca z niej. Zaczyna się ciężki czas dla rodziny Jaśminy - czas próby. Poszukiwania, nadzieja, utrzymanie jej, A przy tym wszystkim niepewność... Potrzeba wielkiej wiary i nadziei, że wszystko się z czasem poukłada. A co się dzieje z Różą? Dziewczyna stoi w obliczu niebezpieczeństwa z którego sobie jednak nie zdaje sprawy... 

Miałam ochotę na lekką lekturę. Tym oto sposobem moja ręka bezwiednie powędrowała w kierunku powieści Anny Łaciny pt.: Kradzione róże. Nie jest to jedyna powieść tej pani, a jednak pierwsza z którą miałam do czynienia. I nie ukrywam, że miałam wobec niej niemałe wymagania... a jednak: spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Już to wyjaśniam. Nie spodziewałam się bowiem, że otrzymam książkę z delikatną nutką kryminalną i sensacji. A do tego oczywiście nie brakowało wątku romantycznego i ukazania relacji w rodzinie. Czy zakładanie, że jest to książka dla każdego powyżej czternastego roku życia jest uzasadnione? Myślę, że po części z pewnością. Pani Anna Łacina funduje nam bowiem spojrzenie na wydarzenia rozgrywające się w książce z punktu widzenia dziewczyny, chłopaka, kobiety i mężczyzny. A jednak... w szczególności polecałabym ją nastolatkom - tak do 16 -18  roku życia. 

Anna Łacina stworzyła książkę ciekawą. Ciekawą już od pierwszych stron. Zaczyna się dosyć niepozornie, a jednak ja gdzieś pod skórą czułam, że to wszystko może się rozwinąć zaskakująco i intrygująco... i miałam rację. Tylko, że i tak jestem zaskoczona tym, że nim się obejrzałam "Kradzione róże" stały się po części książką sensacyjną. Co jak się pewno łatwo domyślić miało wpływ na to, że nie mogłam się od niej oderwać tak długo aż nie poznałam dalszych losów Róży... A to wcale nie było takie oczywiste jakby się mogło wydawać. Tak naprawdę w pewnym sensie ta historia toczy się dwutorowo - historia Róży i historia Jaśminy. Obie bujne i nieprzewidywalne... w sumie z tego samego powodu.

"Kradzione róże" to książka mam wrażenie, że odrobinę stereotypowa. Autorka bardzo często podkreśla w niej przywiązanie bohaterów do Boga. Zaczyna się od pielgrzymki, a potem to się przewija jeszcze przez kolejne strony. To może niektórych odstraszyć - to taka "książka dla idealnych", ktoś może pomyśleć. Poznajemy dwie rodziny: idealną, bez problemów i taką mniej idealną, gdzie pieniądze grają główną rolę. To mi się trochę nie podobało... I tym oto sposobem przechodzę w swoim wywodzie do bohaterów.

Jaśmina to chyba jedna z najbardziej irytujących bohaterek jakie było dane mi poznać. Jej niezdecydowanie mocno dawało mi się we znaki. Na szczęście do czasu. Odnoszę wrażenie, że Jaśmina w czasie wydarzeń mających miejsce w książce wydoroślała. Przyznaję, że pod koniec nawet zaczęłam darzyć ją sympatią... Z drugą ze sióstr jednak polubiłam się od razu. Postać Róży urzekła mnie od razu. Ciepła, choć jak się okazuje naiwna, Historia przedstawiona w tej książce... myślę, że podobno miały miejsce. Może jest ona przestrogą, żeby nie ufać zbytnio obcym i nieznanym nam osobom.

Książka pani Anny Łaciny to książka bardzo dobra. Ciepła i rodzinna, z wartką akcją, napisana przystępnym i przyjemnym w odbiorze językiem. Myślę, że znajdą się osoby powyżej osiemnastego roku, które ta książka oczaruje. A jednak myślę też, że prawdopodobieństwa odniesienia sukcesu ta książka ma największa w rękach czternastolatek i u osób trochę starszych. Dlatego osobom z tej grupy wiekowej polecam ją w szczególności. Książka pani Anny Łaciny jest przede wszystkim mądra. A pomimo tego znajdzie się w niej miejsce na wszystko.. pościg, miłość, przyjaźń, zaufanie, wiarę i wiele innych. "Kradzione róże" to książka, której akcja rozgrywa się we współczesności, a przy tym książka, które w problemy współczesne uderza. Polecam!

