wtorek, 30 czerwca 2015

(370) Czas honoru - serial

Nie jestem fanką TV. Oj, nie... Telewizor włączam bardzo sporadycznie, ale od pewnego czasu codziennie o osiemnastej sięgam po pilota i zaczynam czterdziestominutowy seans. Na TVP Historia lecą bowiem powtórki serialu "Czas honoru". Swoją drogą kilkanaście minut temu skończyłam oglądać oglądać kolejny odcinek drugiej serii. Niestety nie oglądałam wszystkich pokolei. Kiedy leciały odcinki premierowe ja stanowczo opierałam się oglądaniu "Czasu honoru". Myślałam, że przez swoją tematykę będzie przytłaczający. A dzisiaj? Dzisiaj żałuję, że tak myślałam i mam nadzieję obejrzeć kiedyś wszystkie odcinki. 


Ale po kolei... "Czas honoru" to polski serial emitowany w latach 2008-2014. Osią fabuły jest historia cichociemnych - w czasie wojny, ale także po niej. Serial składa się w sumie z siedmiu sezonów - sześciu właściwych i jednego dodatkowego opowiadającego o powstaniu warszawskim. W serialu znajdziemy powszechnie szanowaną śmietankę aktorską jak i młodych - w tamtym czasie jeszcze nie zawsze doświadczonych aktorów. Ale jedno jest pewne. To rzetelny obraz tamtych lat przekazany przez świetnych scenarzystów (Sokół, Matysiak, Wencel) i tak samo dobrych aktorów (Wieczorkowski, Pawlicki, Bołądź, Adamczyk, Gorczyca, Zakościelny i innych...). 

Do wszelkich produkcji obrazujących lata wojenne mam bardzo mieszane uczucia. Wymagam od tego typu produkcji naprawdę bardzo dużo. Myślę, że to zrozumiałe. Takie filmy / seriale nie powinny być ani zbyt brutalne ani obcesowe.. Miałam przyjemność (częściową) oglądać "Kamienie na szaniec". Film ogółem moim zdaniem był dobry, ale uważam, że takie "wprost" ukazanie tortur (przypalanie papierosami, bicie...), które przechodzili bohaterowie było niesmaczne, jeśli wybaczycie mi takie określenie. Za to film zdobył ode mnie minus. Kolejną produkcją tego typu był film "Miasto 44", który ujął mnie swoją ostatnią sceną co trochę zatarło poprzednie złe wrażenie. A czym było spowodowane to owe złe wrażenie? Oni uprawiają seks, kamienica się na nich wali, a oni dalej swoje... a to wszystko w spowolnionym tempie. Dlatego nie dziwcie mi się, że do serialu "Czas honoru" miałam dosyć sceptyczne podejście... A spotkało mnie wielkie zaskoczenie. 


"Czas honoru" to serial, który ujął mnie tym jaki jest wyważony. Oczywiście. Zdarzają się sceny brutalne, zdarzają się sceny wielkiej namiętności. Jednak nie jest tym naszpikowany każdy odcinek. To naprawdę dobre odzwierciedlenie czasów wojennych z ciekawymi wątkami, bez jatki w każdym odcinku, A co najważniejsze jest to produkcja, która może się bez problemu spodobać także osobom, które nie są zainteresowane historią. Ukazuje życie w gettcie warszawskim, bohaterów, ale także zwykłych niezaangażowanych ludzi. To nie jest piękny obraz polskiego człowieństwa. Scenarzyści nie bali się pokazać także tych "złych Polaków" z czasów wojny. Tych, którzy zdradzali i donosili.

Jak każdy serial tak i ten nie jest serialem bez wad. Tu wadą jest Kuba Wesołowski, który w każdej roli, w każdym serialu ma te same gesty, te same spojrzenia, ten sam ton... Tylko, że nawet on chociaż powtarzalny to jednak pasuje z tym swoim sposobem zachowania do tej produkcji. Kawał roboty odwaliły także osoby odpowiedzialne za scenografię. Stroje, miejsca wydarzeń... człowiek ma wrażenie jakby przeniósł się do tamtych czasów. Producenci nam to jeszcze dodatkowo ułatwiają poprzez pojawiające się po drodze prawdziwe zdjęcia, fragmenty filmów z czasów wojny. To nadaje niesamowitego klimatu i prawdziwości. 

Kiedy oglądam tak dobry serial jak "Czas honoru" jestem bardzo dumna z naszych scenarzystów. Jeśli jeszcze go nie oglądaliśćie to gorąco Was do tego zachęcam. Znajdziecie w nim miłość, intrygi, obraz wojny i życia podczas niej oraz przede wszystkim zobaczycie, że nie każdy Polak podczas wojny był święty. Oczywiście. Mieli ku temu różne powody, każdy chciał przeżyć i zapewnić swojej rodzinie względny ład i bezpieczeństwo. "Czas honoru" pomaga to zrozumieć, a jest przede wszystkim obrazem działań cichociemnych. Bo chyba nie muszę wspominać o tym, że wiele z sytuacji przedstawionych w serialu ma korzenie w prawdziwych sytuacjach?  Świetna obsada aktorska, odcinki trzymające w napięciu. Krótko mówiąc "Czas honoru" to dobry sposób na spędzenie 45 minut przed telewizorem. Nie będzie to czas stracony, a wręcz przeciwnie. I to w dodatku nie tylko dla fanów historii ;)

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć "Czasu honoru" to szansę macie codziennie o 18-ej lub 9:05 na TVP HISTORIA :)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

(369) Prawdziwa historia oparta na kłamstwach

Tytuł: Prawdziwa historia oparta na kłamstwach
Autor: Jennifer Clement
Wydawnictwo Mała Kurka
Stron 160

"O pewnych rzeczach wiedziało się ze słyszenia, choć niektórzy uważali, że to zwykłe plotki" 
Jennifer Clement, "Prawdziwa historia oparta na kłamstwach"

Niesamowity tytuł? Piękna okładka? Niepowtarzalna atmosfera książki? Intrygujące wydanie? Nie mam pojęcia o czym powinnam wspomnieć na pierwszym miejscu przy pisaniu recenzji "Prawdziwej historii opartej na kłamstwie". Intrygujący tytuł, który mnie osobiście przyprawia o gęsią skórkę skutecznie skusił mnie do sięgnięcia po tą powieść. I ta okładka... Do tego dołączona karteczka "Proszę wyczytać każde ukryte znaczenie tej powieści". I tym o to sposobem w moich rękach wylądowała ta krótka, bo nie mająca nawet dwustu stron książka. Z niepokojącą bohaterką, z wieloma ukrytymi znaczeniami, napisana pięknym poetyckim językiem... 

Główną bohaterką powieści Jennifer Clement jest Laura. Jej jedyną rodziną jest matka i sześcioro rodzeństwa. "Miotłowe dziecko" jak sama powiada ze względu na fakt, że od najmłodszych lat zbierała z matką gałązki na miotły. Ze względu na biedę panującą w domu jako dziewczynka została wysłana do klasztornej szkoły, aby tam otrzymać wychowanie, by potem móc wspomóc finansowo swoją rodzinę. W klasztornej szkole nauczyła się prasować, piec chleb, zmywać naczynia i wielu innych przydatnych rzeczy, które miały jej pomóc w znalezieniu pracy. Nauczyła się jednak także jednej ważnej rzeczy... że nigdy nie powinna mówić na głos tego co myśli, a już na pewno nie powinna mówić "nie". Kiedy otrzymała posadę w bogatej meksykańskiej rodzinie... to miało być spełnienie jej marzeń i ambicji. Ale jak głosi napis z tyłu powieści: "niebo jednych - jest piekłem dla innych. A prawdziwe historie oparte na kłamstwach zdarzają się codziennie." 

