wtorek, 23 sierpnia 2016

(529) Cztery rzęsy nietoperza

Tytuł: Cztery rzęsy nietoperza
Cykl o Zawrociu (#6) 
Autor: Hanna Kowalewska
Wydawnictwo Literackie
Stron 624

"Dużo różnic. Jeszcze ich nie chcemy widzieć, ale one są. Będziemy się o nie potykać. I co z tego? Może miłość polega właśnie na tym, że potykanie się o wady osoby, którą się kocha, w tajemniczy sposób dodaje energii, podczas gdy w innych przypadkach rozprasza ją i niszczy?"

Hanna Kowalewska, "Cztery rzęsy nietoperza"

"Cztery rzęsy nietoperza" to kontynuacja cyklu o Zawrociu. Tym samym to moje pierwsze spotkanie z twórczością Kowalewskiej. Czytelnikom, którzy skuszą się na serię polecam jednak zaczęcie od pierwszego tomu... dla pełniejszego obrazu sytuacji. Najnowsza powieść Kowalewskiej ma lepsze i gorsze momenty. Niezmiennie jest jednak boleśnie prawdziwa. To nie jest powieść po którą sięga się "na poprawę humoru". Hanna Kowalewska stworzyła książkę o życiu, jego różnych odcieniach, jego nieprzewidywalności, o tym, że co prawda po deszczu zawsze wychodzi słońce... tak samo jak po słońcu zawsze zaczyna padać – kwestia: wcześniej czy później? To powieść o nieżyczliwych ludziach, codziennych kłopotach, wyborach i miłości... trudnej, skomplikowanej, czasami niezrozumiałej. Uczuciu, które niesie za sobą tak dobre jak i złe chwile. 

Do Zawrocia zawitała zima. Matylda chce odmienić w Zawrocie w dom dla siebie, Pawła i dziecka, którego się spodziewa. Za nią piękny, pełen miłości i ciepłych uczuć miesiąc. Paweł poprosił ją o rękę, zaoferował, że będzie ojcem dla jej dziecka. Ich sielankę przerywa jednak informacja, że Paweł musi wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Nie wiadomo na jak długo. Matylda zostaje sama, a z każdej strony otacza ją niezadowolenie i zawiść. Niezadowolona rodzina, ponieważ Paweł jest jej ciotecznym bratem. Byłe ukochane Pawła, które nie mogę znieść tego, że to do Matyldy teraz należy... Jego niezadowoleni przyjaciele, siostra Matyldy, która obwinia ją za każde swoje niepowodzenie, byli faceci Matyldy... sporo jest osób, które źle im życzą. Sytuacja staje się tym trudniejsza, że ktoś zaczyna straszyć Matyldę. Dodatkowo Paweł także coś ukrywa... Niedopowiedzenia, tajemnice, ekscentryczność ludzi wokół niej i tęsknota za Pawła – przed Matyldą co rusz stają nowe wyzwania, a sytuacja staje się coraz trudniejsza. 

Hanna Kowalewska stworzyła powieść w której udało jej się wystrzec absurdów. Absurdów, które jeśli patrząc na fabułę powinny pojawiać się dosyć często. Matylda i Paweł są dorosłymi, dojrzałymi ludźmi i mają za sobą niejedno niepowodzenie, niejeden związek... teraz muszą nauczyć się żyć razem, wspólnie zmagać się z problemami. Muszę także wyznaczyć granicę bliskości i zależności od siebie. Odpowiedzieć na pytanie, gdzie kończy się ich zdrowa indywidualność i niezależność. Docierają się... niestety na odległość. Matylda to jednak bohaterka silna i twardo stąpająca po ziemi. Niejedna czytelniczka chciałaby mieć takie podejście do życia jak ona. Podejście emocjonalne, a przy tym nie pozbawione zdrowego rozsądku. 

Powieść Kowalewskiej składa się z mnóstwa ekscentrycznych bohaterów i czytelnik w pewnym momencie już sam nie wie kogo lubi, a kogo nie. To w większości ludzie nastawieni na siebie, dwulicowi, zdominowani i zniewoleni przez własne ego. Chyba nie ma w tej książce postaci, która nie irytowałaby czytelnika choć przez chwilę. Jednak w prawdziwym życiu to także właśnie tak wygląda. Sama fabuła nie jest naciągana – w życiu Matyldy pojawiają się dobre jak i złe chwile. Przez pewien czas jest różowo, a potem znowu świat nabiera ciemnych barw... Dodatkowo Hanna Kowalewska obrała zakończenie, które nie daje czytelnikowi jednoznacznie do zrozumienia czy powstanie kolejna część cyklu o Zawrociu. Zresztą... to poprzedni tom miał być tym ostatnim.