Moja ocena: 7/10 Bardzo dobra. 

Za możliwość zapoznania się z książką Anny Łaciny serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia!

sobota, 25 kwietnia 2015

(352) Przyjaciółki ze Staromiejskiej

Tytuł: Przyjaciółki ze Staromiejskiej
Cykl: Staromiejska
Autor: Anna Mulczyńska
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 480

"[...] chciałabym, żebyś zawsze uśmiechał się do mnie tak jak teraz."
Anna Mulczyńska, "Przyjaciółki ze Staromiejskiej"

"Przyjaciółki ze Staromiejskiej" to druga część cyklu pt. "Staromiejska". Przyznaję od razu bez bicia, że nie miałam do czynienia z pierwszą częścią pt. "Powrót na Staromiejską", a jednak to mi wcale nie przeszkodziło w komfortowym zapoznaniu się z książką pani Anny Mulczyńskiej. Tym bardziej, że o tym, że jest to cykl dowiedziałam się przez przypadek, kiedy już byłam bliska końca lektury tej książki... Ups... Ale czym tu się martwić? To w końcu cykl, a nie seria, więc bez problemu można czytać je osobno. Polska autorka i polska, ciepła książka, która umilała mi ostatnie nerwowe dni. Choć sobie nawet nie wyobrażacie jak trudne było mi ją sobie dawkować. A jednak... to spowodowało, że jeszcze bardziej się w tę historię wczułam i wczytałam, a to wszystko za sprawą autorki, która już od pierwszych stron swoją powieścią intryguje, a swoją fabułą wciąga czytelnika w świat przedstawiony bez reszty!

Ania Bednarek to dziewczyna pewna siebie i świadoma swoich walorów. Młoda kobieta przywykła do uwagi wszystkich i wszędzie. Baletnica, która nie widzi świata poza scenę... A jednak pewnego dnia to się zmienia. "Przypadki chodzą po ludziach" i tak też było w wypadku bohaterki tej książki. Splot niefortunnych wydarzeń powoduje, że traci swoją posadę w kanadyjskim zespole baletowym, a jej kariera wydaje się być zrujnowana już na zawsze. Zmienia się diametralnie... Zagubiona, niepewna przyszłość, a jednak cały czas grająca niewzruszoną i pewną siebie. Arogancka i nieprzyjacielska można by powiedzieć, a jednak to jedynie jej maska... Po niefortunnych wydarzeniach, który zburzyły ład w jej życiu postanawia wrócić na "stare śmieci", tj. na Staromiejską. Zakrada się do starej w willi, w której mieszkała jej największa mentorka i nauczycielka tańca. To ma być pierwszy krok ku nowemu życiu... A jednak okaże się to o wiele trudniejsze niż myślała. Do tego dojdą zawiłe relacje z byłym narzeczonym, Edkiem oraz jego obecną partnerką - właścicielką sklepu z rękodziełami, Weroniką. No i pozostaje jeszcze mężczyzna, który nieustannie na nią wpada. Dziwaczny, niepokojący, ale intrygujący. 

Książka pani Anny Mulczyńskiej to książka, która od razu zaskoczyła mnie wiernym oddaniem ludzkich problemów, zawiłości w relacjach międzyludzkich i bardzo wyraźnym pokazaniem, że "raz na wozie, raz pod wozem". Autorka pięknie wplata czytelnika w tą historię już od pierwszych stron. Oczekiwałam bardzo sielankowej powieści i po części to otrzymałam, a jednak... nie myślałam, że podczas czytania tej książki  pojawią się chwile na wzruszenia. Ku mojemu częściowemu zaskoczeniu okazało się, że ta książka ma swoją... głębię. Otóż ma. A do tego jest niesamowicie ciepła!

Ania Bednarek to postać, którą mimo jej arogancji lubiłam ze strony na stronę coraz bardziej. Pani Mulczyńska powoli zakradała się w odległe zakamarki serca Ani ujawniając przed nami jej prawdziwe oblicze, niekiedy wrażliwość, ale niekiedy także zazdrość, poczucie, że wszystko co najlepsze należy się właśnie jej. Główna bohaterka "Przyjaciółek ze Staromiejskiej" odbywa podczas tej książki gigantyczną podróż - nie tylko w głąb siebie, ale także w głąb swojego życia. Ale, ale... Jej historia choć najważniejsza w tej części nie jest jedyną historią i wątkiem zaprezentowanym przez autorkę. Spotykamy w tej książce także sympatyczną Weronikę z jej chłopakiem - świetnie zapowiadającym się kucharzem Edkiem, jak również troszkę dziwacznego, a z pewnością samotnego Rostowskiego. Kontrasty - to lubię!

