czwartek, 30 czerwca 2016

(506) Sztukmistrz z Lublina

Tytuł: Sztukmistrz z Lublina
Autor: Isaac Bashevis
Wydawnictwo Literackie
Stron 245

"Tylko ciało umiera. Dusza żyje nadal. Ciało jest jak ubiór. Kiedy się zbrudzi czy wytrze, wyrzuca się go."

Isaac Bashevis Singer, "Sztukmistrz z Lublina"

Klasyczna powieść, która olśniewa. Książka noblisty, która zmienia życie, tok rozumowania, priorytety. Isaac Bashevis Singer zdobywca literackiego Nobla za rok 1978 swoją powieścią porywa i zachwyca. "Sztukmistrz z Lublina" to już klasyka. Klasyka, którą naprawdę dobrze się czyta. W historii opowiedzianej przez Singera nie brak humoru, ale także dylematów moralnych, a losy głównego bohatera bardzo szybko stają się czytelnikowi bliskie. Mimo, że czytelnik nie zawsze się z nimi zgadza. Isaac Bashevis Singer stworzył powieść wciągającą, absorbującą i wzruszająca. Podczas czytania czytelnik przewraca stronę za stroną ciekawy tego co będzie dalej... pośród napięcia i ogromu emocji. 

Jasza Mazur, czyli główny bohater tej powieści to żydowski cyrkowiec zafascynowany polskością. Zdolny, a do tego zawsze służący dobrą radą. Jest powszechnie lubiany, a jego sztuczki cieszą się dużym uznaniem. Poznajemy go, gdy wraca po trasie do domu. Uwagę od razu przyciąga jego relacja z żoną oraz jego humor. Szybko wychodzi na jaw, że Jasza to prawdziwy kobieciarz, który choć otacza się wieloma kobietami... żadnej stara się nie zaniedbywać. Jasza szybko wyrusza w kolejną podróż ze swoimi kuglarskimi sztuczkami. Podróż, która diametralnie odmieni jego życie. Podróż pełną sensacyjnych wydarzeń i dramaturgii.

Główny bohater powieści Singera z początku wydawał mi się postacią, której nie będę mogła polubić. Szybko to się jednak zmieniło. Jasza mimo, że zdradza żonę i jest kobieciarzem robi to wszystko (oczywiście w pewnym sensie) w sposób czarujący. Jest tak pogubiony i zakręcony, walczy ze swoimi uczuciami, a przy tym stara się dbać o każdą ze swoich kobiet. Drogie prezenty, pomoc finansowa, uwaga... jest uzależniony od kontaktu z nimi. Z czasem jednak i to staje się bardzo nużące, a wszystko zaczyna się sypać jak domek z kart. Jasza nie jest zbrodniarzem. Każdą z kobiet z którymi się spotyka darzy wielką atencją i umiłowaniem. I choć z początku parskałam z niezadowoleniem na to jak one wszystkie wokół niego skaczą (co więcej każda przygotowuje mu jego ulubioną potrawę)... szybko zrozumiałam, że i one, i Jasza są postaciami tragicznymi. Jasza jest więźniem swoich nieskładnych emocji i ambicji. 

Isaac Bashevis Singer w swoich utworach bardzo chętnie poruszał problem moralności i wiary żydowskiej, a także relacji chrześcijan z żydami. Wiara Jaszy jest bardzo skomplikowana i trudna. Wierzy w to, że ktoś (jakaś wyższa siła) stworzył świat, ale choć jego żona jest wierną wyznawczynią judaizmu... on sam nie przestrzega nakazów religijnych. Z czasem jednak w życiu Jaszy religia zaczyna odgrywać coraz większą rolę, a on sam jest zmuszony spojrzeć przez jej pryzmat na swoje życie z większą niż dotąd pokorą. "Sztukmistrz z Lublina" to przejmujący utwór, który zawiera w sobie rzetelny obraz tradycji żydowskiej. To pozycja obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych kulturą judaizmu... tym bardziej, że Singer pisał w języku jidysz. 

Historia Jaszy to powieść tocząca się pod koniec XIX wieku. Rzetelne źródło wiedzy o skupiskach żydowskich w Polsce oraz ich kulturze. Ukazuje społeczeństwo polskie w sposób niezwykle prawdziwy i intrygujący. Poprzez pokazanie różnych warstw społecznych, a także dobrze zarysowane, towarzyszące bohaterom krajobrazy autor pozyskuje czytelnika poprzez wciągnięcie do w świat przedstawiony. Przedstawiony z dużym oddaniem i niezwykle obrazowy. Powieść Singera czyta się jakby oglądało się świetnie zrealizowany film... 

"Sztukmistrza z Lublina" czyta się jak dobrą powieść sensacyjną - wartka akcja, barwne postacie, a do tego wyraźnie zarysowane tło społeczne i kulturowe. Isaac Bashevis Singer zaskakuje. Historii Jaszy nie brakuje dramatyzmu przez co "Sztukmistrza..." czytałam z zapartym tchem. Brak w niej rozległych opisów, ciężkiego języka. Singer swoją powieścią, losami Jaszy urzeka. Prowadzi życie bohatera w sposób nieoczywisty, a samego czytelnika zmusza do zastanowienia się nad swoją moralnością, czynami, przyszłością. Jasza szybko staje się bohaterem myślącym do którego nie trudno się przywiązać. Bo choć może nie zawsze zasługuje na sympatię to jedna bardzo często na żal i współczucie. W aurze narastającego napięcia Singer prowadzi akcję z humorem, klasą, a przy tym prostotą. Urzeka i hipnotyzuje.  

wtorek, 28 czerwca 2016

(505) Najlepsze książki roku szkolnego 2015/2016

.... czyli małe podsumowanie książek przeczytanych przez ostatnie dziesięć miesięcy :) W moim przypadku było ich ponad sto! Poniżej prezentuję te najlepsze (jedynie te, które do dnia dzisiejszego udało mi się zrecenzować... ).














Czytaliście któreś z tych powieści? :) Jeśli tak... jakie były Wasze wrażenia? A może macie któreś z nich w planach? 



Pozdrawiam i życzę miłych, zaczytanych wakacji!

sobota, 25 czerwca 2016

(504) Siedem listów z Paryża

Tytuł: Siedem listów z Paryża
Autor: Samantha Verant
Wydawnictwo Muza
Stron 368

"[...] życie bez namiętności jest jak niebo bez księżyca i gwiazd albo morze bez małych rybek."

Samantha Verant, "Siedem listów z Paryża"

"Siedem listów z Paryża" to historia jak nie z tej ziemi, choć... wydarzyła się naprawdę. Amerykanka Samantha Verant postanowiła opowiedzieć czytelnikom historię niesamowitej miłości i tym samym pokazać, że miłość istnieje naprawdę. W swej wzruszającej, ciekawej i prostej autobiografii opisuje swoją drogę do szczęścia. Brak w niej wielkich dramatów, morderstw, kradzieży itp. (choć jej mąż proponował, żeby go w książce uśmierciła), ale mimo to "Siedem listów z Paryża" czyta się bardzo dobrze. Verant opowiedziała swoją historię w sposób ciekawy i szczery, a przy tym z odpowiednią dawką humoru wynikającej właśnie z tej prawdziwości... Jestem pozytywnie zaskoczona, ponieważ spodziewałam się cukierkowej historii, bardzo często jednak obdartej z emocji głównej bohaterki... na szczęście nic takiego nie miało miejsca, a powieść Verant krzyczy (zresztą tak samo jak autorka w podziękowaniach): 

"[...] ruszajcie żyć i kochać, najmocniej jak umiecie - bez lęku, złości i żalu. L'amour! Encore l'amour! Toujours l'amour! " 

Samantha Verant, "Siedem listów z Paryża" 

Samantha przechodzi kryzys, znajduje się na życiowym zakręcie. Jej małżeństwo się rozpada, ona sama ma gigantyczne długi, jest bez pracy. Za namową przyjaciółki postanawia odnaleźć siedem listów, które dwadzieścia lat temu wysłał do niej przystojny Francuz z którym spędziła jeden dzień w Paryżu... Miała wtedy dziewiętnaście lat, on dwadzieścia sześć. On był pewny swoich uczuć, ona niepewna całego świata. Dwadzieścia lat później pod wpływem impulsu postanawia znaleźć go w internecie i przeprosić za to, że nigdy nie odpisała na żaden z jego listów... choć przecież pragnęła to zrobić. Szybko okazuje się, że Jean - Luc także właśnie się rozwodzi, a ich internetowa znajomość zaczyna się rozwijać... Samantha jest jednak zmuszona w tym czasie przeprowadzić się do rodziców, zająć się wyprowadzeniem psów, a w dodatku nieubłaganie zbliża się do czterdziestki... Jest już jednak na tyle dojrzała, że wie i rozumie, że z życia należy brać wszystko pełnymi garściami. Dlatego też postanawia polecieć do Paryża, aby spotkać się z człowiekiem z którym przed dwudziestoma laty spędziła jeden, ale cudowny dzień w Paryżu...