To co miało być niebem dla Leonory szybko stało się piekłem. W domu O'Conner'ów, gdzie opiekowała się dwoma chłopcami działy się bowiem rzeczy o których się tylko plotkowało... Mimo znalezienia przyjaciółek, Leonora znalazła także oprawcę w postaci niewiernego pana domu. Bogaty prawnik wymagał od swojej służącej o wiele więcej niż przyjmowały za właściwe ogólnie przyjęte zwyczaje moralne, a młoda dziewczyna nauczona nigdy nie mówić "nie" i tym razem tego magicznego słowa nie wypowiedziała... Zagubiona dziewczyna zaszła w ciążę. Mogła odejść... ale dziecko musiało zostać przy ojcu. Mogła je wykarmić i towarzyszyć mu podczas dorastania, ale nigdy nie mogła od niego usłyszeć jednego z najcudowniejszych słów pod słońcem, Nie mogła usłyszeć słowa "mamo". Wpadła w sidła losu tak jak ta cała rodzina... Ale kto wyjdzie z tego zwycięską ręką? A może lepiej byłoby zadać pytanie... kto wyjdzie z tego z najmniejszymi obrażeniami? 

"Prawdziwa historia oparta na kłamstwach" to historia krótka, treściwa i porażająca. Spodziewałam się niesamowitych przeżyć literackich i takie też otrzymałam. Najpierw zostałam olśniona tytułem, potem okładką, formą tej powieści, a następnie treścią. Treścią, która jest bardzo minimalistyczna... nie ma w tej powieści zbędnych słów. Nie jest to także książka, którą można przeczytać szybko. Nie. Nic z tych rzeczy. Nią należy się rozkoszować, słowo po słowie... Tym bardziej, że jej klimat jest niepokojący. Od pierwszej strony powieści czytelnik wie, że każde zdanie w tej powieści ma drugie dno, tak samo jak każde wydarzenie. Dzieło pani Jennifer Clement to książka przy której czytaniu miałam wrażenie, że może mnie w każdej chwili zaskoczyć... i zaskakiwała. 

Postacie stworzone przez panią Clement i ich zachowania niejeden raz wzbudziły we mnie niepokój. Sama Leonora jest postacią niezwykle intrygującą przez to co przeżyła. Przez jej odczucia, pewną dozę zamknięcia w sobie, relacje z pozostałymi domownikami, uległość i spokój. Spokój na który pewno mało kto potrafiłby się zdobyć. Jej relacja z panem O'Connor'em jest bardzo ciekawym elementem tej książki. Myślę, że dla niejednego psychologa mogłaby być obiektem badań. Nie spotkałam się jeszcze z tak dobrym przedstawieniem gnębienia i chorej uległości w żadnej książce. Tą książkę można odczytywać na wielu płaszczyznach. Relacja głównej bohaterki z córki (której nigdy nie wyjawi prawdy), relacja głównej bohaterki z panią domu, a zarazem żoną jej dręczyciela. Wewnętrzne zmagania bohaterki, rozterki... rozterki kobiety silnej, a jednocześnie pogubionej. Ta książka ma przed czytelnikiem wiele do odkrycia, ale ja nie zamierzam odkrywać przed Wami wszystkich kart. To trzeba po prostu poczuć i odebrać samemu. 

Sięgając po "Prawdziwą historię opartą na kłamstwach" wiedziałam, że sięgam po dobrą książkę, ale nie myślałam, że sięgam po DOBRĄ książkę pisane dużymi literami. Dwie narracje, poetycki język, którym posługuje się autorka po prostu mnie uwiódł. 160 stron. 160 stron idealnych, dopracowanych w każdym najmniejszym szczególe. 160 stron poruszających zmysłami. 160 stron o których nie chce się zapomnieć z dnia na dzień. Książka pani Jennifer Clement była dla mnie niezwykle ciekawym doświadczeniem literackim. Wyróżnia się z pośród innych książek bez wątpienia. Jest oryginalna i magnetyzująca... czyli taka jaka powinna być naprawdę dobra książka zasługująca na uwagę wytrawnego czytelnika. W moim odczuciu to po prostu majstersztyk...

Moja ocena: 10/10 Arcydzieło!

Za możliwość poznania tak interesującej historii jaką jest historia Leonory serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mała Kurka!

niedziela, 28 czerwca 2015

(368) Sekretne składniki miłości

Tytuł: Sekretne składniki miłości
Autor: Nicholas Barreau
Wydawnictwo Bukowy Las
Stron 268

„Czasami człowiek wychodzi, aby dokądś dojść. A czasami wychodzi ot tak, po prostu, żeby iść coraz dalej i dalej , aż mgły się rozproszą, rozpacz ustąpi albo domyśli jakąś myśl do końca.”
Nicholas Barreau, „Sekretne składniki miłości”

Zawsze kiedy dopada mnie nostalgia mam ochotę sięgnąć po pogodną i ciepłą, a przede wszystkim wciągającą książkę. Ot, taką na jeden wieczór. Tym razem mój wybór padł na powieść „Sekretne składniki miłości”. Kiedy tylko wpadła w moje ręce w księgarni (swoją drogą za całe 3,49 zł) wzbudziła we mnie mnóstwo pozytywnych emocji i byłam pewna, że jeśli dopadnie mnie melancholia to właśnie nią się poratuję. I to był bardzo dobry wybór. Książka pana Barreau nie tylko wywołała uśmiech na mojej twarzy, ale także spowodowała, że niejeden raz się roześmiałam. A co najważniejsze: wciągnęła mnie do swojego świata na cały wieczór. I uczyniła ten wieczór bardzo przyjemnym... Jak dobra komedia romantyczna. Ba... dobra to za mało powiedziane. Jak świetna komedia romantyczna.

Wierzycie w to, że nic się nie dzieje bez powodu? Ja tak. I główna bohaterka książki pana Nicholasa także nie wierzy w przypadki. Aurélie Bredin po śmierci swojego ojca przejęła restaurację w Paryżu, Le Temps des Cerises. Listopad nie jest dobrym miesiącem dla wielu osób... a Aurélie także do nich należy. W pewien listopadowy poniedziałek jest niesamowicie nieszczęśliwa, pewna, że nie spotka jej już w życiu nic dobrego. Po tym jak zostawił ją facet kobieta traci pewność siebie i wiarę we własne umiejętności. Właśnie w ten listopadowy poniedziałek główna bohaterka uciekając przed natrętnym policjantem wpada do małej księgarni. (A musicie wiedzieć, że główna bohaterka w wieku trzydziestu dwóch lat nie jest fanką czytania... Spokój odnajduje w gotowaniu i sadzeniu roślin.) Jednak podczas tej niespodziewanej wizyty w jej ręce wpada książka pt. "Sekretne składniki miłości". Zaskoczona kobieta natyka się w niej na zdanie dotyczące jej restauracji... "Historia, którą chciałbym opowiedzieć zaczyna się od uśmiechu. Kończy się w małej restauracji Le Temps de Cerises , położonej w Saint-Germain-des-Presm tam, gdzie bije serce Paryża...". Nad lekturą tej powieści spędza całą noc, a po jej lekturze niespodziewanie odzyskuje wolę życie. Wyznacza sobie także cel w życiu... chce poznać pisarza, który uratował jej życie. Pisarza, który jak wszystko wskazuje z jednej z bohaterek uczynił ją samą... Chce go poznać i zaprosić na kolację do swojej restauracji, w której już najwyraźniej był. To jednak okazuje się trudniejsze niż podejrzewała. Próba nawiązania kontaktu z nieśmiałym angielskim pisarzem za pośrednictwem francuskiego wydawnictwa okazuje się bardzo trudnym zadaniem. Jednak główna bohaterka powieści Barreau nie zamierza się tak łatwo poddać... Z pomocą swojej najlepszej przyjaciółki Bernadette dociera do redaktora odpowiedzialnego za "Sekretne składniki miłości", Andre Chabanais'a. Nieprzyjemny jednak z początku redaktor nie stara się ułatwić kontaktu Aurélie z pisarzem. Kiedy na jaw wychodzi w końcu prawda kobieta jest zaskoczona i zmuszona przerwać dalsze poszukiwania... 