Pełna ciepła i wiary w lepsze jutro - taka właśnie jest książka pani Anny. Pokazująca, że po deszczu zawsze wychodzi słońce... choć czasami pada bardzo długo. Pomimo tego nigdy nie można się poddawać - trzeba kochać i żyć z pasją w szczerości z samym z sobą. Odnośnie tej książki nasuwa mi się kolejne porzekadło.. "kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje". Pani Anna Mulczańska pokazuje, że czasami trzeba wziąć sprawy w swoje ręce... zaryzykować, aby na mecie być szczęśliwym. Nie brak w tej książce problemów, miłości, przyjaźni, niezdecydowania i... wiary w lepsze jutro. A w dodatku autorka zdecydowanie podbiła moje serce pięknym zakończeniem... zakończeniem tak zgrabnym z jak najlepszego filmu. 

"Przyjaciółki ze Staromiejskiej" to bardzo, bardzo dobra, a przy tym życiowa książka. Wciągająca fabuła, ciekawi bohaterowie, prawdziwe problemy - rzeczywistość. Pani Anna nie kombinuje - pisze szczerze, jasno, przejrzyście, a przede wszystkim dobrze. Czas spędzony przy lekturze tej pozycji był czasem przemiłym. Aż zaczynam żałować, że nie miałam do czynienia z pierwszą częścią tej książką, ale... "co się odwlecze to nie uciecze". Reasumując: Piękna, ciepła, wartościowa, wciągająca powieść, który do reszty zdobyła moje serce swoim zakończeniem. Pozostaje się tylko cieszyć, że Polacy potrafią tak dobrze pisać!

Moja ocena: 8+/10 Rewelacyjna z plusem!

Za możliwość zapoznania się z powieścią pani Anny Mulczyńskiej serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia!

niedziela, 19 kwietnia 2015

(351) Billy. Kot, który ocalił moje dziecko.

Tytuł: Billy. Kot, który ocalił moje dziecko.
Autor: Louise Booth
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 320

" Dałam mu Billy'ego. Na szczęście."
Louise Booth, "Billy. Kot, który ocalił moje dziecko".

Koty jak i inne zwierzęta mają niezwykłą moc. Na pewno słyszeliście chociaż o jednej sytuacji, kiedy jakieś zwierzę wykazało się niezwykłą przenikliwością, pomogło chorej osobie. Osobiście jestem dumną posiadaczką kotki – mieszanki dachowca z persem. I może niektórzy z Was uznają to za głupie, ale ja wiem, że zwierzęta mają moc. Bo jak to się dzieje, że kiedy mój kot słyszy podniesiony głos zaczyna głośno zawodzić? Jak to się dzieje, że kiedy ktoś płacze podchodzi i zlizuje łzy? Zwierzęta są moim zdaniem niesamowite. Zresztą tak samo jak książka, którą miałam ostatnio możliwość przeczytać pt. „Billy. Kot, który ocalił moje dziecko.”

Lousie Booth w swojej książce opowiada historię swoją, swojej rodziny, a jednak przede wszystkim swojego synka Frasera i niezwykłego kota Billy'ego. Pani Booth miała od pierwszego dnia życia jej synka problemy z jego nagłymi wybuchami złości... spowodowanymi błahostkami. Rodzina pani Lousie widziała już przyszłość tylko w czarnych barwach – każdy ich dzień... można by rzec był męczarnią... Szczególnie trudne było to dla niej samej. Jednak pewnego dnia jej matczyna intuicja podsunęła jej pomysł, żeby przygarnąć kota. W ten oto sposób w życie Frasera wkroczył Billy – szaro – biały kot, który od razu zwrócił uwagę wszystkich. Cierpliwy, zaskakujący i żywiołowy zapoczątkował przełom w życiu całej rodziny Boothów. OK. Oczekiwali zmiany na lepsze, ale nie oczekiwali aż tak dużego postępu w rozwoju chłopca. Fraser stał się z zalęknionego, autystycznego chłopca żywiołowym dzieckiem, które stara się pokonywać swoje obawy, przekraczać kolejne granice. Bliscy Frasera nazywają to cudem, a za „winowajcę” tego wszystkiego uznają Billy'ego. Dla mnie jest to  kolejny dowód na niezwykłość zwierząt...