"Siedem listów z Paryża" to romantyczna historia, która miała miejsce naprawdę. Przez to jest to historia niezwykła... można by rzec: jak z bajki, której bohaterowie jednak wcale nie są idealni. Samantha i Jean - Luc mają za sobą nieudane związki. Ona jest bankrutką, on specjalistą od astronautyki. Ona bezdzietna, on ma dwójkę prawie nastoletnich dzieci. Dzielą ich wspomnienia, styl życia, środowiska w których byli wychowywani, wiek, doświadczenie życiowe i wiele innych rzeczy. Łączy o wiele mniej... cudowny dzień, który spędzili w Paryżu i uczucie, które tak naprawdę nigdy nie umarło, choć na dwadzieścia lat zostało uśpione. Uczucie, które jest silniejsze i ważniejsze od całej reszty... Niestety przed parą pojawią się pewne trudności...

Samantha Verant nie boi się opisywać swoich uczuć, a w dodatku w jej książce nie brak relacji rodzinnych, a nawet scen z pocałunkami. Nie mogłam jednak i nie mogę nadal wyzbyć się takiego wrażenia, że jednak nie wiem czy autorka czegoś w relacji z przystojnym Francuzem nie podkoloryzowała. Pytania czy gdyby się pokłócili i zaczęli rzucać w siebie talerzami... czy czytelnik by się o tym dowiedział? Wydaje mi się, że jej własny obraz został przedstawiony dosyć rzetelnie, ma wady i skazy jak każdy. Jednak obraz Jean - Luca... chodzący ideał - po prostu. Jestem delikatną sceptyczką w tej kwestii, ale mam nadzieję, że rzeczywiście ich życie jest taką sielanką okraszoną pięknymi widokami jak to zostało przedstawione w tej powieści. Wierzę w prawdziwą miłość, ale zdaję sobie także sprawę z pewnych ograniczeń wynikających z różnych doświadczeń czy chociażby delikatnych mimo wszystko barier językowych... 

Sama historia zawarta w "Siedmiu listach z Paryżach" ujmie niejednego... mi jednak oprócz tego wątku miłosnego, bardzo romantycznego zresztą... zabrakło scen z życia Samanthy na emigracji, pogłębionego obrazu relacji z dziećmi Jean - Luca, opowieści o tym jak wygląda ich życie, gdy powstaje ta książka, zabrakło mi samej genezy jej powstania. Pomysł na pracę? Chęć podzielenia się swoją historią miłosną? Nie wiadomo...  Sama historia naprawdę niesamowita, pokazująca, że prawdziwa miłość istnieje... i to w każdym wieku. Samantha Verant swoją opowieścią udowadnia, że na miłość (tą prawdziwą!) nigdy nie jest za późno, ale trzeba jej dać szansę...

"Siedem listów z Paryża" to autobiograficzna powieść w której nie brak zabawnych wpadek językowych czy pięknych widoków z Francji, które umożliwiają wędrowanie po Francji wraz z bohaterami... To idealna historia na upalny, letni dzień. Bardzo pozytywna powieść, choć pokazująca jak wielki wpływ ma na nas przeszłość. "Siedem listów z Paryża" to bardzo przyjemne love story, które dobrze się czyta. Powieść dająca nadzieję i optymistycznie nastrajająca. Dla zapalonych romantyczek... prawdziwe cudeńko! Język autorki jednak nie zachwyca, choć historia jej miłości jest bez wątpienia ciekawa. Reasumując: Spędziłam przy tej powieści kilka miłych godzin, jednak nie jest ona pozycją, która mnie w jakiś sposób zafascynowała... ma parę niedoróbek, ale na lekką, wakacyjną lekturę jest idealna! Co więcej... jeśli autorka pokusi się kiedyś o kontynuację swojej historii... chętnie po nią sięgnę. Jeśli jesteście czytelniczkami spragnionymi pięknej historii miłosnej, które miała miejsce naprawdę... powieść Samanthy Verant będzie dla Was idealną książką :)
Moja ocena: 7+/10

środa, 22 czerwca 2016

(503) Zanim umrę

Tytuł: Zanim umrę
Autor: Jenny Downham
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Stron 349

"Nie chcę umierać. Za krótko byłam kochana."

Jenny Downham, "Zanim umrę" 


"Zanim umrę" to piękna, wzruszająca powieść młodzieżowa, która ujmuje swoją prostotą. Prostotą, a przy tym niesamowicie mocnym wydźwiękiem i olbrzymią siłą... Książkę Jenny Downham chciałam przeczytać już od dobrych pięciu lat (pierwsze polskie wydanie miało miejsce w 2009 roku), jednak nigdzie nie mogłam jej dostać. Tak więc wyobrażacie sobie moją radość, gdy dowiedziałam się o jej wznowieniu... "Zanim umrę" to utwór przy którym roni się łzy i bezczynnie czeka na rozwój wypadków, na koniec. Jenny Downham napisała przejmującą powieść w której nie ma miejsca na banalność, słodycz ani koloryzowanie. 

16 - letnia Tess choruje na białaczkę i ma przed sobą zaledwie kilka miesięcy życia. Walczyła wraz z tatą przez cztery lata, ale teraz nadszedł czas na niezwykle dojrzałą decyzję i ona ją podjęła. Wiedząc, że żadne terapie jej nie wyleczą, a jedynie trochę przedłużą jej życie... zrezygnowała z chemioterapii, która ją wykańczała i nie pozwalała nawet w miarę normalnie funkcjonować. Podjęła męską decyzję i zaniechała terapii, aby móc przeżyć czas, który jej pozostał jak najlepiej... okazuje się to jednak o wiele trudniejsze niż myślała, bowiem życie z myślą, że zostało już ci tak niewiele czasu jest bardzo trudne. Życie z myślą, że nigdy nie skończysz szkoły. Nie wyjdziesz za mąż. Nie pójdziesz do pracy. Nie będziesz miała dzieci. Nie zestarzejesz się, a na ziemi zostawisz wszystko co kochałaś... rodzinę, przyjaciół, drobne przyjemności jak lody na patyku. Wszystko. A co będzie potem? Nie wiadomo... Tess układa więc listę dziesięciu rzeczy, które chce zrobić przed śmiercią. Umieściła jednak na niej tylko te rzeczy, które mogą mieć miejsce biorąc pod uwagę fakt, że zostało jej kilka miesięcy życia. Punkt pierwszy? Seks.

"(...) życie składa się z szeregu chwil, z których każda jest podróżą do kresu."

Jenny Downham, "Zanim umrę"

Jestem pewna, że wiele osób skojarzy tę powieść z "Gwiazd naszych wina"... niepotrzebnie, ponieważ "Gwiazd naszych wina" to książka powstała później. Nie ma  to nawet dla mnie znaczenia, bo "GNW" znam jedynie z wersji filmowej (choć książka czeka na półce i pewnie kiedyś po nią sięgnę...), a jedno jest pewne "Zanim umrę" to piękna i wzruszająca powieść, której brak ckliwości, bo bohaterowie są boleśnie prawdziwi, a historia w niej opisana naprawdę przejmująca. To jedna z tych powieści po których człowiek zaczyna doceniać swoje zdrowie, a jednocześnie uświadamia sobie wyższość ciała nad człowiekiem, przypomina sobie o tym jak kruchą istotą losu jest, jedynie igraszką losu... "Zanim umrę" zachwyca. Bohaterami, fabułą... oddziaływaniem na czytelnika, który do ostatniej strony ma nadzieję, że ta historia skończy się dobrze.

