poniedziałek, 29 lutego 2016

(452) Wojciech Majewski - Majewski gra Skriabina

Tytuł: Majewski gra Skriabina
Autor: Wojciech Majewski

Wojciech Majewski to pianista, kompozytor, aranżer i pedagog. Jego ojciec, Hneryk był jedną z najistotniejszych postaci polskiego jazzu. Pierwsza płyta Majewskiego "Grechuta" ukazała się w 2001 roku. Zawierała jazzowe interpretacje utworów polskiego piosenkarza i poety. Na swoim koncie ma także kilka innych krążków. O Wojciechu Majewskim było także głośno w świecie literackim jako o autorze książki "Marek Grechuta. Portret artysty".

"Majewski gra Skriabina" to płyta zawierająca 34 miniatury. Jest w całości poświęcona muzyce wielkiego rosyjskiego kompozytora Aleksandra Nikołajewicza Skriabina, żyjącego w latach: 1871-1915. Utwory Skriabina zostały ułożone w sposób chronologiczny... od jego najwcześniejszych utworów po te najpóźniejsze. Pierwsze utwory stworzył już w wieku jedenastu lat! Chronologicznie ułożony utworów pozwala zauważyć rewolucję zachodzącą w utworach Skriabina. Płyta ważna tym bardziej, że w  2015 przypadła setna rocznica śmierci kompozytora. 

Nie każdy lubi słuchać muzyki klasycznej i nie ma w tym nic dziwnego. Ja jednak sięgam po muzykę klasyczną dosyć często. To właśnie przy niej mogę skupić się na czytaniu/nauce. To właśnie przy niej mogę się uspokoić i pozwolić płynąć swoim myślom określonym (przeze mnie, a nie przez piosenkarza) torem. Stąd też płytę "Majewski gra Skriabina" sobie często podsłuchuję. Będzie to nie lada gratka dla fanów muzyki klasycznej. Tym bardziej, że Skriabin przez część okresu swojej twórczości inspirował się kompozycjami Chopina. Już wiem jak Majewski gra na fortepianie.... teraz jeszcze ciekawi mnie jak idzie mu pisanie. Mieliście do czynienia z jego utworami lub książką? 

PS. Na okładce możecie zobaczyć koło kwintowe ukazujące zależności między kolorami... miało ścisły związek z utworami Skriabina.

Za możliwość poznania utworów Skriabina w wykonaniu Wojciecha Majewskiego dziękuję empik.com!

sobota, 27 lutego 2016

(451) Samotne miłości

Tytuł: Samotne miłości
Autor: Eshkol Nevo
Wydawnictwo Muza
Stron 330

"Milczenie między nami, myśli jej jedyna córka, przekroczyło granicę, za którą chwile milczenia stają się przygniatające."

Eshkol Nevo, "Samotne miłości"
(także pozostałe cytaty pochodzą z "Samotnych miłości")

"Samotne miłości" to książka, która mimo tytułu jest bardzo niebanalna. Niebanalna, piękna i czarująca. Eshkol Nevo, izraelski pisarz - autor powieści "Neuland" i "Do następnych mistrzostw" stworzył baśniową powieść, której chyba nie da się nie pokochać. Ja nie potrafię... To piękna książka o różnych obliczach miłości - miłości w różnym wieku, samotności, potrzebie poczucia przynależności, a przy okazji spojrzenie na Izrael z bardzo dużym dystansem. Ukazanie dawki absurdu... Dawno nie czytałam takiej powieści jak "Samotne miłości". Powieści poruszającej... Powieści zabawnej, a przy tym zmuszającej do przemyśleń i refleksji nad sobą i swoim życiem. Widzicie tą łódkę na okładce? Ja właśnie dzisiaj zamierzam zabrać Was w taką wyprawę łódką...

W powieści Eshkola Nevo wielu jest bohaterów. Załóżmy jednak, że tym głównym - nadrzędnym bohaterem jest Mosze Ben Cuk, prawda ręka burmistrza Miasta Cadyków. Mosze Ben Cuk nawrócił się i stał się ortodoksyjnym Żydem. Wydaje się, że znalazł swoje miejsce na Ziemi. Założył rodzinę, ma dobrą pracę... a jednak nadal musi ze wszystkich sił starać się, aby zapomnieć o swojej przeszłości. Nie przeszłości, a raczej jej konkretnym elemencie. Jego spokój zakłócają wspomnienia o Ajelet, jego wielkiej, młodzieńczej miłości... Wspomnienia wracają ze zdwojoną siłą, choć od ich rozstania minęło siedem lat. Mosze Ben Cuk dostaje nowe zlecenie. Ma wybudować na osiedlu zamieszkanym przez emigrantów z Rosji rytualną łaźnię (mykwę). Okazuje się to być jednak zadaniem o wiele trudniejszym niż przypuszczał... bo... co się stanie, jeśli starsi Rosjanie postanowią grać w mykwie w szachy? Lub zajmować się rzeczami jeszcze gorszymi... i "mniej cnotliwymi"?

"Starzy przyjaciele są naszym domem. A czasami więzieniem [...]."

Oprócz historii życia (i miłości) Mosze Ben Cuka poznajemy także między innymi historię miłości emigrantów z Rosji - Katii i Antona. To historia miłości bardzo dojrzałej, a mimo to mającej swoje pragnienia. Wśród bohaterów znajdziemy także postać ornitologa Naima, fundatora mykwy czy burmistrza miasta. Poznamy ich troski, ale i marzenia... Te wszystkie postaci jednak łączy to samo. Pragną znaleźć swoje miejsce na świecie. Miejsce, gdzie będą czuć się dobrze. Miejsce, gdzie będą czuć się potrzebni. Każdego z nich dotyka także miłość... pod różnymi postaciami, a tym samym w innymi wymiarze.

"Człowiek bez rodziny jest jak rodzina bez słońca."

"Samotne miłości" to powieść momentami bardzo... hm... rozczulająca. Zawsze jednak niesamowicie ujmująca. Nevo nie koncentruje się jedynie na postaci asystenta burmistrza. Przedstawia ludzi w różnym wieku i o różnym wykształceniu. Od małego Daniela, który zakochuje się w koleżance z klasy po parę starszych ludzi z osiedla dla emigrantów z Rosji. To umożliwia nam poznanie różnych rodzajów miłości - zarówno tej pierwszej, dziecięcej jak i tej dojrzałej, doświadczonej. Eshkol Nevo robi w sposób bardzo prosty, bez narzucania się. A bohaterowie? Jacy są bohaterowie? Niesamowici. Z jednej strony diametralnie się od siebie różnią, a z drugiej wybrzmiewa z nich to samo. Tęsknota. Wszyscy oni niesamowicie tęsknią... za miłością, poczuciem przynależności, spełnienia. 

"Nigdy nie wiemy, jak głęboko ktoś utkwił nam w sercu, dopóki nie spróbujemy go wyciągnąć."

Nie przypuszczałam, że Izraelczyk może pisać o kulturze Izraela w sposób tak swobodny, z tak ogromnym dystansem. Z tego dystansu Nevo powstaje obraz Izraela absurdalny, a także niekiedy wzruszający. Eshkol Nevo opisuje współczesny Izrael pokazując jego prawdziwe oblicze... niekiedy w sposób prześmiewczy. Nie boi się absurdów i groteski. Nie skupia się na ukazaniu ortodoksyjnych Żydów, ich wiary, zachowań... ba! Tego w tej książce nie ma prawie w ogóle. Centrum tej powieści staje się mykwa - jak mówi słownik zamieszczony na końcu książki (tak - i o to autor zadbał) mykwa to.: "[...] zbiornik napełniony napełniony wodą deszczową lub źródlaną, przeznaczony do kąpieli, rytualnego obmywania się, dla kobiet i mężczyzn".  To właśnie wokół tego zbiornika toczy się akcja tej powieści... i od niego się zaczyna. To wokół niego przenikają się losy bohaterów. To właśnie mykwa łączy Antona, Daniela, Ben Cuka, Ajelet... i wszystkich innych bohaterów. Troszkę tak jakby mykwa była dyrygentem, a postacie stworzone przez izraelskiego pisarza członkami orkiestry. Wiem... ponosi mnie wyobraźnia. Tak jednak wpłynęły na mnie "Samotne miłości".

"[...] ludzie mogą nas porzucić, także gdy wciąż przy nas są. Ich ciało zostaje, ale dusza gdzie indziej."

"Samotne miłości" to powieść baśniowa i nietuzinkowa. Kompletnie, oszałamiająco niezwykła. Nie wiem czego się spodziewałam sięgając po tą książkę... Jednak na pewno nie powieści tak zajmującej, powieści tak mądrej i pouczającej. Ta powieść nie dotrze do wielu czytelników - nie ma w niej porywającej zagadki kryminalnej, wielkiego romansu...  jest za to piękny język. Ci którzy po nią sięgną to odkryją, a przez to niezwykle się wzbogacą... wzbogacą w wymiarze duchowym. Pisałam już, że to powieść niesamowita? Eshkol Nevo pisze w sposób bardzo nieprzewidywalny. Raz opowiada co się wydarzyło u tego bohatera, a raz co u innego... porządek chronologiczny? Po co? Retrospekcje, urwana akcja... to wszystko powodowało, że przewracałam powieści tej książki z coraz większym zaangażowaniem i zaciekawieniem. Eshkol Nevo stworzył niesamowitą, momentami zabawną, przez cały czas poruszającą powieść, która jest pozycją niesamowicie uniwersalny. Izrael ukazany przez autora jest obrazem całego świata, mentalności ludzkiej. Nie brak w tym obrazie namiętności jak i ułomności ludzkich... słabości. To obraz magiczny i baśniowy, a przy tym niesamowicie prawdziwy. Przez to wszystko oraz przez wiele innych czynników (jak na przykład świetna kreacja bohaterów i ich różnorodność) "Samotne miłości" zajmują jedno z miejsc w moim sercu.... i mogę śmiało powiedzieć, że to jedna z moich najukochańszych powieści. Uwielbiam! (I nie oddam za żadne skarby!). Nie każda książka mówi tak pięknie o rodzinie, miłości, tęsknocie, potrzebie podejmowania wyborów, poszukiwaniu własnego miejsca... a nawet wierze i problemach z nią związanych. Coś wspaniałego! Prosta i piękna - taka w dwóch słowach jest ta powieść.