"Sekretne składniki miłości" to książka przy której się niejeden raz szczerze uśmiałam. Oczywiście... jest odrobinę przewidywalna, ale zresztą autor długo nie trzyma przed nami tajemnicy. Ale od początku... Od pierwszej strony powieści byłam zaskoczona pewną skocznością tej powieści i lekkością, bo muszę przyznać, że porwała mnie od pierwszego zdania! "W listopadzie zeszłego roku pewna książka uratowała mi życie. Wiem, to brzmi teraz wielce nieprawdopodobnie. Niektórzy mogą uznać, że przesadzam, kiedy tak mówię albo melodramatyzuję. A mimo to tak właśnie było" - no i jak tu po przeczytaniu tych kilku zdań mogłam ją odłożyć? No nie mogłam... i przepadłam na cały wieczór. Ale za to jaki wieczór!

Dzieło pana Nicholasa Barreau jest książką niezwykle ciepłą i urokliwą. Piękne zakątki Paryża i ten klimat... Dobre jedzenie (a ja to w książkach bardzo lubię!) na które przepisy możemy znaleźć na końcu książki. Świetna narracja prowadzona przez dwóch bohaterów - Aurélie Bredin i Andre Chabanaisa. Pan  Nicholas pisze lekko, z polotem i zabawnie. Zgrabnie i porywająco. "Sekretne składniki miłości" to książka tak dobrze napisana, że sceny przewijały mi się przed oczami jak świetna komedia. Przyznaję, że po trochu romantyczna... jak cała ta książka. Czytanie tej powieści było dla mnie po prostu świetną zabawą i zastanawiam się czy kiedyś przy jakiejś książce się tak ubawiłam. Nie jest ona jednak głupia. Piękne, mądre cytaty robią swoje. Nicholas Barreau pokazał, że żeby stworzyć miłą, wciągającą i zabawną książkę nie trzeba się wydurniać. Ma u mnie za to ogromny plus!

Autor miał bardzo dobry pomysł, który potrafił jeszcze dodatkowo wykorzystać i doprowadzić do końca. Muszę przyznać, że pozytywnie mnie zaskakiwał. Także kreacją głównych bohaterów i tym, że nie uczynił z nich nastolatków, a dorosłych i dojrzałych ludzi. Z głównej bohaterki nie zrobił skończonej ofermy jak można by się spodziewać, a kobietę, która ma wzloty i upadki. Główni bohaterowie bez wątpienia dadzą się lubić. Andre Chabanais to facet, który potrafi oczarowywać... Obaj bohaterowie mają w sobie niesamowity urok i wdzięk. 

"Sekretne składniki miłości" to książka, która mnie porwała i oczarowała. Piękna, zabawna, romantyczna i niesamowicie pozytywna. To cudowna powieść na rozluźnienie. Jedna z tych, które czyta się z wypiekami na twarzy. Barwna i klimatyczna. Jeśli lubicie powieści podczas czytania których możecie się dużo uśmiechać. jeśli potrzebujecie rozluźnienia w dobrym stylu to sięgnijcie po książkę Nicholasa Barreau. Jak widzicie ja jestem jeszcze cały czas pod jej pozytywnym wpływem... Mam nadzieję, że trafię podczas swojej czytelniczej przygody jeszcze na wiele tak wartościowych choć rozluźniających i nastrajających pozytywnie książek. 

Moja ocena: 8+/10 Rewelacyjna z plusem! 

sobota, 27 czerwca 2015

(367) Poduszka w różowe słonie

Tytuł: Poduszka w różowe słonie
Autor: Joanna M. Chmielewska
Wydawnictwo MG
Stron 280

 „Nadzieja to miętowy likier zamknięty w butelkowozielonych kulkach i zatopiony w deserowej czekoladzie”
Joanna M. Chmielewska, "Poduszka w różowe słonie"

Wspomnienia... Są książki, które ściśle wiążą się w mojej głowie ze wspomnieniami związanymi z okresem, kiedy zaczynał prowadzić blog z recenzjami książek. To o nich wtedy było najgłośniej, to ich recenzje czytałam najczęściej... Przez to na zawsze zakorzeniły się w mojej głowie. Jedną z takich powieści jest książka Joanny M. Chmielewskiej pt.: „Poduszka w różowe słonie”, której jednak przez bardzo długi czas nie udało mi się przeczytać. Kiedy więc otrzymałam propozycję zrecenzowania „Poduszki w różowe słonie” w nowym wydaniu – ucieszyłam się niesamowicie! Tym większa była moja radość, kiedy okazało się, że warto było czekać kilka lat...

„Poduszka w różowe słonie” to książka o której mogę śmiało powiedzieć, że mnie zachwyciła i oczarowała. Poruszyła wiele strun w moim sercu historią, którą przedstawiła. W na pozór uporządkowanej singielki jaką jest trzydziestoletnia Hanka nie ma miejsce na dziecko. Z tego powodu jej życia obraca się do góry nogami, kiedy pod jej opiekę trafia pięcioletnia Ania. Potrafi zapewnić jej piękny pokoik, zabawki, miejsce w przedszkolu, atrakcje... ale nie potrafi obdarować uczuciami dziewczynki. A Ania, która po stracie mamy bardzo cierpi właśnie tego najbardziej potrzebuje... Będą krążyć wokół siebie i się mijać, ale może i to kiedyś ulegnie zmianie?

Hania ma problemy ze swoimi emocjami, boi się zaufać, a mężczyźni są jak największymi wrogami. Ma opinię „żmii”, bawi się nimi, a potem ich porzuca. Ma jednak serdeczną i ukochaną przyjaciółkę. Kiedy dowiaduje się, że ta jest ciężko chora nie wahając się przysięga, że w razie czego zajmie się jej córeczką Anią, tym samym stając się jej jedyną opiekunką. Była to jednak obietnica nie do końca przemyślana... Przez traumatyczne przeżycie, które miały jej udział Hanka nie potrafi okazać małej ciepłych uczuć. Kiedy umiera mama Ani, Hanka nie ma już osoby, której potrafi okazać miłość i przywiązanie. Autorka jednak stopniowo zdradza nam o jakim traumatycznym przeżyciu mowa, co wpłynęło na zamkniętą osobowość Hanki...

Sytuacja życiowa Hani komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy do jej życia wkracza przystojny Łukasz. Ten mężczyzna jest inny i główna bohaterka nie chce postępować z nim tak jak z innymi. A jednak... staje się to w pewnym momencie silniejsze od niej. Łukasz wie, że Hania coś ukrywa, że jest czymś obciążona... A kobieta po raz pierwszy pragnie coś zmienić w swoim życiu, ale nie będzie mogła ruszyć się tak długo z miejsca i zacząć nowe lepsze życie póki nie zmierzy się z traumatycznymi przeżyciami z przeszłości... Hania nie jest osobą dostępną i łatwą w kontaktach. Z krytykującą ją ciągle matką, irytującymi, ale jak się potem okazującymi okey koleżankami.

„Poduszka w różowe słonie” to moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Chmielewskiej. Pierwsze, ale niesamowicie owocne, a przy tym pozytywne. Stworzyła powieść, która nie jest przejmująco smutna, ale nie jest także przejmująco pozytywna. Jest wyważona. Jak życie przeciętnego człowieka. A przy tym niesamowicie mądra... Autorka stworzyła książkę piękną, pouczającą, a przy tym powieść niezwykle wciągającą. Bohaterzy, których wykreowała to prawdziwi bohaterowie z krwi i kości. Pani Joanna napisała książkę z dwoma świetnie wykreowanymi bohaterkami. Ukazała dwie postacie. Zagubioną w życiu singielkę, która nie wie jak poradzić sobie z wychowywaniem małej dziewczynki. Kobietę nie zdającą sobie sprawy z tego jak ważne miejsce zajmują uczucia w sercu dziecka. Druga postać to pięcioletnia Ania, zagubiona i bardzo skrzywdzona po śmierci swojej mamy. Dziewczynka obarczająca się za śmierć swojej rodzicielki. Obie pogubione i niepotrafiące się odnaleźć. Oschłe i zazwyczaj niedostępne...