Tess to bohaterka wobec której przez większość czasu żywiłam bardzo sprzeczne uczucia. Widzicie... patrzę na tą okładkę i widzę cichą, delikatną, smutną bohaterkę, a okazuje się, że Tess to "wulkan energii" o ile w ogóle można użyć takiego określenia wobec bohaterki, którą pokonuje choroba i niejednokrotnie przykuwa do łóżka. Tess to dziewczyna, która marzy o tym, żeby się zakochać, tańczyć, bawić się, spotykać z przyjaciółmi, studiować... to wszystko odebrała jej choroba, a ona sama czuje, że jej życie nie ma żadnego sensu. Stworzona przez nią lista motywuje ją do działania... zmusza do rzeczy, których normalnie pewnie by nie zrobiła, ale daje jej także chwilę wytchnienia / wolności. Mam wrażenie, że Tess niekiedy cicha, a niekiedy bardzo głośno i wyrzucająca wszystko przez okno gubi się i... walczy. Walczy nie tylko z chorobą i zbliżającą się śmiercią, ale także z samą sobą. Niesamowita bohaterka - niekiedy irytująca, ale zawsze niesamowicie prawdziwa i szczera. Głos młodego człowieka... 

Jednak nie tylko postać Tess zasługuje na uwagę. "Zanim umrę" tworzy cała paleta barwnych bohaterów, którzy ukazują różne postawy wobec choroby oraz samej osoby chorej. Jenny Downham pokazuje postacie, które bardzo często sobie nie radzą z myślą, że Tess niebawem umrze. Reagują na to jednak różnorodnie. Przykładem jest młodszy brat Tess, jedenastolatek, który mówi jej wprost "Nie mogę doczekać się kiedy umrzesz", a jednak, kiedy Tess ląduje w szpitalu... siedzi przy jej łóżku i płacze. Ważniejsze jednak niż relacje Tess z bratem są jej kontakty z ojcem, którzy rzucił wszystko, aby towarzyszyć jej w leczeniu, w trudnej walce z chorobą... z matką, która odeszła od nich przed laty i z przyjaciółką, która jest jej zupełnym przeciwieństwem... choćby dlatego, że ta ma przed sobą całe życie. 

"Zanim umrę" to powieść zachwycająca i wzruszająca podczas której czytania niejedna czytelniczka uroni łzę. To piękna historia o chorobie, umieraniu, miłości, przyjaźni i relacjach w rodzinie. To obraz oszczędny w słowach, ale niesamowicie realny - prawdziwy. Jenny Downham stworzyła powieść po której oczekiwałam jakiegoś ckliwego zakończenia, a otrzymałam utwór (nie boję się tego powiedzieć) rozrywający serce. Dodatkowym czynnikiem, który przekonuje mnie do tej książki jest fakt, że powstała nim nastąpił wielki bum na powieści młodzieżowe z wątkiem choroby głównych bohaterów. Teraz jest to już chleb powszedni, ale w 2009, czyli roku w którym w Polsce po raz pierwszy została wydana książka "Zanim umrę" było to coś innego, spotykanego bardzo rzadko. Książka Jenny Downham zaskakuje zakończeniem, brakiem banalności, zwrotami akcjami i nastrojami głównej bohaterki, a tak naprawdę kreacjami bohaterów. Mogłoby się wydawać, że to ckliwa opowieść o zbuntowanej nastolatce, która umiera, ale tak naprawdę Downham stworzyła powieść bardzo głęboką i przejmująca o której odbiorze decydują niuanse. Piękną i zaskakującą. Literaturę młodzieżową porzuciłam już jakiś czas temu, a mimo to... ta pozycja mnie zachwyciła. Podczas jej czytania bowiem emocje narastają z każdą kolejną stroną, a łzy zbierają w oczach... 

Moja ocena: 9/10

poniedziałek, 20 czerwca 2016

(502) Kupiec wenecki. Nazywam się Shylock

Tytuł: Kupiec wenecki. Shylock się nazywam.
Autor: Howard Jacobson
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 326

"Tak działa mechanizm oczernienia. Ofiara przyswaja poglądy oprawcy. "Skoro tak wyglądam, widocznie taki jestem"."

Howard Jacobson, "Kupiec wenecki. Shylock się nazywam"

Po genialnej aranżacji dramatu Szekspira "Zimowa opowieść", której dokonała Jeanette Winterson w powieści "Przepaść z czasu" z wypiekami na twarzy sięgnęłam po kolejną powieść z tej serii, powstałej z okazji 400. rocznicy śmierci Szekspira. Największy dramaturg wszech czasów i współcześni pisarze mający za zadanie stworzyć własne aranżacje jego dzieł. Drugi "przearanżowany" dramat to "Kupiec wenecki". Zadania podjął się Howard Jacobson i w ten oto sposób powstał utwór "Shylock się nazywam". Książka bardzo dobra, napisana ciekawym językiem, bardzo często niepokojąca... i niestety czasami przytłaczająca. Howard Jacobson chciał stworzyć wariację na temat współczesnego Żyda, sensu bycia ojcem i miłosiernym człowiekiem. Niestety z jego powieści wybrzmiewa stereotypowy obraz Żyda..., a przy tym obraz niesamowicie gorzki. To jedna z tych powieści, których sensu nie mogę do końca uchwycić..., bo autor chciał za dużo? 

Pewnego dnia kolekcjoner sztuki Simon Strulovitch jest na cmentarzu świadkiem rozmowy Shylocka ze swoją zmarłą żoną. Mężczyzna pod wpływem impulsu postanawia zaprosić Shylocka do domu. Impulsu wynikłego z potrzeby porozmawiania z drugim człowiekiem... o chorej żonie, którą musi się opiekować, o córce, która wkracza w dorosłe życie, o wierze, byciu Żydem, miłosiernym człowiekiem. Potrzebuje kogoś bezkompromisowego i szczerego. Shylock okazuje się być pod tym względem osobą idealną, ponieważ tego co nie powie... to da wyraźnie do zrozumienia. Shylock zmaga się ze śmiercią żony, ucieczką córki w domu. Z pozoru mają podobne problemy... różni ich jednak podejście do życia i świata oraz punkt życiowy w którym obecnie się znajdują. Czy ta dwójka znajdzie wspólny język? I jak skończą się ich historie?

Howard Jacobson przedstawił główne postacie jako postacie względem siebie antagonistyczne. Tym samym czytelnik ma szansę poznać dwie różne postawy ojca, męża, Żyda... i człowieka, a idąc jeszcze dalej różne postawy córek, dorastających dzieci, zepsutych gwiazdek i ludzi samotnych. Strulovitch i Shylock w swoich dysputach poruszają się bardzo daleko w skutek czego podczas czytania niejeden pomyśli, że wydarzenia przedstawione w książce są absurdalne i głupie. Howard Jacobson na pewno stworzył powieść, która przez dorabianie motywów psychologicznych czy jakiejś filozofii każdemu czynowi bohaterów traci. A jednak autor tak poprowadził akcję, tak ją w pewnym momencie "udziwnił", że czytelnik chce czytać dalej, żeby przekonać się jak ta z jednej strony bardzo skomplikowana, a z drugiej niezwykle prosta historia się zakończy... Czy Jacobson dochodzi czasami do absurdu? Bez wątpienia!

"Nazywam się Shylock" to powieść momentami bardzo ciężka, przytłaczająca, a nawet nużąca. Mimo to nietuzinkowy klimat i tempo narracji zasługują na uwagę, bo dzięki temu ta powieść jest "inna". Najważniejszym elementem tego utworu są rozmowy Strulovitcha z Shylockiem na temat wiary i życia ogółem, które choć z początku bardzo ciekawe... z czasem zaczynają jednak nużyć. Howard Jacobson lubi poruszać w swoich powieściach temat tożsamości żydowskiej (np. "Kwestia Finkera"), tak też czyni w tej powieści. Próbował to jednak okrasić humorem, który nie do końca przypadł mi do gustu. Brak mu pewnej lekkości...

Czuję pewien przesyt, a jednocześnie pewny głód. "Nazywam się Shylock" miało być świetną powieścią o tożsamości żydowskiej, a to wyszło tylko po części. Autor wskazuje między innymi na jakiś wewnętrzny przymus w kwestii obrzezania, czy tego, że ród powinien przetrwać, ale dobrze tego nie argumentuje. Książka Jacobsona jest przykładem powieści w której pewne kwestie zostały wyolbrzymione, przekoloryzowane... ze szkodą dla niej. Obraz żydowski ukazany w tej powieści nie do końca mnie przekonuje. Wydaje mi się, że społeczeństwo poszło do przodu... i judaizm nie jest obecnie już czymś piętnowanym, a Żyd nie jest uważany za tego złego (pomijam tu oczywiście ludzi bardzo zacofanych). Howard Jacabson jednak o tych wszystkich uprzedzeniach przypomina... niepotrzebnie.