Za możliwość poznanie tej niesamowitej powieści dziękuję empik.com!

środa, 24 lutego 2016

(450) Ostatni akt

Tytuł: Ostatni akt
Autor: Mari Jungstedt
Wydawnictwo Bellona
Stron 360

"Jakież żądze wyzwalasz we mnie? Boję się. Lodowate uczucie upadku." 

Mari Jungstedt, "Ostatni akt"

"Ostatni akt" to moje kolejne spotkanie z twórczością szwedzkiej pisarki, Mari Jungstedt. Pierwsze miało miejsce prawie pięć lat temu przy okazji lektury książki "Niewidzialny" - pierwszej części serii Jungstedt. Pamiętam, że odebrałam ją bardzo pozytywnie. Tak więc sięgając po najnowszą powieść szwedzkiej pisarki wydaną w Polsce... oczekiwałam dużo. Miałam nadzieję na dobry kryminał, z dobrze zarysowanym tłem społecznym. "Ostatni akt" jest właśnie taką powieścią. Mimo nieznajomości poprzednich tomów cyklu o komisarzu Knutasie czytanie tej powieści było przyjemnością, a towarzyszyła temu nutka zaciekawienia. 

Na Gottlandii dochodzi do morderstwa. Jego ofiarą staje się dziennikarka - Erika Malm, kontrowersyjna dziennikarka. Dzień wcześniej podczas konferencji, odbywającej się w ramach Tygodnia Polityki, na temat nacjonalizmu, którą prowadziła doszło awantury. Jej przeciwnicy wysyłali jej także listy z pogróżkami. Szybko wychodzi jednak na jaw, że Erika Malm miała romans z dużo młodszym od siebie mężczyzną. Pytania namnażają się z każdym krokiem. Czym spowodowana była jej wizyta w amfiteatrze? Jak tak naprawdę wyglądało jej małżeństwo? I to najważniejsze... kto miał motyw, żeby ją zabić? Śledztwo prowadzi inspektor Karin Jacobsson, zastępca komisarza Andersa Knutasa. To właśnie Anders Knutas jest głównym bohaterem tej serii. W tej części wraz z inspektor Karin będą musieli nie tylko uporać się z mordercą, ale także z uczuciem, które zaczyna ich łączyć. 

Zacznę trochę nie od początku. Chcę na początku zwrócić uwagę na postać Andersa Knutasa. Akcja całej serii toczy się na przestrzeni kilkunastu lat. Tak się złożyło, że mi było dane przeczytać pierwszy... i ostatni tom. Stąd też mogłam zauważyć zmiany, które zaszły w życiu dojrzałego mężczyzny jakim jest Anders Knutas także na polu osobistym. Komisarz Knutas nie jest typowym "macho" jacy zwykle pojawiają się w kryminałach. To obecnie 58 - letni mężczyzna z ogromnym bagażem życiowych doświadczeń, porażek i zwycięstw. Ma za sobą już wiele spraw... takich, które skończyły się złapaniem zbrodniarza jak i jego utratą. Z Karin pracuje od dawna. Dopiero niedawno jednak zdał sobie sprawę z uczucia ich łączącego. To go bardzo stresuje i powoduje, że hm... staje się bardzo niezgrabny i pogubiony. Było w tym coś ujmującego. 

Zabierając się do pisania tej recenzji postanowiłam przeczytać swoją recenzję "Niewidzialnego" , czyli pierwszego tomu cyklu. Przeczytałam tą recenzję i pomijając fakt, że się przeraziłam jej jakością... a raczej tej jakości brakiem (jednak... miałam wtedy jedynie niecałe 12 lat!) to zauważyłam, że zastrzeżenia odnośnie tego tomu mam podobne jak zastrzeżenia odnośnie tamtej książki. Zastrzeżenie numer I: Brak w tej książce dobrze skonstruowanej zagadki kryminalnej. Kto kryje się pod postacią mordercy czytelnik może domyślić się bardzo szybko... co prawda potem autorka robi nagły zwrot akcji, ale nawet ten zwrot akcji jest dla czytelnika przewidywalny. Zastrzeżenie numer II: Chcę się obyć bez spoilerów, więc napiszę w ten sposób... jak to jest, że ofiara, kiedy jest mordowana ma na sobie krótkie spodenki, a kiedy znajdują jej ciało ma na sobie długie spodnie? Nie... morderca nie bawił się w przebieranki. Zastrzeżenie numer III (Stricte do wydania) - Na skrzydełku książki wydawnictwo przedstawia krótką biografię autorki - super! Tylko nie podoba mi się jedna rzecz: "Niewidzialny, pierwsza część siedmiotomowej serii kryminalnej z inspektorem Andersem [...]". Wszystko byłoby super gdyby nie fakt, że "Ostatni akt" to już dziesiąty tom tej "siedmiotomowej serii". Może warto byłoby więc zmodyfikować trochę biografię autorki?

Były zastrzeżenia, to teraz będą plusy. Mari Jungstedt nie przykłada dużej uwagi do kwestii kreacji Knutasa. Czytelnik wyrabia sobie opinię na jego temat - nie za sprawą słów autorki, a za sprawą jego czynów. Przez to miałam wrażenie, że bohaterowie żyją własnym życiem... a autorka nie ma nad nimi żadnej kontroli. To pozytywny aspekt tej powieści. Bardzo spodobało mi się także ukazanie psychiki jednej z kluczowych bohaterek, a przy tym zwrócenie uwagi na to jak różną wytrzymałość psychiczną mają ludzie, że nie każdego można traktować w ten sam sposób. Warto wspomnieć o tym, że wątek Karin i Andersa nie jest wątkiem dominującym w tej książce, a jedynie wątkiem pobocznym... który w żaden sposób nie obciąża czytelnika. Trochę szkoda. 

Reasumując: "Ostatni akt" to tak naprawdę powieść krótka (ma dosyć duże litery). Najnowsza powieść Mari Jungstedt wydana w Polsce jest powieścią dobrą, którą bardzo dobrze i przyjemnie mi się czytało. Została napisana swobodnym, przystępnym językiem. Jednocześnie nie rzuca na kolana poziomem trudności i zawiłości zagadki kryminalnej, a mimo to wciąga. Brak w niej tego napięcia, które powinno towarzyszyć odkrywaniu prawdy, ale brak w niej także niepotrzebnych dłużyzn. Mari Jungstedt stworzyła powieść dość przewidywalną, ale nie w męczący sposób. Poza tym... postać Andersa Knutasa ujmie niejedną osobę. Niestety nie jest to świetna książka. Nie jest to jednak także książka podczas czytania której czytelnik ma ochotę wyrzucić ją przez okno (A i takie się trafiają!). "Ostatni akt" polecam osobom, które chcą wejść w świat psychiki osoby ogarniętej miłością (także momentami szaleńczej), poświęcić jeden wieczór na dobry kryminał przy którym na chwilę odsapną i się uspokoją. Książka Jungstedt to nie tylko opowieść o morderstwie, ale także o zwykłych ludziach... i zwykłym strachu przed zmianami. To jedna z tych powieści, która chociaż nie jest idealna i nie rzuca na kolana... to wciąga i ciekawi. Ją się po prostu dobrze czyta. Dobra, naprawdę dobra!

Za możliwość ponownego spotkania z Knutasem serdecznie dziękuję Bellona!

sobota, 20 lutego 2016

(449) Dwa serca

Tytuł: Dwa serca
Seria: Miłość, pożądanie i... (#2)
Autor: Sandi Lynn
Wydawnictwo Amber
Stron  281
"11 lat:
- Mówiłeś, że ci się podobam, Scott.
- No, bo tak było Avery. Ale teraz podoba mi się ktoś inny. Przykro mi. 
[...]
16 lat:
- Straciłam z Tobą dziewictwo! Mówiłeś, że mnie kochasz!
- Myślę, że powinnyśmy zacząć spotykać się z innymi i zobaczymy, jak to będzie.
[...]"
   Sandi Lynn, "Dwa serca"


Sandi Lynn to autorka, której powieści cieszą się bardzo dużą popularnością. Napisała ich już kilkanaście. W końcu w moje ręce trafiła jedna z nich... "Dwa serca". Każdy z nas potrzebuje czasami lekkiej, niewymagającej lektury - ot, takiego czytadła. Utwór Sandi Lynn jest właśnie taką powieścią. Dobra, romantyczna historia, a przy tym bardzo kiepski erotyk. Z takiego połączenie wychodzi dobre czytadło, bo na szczęście autorka nie zarzuca nas scenami namiętności na każdej stronie powieści. Zacznę jednak od początku. 

Główną bohaterką powieści Sandi Lynn jest Avery Levis, młoda pani prawnik, a przy tym geniusz. Ma 24 lata, od trzech lat jest po studiach prawniczych i robi zadziwiającą karierę. Gdy dostaje propozycje, aby przenieść się do Nowego Jorku i tam zacząć pracę w jednej z największych (i najlepszych) kancelarii prawniczych - propozycję oczywiście przyjmuje. Pragnie zacząć życie od nowa i dać sobie spokój z facetami, którzy jak dotąd jedynie ją zawodzili. Jej plan burzy jednak pojawienia się w jej życiu Liama Waytt'a - młodego millionera, który w wieku dwudziestu dziewięć lat chce się ustatkować. Przeprowadzka do nowego domu jest pierwszym krokiem w drodze ku dojrzałego życia... kolejnym krokiem jest znalezienie Tej Jedynej, przy której będzie budził się i zasypiał... a nie z którą będzie tylko sypiać. Kiedy trafia na Avery wie, że to właśnie ta. Młoda kobieta zbudowała jednak wokół siebie mur, który nie pozwala wdawać jej się w żadne bliższe, emocjonalnie więzi. 