Autorka tej powieści niezwykle zgrabnie porusza się w sferze uczuć i relacji między opiekunką a dzieckiem. Pokazuje jak przeżycia z przeszłości wpływają na teraźniejszość. Bardzo ważnym elementem jest aspekt uczuć Ani po śmierci jej mamy i kwestia jej uczuć, obarczania się przez nią winą. To pokazuje co czuje dziecko, kiedy zostaje sierotą. To powieść bez wątpienia emocjonalna... Poruszająca temat śmierci, traumatycznego dzieciństwa, trudnych relacji z matką. Zaskakujący jest fakt jak bardzo jest wciągająca. Losy Hani choć nie zawsze kolorowe dają nadzieję, że po deszczu zawsze pojawia się słońce.

„Poduszka w różowe słonie” to powieść niezwykle ciepła, mądra i dojrzała. Pani Joanna Chmielewska w mistrzowski sposób porusza trudny temat. Przez całą powieść nie spuszcza ani na chwilę z tonu. Nie jest to jednak powieść ciężka. Wręcz przeciwnie! Czyta się ją niezwykle lekko, ale zarazem z tą olśniewającą przyjemnością, kiedy wiecie, że czytacie książkę, która przynosi pożytek dla Waszego umysłu. Czytanie powieści Chmielewskiej było dla mnie czystą przyjemnością... i rozkoszą. Autorka nie boi się retrospekcji co dodaje tej powieści smaczku. Nie boi się także uczynienia momentami z narratora dziecka. To książka prawdziwa - pokazująca kobietę i dziewczynkę. Obie zagubione i pokrzywdzone. Cieszę się, kiedy trafiam na literaturę wysokich lotów. A ta właśnie taką jest. Wzruszającą, wciągającą i mądrą. Nic tylko czytać!

Moja ocena: 9/10 Wybitna!

Za możliwość przeczytania "Poduszki w różowe słonie" serdecznie dziękuję Wydawnictwu MG :)

środa, 24 czerwca 2015

(366) STOSik 7/2015

Ach... już jutro koniec roku, ale najbliższe dni będą bardzo stresogenne ze względu na oczekiwanie na wyniki rekrutacji do Liceum. Kolejny miesiąc nie wygląda na blogu tak jakbym chciała, ale jak wiadomo nie wszystko układa się zawsze po naszej myśli. Dzisiaj więc szybko, w locie. A jutro zawitam do Was z recenzję "Poduszki w różowe słonie". 

I Stosik


Od góry: 
1. Sekret Potęga młodości Harrington - chyba nie ma osoby, która nie słyszałaby o tej książce, a w każdym razie o serii "Sekret". Myślę, że jest w niej dużo prawdy... Oczywistej, ale wychodzę z założenia, że im więcej razy o czymś przeczytam tym bardziej i lepiej sobie to utrwalę. Trudno było mi się jej oprzeć tym bardziej... że kosztowała całe 5 zł, zakup w Kauflandzie. 
2. Antidotum na wielki ból Richard Carlson - to kolejna książka wspierająca rozwój intelektualny. Wszystko jasne jak słońce, ale powtórzyć sobie warto. J.w.
3. Mały Książę Antoine de Saint - Exupery - książkę oczywiście znam i uwielbiam. Na półeczce posiadam już jednak wydanie mocno podniszczone, a więc skusiłam się. 
4. Duma i uprzedzenia Jane Austen - klasyka, którą znać trzeba. Oczywiście... biedronka. 
5. Północ i południe Elizabeth Gaskell  - j.w.
6. Mistrz i Małgorzata Michaił Bułhakow - odkąd byłam tylko w trzeciej klasie podstawówki moja mama chciała mi kupić tę książkę, ale ja zawsze upierałam się, że to książka "dla dużych". Ostatnio zaczęłam bardzo tego żałować, więc kiedy zobaczyłam ją w dodatkowej promocji -50%... cóż to była za radość. Ze strony mojej mamy także ;). Radość tym większa, że w tym wydaniu posiadam dwie inne książki. 
7. Sekretne składniki miłości Nicholas Barreau - całe 3 złote, a ja potrzebowałam czegoś optymistycznego! 
8. Prosto się mówi, jak się wie Marek Edelman - z serii "czytamy dokumenty i biografie" ;) 

II Stosik


Za każdą z poniższych pozycji zapłaciłam całą... złotówkę :)

9. Zimowe opowieści Pickart, Hart, Mortimer - nie ta pora roku, ale zimą z pewnością po nią sięgnę. 
10. Motyl i czołg Ernest Hemigway - ponieważ "Stary człowiek i morze" mnie ujął...
11. Popiół i diament J. Andrzejewski - klasyka, którą znać wypada. 
12. Skromna róża Iris Murdoch - ponieważ nie zawiodłam się jeszcze na żadnej książki z Salamandry. 
13. Dwie głowy i jedna noga Joanna Chmielewska - kryminał autorki, którą bardzo cenię, a z którą w takim wydaniu się jeszcze nie spotkałam. 
14. Nowele Maria Konopnicka - chyba wszelki komentarz będzie zbędny. 
15. Stan wstrzymania Charles Stross - wiecie, że jeszcze nigdy nie czytałam żadnej książki wydawnictwa Mag? 
16. Wieczna miłość Kathleen E. Woodiwiss - kiedy będzie potrzebne rozluźnienie... 
17. Szczypta magii Nora Roberts - dzieła pani Roberts uwielbiam, więc oprzeć się nie potrafiłam. "Szczypta magii" zapowiada się naprawdę magicznie! :)

To by było dzisiaj na tyle. Czytaliście którąś z przedstawionych przeze mnie książek? A może macie na jakąś ochotę? A może któraś z nich gości na Waszych półkach? 
Pozdrawiam!

wtorek, 23 czerwca 2015

(365) Hiszpański smyczek

Tytuł: Hiszpański smyczek
Autor: Andromeda Romano - Lax
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 608

"-Chciałam tylko, żeby moje dziecko było szczęśliwe [...] Nie powodzenia, sukcesu dla niego pragnęłam, tylko żeby był szczęśliwy." 
Andromeda Romano - Lax, "Hiszpański smyczek"

Dawno nie miałam takich nierównych uczuć wobec jakiejkolwiek książki... "Hiszpański smyczek" to książka napisana przez kobietę. Książka niejednokrotnie porównywana do bestsellerowej powieści "Cień wiatru". To zachęciło mnie skutecznie do sięgnięcia po nią. Zaczęło się rewelacyjnie, zgrabnie, a potem ciekawie... ale w miarę jak przewracałam kolejne strony tej powieści przychodziło znużenie, zmęczenie materiału, a sama książka zaczęła tracić polot. Została cały czas wartościową lekturą, a jednak to już nie było to samo. Nie było w niej tyle czaru i uroku co wcześniej. A zaczęło się niesamowicie... 