"Nazywam się Shylock" to powieść niejednolita, posiadająca bardzo dobre jak i bardzo słabe punkty. Ogółem wariacja Jacobsona na temat "Kupca weneckiego" jest ciekawa, ale nie porywająca. Brakuje mi w niej ujednolicenie i pewnego wygładzenia. Howard Jacobson stworzył powieść, która miała zadatki na genialną, ale niestety podczas jej spisywania po drodze podwinęła mu się noga. Jest przez to odrobinę przegadana, choć cały czas intrygująca. Niestety nie zawsze rozmowy Shylocka i Strulovitcha, jak i wydarzenia wokół nich były porywające... "Nazywam się Shylock" to powieść gorzka, a przy tym niekiedy absurdalna ze względu na dysonans do którego dochodzi na skutek tego, że z jednej strony autor pisze o rzeczach ważnych, a z drugiej kpi ze wszystkiego. Autor zasługuje jednak na brawa ze względu na niezwykle dopracowany język jakim się posługuje i nietuzinkową  (a przy tym bardzo dobrą) kreację bohaterów. Moje uczucia wobec tej powieści są bardzo mieszane, niekoniecznie dobre jak widzicie. Chciałabym jednak dać jej w przyszłości jeszcze jedną szansę... może wtedy odbiorę ją inaczej? Dzisiaj jednak jestem lekko rozczarowana... 

Moja ocena: 7-/10 

czwartek, 16 czerwca 2016

(501) Beatlesi

Tytuł: Beatlesi
Autor: Lars Saabye Christensen
Wydawnictwo Literackie
Stron 732

"Czas nie mija. Czas po prostu jest. Zegarki są dla mnie materialistów i ludzi z przerośniętymi ambicjami. [...] Chodzi o to, żeby być teraz [...]. Wspominanie nie ma sensu. Planowanie też. Chodzi o to, co jest tu i teraz." 

Lars Saabye Christensen, "Beatlesi"

Lars Saabyer Christensen jest od lat wymieniany jako główny norweski kandydat do Nagrody Nobla. Jego powieści cieszą się ogólnokrajowym uznaniem (w Polsce zostały także wydane  mdz. powieści "Odpływ" i "Półbrat"). "Beatlesi" to jego najpopularniejsza powieść, w Norwegii już kultowa, a dodatkowo jest uznawana za najważniejszą i największą powieść 25 - lecia w literaturze norweskiej. Christensen stworzył niesamowitą, wspaniałą książkę o dojrzewaniu. Wielką i niesamowicie prawdziwą. Norweski pisarz ukazał dojrzewanie paczki przyjaciół w sposób wręcz boleśnie prawdziwy. Poznajemy młodych bohaterów - pełnych nadziei i marzeń, a potem jesteśmy świadkiem ich powolnej degradacji, ich upadku.. A wszystko w atmosferze muzyki Beatlesów, na tle wojny w Wietnamie, przemian kulturowych lat 60., protestacji, buntu młodych.

Oslo, rok 1965. Czwórka przyjaciół – Kim, Gunnar, Seb i Ola jest nierozłączna. Na świecie trwa beatlemania, która ogarnęła także Norwegię i głównych bohaterów powieści Christensena. Dla młodych bohaterów największe święto jakie może być to nowy longplay Beatlesów i wspólne leżenie podczas jego odsłuchiwania wokół gramofonu. Są młodzi, mają marzenia i pragnienia. Szybko okazuje się, że chcieliby być tacy jak zespół z Liverpoolu. Lars Sababye Christensen zabiera czytelników w świat przemian kulturowych lat 60., ukazuje dorastanie... począwszy od pierwszych samotnych wypraw na ryby poprzez pierwsze miłości i randki, a kończąc na protestach przeciwko wojnie w Wietnamie, balangach, narkotykach. Pokazuje stopniową degradację młodego człowieka, a w świat jego bohaterów i ich niewinnych marzeń powoli zaczyna się wkradać mrok i niepokój. Wraz z muzyką Beatlesów zmieniają się sami bohaterowie. Fabuła powieści Christensena jest zbyt bogata i wielowątkowa, by możliwe było jej opisanie w zaledwie paru zdaniach. Tak naprawdę wystarczy napisać, że to niekiedy rozdzierająca serce historia o dojrzewaniu. Dojrzewania wraz ze wszystkimi jego odcieniami... Dojrzewaniu, któremu towarzyszą zarazem chwile bezgranicznej radości jak i bezgranicznego smutku. Dojrzewanie na które czytelnik się nie godzi.

"Beatlesi" to książka niezwykle mocna przez swój klimat i kreację bohaterów. Niekiedy przytłaczająca, rozsiewająca smutek w czytelniku... Przy tym niesamowita. To wszystko za sprawą niewinności bohaterów, która przeradza się w różne demony... w postaci seksu, alkoholu, narkotyków i nie tylko. Christensen mydli oczy czytelnikowi już na pierwszej stronie. Przedstawia można wręcz powiedzieć, że sielankowy obraz czwórki dzieciaków! Wielkich fanów Beatlesów, którzy są w stanie skakać pod sufit, gdy dowiadują się o ich nowym utworze. Beztroskich chłopaków, którzy marzą o założeniu własnego zespołu. Uczniaków, którzy rumienią się gdy podchodzi do nich koleżanka... zastanawiając się kogo imię ma napisane na ręce. Ten obraz zostaje jednak przez autora stopniowo rozmyty, aby mógł ustąpić miejsca pierwszym tragediom i rozłamom w ich krótkim życiu. Christensen z dziecięcej beztroski przechodzi do pierwszych małych, a potem cały czas powiększających się dramatów. Norweski pisarz tworzy obraz niezwykle sugestywny. Obraz przypominający czytelnikowi, że to co jest pewne dzisiaj... jutro już takie może nie być. Także klimat powieści Christensena ulega przemianie. Z takiej sielankowej, spokojnej, ciepłej atmosfery zamienia się w klimat pełen niedopowiedzeń i szerzącego się mroku... A niepokój czytelnika o losy bohaterów wzrasta z każdą kolejną stroną. Wzrasta na tyle, że w pewnym momencie "Beatlesi" stają się książką ciężką... niedającą się czytać strona po stronie. Czytelnik jest zmuszony robić przerwy, aby ochłonąć... nabrać dystansu do wydarzeń na które nie ma żadnego wpływu.

Zawsze bardzo chętnie sięgam po powieści/ filmy/ seriale, których akcja rozgrywa się na tle przemian kulturowych lat 60., a co za tym idzie na tle odrzucenia wzorców poprzednich pokoleń, rewolucji seksualnej, protestom przeciw wojnie w Wietnamie. Lata 60. to jednak także niesamowita muzyka. Beatlesi, Roling Stones, The Doors, Animals i wielu, wielu innych. W książce Christensena te wszystkie elementy składowe lat 60. mają bardzo duże znaczenie i nie można przejść obok nich obojętnie. Kłótnie z rodzicami, długie włosy także u chłopaków (co jednak przed latami 60. było czymś niezwykłym), pewne rozprężenie obyczajów – alkohol, narkotyki, seks, coraz ostrzejsze protesty przeciwko wojnie w Wietnamie i interwencji obcych wojsk. Dla autora te wszystkie wydarzenia są nie tyle tłem jego opowieści, co jej ważnym elementem. Przykładowo: wojna w Wietnamie ma dla życia bohaterów i ich losów wyjątkowo duże znaczenie, ponieważ po raz pierwszy spotykają się z tym problemem jako dzieci o bardzo małej wiedzy, a potem ta wojna jakoś cały czas towarzyszy im w dorastaniu. A myśli na jej temat / stosunek wobec niej zaczynają w nich dojrzewać. Główni bohaterowie zostają zmuszeni do obrania stanowiska po której stronie barykady stoją. Tu nietuzinkowe znaczenie ma także fakt, że czytelnik losy bohaterów poznaje z perspektywy jednego z nich.

"Beatlesi" nie są powieścią jednolitą. Autor porusza różne problemy – społeczne jak i obyczajowe. Pojawiają się wątki rodzinne, przyjacielskie, polityczne, kulturowe, jednak z każdą kolejną stroną "Beatlesi" są powieścią dojrzalszą, bardziej dopracowaną. Zmienia się także sposób narracji – jest bardziej gorzki, niepokojący. Emocje narastają, a czytelnik czeka na chwilę, kiedy dojdzie do ich ostatecznego nagromadzenia i wybuchu... Jest jednak trzymany w tej niepewności, w swego rodzaju udręczeniu. Christensen potrafi zawładnąć czytelnikiem, grać mu na emocjach. Ma niesamowity talent pisarski.