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy jest już sam tytuł... Tytuł jasno mówiący o stosunku autorki do kota jej synka. Jasno daje czytelnikowi do zrozumienia, że jest to historia kota, która „ocalił” jej dziecko. Piękne zdjęcie na okładce głównych bohaterów... to wszystko powoduje, że podchodził do tej książki z bardzo pozytywnym podejściem. Oczekiwałam miłej, momentami wzruszającej lektury. I właśnie to otrzymałam! Tylko, że ja otrzymałam o wiele więcej – przywiązałam się do bohaterów... przez co czuję lekki niedosyt. Bardzo chciałabym poznać dalszą historię Frasera. Na szczęście istnieje taka możliwość... (choć trochę okrojona) przez stronę Frasera i Billy'ego na FB.

Niesamowita książka. Choćby z tego powodu, że od pierwszej strony jest niesamowicie wciągająca... do tego stopnia, że w pewnym momencie czułam się jakbym rozmawiała z dobrą koleżanką. Louise Booth wrzuca nas w wir wydarzeń, we wir swojego życia. A jednak robi to w tak dobry sposób, że raz dwa połapałam się w tej historii. A chyba najpiękniejsze jest to, że traktując nas jak dobrego przyjaciela odkrywa przed nami swoje najskrytsze myśli, uczucia, a z drugiej strony... cały czas pozostaje skryta. Wiem. Mogłoby się wydawać to trochę nielogiczne. Ale myślę, że osoby które znają tą książką lub się z nią zapoznają to zrozumieją to. Pani Booth pisze szczerze, ale z klasą. Każde jej słowo (choć niejednokrotnie przykre) jest niesamowicie wyważone. Wchodzi w dialog z czytelnikiem, a to nie zawsze jest takie proste.

Historia Frasera i Billy'ego mimo gorszych i lepszych chwil jest historią niezwykle pozytywną, a do tego niezwykle pozytywnie nastrajającą, a przy tym pokazującą, że nigdy, ale to nigdy nie można się poddawać! To powieść bardzo osobista, ale nie ma w niej żałości. Mam wrażenie, że autorka nie chce współczucia. Po prostu... wydaje mi się, że jest to dla niej swego rodzaju terapia po trudnych przeżyciach. Ostatnia rzecz, którą musi zrobić, żeby zamknąć ten trudny okres w swoim życiu, kiedy brakowało jej nadziei. Nie chcę Wam opowiadać o niezwykłości Frasera i Billy'ego. Ich trzeba poznać osobiście... Czy wierzę, że postęp Frasera miał miejsce za sprawą Billy'ego? Wierzę w to z całego serca!

„Billy. Kot, który ocalił moja dziecko” to piękna, ciepła historia. Momentami wzruszająca, ale nie obciążająca. W dzisiejszym świecie, kiedy codziennie dowiadujemy się o jakiejś tragedii cudownie było przeczytać tak pozytywnie nastrajającą powieść. Louise Booth pisze pięknie... jak matka. Widać jej miłość, zagubienie... pozwala siebie poznać, ale nie zakłóca moim zdaniem swojej prywatności. Historia Frasera jest historią autystycznego chłopca, pokazaniem, że dzieci chore mają takie same szanse na życie w społeczeństwie. Wszystko jednak zależy od tego na jakie natrafią na swojej drodze osoby... Bo w takich przypadkach najważniejsza jest miłość. Serdecznie polecam!

Moja ocena: 9+/10 Wybitna z plusem!