"W domu było ciepło, bezpiecznie, za godzinę miało być też czysto, a ja poczułam jakiś lęk. Życie wydało mi się nagle potwornie kruche. Niemal jak te spopielone drewienka, które wystarczyło dotknąć pogrzebaczem, by się rozsypały na tysiące drobin. Szczęście było tak samo kruche. "

Hanna Kowalewska, "Cztery rzęsy nietoperza"

Jest w powieści Hanny Kowalewskiej coś smutnego, a przy tym niesamowicie prawdziwego. "Cztery rzęsy nietoperza" to powieść z lekka dołująca, bo ukazująca szarość ludzkiego życia. Szarość przeplataną co prawda promykami słońca, ale zawsze. Bez wątpienia nie pomaga w tej kwestii szczątkowa znajomość losów Matyldy – myśl, że już niejednokrotnie myślała, że będzie szczęśliwa... To znamienne dla rodzaju ludzkiego, prawda? Nie można zapomnieć, że akcja "Czterech..." toczy się zimą – to dodatkowo nie pomaga w wytwarzaniu endorfin podczas czytania tej powieści. Jedno jest pewne: najnowsza powieść Kowalewskiej nie jest powieścią odpowiednią na chandrę. Choć pojawia się w niej nawet delikatny wątek kryminalny, który w sumie nie zaskakuje... to mimo jest to powieść, którą bardziej odbiera się emocjonalnie niż przez literacki/czytelniczy zmysł. 

Szósta część cyklu o Zawrociu, losów Matyldy zachwyca swoją prawdziwością, brakiem banałów i absurdów. To powieść do bólu prawdziwa, która ukazuje życie i relacje międzyludzkie takim jakie naprawdę jest. Hanna Kowalewska nie obiera najgorszego ani najlepszego scenariusza – obiera scenariusz "statystyczny". "Cztery rzęsy nietoperza" to powieść smutna w swym wydźwięku... przez to momentami czytelnik ma ochotę odłożyć ją na półkę. Jej czytanie trochę przypomina oglądanie serialu, który nie ma zaplanowanego zakończenia, a jedynie pokazuje życie grupy ludzi. Nie ma w niej miejsca na wielkie happy endy, przeświadczenie, że "teraz już wszystko będzie dobrze". Bohaterowie doskonale zdają sobie z tego sprawę – z nieprzewidywalności losu, z trudności, które na pewno się jeszcze przed nimi pojawią... Ale Hanna Kowalewska oczarowuje językiem, dopracowaniem, podsuwaniem kolejnych wątków z poprzednich części i tak jak to bywa z serialami... chce się czytać jej powieść, z nadzieją, że w życiu bohaterów znowu nastanie szczęście. W "Czterech rzęsach nietoperzach" nie ma miejsca na lukier – jest rzeczywistość, czasami brutalna, w otoczeniu nieprzyjaznych ludzi, małych radości, dużych trosk i niepokoju o jutro... lepsze czy gorsze? Kowalewska stworzyła po prostu bardzo życiową powieść – przez to trudną, nieodpowiednią na chwile smutku... napisaną dobrym językiem, z ciekawymi bohaterami. I wiecie co? Ja będę cały czas kibicowała bohaterom, bo chcę wierzyć w to, że w życiu mogą nastać tylko szczęśliwe chwile, że może nastać szczęście tak wielkie, że żadne większe lub mniejsze potknięcia nie będą miały znaczenia. 

Moja ocena: 7+/10 Bardzo dobra z plusem!

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

(528) Droga do domu

Tytuł: Droga do domu
Autor: Yaa Gyasi
Wydawnictwo Literackie
Stron 412

"[...] wszyscy słyszeli tę historię już wiele razy. A teraz uczyli się, że legenda jest po prostu kłamstwem, które uchodzi człowiekowi bezkarnie."

Yaa Gyasi, "Droga do domu"

"Droga do domu" to literacki debiut młodziutkiej Yaa Gyasi (autorka ma dwadzieścia sześć lat), urodzonej w Ghanie, a wychowanej w Stanach Zjednoczonych. Bez wątpienia jest to dla niej niesamowicie ważna powieść, jednak czy będzie taka dla bezstronnego czytelnika? Gyasi zabiera czytelnika w podróż po dziejach członków jednej z rodzin, podróż toczącą się od XVIII wieku po współczesność. "Powrót do domu" to bardzo dobra saga rodzinna, której czytanie budzi emocje... To gorzka powieść napisana bardzo dobrym językiem, ciekawa i dopracowana, jednak nie zmieniająca diametralnie światopoglądu.

XVIII w., afrykańskie Złote Wybrzeże – dwie siostry zostają rozdzielone w dramatycznych okolicznościach. Miały jedną matkę, a mimo tego nigdy się nie spotkały. Ich życie potoczyło się w dwa zupełnie różne sposoby. Jedna została wraz ze swoim białym mężem, handlarzem niewolników w Afryce. Natomiast druga trafiła na statek, który wiózł czarnoskórych do Ameryki. Miała zostać niewolnikiem. Dwa odległe od siebie światy – Afryka i Ameryka. To właśnie tam swoje przeznaczenie wypełniali ich kolejni potomkowie. Potomkowie, którzy nigdy nie poznali w pełni losów swoich przodków, a jedynie fragmentarycznie. 

Historia stworzona przez Yaa Gyasi została rozpięta między kontynentami, wiekiem XVIII a XXI. Zaczyna się egzotycznie, powabnie – klimatem przypominając "Euforię" Lily King. Zacofane plemię afrykańskie, ich obyczaje, kulturowe zawikłanie... to właśnie akcja, która rozgrywa się w XVIII wieku najbardziej zachwyca. Czytelnik jest świadkiem wkraczania niewolnictwa na ziemie afrykańskie. Walki między plemionami, konszachty z "białymi twarzami" prowadzą do jego rozwoju, do niszczenia wiosek – całych plemion, do rozdzielania rodzin. Nie pomagają plemienne zabobony, służalcza pozycja kobiet w wiosce. Zderzenie dwóch zupełnie różnych kultur prowadzi do chaosu i krzywd. Wyrachowanie i egoizm prowadzi do krzywd tysięcy ludzi i do niewyobrażalnych przemian kulturalnych. 