Feliu Delgado był niezwykły od pierwszych chwil swojego życia. Uznany za martwego... ożył. Wprawił w zdumienie akuszerkę, rodzinę oraz notariusza wypisującego akt zgonu. Wtedy jeszcze nikt nie podejrzewał, że zostanie cenionym na całym świecie wiolonczelistą. Ale jak wiadomo koleje losu mogą potoczyć się różnorakimi torami.... Cień na życie młodego chłopca rzuca smyczek, który otrzymuje po śmierci swojego ojca. To właśnie wtedy zaczyna się jego przygoda z muzyką. Zaczyna się od gry na skrzypcach, potem poznaje uznanego na całym świecie Al - Cerraza, mistrza fortepianu. To właśnie po tym wydarzeniu zaczyna się jego "prawdziwa historia", historia związana z wiolonczelą. "Hiszpański smyczek" pokazuje podróż Feliu w dorosłość, drogę do zdobycia uznania, sławy i wewnętrznego spełnienia. Feliu cały czas się rozwija i wspina po szczeblach kariery. Doskonali umiejętności w Barcelonie, potem na królewskich dworze w Madrycie, podróżuje z Al - Cerraz'em po Europie, poznaje piękną skrzypaczkę Avivą. 

Feliu nie jest postacią idealną, bez skaz. Ma wiele ułomności. Miałam nawet momentami wrażenie, że jest odrobinę niedojrzały, zamknięty pod kloszem, nie znający praw, którymi kieruje się życie. Spogląda na świat jakby z pewnej odległości, a w tej historii przez większość powieści nie daje się ponieść emocjom, nie biją one z tej powieści... A jeśli biją to nie z postaci Feliu. Pomimo tego potrafi sobie zjednywać ludzi. Jedną z barwniejszych postaci jest za to Al - Cerraz. To on zaintrygował mnie w dziele pani Andromedy najbardziej, Jest postacią wyrazistą, a zarazem skrytą... Stara się nie widzieć tego co go otacza, ale zarazem bardzo silnie to wszystko odczuwa. To właśnie jego kreacja jest jednym z najlepszych elementów tej powieści. 

Przy zapoznawaniu Was z "Hiszpańskim smyczkiem" nie mogę oczywiście zapomnieć o tle historycznym. Autorka zaznajamia się delikatnie z wydarzeniami mającymi miejsce w całej Europie, ale jednak skupia się w swojej powieści na Hiszpanii. Dla fanów tego kraju będzie to więc z pewnością duży plus. Feliu jest świadkiem hiszpańskiej wojny domowej i panowania króla Alfonsa XIII i jego żony, królowej zwanej Eną oraz dyktatury Franco. Aspekt historyczny jest dla tej książki niesamowicie ważny, tym bardziej, że udział w niej mają hiszpańscy artyści, głód i nędza. Pani Andromeda poradziła sobie z tym zadaniem bardzo dobrze. Wydać, że historia Hiszpanii z XIX I XX wieku nie jest jej obca. Niestety potem zaczęła za bardzo wchodzić w aspekty polityczne tamtych czasów...

Jest rzecz, która mnie w tej książce naprawdę ujęła. A tą rzeczą, a raczej osobą jest matka Feliu, która poświęca wszystko, żeby jej syn mógł rozwijać się muzycznie i spełniać swoje marzenia. Tu jednak swojego zadania nie spełnia Feliu, który nie zawsze potrafi to docenić. Nie mówię tu o oddaniu i wdzięczności po grób. Mówię tu o zrozumieniu... No, ale jak już pisałam nie jest to bohater idealny. Chociaż przyznaję, że momentami darzyłam go sympatią. Może gdyby nie ten bohater to mogłabym ocenić tą książkę pozytywniej? 

"Hiszpański smyczek" to książka na której się lekko zawiodłam... Zaczęło się naprawdę pięknie, nastrojowo, uroczo i wciągająco. Mam wrażenie, że z każdą kolejną stroną autorka się wypalała. Autorka się wypalała, a mój początkowy zachwyt tą książką zaczął stopniowo topnieć... Ale nie stopniał w zupełności. Pani Andromeda stworzyła w końcu dobrą powieść, rewelacyjnie osądzoną w realiach historycznych. Jednak z czasem zaczęła mnie nużyć... Mam bardzo mieszane uczucia wobec tej książki, ale doceniam nietuzinowy pomysł i nietuzinowych bohaterów. Doceniam także pomysł, ale z wykonaniem już gorzej... To książka dla flanów historii Hiszpanii, ale mnie ona nie porwała. Dlatego decyzję zostawiam Wam... z zastrzeżeniem, że czytanie "Hiszpańskiego smyczka" było dla mnie ciekawym doświadczeniem. Muszę pamiętać o jednym: "Hiszpański smyczek" pokazuje, że ciężką pracą można spełnić każde marzenie. 

Moja ocena: 7-/10 Bardzo dobry z minusem!

Za możliwość zapoznania się z książką "Hiszpański smyczek" serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia!

wtorek, 9 czerwca 2015

(364) Ocalona

Tytuł: Ocalona
Autor: Aprilynne Pike
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 328

„Wtedy zrozumiałam, że za chwilę zginiemy. W tym samym momencie mój strach rozpłynął się, poczułam wszechogarniający spokój.”
Aprilynne Pike, „Ocalona”

„Ocalona” nie jest moim pierwszym spotkaniem z twórczością Aprilynne Pike. Moje wcześniejsza styczność z tą autorką miała miejsce przy okazji czytania książki „Skrzydła Laurel”. Choć miało to miejsce kilka lat temu pamiętam, że wywarła na mnie pozytywne wrażenie... jednak „Ocalona” wywarła na mnie wrażenie jeszcze pozytywniejsze. Styl autorki jest taki sam, ale fabuła lepsza i bardziej dopracowana. No i trzeba przyznać, że „Ocalona” spodoba się także starszej młodzieży. Nie ma w niej w końcu wróżek, a są za to pościgi, tajemnice i akcja. To książka zupełnie inna, ale posiadająca taki sam urok z jakim spotkałam się podczas czytania „Skrzydeł Laurel”.

Tytułową ocaloną jest Tavia, która w katastrofie lotniczej straciła rodziców. Na ponad dwustu pasażerów ona jedyna przeżyła. Cud mówią wszyscy. Jednak Tavia nie wyszła z tego wydarzenia bez szwanku – poharatana spędziła wiele tygodni w szpitalu, rehabilitacja towarzyszy jej na co dzień. Przeżyła, ale ledwo. Oprócz ran fizycznych odniosła także rany psychiczne. Z tego powodu uczęszcza na psychoterapię do doktor Elizabeth. Mieszka u dalekiej rodziny i próbuje przywrócić swoje życie do normy. Zakochuje się w przystojnym Bensonie i kiedy wydaje jej się, że za chwilę wszystko wróci do normy, choć w nowym miejscu i wśród nowych ludzi zaczyna jej się ukazywać chłopak widmo. Czegoś od niej chce... pytanie tylko czy ma pokojowe zamiary czy wręcz przeciwnie. Wokół dziewczyny zaczynają się dziać rzeczy niezwykłe i nie do zrozumienia dla zwykłego śmiertelnika. Tavia zaczyna podejrzewać, że nie wszystko jest takie jakie jej się na początku wydawało. A jak się później okaże przeszłość kryje niejedną tajemnicę. Nie zdaje sobie jednak nadal sprawy z tego, że świat chyli się ku upadkowi, któremu może zapobiec porzucenie Bensona. A dziewczyna nie chce tracić jedynej (jak jej się zdaje) ważnej rzeczy w jej życiu. Zaczyna się niebezpieczna gra, a wygranym może być tylko jeden.

Aprilynne Pike zaskoczyła mnie kreacją bohaterów – wyraźną, a zarazem tajemniczą, a jednak pozwalającą co nieco przypuszczać, powątpiewać. Nie wiadomo kto jest czarnym bohaterem, a kto dobrym i nieskazitelnym do ostatniej strony... Książka pani Pike w ogóle mnie zaskakiwała! Ale zacznijmy od głównej bohaterki... Tavia jest odważną, a nie heroiczną bohaterką. Jest odważna, ale posiada także swoje własne lęki. Podczas książki przechodziła przemianę, która wynikała bardzo naturalnie ze zdarzeń. Nie ma w jej postaci nic naciąganego i tym mnie ujęła. Ma chwile lepsze i gorsze... I ma chwile na miłosne amory, o których za chwilę będzie trochę więcej. Poznajemy ją jako zagubioną, a próbującą się odnaleźć dziewczynę, a kiedy kończymy czytać „Ocaloną” jesteśmy po prostu dumni. Jednak inne postacie także są niczego sobie... każda postać pojawiająca się w tej powieści wnosi coś do niej.