Za możliwość zapoznania się z historią rodziny Boothów serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia!

sobota, 11 kwietnia 2015

(350) Podsumowanie miesiąca: MARZEC

Marzec był naprawdę dobrym miesiącem, jeśli chodzi o blog. Pojawiło się 11 postów, a w tym 7 recenzji. Udało mi się za to przeczytać 8 książek... czyli łącznie 2606 stron. Sto stron mniej niż w lutym, ale... będzie coraz lepiej ;)

Przeczytane książki: 


Od góry:
1. Tam, gdzie nie czuć już lęku Monika Held - zrecenzowane już w kwietniu
2. Tropicielka cieni M.G. Gardiner 
3. Clariel Garth Nix
4. Szarlatańskie wersety Stanisław Karolewski
6. Znachor Tadeusz Dołęga - Mostowicz 
8. Atlas: Doppelganger Dominika Słowik - zrecenzowane już w kwietniu

A dodatkowo na blogu pojawiły się następujące posty: 

Serdecznie pozdrawiam :) 

czwartek, 9 kwietnia 2015

(349) Tam, gdzie nie czuć już lęku

Tytuł: Tam, gdzie nie czuć już lęku
Autor: Monika Held
Wydawnictwo Świat Książki
Stron 304

„Gdzie tkwi haczyk? Jąka się, utyka, ma sto lat?
Czterdzieści pięć i jest chorowity.
A gdzie haczyk?
Był w Auschwitz”
Monika Held, „Tam, gdzie nie czuć już lęku”

Bardzo sporadycznie zdarza się, żebym po przeczytaniu jakiejś książki miała najzwyczajniejszego w świecie czytelniczego kaca. Bardzo rzadko zdarza się, żebym po przeczytaniu jakiejś książki nie była w stanie przeczytać ani jednej strony innej książki. Bardzo rzadko zdarza się, żebym miała awersję do książek. Bardzo rzadko zdarza się, żeby przeczytanie bardzo dobrej książki spowodowało, że nie będę w stanie sięgnąć po żadną inną przez dwa tygodnie po jej przeczytaniu. Bardzo rzadko zdarza się, żebym po przeczytaniu tak dobrej książki zwlekała z jej recenzją. Bardzo rzadko zdarza się, że wydawałoby się zwykła książka powoduje, że wylewam z siebie łzy... niezdolna sięgnąć po inną książkę. Ale „Tam, gdzie nie czuć już lęku” to książki podczas której czytania zachowywałam się irracjonalnie. Książka po której przeczytaniu działo się ze mną to wszystko co powyżej. A w dodatku książka, która spowodowała, że po jej przeczytaniu tematowi II wojny światowej, Auschwitz, obozów zagłady... mówię stanowczo nie. Na mojej twarzy pojawia się lekki uśmiech na myśl, że po skończeniu „Tam, gdzie nie czuć już lęku” zamierzałam sięgnąć po „Dymy nad Birkenau”. Niedoczekanie moje... „Dymy nad Birkenau” leżą na półce i się kurzą, bo „Tam, gdzie nie czuć już lęku” to książka, która mnie po prostu... zmiażdżyła. Niesamowita, jeśli można tak o niej powiedzieć.

Spotykają się przypadkiem pewnego dnia... Lena jest tłumaczką. Pewnego dnia na sali korytarza sądowego spotyka pewnego mężczyznę z Wiednia. Henry jest facetem po przejściach... i nie mam tu na myśli jedynie rozbitej rodziny, ale także to, że przeżył Auschwitz. Jest bohaterem. Z pozoru nie łączy ich zupełnie nic. Ona marzy o sielankowych wakacjach nad morzem południowym, a on cały czas rozpamiętuje każdą chwilę przeżytą w Auschwitz. Pielęgnuje w sobie każde najmniejsze wspomnienie. To powoduje między nimi wiele sporów... a raczej niemożność przekazania drugiej osobie obrazów, dźwięków, doświadczeń, uczuć – wspomnień. Bo jeśli udałoby się pokonać im tą granicę... może wtedy Henry doznałby spokoju, oczyszczenia? A może podróż po miejscach, ludziach, wspomnieniach ułatwi im życie? Miłość niespokojna, miłość trudna...

Będę szczera. Oczywiście, że oczekiwałam niełatwej lektury. Ale nie oczekiwałam literatury tak porażającej... oczekiwałam raczej historii miłosnej z tragedią w tle. A jednak w książce Moniki Held każde zdanie przyprawia o gęsią skórkę i poraża. Pomimo tego jej przeczytanie zajęłoby mi naprawdę mało czasu... gdyby nie to, że gdybym jej sobie nie dawkowała to chyba bym oszalała. Wspomnienia 45 – letniego mężczyzny z czasu, który spędził w Auschwitz. Miał pracę „bezpieczną” - wypisanie aktów zgonów, a jednak pomimo tego widział co się działo wokół niego... chciał widzieć co się dzieje wokół niego. Chciał przeżyć i zostać świadkiem. Udało mu się. Ale za jaką cenę? Za cenę nieprzespanych nocy i trudnego życia... bo od Auschwitz nie da się uwolnić „ot, tak”. Zresztą tak samo jak od tej książki...