Powieść Yaa Gyasi to tłum bohaterów, których losy są przejmujące, a niekiedy nawet przejmująco smutne. Są igraszką losu, niemający wpływu na czasy w których przyszło im żyć są świadkami/ uczestnikami tragedii niewolnictwa i rasizmu. Mimo tego, że czasy się zmieniają... następuje rozwój nie tylko technologiczny, ale także w wymiarze spraw społecznych oni przez swą "inność" wynikającą z korzeni, czy też z koloru skóry znajdują się na marginesie życia – niezależnie od tego czy znajdują się w Afryce czy w Ameryce zawsze są w pewnym sensie gorsi. Naznaczeni. Ich losy to jednak także "zwykła" codzienność – rodzicielstwo, miłość, przyjaźń, zawiść, samotność... i smutek... 

"Droga do domu" to powieść silnie emocjonalna, która czasami wręcz przytłaczają szarością życia i niesprzyjającymi koleinami losu. Czytelnik poznających kolejnych bohaterów zna historie ich przodków – ma o wiele pełniejszy ogląd sytuacji niż sami bohaterowie. Tym samym ich reakcje wynikające niekiedy z braku wiedzy, a co się z tym wiąże zrozumienia budzą w czytelniku bunt. Yaa Gyasi brutalnie uświadamia jak ważna jest znajomość swoich korzeni. Wydaje się wręcz, że jest to znajomość niezbędna, aby móc dobrze (i w pełni) przeżyć swoje życie. 
Najważniejszym elementem w powieści Yaa Gyasi wydaje się być troska o swoje korzenie, silny wpływ jaki ma na nasze życie przeszłość naszych przodków... oraz problem niewolnictwa. Niewolnictwa mającego miejsce na świecie do dnia dzisiejszego, choć obecnie społecznie nieakceptowalnego. To wyrzut sumienia wobec grzechów kolonizatorów. Wyrzut sumienia, który jednak nie krzyczy głośniej czy brutalniej niż inne pojawiające się w literaturze. Yaa Gyasi pokazała jedynie ułamek swoich możliwości, a przy tym ułamek udręki niewolników czy ofiar rasizmu. 

Dzieło Yaa Gyasi jest porywające, bo czytelnik cały czas czeka w głębi duszy na happy end. Na szczęśliwe rozwiązanie losów rodziny, ale walka o wolność i dumę, życie bez społecznych uprzedzeń toczy się nadal. Do dnia dzisiejszego. To przejmujące historia z wyrazistymi bohaterami, rewelacyjna powieść, którą szybko się czyta i, która przypomina... także o współczesnych bolączkach. Pozwala spojrzeć na ludzkie uprzedzenia, rasizm z trochę innej perspektywy. "Drogo do domu" to książka bardzo dobrze napisana, z ciekawymi i różnorodnymi portretami psychologicznymi bohaterów, jednak nie można jej zaliczyć do dzieł oryginalnych/wstrząsających. Brak w niej większej dozy odwagi pisarskiej Gyasi. Jest to jednak bez wątpienia powieść, która muska temat niewolnictwa i rasizmu – rozbudza ciekawość i zainteresowanie tym tematem w otoczeniu ciekawych wątków obyczajowych, które niekiedy bywają bardzo trudne i smutne. Yaa Gyasi potrafi dobrze pisać, stworzyła rewelacyjną, barwną powieść, która jednak nie oszałamia. Jest powieścią niebanalną – to na pewno. Jednak także zbyt mało odważną. I jeśli czytelnik nie wyjdzie z założenia, że oczekuje książki, która diametralnie zmienia myślenie na temat niewolnictwa, wstrząsa – powieścią Yaa Gyasi będzie oczarowany, bo jest klimatyczna i piękna. 

Moja ocena: 8/10 Rewelacyjna!

sobota, 20 sierpnia 2016

(527) Konające zwierzę


Tytuł: Konające zwierzę
Autor: Philip Roth
Wydawnictwo Literackie
Stron 172

"Należy przeprowadzić różnicę między umieraniem a śmiercią. Umieranie nie jest procesem ciągłym. Jeśli człowiek jest zdrów i czuje się dobrze, umieranie przebiega niewidzialnie. Niewątpliwy koniec nie zawsze bywa zapowiadany z fanfarami."