Sandi Lynn odwróciła sytuację, którą normalnie możemy spotkać w tego typu książkach. Tym razem to nie mężczyzna nie chce się zakochać, a kobieta. Bezlitośnie wywala go z łóżka po każdym zbliżeniu, wzbrania się przed przytulaniem. Prosty układ pt.: "Seks". Jak to jednak bywa w tego typu przypadkach Avery nie jest z gruntu złą osobą, która jak to określił Liam "używa ludzi do seksu". Odtrącenia, których była obiektem już od najmłodszych lat spowodowały, że stała się bardzo nieufna, a mężczyzn zaczęła trzymać na dystans uważając, że i tak wszyscy są tacy sami. Liam to facet, który niejednokrotnie porzucał kobiety, a raczej od samego początku niczego im nie obiecywał. To ciepły, rodzinny mężczyzna, który nie myśli tylko o seksie w porównaniu do Avery... Może z czasem i ona zmądrzeje? 

Fabuła tej książki jest prosta - oboje siebie pragnę, ale tylko jeden chce być z tym drugim na poważnie... i zdaje sobie z tego sprawę od pierwszego spotkania. Rozstania, powroty... i te sprawy. Liam jest bez wątpienia bohaterem, którego nie jedna dziewczyna polubi. A Avery? Z tą już będzie trudniej. Często zachowuje się jak lodowa księżniczka... ma ku temu swojemu powody, a jednak... to bywa odrzucające. Bardzo podobał mi się wątek w którym autorka ukazała jak duży wpływ może mieć nasze dzieciństwo na dorosłe życie.

Przyznam Wam się, że choć prolog mnie w pewien sposób zachwycił (część zaprezentowałam Wam na górze - dalszego ciągu możecie się domyślić) to jednak dalszymi stronami tej powieści byłam przerażona. Narratorami powieści jest Avery i Liam co jest ciekawym rozwiązaniem, ponieważ dzięki temu możemy poznać ich myśli - także te najskrytsze, chyba, że sami sobie jeszcze czegoś nie uświadomili. Pierwsze strony były samymi "o matko jaki on jest piękny!" albo "jaka ona jest piękna!". Oczywiście - to nie brzmiało dokładnie tak, ale chodziło mniej więcej o to. Np. Avery: "zdarzało mi się fantazjować na temat pewnych jego zakamarków, o których w ogóle nie powinnam myśleć, w stylu, [...] ile centymetrów ma jego członek". Ekhem... na szczęście potem, z każdą stroną było już tylko lepiej!

Avery to młoda kobieta sukcesu, ale przy tym kobieta bardzo zagubiona... przez to cierpi Liam. Raz zachowuje się dojrzale, a raz jak... mimo to Sandi Lynn dobrze poradziła sobie z ukazaniem jej wbrew pozorom niezwykle silnej osobowości, naznaczonej trudnymi przeżyciami. Jak przystało na powieść, która ma wpisane w tytule "pożądanie" nie mogło zabraknąć w niej "momentów". I to wyszło autorce beznadziejnie.... Mamy jakieś sześć - osiem scen zbliżeń, ale tak naprawdę wszystkie wyglądają tak samo i są nawet tak samo opisywane przez bohaterów. Przez chwilę zastanawiałam się czy nie czytam tego samego... Schemat jest zawsze taki sam: ona się na niego rzuca, rozbierają się, on podziwia jej piersi, zanurza w niej palce, ona dochodzi dwa razy, potem on nie może już wytrzymać i w nią wchodzi, ona dochodzi po raz trzeci, a kiedy ona wypręża ciało on też już może dojść i padają słowa: "wypełniłem ją swoim pożądaniem aż do ostatniej kropli". Te słowa Liam'a zawsze brzmią mniej więcej tak samo... To takie monotonne i nudne. Bez tego ta książka byłaby o wiele lepsza!

"Dwa serca" to książka przy której chciałam się zrelaksować i to mi się udało. Z każdą stroną Sandi Lynn  pisała moim zdaniem lepiej. Sandi Lynn ciekawie poprowadziła swoją fabułę i miała na nią przede wszystkim dobry pomysł! "Dwa serca" to książka, która ma trochę niedoróbek - nie da się tego ukryć. Wątki stricte erotyczne wyszły autorce bardzo kiepsko. Powieść nadrabia bohaterami - szczególnie tymi drugoplanowymi jak mamy (użyłam celowo liczby mnogej) Avery i brat Liam'a oraz jego rodzina. Te postaci są takimi dobrymi duszkami tej powieści, a to w książkach uwielbiam! Utwór Sandi Lynn to idealna pozycja dla wszelkich romantyczek, które szybko mogą zakochać się w postawie Liam'a, w tym jak walczy o Avery. "Dwa serca" to przyjemna, lekka,  wciągająca i romantyczna powieść. 

Możliwość poznania książki Sandi Lynn umożliwił mi empik.com!

piątek, 19 lutego 2016

(448) Liebster Blog Award

Liebster  Blog Award to akcja, która krąży po sferze blogowej już od dłuższego czasu... Do zabawy nominowała mnie autorka bloga Wielopasja, której serdecznie dziękuję za nominację i za docenienie mojej pracy :) Zabawa polega na nominowaniu kolejnych blogerów... ja jednak nie będę nikogo nominować, ponieważ nie wiem czy nominowanie setki blogerów... jest wskazane. A tyle blogów musiałabym wskazać ;)

1. Wymień trójkę ulubionych bohaterów męskich. 

Może to dziwne, ale nie przywiązuję tak dużej wagi do bohaterów książek... nie należę do osób, które by się np. w nich zakochują ;) Choć... jakby się tak uprzeć to ogromnie lubię Dymitra z "Akademii Wampirów", Łukasz z książki "Czas pokaże" oraz Gabriela "Z dala od zgiełku" <3

2. Czytałaś książki Johna Greena? Jesteś nimi zachwycona jak większość czy raczej nie podzielasz zachwytów?

Upss... nie czytałam ani jednej książki Greena, ale czytałam na ich temat tyle, że myślę, że spokojnie mogłabym je ogólnikowo streścić. Myślę, że zabiorę się za którąś z tych książek, gdy minie na nie moda. Czy przeczytam? Z pewnością, ale nie wiem czy będzie to miało miejsce w najbliższym czasie. 

3. Często kupujesz książki czy raczej korzystasz z innych źródeł, by przeczytać jakieś opowiadanie?

Kupuję książki bardzo często, ale po okazyjnych cenach... zazwyczaj za symboliczną złotówkę. Zazwyczaj nie kupuję książek droższych niż 5 zł. Sporadycznie (tzn. raz na pół roku) korzystam z biblioteki... dzieje się tak jedynie w przypadku, gdy pilnie potrzebuję jakiejś książki... np. do szkoły. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce z dramatem "Nasza klasa" oraz z pierwszym tomem "Historii filozofii Tatarkiewicza". Teraz jednak już mam własne egzemplarze "Historii...". To mnie bardzo cieszy!

4. Z jakiego gatunku książki najczęściej goszczą przed twoimi oczami?

To jest naprawdę trudne pytanie! Tym bardziej, że ja czytam... prawie wszystko. Nie mam sprecyzowanego gatunku, a wszystko zależy od mojego nastroju w danej chwili. Mam miesiące w ciąg których najchętniej czytam kryminały, thrillery, a są też takie miesiące kiedy przed moimi oczami najczęściej goszczą romanse.

5. Jest autor, który twoim zdaniem ma ogromny rozgłos mimo, iż jego książki to nic specjalnego?

To kolejne trudne pytanie...  Chyba nie mam w swojej "karierze literackiej" takiego autora. Tym bardziej, że tych z ogromnym rozgłosem staram się raczej omijać ;) Przynajmniej tych współczesnych...

6. Wypisz jakie seriale oglądasz w kolejności od najlepszego do najgorszego. 

Nie oglądam seriali i nie mam w domu telewizora. Hm... choć ostatnio obejrzałam cały serial (8 odcinków) "Świat bez końca" na podstawie powieści Kena Foletta i choć mam kilka zastrzeżeń odnośnie samego wykonania to jednak to świetny serial! Średniowiecze, intrygi, miłość.... teraz tylko pozostaje mi przeczytać książkę, która podobno jest jeszcze lepsza niż serial.

7. Zwracasz uwagę w jakim wydawnictwie jest wydana dana książka? Jeśli tak, to dlaczego?

I tak, i nie. Wydawnictwo jest dla mnie jakąś wskazówkę... np., kiedy widzę publikację wydawnictwa Czarne już wiem, że muszę po nią sięgnąć. Dla porównania widząc książkę wydawnictwa Amber... wiem, że będzie to raczej lekkie czytadło. Czyli krótko mówiąc: zwracam... tak odrobinkę ;-)

8. Jakie posty lubisz czytać najbardziej ? Podsumowanie miesiąca, recenzję, tagi czy może coś jeszcze innego?

Najchętniej czytam recenzje i różnego rodzaju tagi. Chyba podsumowania miesiąca są dla mnie najmniej atrakcyjne... chyba, że przy okazji jakiejś recenzji lub tagu. Na blogach z recenzjami książek to właśnie książki mnie głównie interesują, a nie cyfry.

9. Bierzesz udział w wyzwaniach książkowych czy może uważasz, że takie akcje to głupstwo?

Nie biorę udziału w wyzwaniach, ponieważ nie czuję takiej potrzeby. Nie uważam jednak takich akcji za głupstwo, a wręcz za coś niezwykle pozytywnego! Myślę, że to motywuje niejedną osobę do dotrzymywania swoich postanowień :)

10. Propagujesz recenzje pisemne czy te w formie filmiku? Które są dla ciebie lepsze w odbiorze?

Osobiście jedynie zajmuję się recenzjami "pisanymi". Wynika to jednak z tego, że hm... przed kamerą bardzo bym się stresowała. Jako odbiorca także najczęściej wybieram recenzje pisemne... chyba, że chcę coś pooglądać jednym okiem - wtedy sięgam po recenzje w formie filmiku, jednak tylko w wykonaniu jednej dziewczyny. Z filmikami sprawa jest o tyle trudna, że musi jeszcze mi odpowiadać ton, tembr głosu mówiącego. To jednak nie zawsze jest proste.

11. Dobrze gotujesz czy raczej twoje popisowe danie to tosty? 
Raczej dobrze... jednak najlepiej te potrawy, których sama nie lubię... czyli łososie, kuchnia śródziemnomorska i te sprawy. Osobiście preferuję jednak kuchnię polską. Mmmmm! Idę jeść!

A Wy? Jak odpowiedzielibyście na te pytania? 