Od kiedy tylko poznałam chłopaka widmo – Quinna bałam się, że autorka zaserwuje nam trójkącik i pytanie nurtujące główną bohaterkę „Którego mam wybrać?”, a ja po prostu nie lubię takich rzeczy. Spotkała mnie jednak miłe zaskoczenie, bo autorka niczego takiego na tacy nam nie podała. To wszystko potem jakoś samo stało się klarowne... Oczywiście. Aspekt miłości w tej książce jest ważny bez wątpienia, a jednak jest on jej pewnym elementem. Pojawiają się uczucia bohaterki, miłość bohaterów, ale nie jestem tym przesiąknięta każda strona. Jakoś dla mnie o wiele bardziej od wątku miłości był dostrzegalny wątek ucieczki oraz tajemnicy, którą owiana jest każda strona tej powieści.

„Ocalona” to książka podczas czytania której może okazać się przydatne analizowanie każdego zdania i każdego nawet nieistotnego dla czytelnika w pierwszej chwili wydarzenia. Powód jest prosty. Kiedy dochodzicie do ostatniej strony tej powieści okazuje się, że wszystko składa się w piękną, przejrzystą całość. Trzeba być tylko uważnym czytelnikiem. Zresztą... jak tak teraz o tym myślę to chętnie przeczytałabym tą książkę jeszcze raz, z tą wiedzą, którą posiadam już teraz. Odkryłabym tą książkę jeszcze raz. Na nowo. Kiedyś zresztą z pewnością to zrobię! Tym bardziej, że mnie osobiście ta książka zaskakiwała i to bardzo! A odkrywanie z Tavią tajemnic było przyjemnością. Owianą oczywiście nutką lęku o bohaterkę. Co jest w stu procentach zrozumiałe, kiedy jest w trakcie ucieczki... a nie wie przed kim tak naprawdę ucieka.

Aprilynne Pike posługuje się lekkim językiem. Przez to połknęłam jej książkę w okamgnieniu. Dodatkowym plusem jest fakt, że naprawdę postarała się o wciągającą i nieprzewidywalną fabułę. Dzięki „Ocalonej” miałam możliwość poznać autorkę w wydaniu zupełnie innym. Mniej dziewczęcym niż w wypadku „Skrzydeł”, a jednak obie serie mają w sobie urok. Tylko, że na chwilę obecną to właśnie ta wpada bardziej w moje czytelnicze gusta... Jest akcja! I za to bardzo autorkę cenię. Cenię ją także za tą, że stworzyła książkę dla czytelników lubujących się w romantycznych historiach, jak i fanów przygód i fantastyki. Przez to znacznie zwiększyła grono odbiorców swojej książki. Zdobyła i mnie.

„Ocalona” autorka Aprilynne Pike to rewelacyjna książka, którą czyta się w oka mgnieniu. Można znaleźć w niej dużo akcji, tajemnic, ale znajdzie się tez co nieco dla fanów miłosnych historii. Wszystko wyważone i podane w odpowiednich proporcjach. Odkryłam panią Pike na nowo i chcę to odkrywanie kontynuować. Rozpoczęła swoją nową serię w baaaaaardzo dobrym stylu. A jednak mogła to zrobić w stylu jeszcze lepszym. Myślę jednak, że kolejna część tej serii pt.: „Uprowadzona” jest jeszcze lepsza. Mam nadzieję, że to dopiero preludium... Mam nadzieję, że autorka będzie potrafiła mnie zaskoczyć i porwać do świata jak i sytuacji przez siebie wykreowanych jeszcze mocniej, jeszcze lepiej. A na razie...

Moja ocena: 8*/10 Rewelacyjna! (* oznacza baaaaaardzo mocną ósemkę, nawet taki mały plusik... ;) )

Za możliwość poznania autorki w zupełnie innym wydaniu serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

sobota, 6 czerwca 2015

(363) Każdego dnia

Tytuł: Każdego dnia
Autor: David Levithan
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 264

"[...] nadzieja zabarwiona nutą wątpliwości, ta wątpliwość, pod którą czai się nadzieja." 
David Levithan, "Każdego dnia"


 „Wow!” to pierwsze co przychodzi mi namyśl, kiedy przez moją głowę przewija się tytuł książki Davida Levithana. „Każdego dnia” to powieść, która mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się tego, że będę mogła zachwycać się w najbliższym czasie nad jakąś młodzieżówka. W tym wypadku to realne. „Każdego dnia” to świetna książka, która oderwała mnie od prawdziwego świata na kilka godzinek. Krótka, ale treściwa i żwawa. Jednak jest to przede wszystkim książka niesamowita... przez historię, którą opowiada. Jednak jest przy tym momentami boleśnie prawdziwa. Mimo to te wszystkie słowa są zbędne, kiedy wystarczy tylko jedno słowo na opisanie tej książki... „piękna”. Powieść Davida Levithana jest po prostu piękna.

Szesnastoletni A każdego dnia bez uprzedzenia budzi się w innym miejscu, innym ciele. Każdego dnia jest kimś innym. Jednego dnia chłopak, drugiego dziewczyna, homoseksualista, mistrz futbolu, modnisia... to tylko niektóre jego wcielenia. Przez lata A nabrał wprawy. Nauczył się jak ma żyć w ciałach innych mi nie zrobić nikomu krzywdy. Ustalił zasady, których powinien przestrzegać. A nie może się angażować, rzucać w oczy, mieszać w życiu innych osób. Dostosowuje się do zasad... aż do dnia kiedy budzi się w ciele Justina i poznaje jego dziewczynę, Rhiannon. Od tego dnia zasady przestają się liczyć. A znalazł kogoś kto staje się do niego ważny. A chce, żeby to Rhiannon stała się stałym elementem jego życia. Ale czy można kochać kogoś kto codziennie jest kimś innym? A zmienia ciała, życia każdego dnia. Jednak miłość jaką obdarował tą dziewczynę pozostaje niezmienna.

Autor od razu rzuca nas na głęboką wodę. Dzięki temu zabiegowi od pierwszej strony związałam się z postacią głównego bohatera. Postacią, którą bardzo polubiłam. A jest postacią niesamowicie pozytywną. Nie jest żadnym „macho”, jest za to chłopakiem, który wie czego pragnie od życie. Chłopakiem, który potrafi doceniać najmniejsze przyjemności płynące z dnia codziennego. To przez jego życie, a raczej ciągłe zmiany w nim zachodzące. Brak stabilności, który powoduje, że cieszy się ze zwykłego posiadania adresu e-mail. To zarazem bohater niesamowicie mądry i dojrzały. Jest także postacią, która potrafi kochać całym sobą. Przez wydarzenia, których jest świadkiem uczy się żyć w różnych relacjach, na różnym poziomach. A jednak nigdy nie nauczy się żyć z tą samą osobą przez cały czas... budzić się przy niej i zasypiać.

David Levithan miał świetny pomysł na książkę. W dodatku pomysł, który potrafił wykorzystać w pełni. Ta książka od pierwszej strony miała potencjał, a panu Levithan'owi udało się go wykorzystać. Autor potrafi zaskakiwać. Nie rozwodzi się nad niepotrzebnymi elementami. Pisze jasno i przekazuje czytelnikowi to co chce. Ta książka jest kwintesencją tego co dobre w literaturze młodzieżowej. Znajdziemy tu akcję, miłość, ale także problemy dnia codziennego. „Każdego dnia” to książka poruszająca i momentami wzruszająca. No i trzeba przyznać, że przy tym wszystkim jest bardzo wciągająca i urzekająca. Duży wpływ na to mają także barwne, ale realne postacie. Postacie, które mają wady... i lęki. Nawet A nie jest superbohaterem. To chłopak, którego od urodzenia spotkał nietypowy los, a jednak zwykły nastolatek.