Philip Roth, "Konające zwierzę"

"Konające zwierzę" Philipa Rotha to bez wątpienia jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier roku 2016. Premier, a w sumie wznowień, bo "Konające zwierzę" po raz pierwszy w Polsce  zostało wydane w 2008 roku. W tym samym roku powstał na podstawie książki film ("Elegia") z Penelope Cruz i Benem Kingsleyem w rolach głównych. Film, który zachwycił mnie już za pierwszym razem... mimo, że bez wątpienia jest kontrowersyjny. "Konające zwierzę" było jednak cały czas niedostępne, a cena na stronach antykwariatów dobiegała do 200 zł. Czekałam, czekałam i w końcu się doczekałam wznowienia. Autor "Amerykańskiej sielanki" stworzył książkę, która budzi w ludziach skrajne emocje. Jednych bulwersuje, drugich zachwyca. Spotkałam się już z opiniami, że ta książka to "szmira", powieść dla nienormalnych, przesiąknięta seksem i w ogóle utwór dla obłąkanych. Wychodzi więc na to, że należę do ludzi w ogóle nie znających się na literaturze, którzy sięgają po literackie szmiry i w dodatku są obłąkani. Jedno jest pewne: "Konające zwierzę" nie jest powieścią przesiąkniętą seksem (a już na pewno nie jego scenami, a raczej seksem potraktowanym jako zagadnienie psychologiczne), a powieścią silnie intelektualną. Trudną, kontrowersyjną, ale wartą uwagi. Proza Philipa Rotha jest odważna, jest mądra, silnie intelektualna i zmysłowa. Autor dotyka tematów takich jak miłość (choć nie w sposób bezpośredni, a już na pewno nie banalny), seks czy starzenie się. Pierwszy raz mam sytuację, gdy jestem ewidentnie zachwycona jakąś powieścią, a jednak nie będę Was na siłę zachęcała do zapoznawania się z nią... bo po prostu książka Rotha należy do tych, które zostaną docenione przez niewielu. Jest zbyt odważna i nietuzinkowa, a tematy przez nią poruszane zbyt delikatne i kontrowersyjne – aby większość czytelników podeszła do tej powieści bez uprzedzeń. 

Głównym bohaterem powieści Rotha jest David Kepesh – powszechnie poważany krytyk kulturalny, lubiący się bawić i czerpać z życia pełnymi garściami. Będąc już po sześćdziesiątce poznaje piękną Consuelę Castillo – wytworną i nad wyraz dojrzałą dwudziestoczterolatkę. Consuela jest córką zamożnych kubańskich imigrantów, jego studentką oraz... obiektem erotycznych westchnień. David Kepesh ma słabość do pięknych kobiet, a Consuela bez wątpienia do nich należy. Ich relacja jednak w pewnym momencie zaczyna zdecydowanie wykraczać poza ramy seksualnej bliskości i fascynacji.

"Jedyną rzeczą, którą wie się o starych, nie będąc starym , jest to, że czas odcisnął na nich swoje piętno."

P.Roth, "Konające zwierzę" 

Ten opis brzmi bardzo banalnie, zapowiadając zwykłą historię miłosną, w dodatku "zalatującą " powieściami erotycznymi. "Konające zwierzę" swoją premierę miało jednak już w 2001 roku i zdecydowanie wykracza poza ramy historii miłosnej tym bardziej, że relacja głównych bohaterów jest o wiele bardziej złożona, a też opisanie samej fabuły tej powieści wydaje się być wręcz niemożliwe. Zbyt wiele jest w niej na to nieprzewidywalności i złożoności. "Konające zwierzę" nie jest powieścią dosłowną, czarno – białą, to wielobarwne dzieło, które można odczytywać na wielu płaszczyznach. Pojawia się w nim seks – to prawda. Jednak nie w postaci znanej z Greya czy też innych erotyków. To seks będący zupełnie ludzkich zachowaniem, potrzebą i pragnieniem. Często bywa tematem tabu, a jak się okazuje niepotrzebnie, bo to nieodłączny element życia... należący nie tylko do osób od i do pewnego wieku. To ludzkie pragnienie, które jak pozuje Roth nie ma wieku. 

"Pomyśl o starości w ten sposób: zwykły, codzienny stan życia wiszącego na włosku. Nie da się ominąć prawdy o tym, co wkrótce nas czeka. O ciszy, która otoczy nas na zawsze. Poza tym wszystko toczy się jak dawniej. Poza tym człowiek pozostaje nieśmiertelny aż do końca życia."

P. Roth, "Konające zwierzę"

W powieści Roth'a jest seks, jest coś na kształt miłości oraz jest starzenie się i strach przed śmiercią. Między Davidem a Consuelą zachodzi rozłam – ona piękna, młoda i na początku swej życiowej drogi, bez doświadczenia życiowego, pełna ufności. On doświadczony facet, po sześćdziesiątce, mający za sobą już pierwsze rozczarowania – także na polu relacji międzyludzkich, zdający sobie sprawę z upływającego czasu i bardzo się tego obawiający. Przez to wszystko w pewnym momencie bardzo niepewny siebie i swojej pozycji w życiu Consueli. Ta niepewność prowadzi go do zazdrości i potrzeby dominacji. Jednak bez wątpienia nie można określić kto tą dominację w końcu przejmuje. W powieści Rotha mało mówi się wprost o miłości. Czytelnik samodzielnie musi rozstrzygnąć co kieruje zachowaniem bohaterów... zachowaniem niejednoznacznym, niekiedy zaskakującym, ale zawsze przejmującym. Zachowaniem, które w końcu zmusza czytelnika do stwierdzenia: to miłość - trudna, skomplikowana, ale miłość... 