"Beatlesi" są powieścią niezwykłą. Po prostu. Mimo, że nie są powieścią bez wad. Posiadają słabsze momenty, kiedy czytanie już nie idzie tak płynnie, a sama akcja nuży. To jednak nieważne, to jednak drobnostka. Rozumiem Norwegów, którzy uważają dzieło Christensena za jedną z najważniejszych powieści norweskich. 
"Beatlesi" to książka wielka, wzruszająca, intrygująca, wciągająca... i niesamowita. Obraz dojrzewania w niej przedstawiony jest boleśnie prawdziwy i bardzo przenikliwy. Miliony ludzi uważają ją za powieść, która odmieniła ich życie. Nic w tym dziwnego, bowiem brakuje tak szczerych utworów. Szczerych aż do bólu. "Beatlesi" to literacka uczta, dzieło wieloznaczne, piękne i zaskakujące, Christensen pisze mistrzowsko, konstruuje akcję z niezwykłą precyzją i zachwyca... gra na emocjach czytelnika – wzbudza łzy i uśmiech. Książka Christensena to nie tylko literacka uczta, ale także niesamowita literacka podróż po meandrach dojrzewania... Niebanalna i bardzo przenikliwa.

Moja ocena: 9+/10

poniedziałek, 13 czerwca 2016

(500) Złudzenie

Tytuł: Złudzenie
Autor: Charlotte Link
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 384

"Jeszcze długo będzie za nim płakać, potem przyjdzie nienawiść i pogarda, aż wreszcie, w końcu, będzie mogła myśleć o nim bez emocji. Ale droga do tej przyszłości wiodła przez piekło."

Charlotte Link, "Złudzenie"

"Złudzenie", czyli powieść bestsellerowej niemieckiej pisarki Charlotte Link było moją drugą okazją do spotkania z jej twórczością. Pierwsze przy okazji książki "Ostatni ślad" miało miejsce rok temu i było bardzo udane. I tym razem Charlotte Link mnie nie zawiodła, choć nie było idealnie... Mimo, że znam poza "Złudzeniem" jedynie "Ostatni ślad" musiałabym być bardzo nieuważnym czytelnikiem, żeby nie zauważyć, że niektóre wątki / motywy / sytuacje wyraźnie się powtarzają i niestety przez to efekt zaskoczenia jest o wiele mniejszy. Podobne problemy, bohaterowie, wydarzenia... gdyby nie znajomość "Ostatniego śladu" uznałabym tę powieść za genialną. (Nie)stety "Ostatni ślad" znam i pewne sytuacje z niego zapamiętałam, a nie przepadam za uczuciem deja vu podczas czytania innej, zupełnie odrębnej książki tego samego autora. Nie mniej muszę przyznać, że "Złudzenie" to bardzo dobry kryminał z wyraźnie zarysowanym tłem obyczajowym, które odgrywa w nim olbrzymią rolę. Bardzo dobra, wciągająca powieść - żałuję tylko tych powtarzających się wątków. 

Peter Simon to szanowany biznesmen, mąż i ojciec. Pewnego dnia wybiera się do Francji, aby tam wyruszyć na tygodniową wyprawę na żagle wraz ze swoim najlepszym przyjacielem, Christopherem. Jego żona Laura traci jednak z nim niespodziewanie kontakt, a na jaw zaczynają wychodzić jego największe tajemnice. Okazuje się, że nie jest taki święty jaki się wydawał. Bankructwo, kłopoty finansowe ukrywane od lat przed żoną, kochanka... Laura wyrusza w podróż do Prowansji, aby tam odkryć całą prawdę bez której nie będzie mogła ruszyć naprzód. Jej bajka skończyła się jednego dnia, a ona teraz musi zrobić wszystko, aby zbudować swoje życie od nowa... dla siebie samej oraz swojej małej córeczki, Sophii. Nie wie jednak o wielkim niebezpieczeństwie, które na nią czyha... 
Catherine to kobieta zgorzkniała i zniszczona przez życie, samotność. Trwale oszpecona ciągle trwa przy swoim kuzynie, którego kocha odkąd pamięta. Ten jednak ma żonę, której widocznie przeszkadza rola Catherine w ich życiu. Zniszczona przez ciągłe odrzucenie i samotność kobieta cały czas zmaga się z bezcelowością swojego życia. 
Nadine ma teoretycznie wszystko. Kochającego męża, mieszkanie, małą knajpkę. Jednak nie tak miało wyglądać jej życie. Chciała podróżować, zwiedzać świat, błyszczeć, przeżywać wielkie emocje, a utknęła przy piecu do pizzy. Rozgoryczenie, złość, nienawiść, żal, rozpacz - do czego te emocje doprowadzę Laurę, Catherine i Nadine? 

Charlotte Link stworzyła całą gamę wyrazistych bohaterów z wyraźnie zarysowanymi portretami psychologicznymi. Czytelnik wraz z nimi wyrusza w podróż po meandrach ludzkiej psychiki - jej najmroczniejszych oraz najjaśniejszych odcieni. Historie bohaterów niekiedy przytłaczają ogromem emocji. Mimo, że główną bohaterką "Złudzenia" jest Laura autorka nie pozostawia bez echa historii pozostałych bohaterów. Opisując ich udręczenie, problemy, słabości tworzy obraz bardzo prawdziwy. Obraz po prostu bardzo ludzki. Poprzez ukazanie upodlenia i upadku człowieka, a niekiedy także szaleństwa intryguje i tworzy atmosferę niekiedy bardzo mroczną i pesymistyczną. Bohaterowie Charlotte Link muszą zmierzyć się z własnymi demonami. 

Wątek kryminalny stworzony przez Charlotte Link mimo, że bardzo ciekawy niejednokrotnie ustępuje miejsca bogatemu tłu obyczajowemu. Link poruszyła w tej powieści ogromną masę tematów! Zdrada, problemy finansowe, oszpecenie, samotność, rozpad rodziny, brak samorealizacji... i wiele, wiele innych. Ukazując różne postacie, ukazała tym samym różne perspektywy życia. Niestety w większości bardzo pesymistyczne i nieszczęśliwe. Cały czas jednak silnie kibicowałam bohaterom z nadzieją, że uda im się odmienić swoje życie. Kibicowałam... chociaż bohaterowie stworzeni przez Link nie zawsze zasługują na sympatię. Charlotte Link zasługuje jednak na uznanie z powodu świetnego przedstawienia skomplikowanych relacji międzyludzkich i bezcelowości życia. Tym samym powieść Link zyskuje miano thrillera psychologicznego. 

Zagadka stworzona przez Charlottę Link niestety... szybko przestaje być dla uważnego czytelnika zagadką. Tym bardziej czytelnika, który zna "Ostatni ślad" (nie wiem jak sprawa ma się w wypadku innych książek autorki...). Sama autorka także dosyć stosunkowo szybko ujawnia kto jest "tym złym", bo robi to już jakoś w połowie książki i w sumie dopiero od tego momentu czuć dreszczyk emocji, niepokój związany z losami bohaterów. Bo z tym dreszczykiem to jest tak, że pojawia się na samym początku, a potem na pewien czas (właśnie do tej połowy) znika. Do momentu ujawnienia mordercy przez autorkę akcja skupia się na opisaniu wątków obyczajowych, a co za tym idzie psychologicznych. To nie zawsze było porywające, a w pewnym momencie stało się nużące. Potem jednak autorka odbiła się od dna, akcja (także wśród wątków obyczajowych) nabrała tempa, a napięcie było stopniowane... Na pewno dużo tej powieści dodaje fakt, że wydarzenia poznajemy z perspektywy kilku bohaterów. Także dzięki temu z każdą kolejną stroną akcja przyśpiesza... w pewnym momencie tak, że czytałam tę powieść z zapartym tchem.

Nie chcę zdradzać jakie wątki się powtarzają (zresztą dla czytelnika, którego pierwszym spotkaniem z twórczością Link będzie "Złudzenie" nie będzie to miało najmniejszego znaczenia), a jednak ta schematyczność mi podczas lektury dokuczała. Właśnie ta schematyczność względem innej powieści Link jest dla mnie największym minusem "Złudzenia". Doceniam jednak powieść Link za silne oddziaływanie emocjonalne, atmosferę ciężką od emocji (które powodują niekiedy bardzo silne napięcie!), barwnych bohaterów. "Złudzenie" to powieść, która zachwyci "laików" w temacie powieści Link. Jednak tych, którzy już jakieś powieści Link czytali może lekko zawieść. Nie mniej jednak Link stworzyła wielowarstwowy thriller psychologiczny, który wciąga i intryguje... mimo, że nie porywa tempem akcji od pierwszych stron, to jednak nie można przejść obojętnie obok świetnej kreacji bohaterów. To co autorka straciła poprzez schematy zawarte w aspekcie zagadki kryminalnej nadrobiła ciekawym, choć niekiedy przytłaczającym tłem obyczajowym. 