Pomimo dużej ilości plusów, które posiada ta książka jeden przeważa... Fabuła. Fakt, że każdego dnia A znajduje się w innym ciele jest jakby osią wydarzeń w tej książce. Jak już napisałam wcześniej A ciągle znajduje się w ciele kogoś innego... a jednak osoba w której ciele się znajduje ma zawsze tyle samo lat co on. To, że raz jest w ciele homoseksualisty, raz w ciele dziewczyny pełnej seksapilu i innych postaci pozwala mu spojrzeć na życie ludzi z różnych perspektyw. A jak jemu to także i nam, jako czytelnikom. Pan Levithan daje nam tym samym możliwość spojrzenia na świat z różnych perspektyw, różnych płaszczyzn. I tu pojawia się kolejny plus postaci A... Jego cięte, ale jakże trafne riposty przewijające się przez jego głowę, które niejeden raz wywołały na mojej twarzy uśmiech. Są w końcu bardzo spostrzegawcze... i powiedzmy sobie szczerze: prawdziwe.

Relacja A i Rhiannon jak pewnie się domyślacie jest bardzo skomplikowana. Jednak jest ona z jednej strony niezwykle skomplikowana, a z drugiej niezwykle przejrzysta i... prosta. Prosta, bo oparta na prawdziwym uczuciu. Skomplikowana, ponieważ A każdego dnia wygląda inaczej. Wewnątrz jest taki sam, ale nie oszukujmy się... w tym wypadku wygląd także ma znaczenie. Nie jest to relacja banalna i wzbudzająca mdłości. To relacja oparta na wzajemnym zaufaniu, koleżeństwie i przyjaźni. Jednak to także relacja pełna miłości. Pięknej miłości, choć skomplikowanej. Ale czy jeśli coś jest skomplikowane to nie może być piękne?

„Każdego dnia” to powieść o które mogłabym pisać długo i dużo. Piękna... choć w pewnym sensie prosta. Ale to chyba właśnie ta  prostota jest w niej tak urzekająca. Wciągająca i zaskakująca. Autor zaskakiwał mnie kolejnymi „przeobrażeniami” A. Podczas lektury tej książki David Levithan zaskakiwał mnie, a swoją książka niejednokrotnie wzruszał... To powieść, która pokazuje, że każdy z nas jest inny. Inny, ale wyjątkowy na swój własny sposób. „Każdego dnia” to także książka, która na długo pozostanie w mojej pamięci... jest niesamowita... po prostu niezwykła. To wspaniałe, wyróżniające się działo wśród ogromnej ilości książek młodzieżowych. Aż dziwne, że autorowi udało się pomieścić tyle wartościowej treści w powieści posiadającej tak mało stron. Dobra... przyznam Wam się. Ta książka po prostu powaliła mnie na kolana. A młodzieżówkom tak często to się w moim wypadku nie udaje.  Nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko Was gorąco zachęcić do jej przeczytania!

Moja ocena: 10/10 Arcydzieło!

Za możliwość poznania tej niesamowitej historii serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

piątek, 5 czerwca 2015

(362) Paragraf 5

Tytuł: Paragraf 5
Seria: Paragraf 5 (#1)
Autor: Kristen Simmons
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 312

"[...] Jesteś jedynym stałym elementem mojego życia. kiedy wszystko się rozwaliło, tylko ty mi zostałaś."
Kristen Simmons, "Paragraf 5"

Przez długi czas nie sięgałam po antyutopie. Ta przerwa trwała aż do momentu kiedy w moje ręce trafiła książka Kristen Simmons pod tytułem: "Paragraf 5". Książka, która bez wątpienia nie jest idealna... Książka, którą niejeden raz miałam za sprawą głównej bohaterki wyrzucić przez okno. A jednak pomimo tego książka, którą przez większość czasu czytałam z dużą dawką przyjemności. Książka, której czytanie zajęło mi bardzo mało czasu.  Książka może trochę przewidywalną, a jednak ciekawą i interesującą. Dzieło Kristen Simmons nie jest arcydziełem, ale jest za to bardzo dobrą książką, która niejedną osobę oczaruje i naprawdę wciągnie. Myślę, że i mnie odrobinę zauroczyła... a zresztą za chwilę poznacie w pełni moje wrażenia.

Ale zacznijmy od początku... Ameryka. Przyszłość. W świecie po Wojnie zaszły niewyobrażalne zmiany. Metropolie przeobraziły się w opuszczone miasta. Świetność takich miast jak Nowy Jork czy Waszyngton jest jedynie mglistym wspomnieniem. Z ulic znikła policja, teraz znajdują się na niej tylko żołnierze. Ameryka stała się państwem prawa... prawa tak absurdalnego, że staje się bezprawiem. Nie ma już także mandatów. Są aresztowania i procesy... za czytanie nieodpowiednich książek, wychodzenie z domu po zmroku czy za bycie nieślubnym dzieckiem. Najgorsze jest jednak to, że osoby, które zostały aresztowane prawie nigdy nie wracają. Znikają bez śladu. 
Siedemnastoletnia Ember radzi sobie jednak w tej nieciekawej rzeczywistości. Pomimo nerwów związanych ze swoją buntowniczą mamą, która nie godzi się na negatywne zmiany zachodzące w Ameryce. Przez trzy lata, które minęły od Wojny nauczyła się zachowywać tak, żeby nie wyróżniać się z tłumu. Dziewczyna dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że w takich sytuacjach najlepiej być po prostu niewidzialnym. Mimo bycia niewidzialnym potrafi zdobyć jedzenie, kartki na odzież, przechodzić bez problemu inspekcje wojskowe. Jednak jak się okazuje przed najgorszym nawet bycie niewidzialną nie może jej uratować. Pewnego dnia przed jej drzwiami stają żołnierze. Mają nakaz aresztować ją oraz jej mamę za pogwałcenie paragrafu piątego. Jednak od aresztowania jeszcze gorszy jest fakt, że jednym z dokonujących jego żołnierzy jest bardzo bliski przyjaciel Ember z dawnych czasów, Chase. Dziewczyna zostaje rozdzielona z matką i zabrana do ośrodka, w którym dopiero tam dostrzega cały obraz powstałego okrucieństwa.

"Paragraf 5" nie jest książką, do której potrzeba geniusza, żeby domyślił się co wydarzy się dalej. Jest odrobinę przewidywalna, a jednak to mi nie odbierało przyjemności czytania. Potrzebowałam trochę relaksu i od książki pani Simmons go otrzymałam. Przyznaję, że "Paragraf 5" wciąga... i to nawet bardzo! Fakt, faktem, że akcja nie zatrzymuje się ani na chwilę. Jest w niej dużo zwrotów i nie toczy się tylko i wyłącznie w jednym kierunku. Całości dopełniają naprawdę zgrabne dialogi, które pod żadnym względem nie są przecukrzone. Owszem pojawia się wątek miłosny... ale daleko mu do etapu migdalenia się. Więc co powoduje, że pomimo tych plusów mam tak mieszane uczucia wobec tej książki? 