Pozdrawiam :) 

czwartek, 18 lutego 2016

(447) Recenzje filmowe: Żyć nie umierać

Tytuł: Żyć nie umierać
Reżyser: Maciej Migas
Obsada: Tomasz Kot, Janusz Chabior, Ireneusz Czop
Premiera: 28 sierpnia 2015

"Żyć nie umierać" to polski film - z jednej strony dramat... z drugiej komedia. Głównym bohaterem filmu Macieja Migasa jest Bartek (w tej roli Tomasz Kot), gwiazdor popularnego telewizyjnego show. Całe życie stoi przed nim otworem, a on żyje chwilą... Do czasu, gdy ze względu na pracę jest zmuszony udać się do lekarza. Okazuje się, że ma raka. Raka i trzy miesiące życia przed sobą. Bartek rozpoczyna walkę z życiem... pragnie zrobić jak mówi "remanent" w swoim życiu. Ponaprawiać to co rozwalił przez lata. Cofnąć się wstecz, przeprosić tych, których skrzywdził... Te ostatnie chwile chce spędzić pięknie - jednocześnie zaskakując ludzi ze swojego otoczenia pogodą ducha. Najbardziej pragnie jednak pogodzić się ze swoją kochaną córką... Córką, która przez lata cierpiała przez jego chorobę alkoholową. 

O filmie stworzonym przez Macieja Migasa słyszałam odkąd tylko pojawił się w zapowiedziach. Już wtedy wiedziałam, że z chęcią go obejrzę. Teraz wreszcie mi się to udało. "Żyć nie umierać" to film bardzo poruszający, choć niekiedy także bardzo zabawny. Tomasz Kot ukazał się jako bardzo dobry aktor. W jednym filmie potrafi zagrać olśniewającego showmena, a także samotnego, śmiertelnie chorego mężczyznę, który nie posiada w swoim życiu tak naprawdę nic stałego. Tomasz Kot potrafi stworzyć świetny (i przejmujący!) obraz człowieka, któremu niczego nie brak w życiu, ale także obraz człowieka udręczonego przez chorobę.

(kadr z filmu, źródło: filmweb.pl)

Historia Bartka uświadamia widzowi jak bardzo życie jest nieprzewidywalne. Możemy jednego dnia być na szczycie, a drugiego.... Choroba, tragedia może dotknąć każdego - statystycznego Kowalskiego jak i wybitnego aktora. Choroba nie wybiera. Bartek, gdy dowiaduje się o swojej chorobie... z początku nie może w to uwierzyć. Potem jednak pragnie wykorzystać jak najlepiej tą resztę, która mu pozostała. Może to myśl... dla widza? Korzystaj z życia już teraz... Warto w tym punkcie przypomnieć sobie bardzo znaną sentencję: 

"Żyj tak, jakby każdy twój dzień miał być ostatnim – w końcu okaże się, że miałeś rację."

James Thumber

Temat poruszany przez Macieja Migasa jest tematem bardzo rozpowszechnionym, często wykorzystywanym w filmach i literaturze. "Człowiek w obliczu choroby i jego życie pod jej dyktaturą." Obraz stworzony przez Migasa nie wybije się przed inne, a jednak jest w nim coś ujmującego. Historio Bartka to historia słodko  - gorzka, opowiadająca o człowieku, który w ostatnich chwilach swojego życia postanawia je odmienić. Okazuje się to jednak trudniejsze niż myślał, bowiem za dużo słów zostało wypowiedzianych, a za dużo rzeczy zostało przemilczanych. "Żyć nie umierać" to także obraz postępowania ludzi, gdy dowiadują się, że ktoś z ich otoczenia choruje na śmiertelnie niebezpieczną chorobę... 

"Żyć nie umierać" to produkcja, która trzymała mnie w napięciu do ostatniej chwili, do ostatniego ujęcia. Los Bartka tak naprawdę wcale nie jest przesądzony, a to jak potoczy się jego historia... nie jest pewne. Czy pogodzi się z córką? Czy zwycięży chorobę? Widz może się tego jedynie domyślać. Zakończenie jest naprawdę zaskakujące... Końcówka to wyjątkowo piękne ujęcia! Na uwagę zasługuje gra aktorska między Kotem a Chabiorem. Tworzą na ekranie zgrany duet, który ogląda się z przyjemnością. "Żyć nie umierać" to piękny i poruszający obraz. Naprawdę dobry film, który ogląda się z radością i... ze smutkiem. 

Za możliwość obejrzenia filmu "Żyć nie umierać" dziękuję empik.com!

wtorek, 16 lutego 2016

(446) Prowadź swój pług przez kości umarłych

Tytuł: Prowadź swój pług przez kości umarłych
Autor: Olga Tokarczuk
Wydawnictwo Literackie
Stron 320

"Więzienie nie tkwi na zewnątrz, ale jest w środku każdego z nas." 

Olga Tokarczuk, "Prowadź swój pług przez kości umarłych"

"Prowadź swój pług przez kości umarłych" to moje drugie spotkanie z twórczością Olgi Tokarczuk, jednej z najbardziej znanych polskich pisarek na świecie. Moje pierwsze spotkanie - "Prawiek i inne czasy" było dla mnie spotkanie niezwykle mocnym, żywym i... poruszającym. Olga Tokarczuk jest uważana za jedną z największych polskich pisarek (o ile nie za największą). Jej powieści były niejednokrotnie nagradzane - także na arenie międzynarodowej. Wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać po "Prowadź....", a jednak zostałam przez autorkę niejednokrotnie zaskoczona. Niestety nie zawsze pozytywnie. Wynika to z "przeobrażeń" twórczych jakie przechodziła Tokarczuk... "Prawiek i inne czasy" to powieść z 1997 roku, a "Prowadź swój pług przez kości umarłych" to z kolei powieść już z 2009 roku. Spotkałam się z opinią, że Tokarczuk w początkowym okresie swojej twórczości pisała najlepiej. Bez wątpienia jest to osąd zawierający w sobie dużo prawdy... "Prawiek i inne czasy" był powieścią magiczną, wciągającą, choć niekiedy bardzo trudną ze względu na temat, który jest poruszany na jej każdej stronie... temat przemijania. Wrażenie zamknięcia wraz z bohaterami w szklanej kuli, akcja tocząca się przez lata... to wszystko było niezwykle wyraziste i nietuzinkowe... wzbudzające w czytelniku niepokój. 

"Prowadź swój pług przez kości umarłych" to już powieść innej kategorii. Podczas czytania czułam "naleciałości" Tokarczuk. a jednak nie ma w tej powieści tak charakterystycznego dla niej stylu pisania. Nie ma tej magii, niesamowitego klimatu... W "Prowadź..." znajdują się jedynie tego zalążki. Nie ma także w niej tak ciekawego w moim odczuciu tematu. "Prowadź..." będzie czytelniczym marzeniem dla zapalonych wegetarianów. Ja jednak mięso jem i chociaż jestem przeciwna fermom wilków/norek... no to jednak wegetarianką nie jestem, więc postulaty Tokarczuk zawarte w tej książce nie wywoływały we mnie pasji. 

"Historie życia nie są tematem do dyskusji. Powinno się ich wysłuchać i zrewanżować się tym samym."

Olga Tokarczuk, "Prowadź..."

Akcja powieści toczy się zimą, na opuszczonych tą porą terenach Kotliny Kłodzkiej, w czasach współczesnych. Główną bohaterką powieści Tokarczuk jest jedna z niewielu pozostałych mieszkańców - Janina Duszejko. Emerytowana pani inżynier, nauczycielka angielskiego w szkole podstawowej, opiekunka domów pozostawionych na zimę, fanka astrologii. Janina Duszejko jest starszą kobietą w wolnych chwilach tworzącą horoskopy i tłumaczącą poezję Blake'a. Walczy o prawa zwierząt i pogardza ludźmi, którzy je mordują. Niespodziewanie przez Kotlinę Kłodzką przetacza się fala morderstw... ofiarami stają się myśliwi. Janina Duszejko wysuwa tezę, że za morderstwami stoją zwierzęta, które chcą zemścić się na swoich oprawcach... 

Olga Tokarczuk ze swojej powieści uczyniła z jednej strony thriller, a z drugiej powieść filozoficzną. Tak naprawdę jednak nie da się tej powieści wpasować w konkretny gatunek. Moim zdaniem bliżej jej jednak to powieści filozoficznym z gatunku... "czy zwierzęta posiadają duszę?". Janina Duszejko ostro wypowiada się na temat tych, którzy jedzą mięso przyrównując ich do tego jakby czuli się gdyby w ich zupie pływały zamiast kawałków kurczaka... kawałki człowieka. Podczas czytania tej powieści często przychodził mi na myśl film na którego pokazie niedawno byłam... a mianowicie produkcja "Jutro będzie futro" czyli film dokumentalny opowiadający o fermach zwierząt futerkowych. Wypowiedzi bohaterkami pokrywają się z wypowiedziami tymi najbardziej zagorzałych fanów wegetarianizmu, co niektórych może troszkę odstraszyć... Tokarczuk pisze odważnie - nie da się tego ukryć.

"Wszystko przeminie. Mądry człowiek wie o tym od samego początku i niczego nie żałuje."

Olga Tokarczuk, "Prowadź..."

W książce Tokarczuk duże jest też astrologii, a co za tym idzie horoskopów i wiary w nie. Nie wierzę w takie rzeczy i muszę przyznać, że też mnie one nie interesują, a monologi Janiny na ten temat były dosyć uciążliwe. Sama Janina jest bohaterką, która budziła we mnie sprzeczne uczucia. Bardzo doceniam jej oddanie sprawie, a jednak... Janina to wielka samotniczka, która uważa zwierzęta za byty wyższe od człowieka i momentami daje to odczuć innym bohaterom. Z pewnością jest bohaterką niezwykle zaskakującą. W książce Tokarczuk pojawia się mało bohaterów, ale też to Janina jest tą bohaterką bez wątpienia najważniejszą ku której skierowana zostaje cała uwaga czytelnika. Po raz kolejny pisarka stworzyła coś na wzór mikroświata.