Moja ocena: 8-/10

sobota, 11 czerwca 2016

(499) Żeby miłość miała twoje oczy

Tytuł: Żeby miłość miała twoje oczy
Autor: Diego Galdino
Wydawnictwo Rebis
Stron 272

"Nie da się długo żyć w zawieszeniu. Prędzej czy później nadchodzi dzień, kiedy trzeba rozliczyć się z rzeczywistością. A rachunki do zapłacenia mogą się okazać bardziej słone, niż się oczekiwało. Albowiem wygłodniałemu sercu nie wystarczą okruchy."

Diego Galdino, "Żeby miłość miała twoje oczy"

"Żeby miłość miała twoje oczy" to powieść, która budzi i będzie budziła w czytelnikach sprzeczne emocje. Piękna, romantyczna historia o dwójce ludzi, którzy pragną i potrzebują miłości, a której akcja rozgrywa się wśród toskańskich wzgórz... Taką właśnie miała być ta historia. Włochy. Toskania. To tam rozgrywają się obecnie najpiękniejsze literackie romanse... A jaki jest romans stworzony przez Galdino (autora mdz. innymi "Zadbam o to, żeby cię nie stracić")? Dosyć banalny, przewidywalny, napisany bardzo prostym językiem, a przy tym mimo wszystko wciągający i bardzo przyjemny. Krajobrazy opisane przez Galdino przyciągają jak magnes i to one ratują tę powieść w moich oczach przed uznaniem jej za powieść nijaką. Galdino stworzył "fajną" książkę na upalny dzień, której lektura czytelnikowi zajmie kilka godzin. Miłych, przyjemnych, a jednak niewymagających zbytniej uwagi. 

Cetona to małe miasteczko zagubione pośród toskańskich wzgórz w którym wszyscy wszystkich znają, a życie jej mieszkańców toczy się spokojnym trybem. Pewnego dnia mieszkanie w domu państwa Ferretich postanawia na pewien czas wynająć znany australijski malarz, Tyrone Lane. Od pierwszego dnia trzyma się na uboczu, z dala od ludzi. U jednych budzi dziwną fascynację swoja osobą, u innych złość... Sofia - córka państwa Ferretich, młoda, piękna i inteligentna nauczycielka należy do tej drugiej grupy. Tyrone Lane gra jej na nerwach już od ich pierwszego spotkania, a mimo to... kobieta zaczyna darzyć go uczuciem o wiele większym od nienawiści. Uczuciem miłości, ale w końcu "kto się czubi... ten się lubi". Lane jest jednak bardziej tajemniczą i zamkniętą w sobie osobą niż przypuszczała. Skrzętnie ukrywa swoją przeszłość. Przeszłość, która bez wątpienia wywarła na nim znaczący wpływ. 

Bohaterowie tej powieści to mimo wszystko bardzo proste postacie i choć opis na okładce głosi, że Tyrone skrywa jakąś mroczną tajemnicę... jest to spore nadużycie. Nie czepiam się nagłej przemiany bohaterów, nie czepiam się tego, że bohaterowie niekiedy zachowują się irracjonalnie. Czepiam się jedynie tego, że bohaterowie zostali przedstawieni dosyć powierzchniowo, a to co miało być głębszym wejściem w ich psychikę, a co za tym idzie ich motywy/uczucia zamieniło się w błahe, tandetne, a niekiedy nużące przemyślenia. Diego Galdino poszedł po najmniejszej linii oporu. Nie przyłożył się niestety zbytnio do kreacji bohaterów, a szkoda... w końcu w ich postaciach tkwił potencjał. Dodatkowo postaciom stworzonym przez Galdino towarzyszy schematyczność. Szczególnie w ukazaniu Włochów - ludzi niezwykle otwartych, temperamentnych i bardzo krzykliwych. Zabrakło czegoś więcej... 

"Żeby miłość miała twoje oczy" nie zaskakuje fabułą, a już tym bardziej zakończeniem. Czytelnik od samego początku wie jak ta historia się skończy.. tym bardziej, że jest dosyć schematyczna. Autor nie odkrywa niczego nowego. W dodatku co bardzo przykre nie skupia swojej uwagi na wątkach z relacji Sofii i Tyrone'a. Nie wchodzi w to głębiej... Przez to zamiast porywającej i wzruszającej historii miłosnej stworzył przyjemną romantyczną powieść, która jednak nie budzi większych emocji. Wspaniale rozluźnia, wywołuje uśmiech, ale nie wzrusza. Ciągle narzekam i narzekam, a przecież Diego Galdino zasługuje także na pochwałę. Pochwałę za umiejętność oddania klimatu i widoków słonecznej Toskanii, za sielankowe krajobrazy i nietuzinkowy klimat jego powieści. Mimo, że język Galdino nie plasuje się na wysokim poziomie to jednak bez wątpienia jego styl pisania jest ciekawy i dosyć charakterystyczny. 

Diego Galdino pisze bardzo lekko i prosto. Nie wychodzi mu poruszanie trudnych tematów... mam wrażenie, że jest na to zbyt optymistyczny? I tak wiadomo jak to się skończy ;) "Żeby miłość miała twoje oczy" to bez wątpienia książka bez której przeczytania mogłabym się obyć. Muszę jednak docenić fakt, że dobrze się przy jej lekturze bawiłam... może nie była to rozrywka z wyższej półki, ale z pewnością z tej średniej. Co więcej... to powieść, która wręcz prosi się o ekranizację. Taka komedia romantyczna przyciągnęła do kin tłumy widzów spragnionych obejrzenia kolejnej romantycznej i pozytywnej historii miłosnej na tle pięknych widoków. 

"Żeby miłość miała twoje oczy" to dobra powieść przy której lekturze dobrze się bawiłam. Niestety oczekiwałam po niej trochę więcej niż zwykłego romansu. Książka Diego Galdina to idealna powieść na upalny, męczący dzień. Zapewni rozrywkę, rozluźnienie i może czasami nawet wypieki? Kto wie ;) To idealna powieść dla wszystkich kobiet spragnionych romantycznych historii jak z bajki. Tych, które lubią zanurzyć się w miłosnych historiach, których akcja rozgrywa się pośród słonecznych toskańskich wzgórz. Wreszcie "Żeby miłość... " to powieść dla kobiet spragnionych chwilowej beztroski i leniwych chwil z pozytywną książką. Książka Diego znajdzie swoje wielbicielki bez wątpienia. Niestety ja do tych największych nie należę.

Moja ocena: 7-/10

wtorek, 7 czerwca 2016

(498) Weź mnie za rękę

Tytuł: Weź mnie za rękę
Autor: Tove Alsterdal
Wydawnictwo Akurat
Stron 560

"Ile potrzeba smutku, żeby zrobić coś takiego? Szaleństwa albo rozpaczy?" 

Tove Alsterdal, "Weź mnie za rękę" 

"Weź mnie za rękę" to utwór, który został uznany za najlepszą szwedzką powieść kryminalną 2014 roku. Nie mam pojęcia czy to prawda, ale jedno jest pewne: Powieść Tove Alsterdal to bez dwóch zdań świetny kryminał. "Weź mnie za rękę" wygrywa na wielu polach, na tych też wiele zyskuje. Ciekawe tło obyczajowe i historyczne, wartka akcja, interesująca intryga, a do tego wątki psychologiczne. Kryminał Alsterdal oprócz tego, że intryguje to jeszcze niesamowicie wciąga. To było 560 stron naprawdę świetnej literackiej przygody. "Weź mnie za rękę" to pozycja dla czytelników, którzy od kryminału oczekują czegoś więcej niż jedynie chwilowego oderwania się od rzeczywistości. To pozycja dla osób ciekawskich, niezwykle dopracowana i absorbująca. 

Charlie Eriksson to młoda, piękna kobieta. Kiedy ginie wszystko wskazuje na to, że popełniła samobójstwo. Pewną lukę w policyjnych dochodzeniu, a co za tym idzie w ich schemacie / portrecie ofiary stanowią zeznania bezdomnego, który twierdzi, że widział denatkę wychodzącą tej samej nocy z klubu z jakimś podejrzanym mężczyzną. Niestety jego słowa pozostają bez echa, ponieważ nie budzi zaufania swoim pijaństwem i wcześniejszymi majakami. Siostra Charlie, Helen jest zmuszona zająć się rzeczami siostry po jej śmierci. Nie utrzymywały ze sobą kontaktu, a jednak to na nią jako na najbliższą osobę spada ten obowiązek. Helen kierowana dziwnymi przeczuciami pragnie dowiedzieć się co popchnęło Charlie do tego drastycznego kroku... jednak jej śledztwo prowadzone w tajemnicy przed rodziną prowadzi ją do nowych odkryć, napędzanych traumatycznymi wspomnieniami z dzieciństwa. 