Historia przedstawiona w powieści Rotha jest dynamiczna, przejmująca i zaskakująca. Już sam sposób narracji budzi zaciekawienie czytelnika. To swego rodzaju spowiedź Davida, której słuchaczem jest sam czytelnik. Spowiedź składana po latach od najgorętszego okresu w związku Davida z Consuelą. Powieść Philipa Roth'a charakteryzuje się dobrym językiem i stylem... Jednak to co najbardziej dla niego znamienne to duża przenikliwość i trafne spostrzeżenia. "Konające zwierzę" choć krótkie zawiera w sobie mnóstwo treści. Treści okrojonej z wszelkiej banalności. 

"Lecz czy, mimo wszystko, godzi się, aby siedemdziesięciolatek uczestniczył aktywnie w cielesnym wątku komedii ludzkiej? Aby był niepoprawnym, dalekim od klasztornej wstrzemięźliwości staruszkiem, wciąż podatnym na czysto ludzkie podniety?"

P. Roth, "Konające zwierzę"

"Konające zwierzę" ujęło mnie swoją przenikliwością, ukazaniem aspektu przemian kulturowych mających miejsce w latach 60 – tych i bardzo trudnych relacji międzyludzkich. To powieść o ludzkich namiętnościach, dojrzewaniu, starzeniu się i miłości. Powieść o ludzkiej stracie i niedołężności w relacjach z drugim człowiekiem – szczególnie w tej najsilniejszej, a przy tym najtrudniejszej jaką jest miłość. Philip Roth stworzył dzieło prawdziwe (czasami wręcz brutalnie prawdziwe), okraszone sporą dozą ironii – ironii dobrze wpasowującej się w ogólny wydźwięk tej powieści. "Konające zwierzę" to w moim odczuciu bezapelacyjnie dobra powieść. Perła, która jednak nie przez wszystkich zostanie doceniona. To jedna z tych powieści, których się nie zapomina, ponieważ każde słowo, które się w niej pojawia zostało zawarte po coś. Nie ma w niej przypadkowości. To połączenie dopracowanego języka, przenikliwości, ironii, ciekawej fabuły i świetnych portretów psychologicznych bohaterów. Tym samym okazuje się, że Philip Roth stworzył genialne dzieło... 

Moja ocena: 9+/10

środa, 17 sierpnia 2016

(526) Sezon niewinnych

Tytuł: Sezon niewinnych
Autor: Samuel Bjork
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron  462

"Nikt nie może wyrządzić ci nic złego, jeśli mu na to nie pozwolisz. Powinieneś zawsze robić to, czego w twoim własnym odczuciu robić nie jesteś w stanie. Smutek to roślina, która nie potrafi żyć bez wody. To ty decydujesz , czy chcesz ją podlewać czy nie." 

Samuel Bjork, "Sezon niewinnych"

Samuel Bjork wraz ze swoją powieścią podczas jej promocji był zapowiadany jako konkurent dla Jo Nesbo – nie znam żadnej powieści tego drugiego pana, ale mimo to mam wrażenie, że tworzy thrillery szybsze, mniej rozwlekłe... może jednak przez to mniej wyrafinowane? "Sezon niewinnych" rozkręca się stopniowo, jest wyrafinowany – to fakt, misternie skonstruowany – to też prawda. Zastanawiam się jednak czy ta konstrukcja w pewnym momencie nie zostaje za bardzo zaplątana... tym bardziej, że autor nie śpieszy się z rozplątywanie tych misternie zaplecionych nici na skutek czego czytelnik w pewnym momencie czuje już przesyt, ma już dość i czeka niecierpliwie (w dodatku lekko poirytowany i znużony) na zakończenie tej historii. Powieść Samuela Bjorka ma lepsze i gorsze momenty co składa się na stwierdzenie, że to bardzo dobra powieść kryminalna z nutą thrillera... w dodatku z dobrymi wątkami obyczajowymi. 

W lesie zostaje znalezione ciało sześcioletniej dziewczynki, która wygląda jakby nazajutrz miała pójść do szkoły... odprasowana sukienka (jakby zdjęta z lalki), spakowany tornister, a na szyi plakietka jednej z linii lotniczych "Podróżuję sama". Sprawą ma zająć się detektyw Holger Munch, szef specjalnego wydziału zabójstw w Oslo. Wyrusza na jedną z wysp, aby namówić do współpracy swoją byłą podwładną Mię Kruger. Mia zostawiła na lądzie wszystko, chce odizolować się od ludzi i odlicza dni do czasu, gdy połączy się ze swoją zmarłą siostrą bliźniaczką. Trop prowadzi ich do nierozwiązanej sprawy sprzed sześciu lat, gdy pewna dziewczynka została porwana z oddziału położniczego. Morderca widocznie bawi się ze śledczymi... myli tropy, prowadzi z nimi dziwną grę,  a na jaw wychodzi, że obiektem działań mordercy są tak naprawdę sami śledczy. 

W powieściach kryminalnych ważną rolę pełni funkcja śledczych. Bjorken stworzył dwójkę śledczych inteligentnych i bystrych, a przy ty idealnie się dopełniających. Różnią się wiekiem, wykształceniem, a także poziomem przenikliwości, ale tworzą duet doskonały i prowadzący do rozwiązania wielu śledztw. Dodatkowo mimo różnicy wieku świetnie się dogadują i są przyjaciółmi... dlatego podczas śledztwa obserwują nawzajem swoje postępy i wyciągają z nich wnioski.  Mia zmaga się depresją po tragicznych wydarzeniach, które były jej udziałem rok wcześniej... To młoda kobieta, która niejedno w swoim życiu już przeszła. "Sezon niewinnych" to pierwszy tom opowiadający o śledztwach Muncha i Mii. Pierwszy, bardzo dobry i dający nadzieję na kolejne dobre części. 