Język Tokarczuk jak i klimat samej powieści jest świetny. W "Prowadź swój pług przez kości umarłych" autorka wychodzi także z go mikroświata jakim jest Kotlina Kłodzka i wychodzi do "normalnego" miasta, "normalnych" ludzi, którzy wydają się być jednak oddaleni o lata świetne od głównej bohaterki i bohaterów jej towarzyszących. Styl Tokarczuk to także przejmujące opisy miejsc w których osadza akcję swojej powieści. Kotlina Kłodzka zimą to w jej powieści teren wyblakły na którym może się wydarzyć dosłownie wszystko i czytelnik zdaje sobie z tego doskonale sprawę od pierwszej strony powieści. Tym bardziej, że za narrację pierwszoosobową odpowiada Janina.... bohaterka bez dwóch zdań nietuzinkowa. 

"Wie pani, czasem ma wrażenie, że żyjemy w świecie, który sobie wymyślamy. Ustalamy sobie, co jest dobre, a co nie, rysujemy mapy znaczeń... A potem całe życie zmagamy się z tym, cośmy sobie wykoncypowali. Problem polega na tym, że każdy ma swoją wersję, i dlatego tak trudno jest się ludziom dogadać." 

Olga Tokarczuk, "Prowadź swój pług przez kości umarłych"

"Prowadź swój pług przez kości umarłych" to powieść różniąca się od "Prawiek i inne czasy". To powieść bardziej współczesna i przez to przystępniejsza dla czytelnika. Tokarczuk pisze prostym, lecz niezwykle dobrym językiem... to było widać także w "Prawieku..." - ta powieść jest jednak powieścią lżejszą. Ten pojawiający się wątek astrologii może być dla niejednego czytelnika dosyć nużący... tak jak dla mnie. Przez to momentami ta pozycja wydawała mi się dosyć nudna. Jednak reasumując: "Prowadź..." to powieść napisana bardzo dobrym językiem z ciekawą fabułą i akcją. Powieść jak dla mnie zaskakująca i bez wątpienia nietuzinkowa. Z powieści Tokarczuk uważny czytelnik może wynieść dużo dla siebie. Dowiedzieć się dużo o sobie jak i o swoim życiu. Mimo, że pani Olga momentami trochę przesadza, irytuje. Chyba właśnie o to chodzi w jej powieściach... "Prowadź swój pług przez kości umarłych" to z jednej strony powieść, która ogromnie mi się podobała, a z drugiej strony pozycja, która także niejednokrotnie mnie irytowała. Nie mniej to niezwykłe literackie przeżycie i niesamowita powieść, którą czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Nie każdemu jednak do gustu tak mocno jak mi. Jest w prozie Tokarczuk coś takiego co powoduje, że ogromnie chcę poznać jej inne powieści i bez wątpienia prędzej czy później to zrobię. W moim serduchu jednak pierwsze miejsce z tych dwóch pozycji Tokarczuk, które jak na razie przeczytałam... pierwsze miejsce zajmuje "Prawiek i inne czasy" - powieść cięższa, ale także wywołująca w czytelniku większe obrażenia... pozostawiająca ślad. Szkoda, że Tokarczuk nie ukazuje w  powieści "Prowadź..." pełni swoich pisarskich możliwości...

"Prowadź swój pług przez kości umarłych" mogłam poznać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego. Dziękuję!

niedziela, 14 lutego 2016

(445) Venla

Tytuł: Venla
Trylogia: Miasteczko Palokaski (#3)
Autor: J.K. Johansson
Wydawnictwo Literackie
Stron 208

"Targane wiatrem jasne loki, takie same, jakie miał jej ojciec na zdjęciach z dzieciństwa. Na koniec pomyślała jeszcze o Mii, Nikkem, matce i ojcu - i o tym, jak bardzo nich tęskni."

J. K. Johansson, "Venla"

"Venla" to trzeci i ostatni tom trylogii "Miasteczko Palokaski". Czy lepszy od swojej poprzedniczki "Noory", której recenzję mogliście przeczytać dosyć niedawno? I tak, i nie. "Venla" to książka z lepiej rozwiniętą zagadką niż w drugim tomie, a także mroczniejszych i cięższym klimatem, a przez to dosyć nużąca. Tak... książka mająca dwieście stron była dla mnie niekiedy nużąca. Jednak po kolei... W trzecim tomie wreszcie zostaje przez autorów (J.K. Johansson to jedynie pseudonim pod którym ukrywają się popularni fińscy autorzy piszący scenariusze filmowe i telewizyjne) wyjaśnione zagadka zaginięcia Venli, która wydaje się być powiązana ze śmiercią Laury i zaginięciem Noory. Muszę napisać, że to akurat było ciekawe i dosyć zaskakujące... choć mam wrażenie, że autorzy i tak wszystkiego do końca nie wyjaśnili. Nie wiem tylko czy potraktować to za minus czy za plus. 

Na scenę znowu wkracza Miia Pohjavirta w tym wypadku już bezapelacyjnie jako główna bohaterka. Była policjantka, obecnie szkolna pani pedagog przed laty straciła w niewyjaśnionych okolicznościach siostrę Venlę, a krótko po tym ojca. W krótkim czasie zaginęły także jej dwie uczennicy. To przypomniało Mii o traumie sprzed lat. Ta młoda kobieta przeżywa teraz trudny okres w swoim życiu - leczy się w z uzależniania od internetu, próbuje pozbierać się po traumatycznych przeżyciach ostatniego czasu, których była uczestnikiem, nie radzi sobie z relacjami damsko - męskimi. W rodzinnym domu natyka się na ślad sprawy z sprzed lat i to wywołuje w jej głowie kolejne pytania. Nie wie komu może ufać, a komu nie... Wszystko przestaje jej się wydawać takie jak wcześniej. Nawet jej przyjaciel z policji Kornhonen nie może do niej dotrzeć. Co więcej... Mii zaczyna znajdować się na celowniku policji. Wszystko przez tajemnice, które ukrywa i którymi naturalnie nie chce z nikim się podzielić. 

Podczas recenzowania ostatniej części trochę narzekałam na zbyt szybkie tempo akcji, gdy ta wreszcie się rozwinęła. W wypadku tej części akcja jest rzeczywiście bardziej rozciągnięta w czasie i bardziej dopracowana. Co odbieram za plus tej powieści. Zmienił się także klimat, który w tej części staje się naprawdę mocny i to kolejny plus! W książce "Noora" bowiem nie mogłam się doszukać za grosz mroczności. Niby plus, a jednak po części także minus... Mroczny klimat, ale po części w pewnym sensie także duszący. Uważam, że wszystko powinno być w pewnym sensie wyważone. W tej powieści chyba troszkę tego wyważenia brak. 

"Venla" to powieść, którą czytało mi się dobrze, ale gorzej niż poprzednią książkę autorów, a wszystko przez ten klimat. Ogółem jednak podobała mi się bardziej, ponieważ lepiej została przez autorów zarysowana fabuła, a zagadka było o wiele ciekawsza niż w poprzedniej części i przede wszystkim intrygująca. Losy Venli, historia jej zaginięcia... rzeczywiście - nie spodziewałam się, że ta zagadka zostanie w ten sposób rozwiązana, jednak połączenie losów Venli z historią pozostałych dziewczyn - to już było troszkę naciągane. 

A jak ma się sprawa z bohaterami? Pojawia się nowy bohater, mężczyzna i odegra on dosyć ważną rolę w tej książce. W dodatku go polubiłam! Pojawia się także nowa pani policjantka... jednak ta akurat mojej sympatii nie zyskała. Sprawa z Mią ma się bardzo różnie. Choć przez większość czasu Mia była bohaterką, która zyskiwała moją sympatią to jednak jej niektórych zachowań nie mogłam zrozumieć. Jak na przykład znalezienia w samochodzie zwłok w worku i stwierdzenia "powiem o tym policji dopiero za jakiś czas". No, ale cóż... różne ziółka chodzą po tym świecie ;-) 

Mam ogromnie mieszane uczucia wobec ostatniej książki z trylogii "Miasteczko Palokaski". Z jednej strony mroczna, ciekawa i wciągająca... z drugiej nużąca, dusząca, irytująca i po prostu momentami nudna. Nie wiem co myśleć o tej serii, jednak jedno jest pewne. Seria "Miasteczko Palokaski" nie podbiła mojego serca. To dobra seria przy tworzeniu, której niestety autorzy nie potrafili umiejętnie wykorzystać całego potencjału wymyślonej przez siebie historii. "Venla" tak jak poprzednia część cyklu ma lepsze i gorsze momenty. Reasumując: z ciekawości możecie przeczytać. Osobiście cieszę się, że udało mi się doczytać tą serię do końca. Nie ukrywajmy jednak, że jest mnóstwo serii lepszych od tej. Decyzja należy do Was. Może zetknijcie się po prostu z pierwszym tomem ("Laura") i zobaczcie jak Wy ją odbierzecie? Tak sobie myślę... może lepiej autorom wyszłoby pisanie książek obyczajowych? Ukazanie tła obyczajowego było bowiem tak samo jak w powieści "Noora" bardzo dobre! I po raz kolejny okazało się najmocniejszą stroną... 

Za możliwość poznania ostatniej książki z serii "Miasteczko Palokaski" dziękuję Wydawnictwu Literackiemu!

sobota, 13 lutego 2016

(444) Stosik - pierwsza połowa lutego

Witam wszystkich! :) 
Co jak co, ale stosiki publikuję bardzo hm... nieregularnie. Dzisiaj jednak postanowiłam zaprezentować Wam swoje nabytki z pierwszej połowy lutego. Trochę się tego uzbierało... Krótko mówiąc: wizyty w antykwariacie mogę uznać za jak najbardziej owocne! W lutym doszło także do mnie parę książek od wydawnictw. Po kolei... 