Siostry jako małe dziewczynki zostały porzucone najpierw przez mamę, potem przez tatę. Ich matka pewnego dnia po prostu zniknęła. Wszystkie tropy skłaniały ku przyjęcia wersji, że uciekła od pracy w fabryce prezerwatyw, od rodziny, obowiązków, które ją przytłoczyły... uciekła wraz z kochankiem do Argentyny. Prawda jednak wygląda trochę inaczej. Uciekła - to prawda. To, że z kochankiem... to także prawda. Uciekła jednak przekonana, że robi to dla dobra obywateli argentyńskich, aby pomóc w walce o ich prawa. Pomóc w walce przeciwko zbrodniom i działaniom podejmowanych przez argentyńską juntę. Działań niegodnych, niehumanitarnych, niesprawiedliwych, brudnych... jak na brudną wojnę przystało. 

Akcja powieści Alsterdal toczy się współcześnie jak i w roku 1978. Miejscem akcji jest Sztokholm jak i Argentyna. Nie ukrywam, że to właśnie wydarzenia rozgrywające się w Argentynie najbardziej przyciągały moją uwagę. Sposób postępowania argentyńskiej junty, rozruchy, działania opozycji, jej krwawe tłumienie, a wreszcie konspiracja. Tove Alsterdal przypomina wydarzenia, które miały miejsce stosunkowo niedawno, a o których już duża część społeczeństwa zapomniała. Opowiada o sposobach działania junty argentyńskiej, brudnej wojnie, okresie wiecznego strachu i niepokoju. Opowiada o zastraszonym społeczeństwie Argentyny, o wyrzucaniu żywcem ludzi z samolotów wprost do oceanu... ludzi niewygodnych: polityków, studentów, artystów. Opowiada o dramacie, który rozgrywał się nie tak dawno. Dramacie, który stał się ważnym elementem jej kryminału. 

Współczesne losy Helen są nierozerwalnie związanie z tym co pod koniec lat 70. przeżyła jej matka w Argentynie. Poszukując prawdy o śmierci swojej siostry... poszukuje prawdy o swoich korzeniach, 
o swojej rodzinie. Tym samym Alsterdal zabiera czytelnika w podróż po meandrach ludzkiej psychiki... szuka odpowiedzi na pytanie "Czy matka, która porzuciła cały czas jest matką?". Jej powieść jest kontrowersyjna i bardzo emocjonalna. Szwedzka pisarka bez zahamowań porusza aspekt porzucenia i dorastania z jego piętnem. Stworzyła dojrzałe, dopracowane postacie, które oddają to co chciała przekazać czytelnikowi. Zaprasza do wyruszenia wraz z główną bohaterką w podróż ku prawdzie, a co za tym idzie oczyszczeniu. Oczywiście czytelnik nie musi zgadzać się ze wszystkimi zachowaniami Helen... tym bardziej, że jest postacią dosyć ekscentryczną, a zarazem zamkniętą w sobie. Nie mniej... jej losy intrygują, a ona szybko staje się postacią bliską sercu.

"Weź mnie za rękę" to rewelacyjny kryminał, który trzyma poziom przez całość książki. Autorce udało się odnaleźć złoty środek podczas tego manewrowania między teraźniejszością a przeszłością. Stworzyła ciekawy i co najważniejsze niejednokrotnie zaskakujący wątek kryminalny. Całości dopełniają barwne postacie i nawiązania do historii Argentyny w XX wieku. Nawiązania niezwykle zgrabne, a przy tym porażające. Tove Alsterdal już od pierwszych stron powieści (rzucając czytelnika w sam środek wydarzeń) wysyła jasny sygnał. Sygnał mówiący o tym, że tej książki nie można odłożyć tak długo, aż nie skończy się jej lektury. "Weź mnie za rękę" to jednak coś więcej niż kryminał. To powieść wielowątkowa, z wyraźnie zarysowanymi portretami psychologicznymi bohaterów. Powieść o porzuceniu, poszukiwaniu, szaleństwie i decyzjach, które zmieniają życie człowieka. Jak dla mnie Alsterdal stworzyła niezwykle zgrabną powieść w której wątek kryminalny jest bardzo ważnym aspektem, ale z pewnością nie jedynym. Fenomenalna. Po prostu. 

Moja ocena: 9/10 Wybitna!

niedziela, 5 czerwca 2016

(497) NYPD RED. Piętno Kaina

Tytuł: NYPD RED. Piętno Kaina.
Seria: NYPD RED (#3)
Autor: James Patterson & Marhall Karp
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 320

"Sprawiedliwość niekoniecznie czyni świat lepszym. Współczucie zawsze."

James Patterson & Marshall Karp, "NYPD RED. Piętno Kaina" 


Fascynacja mojej mamy twórczością Jamesa Pattersona, jej zapewnienia, że to literatura wciągająca i bez reszty angażująca i odciągająca czytelnika od rzeczywistości... oraz fakt, że gdy zaczęła czytać jego książki (serię o Aleksie Crossie) zniknęła na cały weekend (z nocami włącznie) spowodował, że w końcu sama skusiłam się na jego powieść. Padło na "NYPD RED. Piętno Kaina" – trzeci tom serii NYPD RED. Było to zagranie ryzykowne tym bardziej, że nie są to jedne z najlepszych książek Pattersona... Jednak lekturę powieści stworzonej przez Pattersona i Marshalla Karpa uważam za udaną. Udaną, ale nie obezwładniającą. 

RED to specjalny oddział policji, działający w Nowym Jorku, którego zadaniem jest prowadzenie śledztw w które zamieszane są najważniejsze osoby w Nowym Jorku – politycy, aktorzy, sportowcy, przedsiębiorcy. Najlepsi mają za zadanie bronić najlepszych. 
Tym razem detektywi Zach Jordan i Kylie MacDonald muszą zmierzyć się ze sprawą brutalnego morderstwa szofera bogatego i wpływowego mieszkańca Nowego Jorku, Huntera Aldena. Mężczyzna ma na koncie miliardy, bezkarnie łamie prawo i dąży do celu po trupach. Wydaje mu się, że może wszystko. Ktoś jednak porywa jego nastoletniego syna, a oprawca zaczyna go szantażować. Mimo tego Hunter nie zamierza współpracować z policją, a bez jego współpracy... śledztwo prowadzone przez RED jest zmuszone stać w miejscu. Do czasu, gdy dojdzie do komplikacji, które nie miały prawa mieć miejsca... 

Zach Jordan  to policjant, który nie do końca radzi sobie ze swoim życiem uczuciowym. Kiedy jego dziewczyna – pani psycholog wyjeżdża, aby towarzyszyć mamie swojego byłego męża w ostatniej drodze...  ten nie potrafi powstrzymać swojej zazdrości. A jakim jest policjantem? Mam wrażenie, że trochę ograniczonym, a jako mężczyzna dosyć niedojrzałym osobnikiem. Za to Kylie MacDonald od razu zdobyła moją sympatię – bystra, pewna siebie (a nie zarozumiała) i oddana swojej pracy. To ona przewodzi... i dzięki Bogu, bo nie wiem jak skończyłaby się cała sprawa gdyby nie jej sprawne działanie (i myślenie). 

Zach był dla mnie od tej pierwszej strony tej powieści jej słabym punktem, elementem irytującym... i w pewnym momencie aż nużącym. Być może dlatego, że wpasowuje się w banalny schemat "skromny policant zmuszony chronić największy szychy Nowego Jorku". Korupcja, dążenie do władzy, osadzenie akcji wśród osób z pierwszych stron gazet powoduje, że "Piętno Kaina" wydaje się czasami powieścią płytką, dosyć banalną, a przy tym jednak przyjemną. Autorzy piszą lekko, nie wdają się w układanie jakiś większych, bardziej skomplikowanych intryg. "NYPD RED. Piętno Kaina" to pozycja dosyć przewidywalna, a jednak przy tym powieść, którą czytelnik czyta, aby upewnić się czy miał rację, czy jego domysły były właściwe. 