Jednak Mia i Munch nie są jedynymi postaciami w powieści Bjorka – poznajemy także uzdolnionego młodego informatyka oraz gamę innych bohaterów, którzy wnoszą do powieści nowe wątki obyczajowe, a przy tym psychologiczne. To książka o mocy jaką może objąć jedna osoba nad drugą, o ślepej wierze, dominacji, samotności oraz zemście. Samuel Bjorken stworzył całą gamę postaci – niewinne jak i te najbardziej perfidne. To wszystko powoduje, że "Sezon niewinnych" staje są książkę momentami zapierającą dech w piersiach, bo nic nie działa na czytelnika tak silnie jak krzywda niewinnych ludzi... a w szczególności dzieci. 

W historii opowiedzianej w "Sezonie niewinnych" nie brakuje wątków obyczajowych, jednak to bez wątpienia aspekt dojścia do rozwiązania tajemnicy jest najważniejszy. To on wytycza tempo powieści, które nie jest zatrważająco szybkie, a jednak fabuła i jej zawirowania przez większość czasu to czytelnikowi wynagradzają. Historia mordercy z początku budzi w czytelniku bardzo żywe emocje, które z  czasem jednak pod natłokiem wydarzeń, zwrotów akcji i ich wielości... trochę tracą na sile. To prawie 500 stron książki, a niestety mam wrażenie, że o dobre 100 – 150 stron mogłaby zostać skrócona. Bez wątpienia by na tym nie straciła, a nie wiem czy by raczej nie zyskała. 

Samuel Bjork stworzył dobrze skonstruowany kryminał, z ciekawymi wątkami obyczajowymi, momentami, które zawierają czytelnikowi dech w piersi. W swym zaplątaniu posunął się jednak w pewnym momencie za daleko – co powoduje, że "Sezon niewinnych" po pewnym czasie zaczyna nużyć... choć czytelnik cały czas jest ciekawy rozwiązania zagadek, wyjaśnienia minionych wątków. Udało mu się jednak wystrzec w większości przypadków przewidywalności za co ma u mnie ogromny plus. Ciekawi bohaterowie, fabuła... i choć "Sezon niewinnych" nie jest powieścią przez cały czas porywającą, a raczej dosyć nierównomierną jeśli chodzi o natężanie akcji to jest bardzo dobrym kryminałem przy którym można dobrze spędzić czas. To dobra i naprawdę dopracowana książka..., więc mimo tych małych potknięć autora będę wypatrywała kolejnych tomów serii o Munchu i Mii. 

Moja ocena: 7+/10 Bardzo dobry z plusem!

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

(525) Nikt nie ocali się sam

Tytuł: Nikt nie ocali się sam
Autor: Margaret Mazzantini
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 215

"Nie warto żałować straconych okazji. Nigdy się nie dowiesz, czy ocaliłeś się od śmierci, czy też straciłeś prawdziwe życie." 

Margaret Mazzantini, "Nikt nie ocali się sam"

Wspaniałe studium na temat rozpadu relacji międzyludzkich, wstrząsająca książka pokazująca ogrom ludzkiego nieszczęścia, nienawiści i niemocy w obliczu rozstania. Margaret Mazzantini stworzyła powieść fascynującą przez swą prawdziwość, piękną przez ogrom emocji, intrygującą przez oszczędność obrazu. "Nikt nie ocali się sam" to historia dwójki ludzi, którzy z ludzi dla siebie najważniejszych stali się dla siebie największymi wrogami. Ludźmi budzącymi w sobie niechęć, żal, wręcz nienawiść. Dawniej połączeni miłością, teraz jej zupełnym przeciwieństwem. Dlaczego? Przez niszczącą prozę dnia codziennego, autodestrukcji, której się dopuścili? 

Delia i Geatano poznali się jako młodzi ludzie. Oboje z kompleksami, niepewnością, pragnieniem ciepła drugiego człowieka. Połączyła ich wielka miłość i namiętność. Wzięli ślub. Doczekali się dwójki synków – Cosmo i Nico. Gdy czytelnik ich poznaje mają trochę ponad trzydzieści lat. Spotykają się w restauracyjnym ogródku, żeby zjeść razem kolację i.... no właśnie? Co prowadzi ich na tą kolację? Bo przecież nie głód... Są już po rozwodzie. Uczą się żyć bez siebie, z dala od siebie, a jednak w stałym kontakcie ze względu na dzieci, które choć nie powinny ucierpieć przez niesnaski dorosłych – stale cierpią. Emocje panujące między tą dwójką są cały czas bardzo silne, a rany niezagojone. Podczas tego jednego wieczoru, jednej kolacji zanurzają się w swoich wspomnieniach, uczuciach i są szczerzy – nie tylko dla siebie nawzajem, ale także dla siebie samych. We własnym sumieniu, własnym sercu. Niejeden nurt filozoficzny zakładał, że niemożliwe jest przekazanie za pomocą słów ogromu swoich uczuć... bohaterowie jednak próbują zrobić ustny rachunek sumienia – w obliczu gniewu i utraconej miłości. Spokojna sceneria restauracyjnego ogródka i oni – ludzie odpowiedzialni nie tylko za siebie, ale także za swoje dzieci. W tej dziwnej grze miłości i jej braku. 