 STOS I


Od góry: 
1. "Zimowa opowieść. Przepaść czasu" Jeanette Winterson - recenzja już na blogu. Czytanie książki Winterson było dla mnie niesamowitym literackim doświadczeniem. Tak o niej pisałam: "Przepaść czasu" to poruszająca, niesamowicie mądra, i nietuzinkowa powieść o której długo nie zapomnę. Kopalnia wiedzy o życiu i pięknych cytatów na jego temat...".
2. "Persona non grata." Piotr Liana - Zapowiada się bardzo ciekawie! Morderstwo i lokalne tajemnice... 
3. "Antrakt" Rupert Smith - recenzja na blogu. Bardzo, ale to bardzo mi się podobała! Choć mogła być jeszcze lepsza... Tak o niej pisałam:  "Zapominając jednak o zupełnie niepotrzebnym ukazaniu losów Helen "Antrakt" jest powieścią genialną, arcydziełem. Niestety "Antrakt"  to  w rzeczywistości także losy Helen, a więc książka tylko bardzo, bardzo dobra... Szkoda, bo twórczość Smitha zasługuje na dzieło wybitnej."
4. "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olga Tokarczuk - druga książka Tokarczuk z którą mam do czynienia... Część już za mną. Jak na razie w moim odczuciu to powieść dobra, jednak bez tego wielkiego uroku książki "Prawiek i inne czasy". O "Prawiek...." pisałam tak: "jest naprawdę ciekawa i intrygująca. Momentami druzgocąca... Tokarczuk pisze bardzo kontrowersyjnie i mam wrażenie, że momentami brakowało jej czegoś takiego jak wyczucie dobrego smaku. Jednak niesamowicie doceniam to jak wykreowała świat w którym osadziła akcję, tą baśniowość wsi i jej zupełne odrealnienie."
5. "Ostatni akt" Mari Jungstedt - jedna książka tej pani już za mną. Co prawda czytałam ją ponad cztery lata temu... jednak pamiętam, że bardzo mi się podobała. 
6. "Podróże z owocem granatu" Sue Monk Kidd to najbardziej osobista książka autorki "Sekretnego życia pszczół". Dwie książki Kidd już za mną... O "Czarnych skrzydłach" pisałam tak: ""Czarne skrzydła" to piękna, poruszająca, a przede wszystkim mądra i wartościowa książka. Warto pamiętać o tym, że autorka swoją książkę oparła na historii Sary Grimke - kobiety, która w XIX w. działała na rzecz kobiet i zaniechania niewolnictwa. To wszystko przedstawiła w swojej książce dodając oczywiście elementy fikcyjne. Nie mniej to czyni moim zdaniem tą książkę jeszcze bardziej fascynującą!"
7. Venla J.K. Johansson - to ostatni tom serii kryminalnej, której poprzedni tom nosił tytuł "Noora". O poprzednim tomie pisałam tak: "Reasumując "Noora" to bardzo dobra powieść obyczajowa, a dobry kryminał. Powieść Johansson miała być jednak przede wszystkim świetnym kryminałem, prawda? To się autorce nie udało. Na tym polu "Noora" przegrywa. Wygrywa jednak jeśli chodzi o ukazanie problemu braku akceptacji wśród rówieśników, uporczywej chęci bycia zauważonym. Wygrywa krótko mówiąc w kwestii ukazania psychiki statystycznego, przeciętnego nastolatka." Mogę Wam zdradzić, że ta powieść już za mną.. i jest bez wątpienia lepsza niż "Noora". 
8, 9, 10. Repetytorium maturzysty biologia/matematyka/chemia czyli trzy książki, które już mi dzielnie służą i bez wątpienia jeszcze się przydadzą. 

II STOS


11. Złote rendez - vous Alistair MacLean - to już kolejna książka tego autora w mojej biblioteczce. Cieszy niezmiernie!
12. Siedem dalekich rejsów Leopold Tyrmand - czyli kolejna książka autora legendarnej powieści "Zły".
13. Partyzanci Alistair MacLean 
14. Strofy z dreszczykiem - zbiór strof z których niektóre są naprawdę mroczne. Oczy aż mi się zaświeciły, kiedy ją zobaczyłam.
15. Piętnastoletni kapitan Julius Verne - czyli zbieram powieści Verne.
16. 20 000 mil podmorskiej żeglugi Julius Verne
17. Dziewczyna spoza szlaku Curwood - czyli kolejna książka w biblioteczce mojego ukochanego autora. 
18. Robur zdobywca. Pan świata. Verne
19. Kocia mama i jej przygody Maria Buyno - Arctowa - piękne ilustracje i piękna książka.
20. Kiedy słońce było bogiem Zenon Kosidowski - bardzo lubię książki jego autorstwa. Są niesamowicie ciekawe!
21. Wiadomości z teorii literackiej w analizie literackiej
22. Pod niebem rodzinnym. Krajobraz w poezji. - na punkcie tej pozycji kompletnie oszalałam! Tym bardziej, że można znaleźć w niej utwory między innymi Konopnickiej, Szymborskiej, Leśmiana, Gomulickiego. 
23. Dzieła emigracyjne tom trzeci. Melchior Wańkowicz - powoli zbieram kolekcję. 


24. Kościół według papieża Franciszka - obecnie książka bardzo na czasie. Bez wątpienia przeczytam!
25. Reguła czterech Caldwell / Thomason - thriller!
26. 20 odsłon zachłannej miłość Xiaglu Guo - ta książka chodziła za mną już bardzo długo, aż w końcu wpadła w moje ręce :) 
21. Diabeł ubiera się u Prady Lauren Weisberger
22. Kierunek Bagdad Henry Hemming - bardzo lubię książki z tej serii. 
23. Tydzień po tygodniu do matury Język polski 
24. Renesans Jerzy Ziomek 
25. Świat według Clarksona - nie miałam w planach tej książki, ale... jechałam pewnego dnia autobusem i widziałam pana, który śmiał się w głos czytając tą książkę. Może mnie także rozśmieszy? 
26. Dzieje Tewji Mleczarza Szolem Alejchem -  jestem w trakcie czytania i ogromnie mi się podoba!
27. Małżeństwo wagi półśredniej John Irving - o twórczości tego autora ostatnio znowu zrobiło się bardzo głośno. To będzie moje pierwsze spotkanie z jego twórczością, ale mam nadzieję, że udane.
28. Się lenienie Iza Smolarek - zbiór wierszy.
29. Żywe wraki Newton Thornburg
30. Ameryka Franz Kafka - mam słabość do książek z tego wydania.
31. Czerwony kościół Scott Nicholson
32. Dziewczyna, która się nie uśmiechała Shane Dunphy 

To by było na tyle :) Czytaliście którąś z tych pozycji? Co sądzicie? 

czwartek, 11 lutego 2016

(443) Antrakt

Tytuł: Antrakt
Autor: Rupert Smith
Wydawnictwo Muza
Stron 416

"- Chyba mówiłeś, że to błąd [...].
- Tak - odparł - I pewnie tak jest. Ale niektóre błędy warto popełnić dwa razy."

Rupert Smith, "Antrakt"

Edward Barton był uważany za jednego z najlepszych pisarzy okresu powojennego. Choć krytycy bezlitośnie krytykowali jego książki, czytelnicy je kochali. Ekranizacji doczekało się kilka jego powieści podczas oglądania których czytelnicy na przemian śmiali się i płakali w wielkim wzruszeniu. W życiu Edwarda wydarzyło się jednak coś na skutek czego nagle zniknął ze sceny, wycofał się z życia w blasku fleszy. Skończył z pisaniem. Po jego śmierci, jego wnuczka Helen staje przed trudnym wyzwaniem. Uporządkowanie niepublikowanych nigdzie dzienników pisarza i maszynopisów okazuje się być trudnym i wymagającym psychicznie zadaniem. Helen dowiaduje się całej prawdy o swoim słynnym dziadku, a co za tym idzie o swojej rodzinie. Poznaje historię miłosną skomplikowaną o wiele bardziej niż te przedstawiane w książkach Bartona... Życie Helen także się komplikuje. Kobieta wdaje się w romans, który może zniszczyć jej własną przyszłość. Jej oraz jej rodziny...

"Antrakt" to książka, którą chciałam przeczytać odkąd tylko pojawiła się w zapowiedziach. Okładka stanowczo zaczęła działać na moją wyobraźnię. Nie byłam jednak pewna czego mam się spodziewać po samej fabule. Tym bardziej, że w sumie składa się z dwóch wątków... Wątku życia Heleny jak i wątku życia Edwarda. W tym momencie pojawia się między tymi dwoma "częściami" książki wyraźne zgrzytanie. Zgrzytanie, które jednak jedynie podkreśla umiejętność pisania Ruperta Smitha. 

Z jednej strony mamy życie Helen opisane jej "stylem", a z drugiej poznajemy życie Edwarda poprzez jego powieści i dzienniki, które Helen czyta... a my wraz z nią. Te charakteryzują się świetnym językiem i przede wszystkim brakiem małostkowości. Życie Edwarda Bartona było ciekawe i burzliwe. Pełne emocji, niepokojów na tle wojny, artyzmu. Taki też jest język jakim w tym momencie posługuje się Rupert Smith. Dopracowany. Wypowiedzi Edwarda czytałam z przyjemnością i z wielkim zaciekawieniem. To właśnie jego życie, jego wypowiedzi są w moim odczuciu największą zaletą tej książki, a tym samym jej najmocniejszą stroną.

Z Helen już sytuacja ma się inaczej. Jest postacią krnąbną i naiwną, a naiwności u bohaterek (szczególnie tych głównych) nie znoszę. Niesamowicie mnie irytowała... Tym bardziej, że jest postacią samolubną, infantylną i przede wszystkim małostkową. Brak jej dojrzałości i empatii, którą jednak powinna posiadać kobieta po trzydziestce - matka i żona. Dlatego czytanie fragmentów w których to ona była głównym bohaterem nie było dla mnie czystą przyjemnością (już szybciej udręką...) - na szczęście w tej książce zdecydowanie dominuje wątek Edwarda! Tworzyło to jednak świetny kontrast między Helen, a wyważonym nawet w najgorszych momentach swojego życia Edwardzie. Co ważne żaden z bohaterów stworzonych przez Smitha nie jest postacią bez skazy. Każdy ma co nieco za uszami... każdy ma na swoim koncie jakieś dylematy moralne.

Rupert Smith z dużą dokładnością (i gracją!) opisuje artystyczny Londyn XX wieku. Czasy przed II wojną światowej jak i po niej. Jego język (w wersji Edwarda) jest przejrzysty, a przy tym naprawdę, naprawdę dobry! To właśnie przez to część w której dominował Edward podobała mi się najbardziej. Jego dylematy moralne, trudne losy, dojrzewanie i szukanie własnej ścieżki w życiu jak i w jego artystycznym aspekcie podczas II wojny światowej. "Antrakt" to przez jego losy książka pełna wyrazu, łącząca w sobie przeszłość z teraźniejszością.
Losy niełatwe. Nie spodziewałam się takiego wątku miłosnego jaki zaserwował nam autor. Był dla mnie chyba z każdą kolejną stroną coraz większym zaskoczeniem. Rupert Smith świetnie przedstawił emocje targające bohaterami, z dużą dokładnością. Nie zostawił bez echa kwestii tego co nimi kierowała ani tego jak się z tymi czuli. Autor "Antraktu" poświęcił swoim postaciom bardzo dużo uwagi. 