Po przeczytaniu książki Moniki Held długo zastanawiałam się nad tym co powoduje, że ta książka ma tak mocny wydźwięk. I doszłam do wniosku, że jednym z tych czynników jest Auschwitz, pokręcona postać głównego bohatera, pewne bezwarunkowe oddanie Leny, ale także sama konstrukcja. Dialogi bez myślników. Zdania z których większość nie jest wielokrotnie złożona. To wszystko powoduje, że „Tam, gdzie nie czuć lęku” jest książką przebijającą się przez natłok codziennych spraw. Książką, która nie pozwala o sobie zapomnieć. Książką, która niepokoi. A wreszcie książką, która nie daje spać...

Historia miłości Henry'ego i Leny jest trudna i skomplikowana. Ja sama nieraz zastanawiałam się jakim cudem jeszcze są razem. Lena jako kobieta atrakcyjna, zabawna, przedsiębiorcza i przede wszystkim z wielką pasją podchodząca do życia bez wątpienia szybko znalazłaby innego partnera, A jednak przy Henry'm trzymała ją miłość... miłość silniejsza od wszystkiego. Jednak jest to także zasługa Henry'ego, który znalazł dla niej miejsce w swoim sercu obok swoich przyjaciół z obozu, którzy czytelnik mógłby sobie nieraz pomyśleć są dla niego najważniejsi.Widać to szczególnie podczas ich wspólnej podróży... pięknej dla Henry'ego, wykańczającej dla Leny. To historia miłości, która jakby się wydawało nie miała prawa zaistnieć... a co dopiero przetrwać. 

"Tam, gdzie nie czuć już lęku" to genialnie napisana, zapadająca w pamięć książka. Tak. O tej książce nie da się zapomnieć. A przynajmniej ja nie potrafię... Może przez to, że tyle nie czytam konkretne książki nie władają moimi snami. Ta zawładnęła. Opisane z niezwykłą szczerością wydarzenia z Auschwitz, ukazanie trudnej miłości, zagubienia i koszmarów, które panują nad ludźmi. Monika Held pisze zaskakująco poprzez swoją moc. Stworzyła powieść wciągającą, a przy tym porażającą. Myślę, że nie ma odpowiednich słów, żeby oddać siłę i wartościowość tej książki. Majstersztyk - chciałoby się rzec. Genialna, piękna.... i mądra. 

Moja ocena: 9+/10 Wybitna z plusem!

Za możliwość przeczytania powieści "Tam, gdzie nie czuć już lęku" serdecznie dziękuję Wydawnictwu Świat Książki!

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

(348) Atlas: Doppelganger

Tytuł: Atlas: Doppelganger
Autor: Dominika Słowik
Wydawnictwo Znak
Stron 352

"kontynenty wyglądały trochę jak takie ciemne plamy, w które nikt nie wierzy, i przynosi mi to pewnego rodzaju ulgę."
Dominika Słowik, "Atlas: Doppelganger".

"Atlas. Doppelganger" to jedna z tych książek wobec której uczucia mam bardzo mieszane. Może to przez to, że to w moim odczuciu powieść, która ma swoje wzloty i upadki? Jednak jedno muszę jej oddać... To książka wyróżniająca się na rynku wydawniczym, a jej autorka nie przejmuje się żadnymi konwenansami. Była zapowiadana jako debiut na jaki czekano od lat, była zapowiadana jako dzieło zaskakujące... Zaskakuje - przez większość czasu pozytywnie, ale jak już napisałam wcześniej pojawiają się upadki, słabsze punkty... Jednocześnie muszę przyznać, że zadziwia i zwraca uwagę już od pierwszej strony. A powód jest bardzo prosty: autorka nie uznaje w swojej książce czegoś takiego jak duża litera. To mnie bardzo zaintrygowało już od początku lektury tej książki... No i fabuła niczego sobie.