"Nie należy kierować się instynktem. To błąd. Instynkt doprowadzi cię do pewnego miejsca, po czym cię opuści. Dojrzewasz, starzejesz się i wtedy zostajesz z niczym, bo instynkt umiera młodo. Zastępuje go niepewność, a ty już zawsze będziesz więźniem swoich ograniczeń i ignorancji."

Margaret Mazzantini, "Nikt nie ocali się sam"

Margaret Mazzantini akcję swojej powieści umiejscowiła przy stoliku w restauracji, wśród ludzi cieszących się posiłkiem, ciszą, odpoczynkiem. W to wszystko wpakowała dwójkę furiatów, którzy próbują jednak zachowywać się porządnie i nie okazywać negatywnych emocji jakimi siebie darzą. Atmosfera jest gęsta od emocji, a próba znalezienia  przez bohaterów odpowiedzi na pytanie co się stało, że to co było tak piękne i silne uległo zniszczeniu... wyczerpuje psychicznie bohaterów jak i czytelnika. Retrospekcje i próba złożenia tego wszystkiego w całość... dają obraz bardzo przejmujący, ciężki od nagromadzonych win z obu stron. Jednak to właśnie w tym bagażu emocjonalnym tkwi siła powieści "Nikt nie ocali się sam" – te powolne wspomnienia, bez rewelacji, szybkiej akcji, świadomość czytelnika o smutnym końcu... mam wrażenie, że w powieści Mazzantini zostało przemyślane wszystko. 

"Nikt nie ocali się sam" to obraz tym bardziej przejmujący, że pokazuje nie tylko zachowanie ludzi dorosłych (czyli z założenia odpowiedzialnych) względem siebie w sytuacji ekstremalnej, jaką jest rozstanie, ale także to jak bardzo cierpią wtedy dzieci – szczególnie te małe. To właśnie dzieci jak pokazuje Mazzantini przyjmują na siebie ciosy dorosłych, ich nieobecność, obojętność, znudzenie i nerwy. Są największą ofiarą niemożności porozumienia się przez dorosłych, ich błędów, ich porażek. Sama relacja między Delią i Gaetano wyszła autorce mistrzowsko. Czuć panujące między nimi napięcie, bagaż nagromadzonego milczenia, który cały czas ich obciąża i ciągnie w dół... 

"Być może oni różnili się od tamtych tylko tym, że byli bardziej zdesperowani. A desperacja czyni człowieka bardziej ludzkim. Ale nie uczy go żyć. To samo, co łączy ludzi i wznosi ich na wyższe poziomy, może w każdej chwili sprawić, że się rozejdą i każdy pójdzie w swoją stronę."

Margaret Mazzantini, "Nikt nie ocali się sam"

Książka Mazzantini to wyraziści bohaterowie, atmosfera gęsta od ciszy..., a jednocześnie od padających słów. To język na wysokim poziomie, bardzo dobry styl pisania, ciekawe portrety psychologiczne i bardzo dogłębne odwzorowanie ich złożoności, nieprzewidywalności. "Nikt nie ocali się sam" to powieść, która choć nie porywa akcją... porywa narastającym napięciem, które jest przez autorkę cały czas stopniowane. Jednak największą zaletą powieści Mararet Mazzantini oprócz całej jej strony psychologicznej jest minimalistyczny sposób w jaki została napisana. Oszczędność wyrazu, brak kombinacji językowej, fabularnych... Historia Delii i Geatano zachwyca, a zarazem uderza swą prostotą. Prostotą i prawdziwością, brakiem koloryzowania. 

Powieść Mazzantino została przeniesiona na ekran w 2015 roku, przez Sergio Castellitto, ale nie muszę oglądać jej ekranizacji, bowiem podczas czytania powieści Margaret cały czas miałam przed oczami tę scenę w jednym z restauracyjnych ogródków – dwójka ludzi, niegdyś połączeni miłością, dziś gniewem. Dwójka ludzie – ich emocje, pragnienia i żale. Wspomnienia i próba odnalezienia odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego? Co zrobiliśmy źle?". Margaret Mazzantino udało stworzyć się nietuzinkowy klimat i naprawdę poruszającą powieść. Autorka pokazuje, że prawdziwym kluczem do sukcesu może być właśnie prostota i emocje. W tej książce nie ma scen, wielkich namiętności... są jednak wielkie uczucia i moc słów – słów, które padają jak i tych, które pozostają niewypowiedziane.

"Nikt nie ocali się sam" to powieść do której wraca się myślami po przeczytaniu. I choć okładka może sugerować historię ckliwą i romantyczną... to jednak dzieło Mazzantino ma nam do zaoferowania wszystko oprócz właśnie ckliwości i romantyczności. Autorce udało się stworzyć powieść z lekka przytłaczającą, bo niosącą za sobą bardzo duży bagaż emocjonalny, a przy tym książkę, którą czyta się łapczywie do samego końca... z nadzieją na happy end. A zakończenie zaskakuje i tylko potwierdza, że Margaret Mazzantino potrafi dobrze pisać. Podsumowując: "Nikt nie ocali się sam" zachwyca brakiem banalności, schematyczności, a za to ogromnymi pokładami przenikliwości, emocjonalności i prostoty. Powieść Mazzantino to dobre dzieło – od A do Z. 