Książka Ruperta Smitha jest bardzo dobrą powieścią, której czytanie sprawiło mi niemałą przyjemność. Autor zgrabnie zaplątał fabułę, a tym samym zaskoczył mnie tym jak potoczyły się losy bohaterów. Chyba tego się nie spodziewałam... ma u mnie za to ogromny plus! "Antrakt" to świetna książka obyczajowa, której większość akcji toczy się w XX wieku, co jest jedynie jej zaletą, a nie wadą. Niestety Helen bardzo mnie irytowała... Powinnam zacząć od tego, że w tej powieści nie ma bohatera, który by mnie nie irytował chociaż przez chwilę. Jednak... wszyscy oprócz Helen robili to z pewną gracją. Na szczęście i Helen ma szansę (znikomą, ale zawsze) na to, żeby wkraść się w końcu w łaski czytelnika. Lepiej późno niż wcale. Rupert Smith posługuje się naprawdę dobrym językiem i choć nie wygrywa tempem akcji to jednak bez wątpienia wygrywa stylem jej poprowadzenia. W jego powieści liczy się przede wszystkim jakość. "Antrakt" byłby dziełem mistrzowskim gdyby nie niepotrzebne wstawienie do tej powieści postaci Helen i jej współczesnych losów... Oczywiście: losy Edwarda wywarły wyraźny skutek na jej życie. Jednak mimo to... uważam, że jest to niepotrzebne. Na tym ta książka traci. Wyrywa nas z pięknego przeżycia literackiego i wrzuca w lawinę rozwydrzonej trzydziestoparolatki... Zapominając jednak o zupełnie niepotrzebnym ukazaniu losów Helen "Antrakt" jest powieścią genialną, arcydziełem. Niestety "Antrakt"  to  w rzeczywistości także losy Helen, a więc książka tylko bardzo, bardzo dobra... Szkoda, bo twórczość Smitha zasługuje na dzieło wybitnej.

Za możliwość poznania "Antraktu" serdecznie dziękuję Wydawnictwu Muza!

środa, 10 lutego 2016

(442) Książkomat - propagowanie czytelnictwa czy przyrównanie książki do batonika?

Od czasu do czasu możemy usłyszeć o książkomatach, czyli automatach, które zamiast przekąsek, napojów serwują spragnionemu czytelnikowi książki. Ostatnio jeden z takich książkomatów stanął w Krakowie, na dworcu. W mojej głowie pojawiła się myśl... "To dobry pomysł na propagowanie czytelnictwa czy przyrównanie książki do batonika?" 

(źródło: radiokrakow.pl)

Jak dla mnie świetny pomysł i przede wszystkim mądry. Zapominacie wziąć książki, a czeka Was długa podróż pociągiem? Teraz to już nie będzie problem, ponieważ na dworcu będziecie mogli zaopatrzyć się w książkę z książkomatu. Jak na razie w Krakowie można dostać jedynie dwie książki... jedną za 20 zł, a drugą za 5 zł. Wydawnictwo Znak, który jest głównym inicjatorem akcji w Krakowie zapowiada jednak, że w ofercie pojawi się więcej książek. Muszę przyznać, że chętnie zobaczyłabym taki książkomat w swoim mieście. 

Jak ma się sprawa z przyrównywaniem książki do batonika? Coś w tym jest. Książka tak dostępna jak batonik... wynikają z tego plusy i minusy. Plusem bez wątpienia będzie fakt, że... książka powinna być tak dostępna jak batonik (oraz tak często czytana jak słodycze jedzone). Powinnyśmy mieć możliwość dostania książki na każdym zaułku ulicy. A jednak... znika magia udania się do księgarni, grzebania wśród książek na półkach, aby wybrać tą jedyną, którą zabierzemy ze sobą do domu. 

Dla zdesperowanego czytelnika, spragnionego lektury na podróż książkomaty będą jednak prawdziwym rarytasem. Tym bardziej, jeśli książki w nich będą różnorodne, a ich ceny będą się zaczynać już od mniej niż 10 zł. Patrząc na to z tej strony książkomaty mają potencjał, ale czy mogą zastąpić udanie się do księgarni/antykwariatu?  Tą chwilę pełną napięcia: co wpadnie w moje ręce? Co uda mi się "upolować"? W moim wypadku z pewnością nie. 

PS. Istnieje jeszcze możliwość, że ktoś podczas długiego oczekiwania na pociąg... zamiast na coś słodkiego skusi się na kawał dobrej literatury ;-) (Coś kalorycznego dla umysłu, a nie jak to zwykle bywa dla ciała). 

 A Wy? Jakie jest Wasze zdanie na ten temat?

wtorek, 9 lutego 2016

(441) Zrób sobie raj

Tytuł: Zrób sobie raj
Autor: Mariusz Szczygieł
Wydawnictwo Czarne
Stron 290

"Córeczce tłumaczę, że Jezus rzeczywiście istniał, ale czy był to Syn Boży , jest nam obojętne. Najważniejsze, że był przykładnym człowiekiem - mówi." 

Mariusz Szczygieł, "Zrób sobie raj" 

"Zrób sobie raj" to książka polskiego reportażysty i dziennikarza, Mariusza Szczygła. Trafiła w moje ręce przez przypadek, wygrzebana w antykwariacie za symboliczną złotówkę, wzięta automatycznie ze względu na fakt, że została wydana nakładem Wydawnictwa Czarne. Książka z pogranicza reportażu, felietonu i publicystyki. Mariusz Szczygieł opisuje Czechy współczesne naznaczone przez okupację sowiecką, transformację, wydarzenia XX i XXI wieku. Opisuje fascynujący naród jakim jest naród Czeski, ich chęć do kpiny, ogromny dystans do siebie i ich antydepresant - czyli kulturę pełną żartu, śmieszności. Czechy, która za maską śmieszności chowają wszystkie dla siebie tragiczne wydarzenia, to co ich boli i gnębi. 

Najbardziej fascynującą rzeczą w Czechach jest jednak dla Mariusza Szczygła ich ateizm, oddalenie od Boga, coraz większe odchodzenie od kultury sakralnej. Jak żyje się bez Boga? Co według Czechów dzieje się po śmierci? Te pytanie oraz inne wraz z odpowiedziami przewijają się przez tą książkę trochę jak refren. A co w zwrotkach? Czechy w postrzeganiu cenionych przez Czechów czeskich artystów, znajdują się więc w niej wypowiedzi mdz. innymi: Jana Saudka czy Egona Bondyego. Są to niejednokrotnie opowieści kontrowersyjne... mogą być takie szczególnie dla konserwatywnych chrześcijan. Jego rozmówcy niczego się nie wstydzą - opowiadają o swoich porażkach, zwycięstwach, przeżyciach seksualnych, poglądach. Robią to w sposób bardzo otwarty, ale... Czesi chyba po prostu już tacy są.

"Zrób sobie raj" to utwór, którego czytanie sobie z przyjemnością dawkowałam. To reportaż niesamowicie wciągający, intrygujący i przede wszystkim otwierający oczy na niezwykłą osobowością Czechów... i Polaków. Mariusz Szczygieł wyraźnie ukazuje kontrast między mentalnością narodu czeskiego a polskiego. Kontrast między narodami, których historia jest jednak bardzo podobna. Oba zniewolone, niejednokrotnie umęczone, zmuszone do walki o własną niepodległość. Mimo tego podejściu współczesnych Czechów i Polaków różni się od siebie diametralnie. Co więcej... Mariusz Szczygieł także w opiniach na temat Polaków bywa momentami bezlitosny. Nie wybija się jednak z książkami. Jak na dobrego dziennikarza przystało pozwala przemówić swoim bohaterom. By jednak ta książka nie była jedynie wypowiedziami bez żadnej genezy... przybliża także najważniejsze, a przede wszystkim mające największy wpływ na postawę współczesnych Czechów wydarzenia z historii.

Czytanie książki Mariusza Szczygła "Zrób sobie raj" było dla mnie literacką ucztą, a przy tym niezwykle dokształcającą i przede wszystkim kształtującą światopogląd lekturą. Spostrzeżenia Mariusza Szczygła są trafne i przede wszystkim szczere. Jest świetnym dziennikarzem i widać to w jego książce. Jego rozmówcy to osoby, które nie boją się wyrażać swojego zdania. Niektóre wypowiedzi są kontrowersyjne i jak sam autor stwierdza... niektóre być może wynikają z wyolbrzymień stosowanych przez jego rozmówców. Nie brakuje w niej jednak ogromnego poczucia humoru i dystansu, który kreują Czesi. Za tą fasadą skrywają swoje wszystkie bolączki... obawy, niepokoje i to co ich gryzie. Nie epatują jednak swoimi negatywnymi emocjami. Epatują humorem i kpiną, którą obarczają wszystkich i wszystko. "Zrób sobie raj" to świetny reportaż. To pozycja obowiązkowa dla fanów tego gatunku!

niedziela, 7 lutego 2016

(440) Zimowa opowieść. Przepaść czasu.

Tytuł: Zimowa opowieść. Przepaść czasu.
Seria: Projekt Szekspir
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 312

"Przebaczenie to takie słowo jak tygrys - są na jego temat pewne materiały filmowe i potwierdzono jego istnienie, ale niewielu z nas widziało go z bliska, w naturalnym środowisku, i niewielu poznało go takim, jaki jest." 