James Patterson i Marshall Karp wymyślili ciekawą fabułą z wieloma zwrotami akcji... niestety nie zawsze zaskakującymi. Świat "wyższych sfer" ukazali w sposób banalny, płytki i przewidywalny. Brakowało mi w tej powieści pewnej złożoności, motywów, wątków obyczajowych i psychologicznych. Stworzyli lekką książkę – thriller połączony z kryminałem, który dobrze i szybko się czyta. Niestety mam wrażenie, że autorzy zaserwowali czytelników niezbędne minimum, aby ci po tą powieść sięgnęli. Wartką akcję, ciekawą fabułę... a i to w wersji dosyć okrojonej, a jednak wciągającej. 

"NYPD RED. Piętno Kaina" to dobra, wciągająca książka. Thriller / kryminał, który porywa czytelnika na kilka godzin, a potem pozwala mu niestety bez żadnych większych oporów powrócić do rzeczywistości. Książka dosyć przewidywalna, ale z paroma naprawdę ciekawymi zwrotami akcji. Nie jest jednak tym czego oczekiwałby wytrawny czytelnik thrillerów czy też kryminałów. To jedna z tych powieści, które ani ziębią... ani palą. Ma słabsze i lepsze momenty, ogółem jednak wypada dosyć przeciętnie... co nie znaczy, że negatywnie. Książka Pattersona i Marshalla to dobre czytadło na jeden wieczór. Nie przyprawia o ból głowy, ale wciąga. Czas przy niej spędzony nie był czasem straconym, a jednak nie da się ukryć... że istnieje wiele sposobów, żeby spędzić go lepiej, bo też jest mnóstwo lepszych thrillerów od tego. Prostego, przyjemnego, wciągającego... a jednak przy tym bardzo przeciętnego. 

Moja ocena: 6+/10 Dobry z plusem!

środa, 1 czerwca 2016

(496) Miłość i kłamstwa

Tytuł: Miłość i kłamstwa
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo Akurat
Stron 416

"Jeśli chodzi o moją pamięć, istnieją trzy kategorie spraw: rzeczy, o których chcę zapomnieć, rzeczy, o których o których nie potrafię zapomnieć, i rzeczy, o których zapomniałam, że mi wypadły z pamięci." 

Cecelia Ahern, "Miłość i kłamstwa" 

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Ahern. Nieogarnięte zachwytem nad "Love Rosie"  czy "PS. Kocham cię", których po prostu jeszcze nie zdążyłam poznać. "Miłość i kłamstwa" to mimo mylącego tytułu powieść z wątkiem romantycznym znajdującym się bardzo w tle... w dodatku wątkiem bardzo znikomym. Ahern napisała powieść o poszukiwaniu własnych korzeni. Opisała jeden dzień, który może odmienić całe życie człowieka. "Miłość i kłamstwa" to bardzo dobra, przyjemna powieść... nie ukrywam jednak, że po tak zachwalanej pisarce oczekiwałam czegoś więcej. Utworu, który mnie kompletnie zachwyci i rzuci na kolana. Nie udało się. Na półce czekają jednak cztery inne powieści Ahern i myślę, że one spodobają mi się jeszcze bardziej. Zachwycą mnie.

Dwójka bohaterów: ojciec i córka. Dwie istoty, których życie zostało ze sobą nierozerwalnie złączone. Sabrina Boggs to matka i żona, ratownik na basenie w ośrodku dla starszych osób. Jest zmęczona i nie czerpie satysfakcji z życia... w dodatku jej małżeństwo przechodzi kryzys. Musi pamiętać o tym, żeby oddychała... tak jakby przez całe życie wstrzymywała oddech w oczekiwaniu na to co ma się wydarzyć. Pewnego dnia (swoją drogą dnia, który zaczął się bardzo nie po jej myśli) trafia na tajemniczą kolekcję kulek, która kiedyś prawdopodobnie należała do jej ojca, Fergusa. Fergus jednak po udarze utracił częściowo pamięć, a rodzina Sabriny ani ona sama nie pamiętają, żeby Fergus kiedykolwiek grał w kulki... Sprawa okazuje się bardziej skomplikowana. Przez niedopowiedzenia, tajemnice, strach przed odrzuceniem, potrzebę życia inaczej Fergus odsunął od siebie swoją rodzinę. Okazuje się, że Sabrina wcale nie zna swojego ojca... Ani takiego jakim był kiedyś, ani takiego jakim jest teraz.

Główną oś powieści Ahern tworzy historia Fergusa od samego początku zdominowana jego wielką pasją - kulkami. Dostał je jako małe dziecko od jednego z nauczyciela, potem kulki towarzyszyły mu przez resztę dzieciństwa. Kiedy dorósł nie chciał się z nimi rozstawać, ale też miał poczucie, że nie może ich wprowadzić w pełni do nowego życia, że to nie wypada. To odmieniło jego życie na zawsze i nieodwracalnie. To co było największą pasją i przyjemnością szybko stało się sprzymierzeńcem jego największych trosk i niepowodzeń. Historia Fergusa to jednak także historia dorastania, dojrzewania, trudnych relacji w rodzinie. Kontrast między historią Sabriny a Fergusa jest olbrzymi. Oczywiście jak zwykle w takich przypadkach wygrywa ta część opowieści bardziej oddalona czasowa, czyli historia Fergusa.

Sabrina to bohaterka, która w moim odczuciu jest mało znaczącym elementem tej powieści. Jest taka jakaś zadufana w sobie, niepewna i całe jej otoczenie (a także ona oraz czytelnik) nie wie o co jej chodzi, co jej nie odpowiada, co powoduje, że tak się dystansuje. Kocha jednak ojca i pragnie go poznać, bo może ma na to ostatnią szansę? Wraz z kolejnymi stronami powieści zachodzi w niej zmiana, a tym samym z każdą kolejną stroną staje się bohaterką ciekawszą. Mam wrażenie, że Sabrina jest postacią bardzo zagubioną, choć sama nie zdaje sobie z tego sprawy. Fergusa poznajemy jako dziecko, nastolatka, dorosłego człowieka, a wreszcie człowieka przykutego do wózka inwalidzkiego. Jesteśmy świadkiem jego dojrzewania, jego życia... oczywiście w obliczu kulek, które jego swego rodzaju uzależnieniem. Niestety czytelnik jest także świadkiem wstępujących w jego życie kłamstwa, niedopowiedzeń, wstydu... Fergus nie jest nieskazitelnym bohaterem. Ba! Bardzo daleko mu do anioła. Krzywdzi innych, ale zasługuje na współczucie, bowiem tak naprawdę najbardziej krzywdzi samego siebie. Ze strachu, niepewności. 

"Miłość i kłamstwa" to powieść, której akcja toczy się przez jeden dzień. Wątek Sabriny - jej życia, małżeństwa, dzieci nie zostaje rozbudowany przez autorkę. Dostajemy po prostu jeden dzień z jej życia... dzień w którym to jej ojciec jest najważniejszy. Powieść Ahern nie zachwyca tempem akcji, nie jest też wzruszająca, bo to co nas wzrusza kiedy czytamy o Fergusie mija, gdy wracamy do Sabriny. Jest ciekawa. Autorka zadbała przede wszystkim o przedstawienie historii Fergusa, która ma wpływ na życie Sabriny. Wróciła do przeszłości i pokazała człowieka, który dla swojej pasji potrafi poświęcić bardzo wiele. Nie tylko pieniądze, ale także relacje międzyludzkie... Oglądanie przemiany Fergusa było najmocniejszym i z pewnością najlepszym elementem tej książki.

Cecelia Ahern stworzyła powieść bardzo poprawną, sympatyczną, bardzo dobrą - po prostu. Historia Sabriny nie rzuca na kolana w ogóle. Historia Fergusa do tego bardzo silnie aspiruje, jednak przez historię Sabriny to wrażenie zostaje zatarte. O wiele lepiej by było, gdyby autorka ograniczyła się jedynie do ukazania historii Fergusa.  "Miłość i kłamstwa" mimo mylącej okładki i tytułu nie są romansem. Co prawda w tle pojawia się malutki wątek miłosny, ale na tym "malutkim" to się kończy. Świetna kreacja bohaterów z przeszłości, gorsza tych życia Sabriny. Autorka "PS. Kocham cię" stworzyła książkę, którą jej najwięksi fani bez wątpienia powinni przeczytać. Jednak nie proponuję jej na pierwsze spotkanie z twórczością autorki, bowiem jest dosyć zwykła. Zwykła nie oznacza banalna ;) Ahern miała ciekawy pomysł, trochę gorzej wyszło z realizacją, ale nie uważam czasu spędzonego przy tej powieści za czas stracony. To było ciekawe, miłe spotkanie z literaturę. Niestety nic ponad to.

Moja ocena: 7/10 Bardzo dobra!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...