Pierwszoosobowy narrator (w domyśle autorka) opowiada o chwilach spędzonych ze swoją koleżanką Anną oraz jej dziadkiem. A tak naprawdę opowiada o historiach opowiadanych przez wspomnianego dziadka. Główną osią wspomnień dziadka jest jego lokalna społeczność - blokowisko. Szary, lecz z drugiej strony niesamowicie barwny świat blokowiska z czasów PRL ukazuje p. Dominika w swojej książce. Ukryte tęsknoty, pragnienia... Niektóre historie są tak niesamowite, że aż niepokojące. Nie ma co rozpisywać się na temat fabuły. Ta książka nie ma ściśle określonej fabuły. To zbiór wspomnień i wspominek. Podczas wczytywania się w opowieści dziadka często zastanawiałam się jakie są motywy jego działania... Opowiada dziewczynkom bowiem sytuacje, który rzeczywiście mogły mieć miejsce oraz historie tak nieprawdopodobne... A może po prostu przekoloryzowane? To powoduje, że chociaż przeczytałam tą książkę już jakiś czas temu to jednak cały czas nie daje mi ona spokoju. Zbyt dużo pytań i swego rodzaju niedosyt... Myślałam, że wszystko się wyjaśni. Ale nic z tego. Pani Słowik zostawiła mnie z niezłym mętlikiem w głowie.

Jak już pisałam wcześniej ta książka nie jarzyła mi się przez cały czas w kolorowych barwach. Historie ekscentrycznego dziadka, które z początku bardzo mnie ciekawiły i wciągały w pewnym momencie zaczęły mnie nużyć i nudzić. Mam wrażenie, że w pewnym momencie po prostu pojawił się swego rodzaju... Kryzys. Autorka zaczęła się gubić i niepotrzebnie dokładać kolejne strony powieści. Chyba troszkę na siłę... To zepsuło mi obraz całości. Jednak potem na szczęście pani Dominika z powrotem wróciła na stare dobre tory i w rezultacie koniec tej książki mnie usatysfakcjonował. Pomimo tego niesmak po tym kryzysie pozostał... To był jeden z powodów dla których wrażenia mam takie mieszane.

Sami pewnie przyznacie, że przydałoby się drobne wyjaśnienie tytułu tej książki "Atlas: Doppelganger". Wyraz "Doppelganger", lecz pisany z przegłosem nad "a" wywodzi się z języka niemieckiego i oznacza w mitologii sobowtóra, istotę fikcyjną, ducha - bliźniaka żyjącej osoby, czarny charakter mający możliwość pojawiania się w dwóch miejscach jednocześnie. A także jako... podwójnego wędrowca. O tym wszystkich dowiadujemy się już na pierwszych stronach powieści i to szczerze mówiąc spowodowało, że ta książka zaczęła mnie ciekawić jeszcze bardziej. W rezultacie przez to stała się dla mnie jeszcze większą tajemnicą..., a co za tym idzie zagadką. Może pewnego dnia doznam olśnienia i pojmę w 100% o co chodziło w tej książce?

Śląskie blokowisko z czasów  PRL - u to inspiracja dla pani Dominiki Słowik. To właśnie tam osadza główne miejsce wydarzeń mających miejsce w opowiadaniach.  Tworzy w ten sposób małą, niezwykłą ojczyznę. Swego rodzaju mały, zamknięty świat... dostępny tylko dla wybranych i zasłużonych. Ten świat był czasami tak niezwykły, że miałam wrażenie jakby zamknęła blokowisko wraz z ich mieszkańcami w szklanej bańce, odizolowanej ściśle od świata zewnętrznego. To tworzyło swego rodzaju atmosferę niepokoju i powodowało, że bardzo często podczas czytania czułam się trochę... nieswojo, a już na pewno dziwnie.

"Atlas. Doppelgamger" to bez wątpienia książka zaskakująca. I bez wątpienia książka bardzo nierówna. Mam nieodparte wrażenie, że autorka niepotrzebnie dodawała do tej historii kolejne strony. Przez to czytanie w pewnym momencie przestawało być przyjemnością...  Jednak trzeba przyznać, że Dominika Słowik pisze intrygująco, jednak... musi jeszcze popracować nad swoim językiem i warsztatem pisarskim. Zapowiada się dobrze, ale jednak to jeszcze nie jest coś co mogłabym uznać za świetne i olśniewające. Reasumując więc jak na razie dzieło p. Dominiki otrzymuje ode mnie mocną siódemkę z nadzieją, że następne pozycje będą bardziej udane.

Moja ocena: 7/10 Bardzo dobra!
Za możliwość zapoznania się z dziełem p. Dominiki Słowik serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...