Jeanette Winterson, "Zimowa opowieść. Przepaść czasu"

"Zimowa opowieść. Przepaść czasu" to pierwsza książka wydana w ramach akcji do której z okazji 400. rocznicy śmierci Williama Szekspira zaprosił bestsellerowych pisarzy, brytyjski wydawca Hogarth Press. Będą to powieści inspirowane twórczością Szekspira. Pierwszą książką z serii jest "Przepaść czasu" autorstwa Jeanette Winterson inspirowana "Zimową opowieścią" Szekspira.  "Przepaść czasu" to powieść, której czytanie było dla mnie niesamowitą ucztą literacką i niesamowitym przeżyciem. Mroczny klimat, płynący spokój, poetycki język, pewne odrealnienie, niedopowiedzenia, wydarzenia rozdzierające serce... wrażenie jakby się śniło... to wszystko powoduje, że powieść Jeanette Winterson pozostanie na długo w mojej pamięci. Co więcej...bez wątpienia sięgnę po inne powieści tej Pani. 

Powieść Wintereson rozpoczyna się przedstawieniem oryginalnej historii Szekspira. To był dla mnie ogromny plus tym bardziej, że akurat "Zimowej opowieści" Szekspira nie czytałam. Potem czytelnik przenosi się do "Nowej aranżacji" i zaczyna się coś zupełnie niesamowitego... już od pierwszych słów. Jeanette Winterson posługuje się niesamowitym językiem. W jej powieść z jednej strony wszystko jest takie spokojne... a z drugiej strony niesamowicie gwałtowne. To z tego spokoju płynie największa moc. Spokój i klimat niesamowitej mroczności, która momentami zapiera czytelnikowi dech w piersi. A niby Jeanette Winterson przedstawia zwykłą historię... 

Leo jest bogatym bankierem, ma żonę MiMi (uznaną piosenkarkę) i małego syna Mila. Dotąd był szczęśliwy... Wszystko zmienia się gdy MiMi spodziewa się dziecka, którego on nie chciał. Podejrzewa żonę o romans ze swoim najlepszym przyjacielem Kseno. Jest przekonany, że to on jest dzieckiem, którego kobieta się spodziewa. Myśl, że żona i najlepszy przyjaciel go zdradzają doprowadza go do obłędu. Faktem, który podkręca jego złość jest fakt, że Ci mają ze sobą świetny kontakt, a on sam za młodu... miał romans z Ksenem. Jego obsesja prowadzi do tragicznych wydarzeń, które odmienią życie wszystkich bohaterów. Droga do przebaczenia jest długa, kręta i stroma. Nie chcę Wam przybliżać jeszcze bardziej fabuły... Wszyscy, którzy znają sztukę Szekspira dalszego ciągu z pewnością się domyślą. Dla mnie ważniejsze jest pokazanie Wam dzisiaj jak to wszystko zostało przez Winterson przedstawione.

Bohaterowie stworzenie przez Winterson są bohaterami z krwi i kości. Niezwykle wyrazistymi i namiętnymi. Biją od nich emocje i to one w olbrzymiej części nimi kierują. Czytelnikowi bardzo łatwo jest odnieść bohaterów powieści Winterson do postaci z utworu Szekspira. Wszystko za sprawą zgrabnego zabiegu autorki. Tak więc... Zamiast Leontesa mamy Leo, Hermiona została mianowana MiMi, Poliksenes - Kseno itd. "Przepaść czasu" jest przekładem "Zimowej opowieści" na współczesne czasy i ich realia. "Przekładem świetnym", dopracowanym i niesamowitym pod względem klimatu, języka.

Cała fabuła została przemyślana i bardzo dobrze dopracowana. Trudno mi mówić o udziale w fabule autorki, bowiem... widać jej wyrazistą inspirację dziełem Szekspira. Mimo to choć domyślałam się jak ta historia może się dalej potoczyć dzięki poznaniu tego jak przedstawia się "Oryginał" (może byłoby lepiej gdyby znajdował się na końcu, a nie na początku?) przeżywałam losy bohaterów, trzymałam za nich kciuki i przede wszystkim nie mogłam się doczekać jak dalej potoczy się ich historia. Jakie drogi wybiorą, jak autorka zakończy historię przez siebie napisaną... jak to wszystko wytłumaczy? 

Tym co najbardziej przyciągnęło moją uwagę w tej powieści jest jej klimat. Klimat mroczny. Momentami tak mroczny, że aż duszący... Mimo to jest to powieść dosyć spokojna... powolna agonia? Autorka czasami zadaje nam celne pchnięcia... pchnięcia tak celne, że łzy nabiegają do oczu, napięcie wzrasta... by za chwilę mieć ochotę krzyczeć lub po prostu odetchnąć z ulgą. Akcja powieści Jeanette Winterson nie jest zaskakująco szybka... i w tej sytuacji jest to niewątpliwym atutem. Stopniowo wzrastające napięcie, oczekiwania na to co przewidziała dla swoich bohaterów autorka, niepokój z tym związanym. "Przepaść czasu" to książka napisana pięknym, wyrafinowanym językiem, którą najlepiej czytać w odosobnieniu... wtedy uderza w czytelnika najmocniej treścią jak i swoim ukrytym przekazem. 

"Świat trwa, niezależnie od radości i rozpaczy, od szczęścia jednej kobiety czy straty jednego mężczyzny."

Jeanette Winterson, "Zimowa opowieść. Przepaść czasu"

"Przepaść czasu" to wybitna powieść inspirowana dziełem Szekspira o tym co zazdrość może zrobić z człowiekiem. Powieść, której czytanie zapiera momentami dech w piersiach. Dzieło Jeanette Winterson nie jest lekką, łatwą i przyjemną powieścią do czytania przed snem. To powieść z niesamowicie silnymi kreacjami bohaterów. Powieść podczas czytania, której łzy zbierają w oczach, a serce się rozdziera. Powieść niesamowita przez emocje, które przekazuje. To książka misternie napisana i przede wszystkim niesamowicie dopracowana. O takich pozycjach długo nie można zapomnieć... Język autorki jest odważny. Nie boi się mówić o społecznych bolączkach współczesnego świata. Tym samym przypomina o tym jak wiele negatywnych uczuć czai się w ludziach. Przypomina jednak także o tym, że te negatywne uczucie można wyprzeć przez te pozytywne. Nie ukrywa jednak, że to trudne... "Przepaść czasu" to poruszająca, niesamowicie mądra, i nietuzinkowa powieść o której długo nie zapomnę. Kopalnia wiedzy o życiu i pięknych cytatów na jego temat... 

Za możliwość przeczytania "Przepaści czasu" serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat!

środa, 3 lutego 2016

(439) Razzmatazz

Tytuł: Razzmatazz
Autor: Karol Mroziński
Wydawnictwo Harmonia
Stron 224

"Mewy to ptaki morskie. Ciekawe czemu przylatują do miasta?
- Z tego samego powodu, co wszyscy - odpowiedział. - Żeby jeść śmieci."

Karol Mroziński, "Razzmatazz"

"Razzmtazz" to kolejna książka wobec której mam mieszane odczucia. Zacznijmy więc od krótkiej charakterystyki jej autora. Karol Mroziński to poeta, dziennikarz i... prawie prawnik. Jego profil na facebook'u zebrał już tysiące polubień i cały czas zbiera kolejne. Jego twórczość jest porównywana do twórczości takich pisarzy jak Marek Hłaska czy Charles Bukowski, czyli pisarzy naprawdę wielkich i cenionych. To może jeszcze w ramach wstępu trochę o tytule? "Razzmatazz" to z angielskiego efekciarski, spektakularny, olśniewający... To zarazem debiut Karola Mrozińskiego. Czy "Razzmatazz" to właściwe określenie dla niego? Jest efekciarski, ale mnie nie olśniewa. Panu Mrozińskiemu brak jeszcze odrobiny wyczucia. Czasami mniej znaczy więcej. 

Trudno mi opowiedzieć Wam o tej pozycji, ponieważ to zbiór opowiadań. Opowiadań w dodatku dosyć nierównych. Z początku Karol Mroziński mnie swoją twórczością ujął. Pisze o sytuacjach z życia wziętych czasami je troszkę koloryzując, ale w większości po prostu z niezwykłą dawką ironii. Jest dobrym obserwatorem życia i niejednokrotnie musiałam kiwać w zamyśleniu głową, myśląc: "Tak, tak rzeczywiście jest.". W literaturze jednak (nawet tej najbardziej ekstrawaganckiej) bardzo sobie cenię wyczuciu smaku. Z tym jednak panu Karolowi nie zawsze się udawało. Krótko mówiąc: pomysł super - gorzej z jego podaniem. 

W tomiku "Razzmatazz" mam swoje ulubione opowiadania. Opowiadania, których fabuła bardzo mi się spodobała, a przy tym mnie nie zniesmaczyła. Poziom opowiadań Karola Mrozińskiego jest bardzo nierówny. Choć w większości Karol Mroziński dał się poznać poprzez swoje opowiadania jako świetny obserwator rzeczywistości to jednak niektóre są moim zdaniem zwykłymi zapychaczami, kolejnymi stronami dodanymi niepotrzebnie. A jaki jest styl Karola Mrozińskiego? Ekstrawagancki jak wszystko w tym zbiorze. Nie boi się przekleństw, fekaliów... Czasami służy mu to do opisania rzeczywistości, niekiedy jednak jest zwykłym zapychaczem. Jak się pewnie domyślacie w tej drugiej sytuacji jest rzeczą bardzo.. irytującą i zupełnie niepotrzebną. 

Zbiór "Razzmatazz" to dobry zbiór opisujący rzeczywistość z ogromnym dystansem i poczuciem humoru, który i mnie niejednokrotnie przywołał uśmiech na twarz. Poznanie prozy Karola Mrozińskiego było ciekawym doświadczeniem. Mimo to uważam, że pan Mroziński musi jeszcze nad swoim stylem troszkę popracować... mniej się rozdrabniać, mniej "zapychać" naprawdę dobre spostrzeżenia niepotrzebnymi słowami, przekleństwami. "Mniej znaczy czasami więcej". "Razzmatazz" jest zbiorem w większości dobrych opowieści, lecz jeszcze nie w pełni dopracowanych. Jest to jednak bez wątpienia coś innego, ekstrawaganckiego... lecz jeszcze nie olśniewającego. O tej książce będzie jeszcze głośno, ponieważ jedni za sprawą odważnego języka autora ją pokochają... inni ją znienawidzą. Osobiście na razie plasuję się gdzieś pomiędzy.

Za możliwość zapoznania się z prozą Karola Mrozińskiego dziękuję Wydawnictwu Harmonia!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...