Główna bohaterka. Niejednokrotnie w swoich recenzjach zaznaczałam już, że nie lubię bohaterek idealnych, bez skazy... Ale nie lubię też bohaterek, które są egoistkami. A Ember niestety zalicza się do tej drugiej grupy. To przykre. Ember ma siedemnaście lat, zero empatii i jest gotowa poświęcić życie innych dla swojej wygody, dla swoich celów. Nieważne, że chodzi o powrotne złączenie swoich losów z losami mamy. To jeszcze potrafiłabym zrozumieć. Jednak nie potrafię zrozumieć faktu, że nie waha się ani chwili... szantażuje, zostawia, wydaje osądy bez namysłu. To irytujące. Oczywiście jak możecie się domyślać z czasem doświadcza przemiany: staje się odpowiedzialna i dojrzała, dorosła. Nie potrafi zrozumieć Chase'a. Tego co go trapi, aspektów, które go trapią. Jest bezlitosna, rani innych. Oczywiście nie jest nam przedstawiana przez autorkę jako skończona jędza, a raczej jego rozważna, młoda dziewczyna, pokrzywdzona przez czasy w których przyszło jej żyć. Ale ja ją niestety odebrałam negatywnie...Cały czas mam jednak nadzieję, że początek jej przemiany pod koniec tej części rzuci światło, a co za tym idzie rozbłyśnie z całą mocą w kolejnej części. 

Bardzo sporadycznie zdarza się, żeby losy bohaterów drugoplanowych zainteresowały mnie bardziej od losów głównej bohaterki, a jednak tak było w tym przypadku. Chętnie spojrzałabym na tą historię z innej perspektywy. Ale, ale... Ta książka z tej perspektywy z której została ukazana także ma swoje plusy. A chyba największym jest Chase i jego cięte riposty oraz nuta tajemnicy, którą jest owiana cała powieść. I muszę się nawet przyznać do tego, że czułam momentami dreszczyk emocji podczas czytania. Może to spowodowało, że przeczytałam ją w naprawdę szybkim tempie? A nawet ze strony na stronę podobało mi się coraz bardziej! Autorka stworzyła świat, który budzi w człowieku swego rodzaju trwogę. To świat bezlitosny... 

Kristen Simmons napisała bardzo dobrą książkę do której w sumie nie mam większych zastrzeżeń pomijając postać głównej bohaterki. Niby główna postać to rzecz bardzo ważna, a jednak mam wrażenie plusy i minusy tej książki powodują że w rezultacie "Paragraf 5" wychodzi na plus. Autorka wykreowała bardzo rzeczywisty świat. To wizja przyszłości, która nie jest wzięta z kosmosu. To książka po prostu realniejsza od innych. I właśnie za tą jej realność i za to, że mnie wciągnęła, a autorka swoim lekkim piórem zachęciła do czytania dostaje ode mnie 7+/10. I wiecie co? Jestem bardzo ciekawa następnej części!

Moja ocena: 7+/10 Bardzo dobra z plusem!

Za możliwość przeczytania książki "Paragraf 5" serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

poniedziałek, 1 czerwca 2015

(361) Ksin. Drapieżca.

Tytuł: Ksin. Drapieżca.
Saga o kotołaku (#2)
Autor: Konrad T. Lewandowski
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 480

"Milczącą, obustronną zasadą jest zakaz szokowania i obrażania uczuć drugiej strony".
Konrad T. Lewandowski, "Ksin drapieżca"

"Saga o kotołaku" autorstwa Konrada T. Lewandowskiego to w ostatnim czasie jedna z moich ulubionych serii fantastycznych. Do pierwszej części (Ksin. Początek) podchodziłam z pewną rezerwą, ale teraz... w trakcie czytania drugiej części już po prostu przepadłam. Muszę przyznać, że dawno żadna seria tak mnie nie wciągnęła, a jednak losy stworzenia Onego zrodzonego na skutek zemsty są naprawdę niesamowicie ciekawe, więc w sumie trudno mi się dziwić. A może po prostu wczułam się w klimat tej książki? A może ta zasługa autora i tego, że w tej części ograniczył... hm... seks kobiety z kotem? ;) Ta książka ma swój urok... urok, który teraz mnie ujął w pełni. Muszę się Wam przyznać, że już nie mogę się doczekać, kiedy na polskim rynku wydawniczym pojawi się kolejna książka z sagi o kotołaku... ale nim to nastąpi skupmy się na moich zachwytach na temat drugiej części.

"Fortuna kołem się toczy" - znacie to powiedzenie? Z całą pewnością! Tak też się dzieje w wypadku Ksina. Jego błyskotliwa i rozwijająca się w zaskakującym tempie kariera na królewskim dworze rozpada się na malutkie kawałeczki... po zaledwie trzech miesiącach. Kiedy dochodzi do zamachu na króla, to właśnie Ksin staje się głównym podejrzanym ze względu na swoją nie w pełni ludzką naturę. Zaczyna się ucieczka i walka o przetrwanie...  Zaczynają się trudne czasy dla Ksina, dla którego smak krwi ludzkiej będzie jednocześnie wybawieniem i przekleństwem. Zaczyna się walka o zachowanie człowieczeństwa. A jednak najważniejsze jest uratowanie króla i całego Suminoru. Cały czas istnieje jednak nadzieja, że i Ksin może z tego wyjść bez większego szwanku.

W książce pana Lewandowskiego już podczas czytania pierwszej części urzekł mnie fakt, że autor nie skupia się tylko na pokazywaniu losów i przygód głównego bohatera. Oczywiście - Ksin jest osią wydarzeń od samego początku, a jednak to co spotyka innych także jest bardzo ważne. Autor pozwala nam spojrzeć na całą otoczkę Ksina... pozwala dowiedzieć się momentami więcej niż wie on sam. Ten zabieg dodaje tej powieści niesamowitego klimatu i powoduje, że jest naprawdę BARDZO DOBRĄ powieścią fantasy. (Swoją droga nie myślałam, że kiedyś będę się tak zachwycać jakąś książką fantasy). "Ksin drapieżca" to książka w której nie brak magii i niesamowicie silnych uczuć.

W drugiej części sagi Lewandowskiego Ksin jest już dojrzałym mężczyzną - o ile w ogóle można go nazwać mężczyzną. Nie jest ideałem. Swoją żonę Hanti traktuje momentami dosyć przedmiotowo, a jednak jest dobrym "stworzeniem", oddanym swojej pracy i królowi. Z czasem zaczyna mu jednak ciążyć jego odpowiedzialność i chęć zabicia w sobie natury Onego na rzecz natury człowieka. Z czasem jednak zyskuje w swoim otoczeniu coraz większy szacunek poprzez swoje czyny. Ale jeden fałszywy ruch może spowodować, że wszystko na co pracował przez lata runie nagle jak domek z kart. Ważne będzie wyczucie odpowiedniego momentu na reakcję...

Bohaterowie powieści pana Konrada są bardzo barwne i żywe. Autor serwuje nam olbrzymią dawkę uczuć... namiętności, miłości, złości, chęci zemsty i nie tylko. Do tego wszystko dokłada jeszcze świetnie opisane bitwy, potyczki zbrojne jak i słowne. Pan Konrad T. Lewandowski posługuje się niezwykle plastycznym językiem. Jego opisy są dokładne i dopracowane w każdym nawet najmniejszym szczególe, ale nie są nużące. Na skutek tego w moje głowie tworzył się pełny i jasny obraz zdarzeń. Podczas czytania tej książki zapominałam o całym świecie... to jedna z tych powieści, które jak już weźmiecie do ręki to tak szybko ich nie odłożycie.

"Ksin. Drapieżca" to drugi, świetny tom sagi o kotołaku. Autor nie obniżył poziomu moim zdaniem pod żadnym względem. Co więcej jego saga przez niego napisana podoba mi się coraz bardziej! Mam słabość do książek, które potrafią mnie wciągnąć do swojego świata, a tej się to udało w 100 procentach! Autor stworzył barwne postacie i wartką akcję przez którą czytanie tej książki było dla mnie samą przyjemnością. No cóż... nie pozostaje mi więc nic innego jak tylko Wam serdecznie polecić sagę pana Lewandowskiego, który pokazuje jak zdolnych pisarzy - Polaków mamy. Po prostu... serdecznie polecam!

Moja ocena: 8+/10 Rewelacyjna z plusem!

Za możliwość poznania drugiej części sagi o kotołaku serdecznie dziękuję Wydawnictwu Nasza Księgarnia!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...