Moja ocena: 9/10

sobota, 6 sierpnia 2016

(524) Próba

Tytuł: Próba
Autor: Eleanor Catton
Wydawnictwo Literackie
Stron 382

"Pamiętajcie, że każdy, kto jest dość inteligentny, żeby was uwolnić, jest też dość inteligentny, żeby was zniewolić."

Eleanor Catton, "Próba"

Eleanor Catton to bestsellerowa pisarka, autorka nagrodzonej Bookerem powieści "Wszystko, co lśni". "Próba" to jej debiutancka powieść – niepokojąca, nieoczywista, zakręcona, bardzo nieprzewidywalna podczas, której czytania czytelnik ma wrażenie, że jest uczestnikiem dziwnego spektaklu teatralnego. Podczas czytania, której czytelnik nie wie na czym ma zawiesić wzrok, bo "Próba" to cała paleta barw i emocji. Książka Catton jest oryginalna i nietuzinkowa, a wydarzenia w niej przedstawione, choć z pozoru zwykłe przyprawiają czytelnika o dreszcz... wszystko za sprawą wirtuozji języka Catton. To bardzo, bardzo dobry debiut.

"Nauczyciel uprawiał seks z niepełnoletnią uczennicą" głoszą nagłówki gazet w jednym z miast. Wybucha skandal obyczajowy. Nauczyciel liceum muzycznego i nieletnia uczennica mieli romans. Sprawa wychodzi na jaw i budzi w społeczeństwie różnorakie emocje. U jednych strach, u innych fascynację, ale ich wszystkich łączy jednak ciekawość, bo sama sprawa jest bardzo tajemnicza. Uczniowie pobliskiej szkoły teatralnej postanawiają zrobić przedstawienie oparta na tej historii. Nie zastanawiają się jednak nad delikatnością tej sprawy, jej niuansami, a przede wszystkim nad tym czy to poprawne moralne wykorzystywać jakby nie było... krzywdę drugiego człowieka. Czas przyniesie odpowiedzi. 

Kreacje bohaterów tej powieści to prawdziwe majstersztyki –  wyraziste i jak wszystko w przypadku tej powieści są to postacie owiane wieloma niewiadomymi. Ich relacje z innymi bohaterami są bardzo często skomplikowane i... nieoczywiste. Powinnam już w tym miejscu zaznaczyć, że "nieoczywiste" oraz "nietuzinkowe" to słowa, które w odniesieniu do tej powieści będą pojawiały się niejednokrotnie. Catton przedstawiła postacie zbuntowanych, uległych jak i cichych uczennic, rodziców przekonanych o talencie swoich dzieci, nauczycieli mających różne podejście do nauczania – ludzi w różnym wieku i o różnych charakterach. Genialnie wyszło jej ukazanie tych niuansów i różnic między nimi, które rzucają się czytelnikowi w oczy już od samego początku. W tej powieści nie ma postaci, których cechy zostałyby spłycone, uproszczone czy pominięte. Akcja "Próby" oscyluje wokół kilku głównych bohaterów (i wbrew pozorom nie należy do nich nauczyciel i uczennica, którzy mieli ze sobą romans) z których bez wątpienia wybija się nauczycielka gry na saksofonie, która jest tak ekscentryczna i nietuzinkowa, że od razu przyciąga wzrok czytelnika... Autorka świetnie poradziła sobie z ukazaniem bohaterów – bogactwa ich psychiki, a przede wszystkim tego, że nie możemy poznać nikogo do końca. Zawsze pozostaje jakiś margines błędu, pole do niepewności.

Wątek romansu nauczyciela z uczennicą jest jedynie kanwą tej powieści. To wokół tego wątku toczą się pozostałe wydarzenia, jednak on sam – przedstawienie tej relacji, jej specyfika, uwarunkowania psychologiczne zostają przez autorkę pominięte na rzecz reakcji środowiska na to znaczenie. Historię samego związku poznajemy jedynie z relacji innych ludzi - rodziny, uczniów, nauczycieli... jednak i to są informacje niepełne i niepewne. Wpływ informacji o tej zakazanej relacji na środowisko jest ogromny – motywuje bohaterów tej powieści do zadania pytania o niewinność – jej granice, chwile gdy zostaje zerwana, przekroczona i to nie w znaczeniu fizycznym, a psychicznym. Historia pana Saladina i Victorii (czyli wspomnianego już wcześniej nauczyciela i uczennicy) wpływa na wszystkich w większym lub mniejszym stopniu – u wszystkich wzbudza jednak emocje. Także na uczniach, którzy postanawiają stworzyć przedstawienie inspirowane ich romansem. Wśród nich znajduje się Stanley – ambitny chłopak, który poszukuje swojego miejsca w świecie. Jego droga styka się z drogą młodszej siostry Victorii. I to co z początku było rozłączne... czyli akcja w szkole muzycznej, a akcja w instytucie teatralnym zaczyna się ze sobą powoli splatać co daje autorce możliwość zarzucenia czytelnika kolejną gamą emocji..., a Eleanor Catton ma talent w ukazywaniu skomplikowanych relacji i emocji. 

"Próba" to nie mam co do tego wątpliwości powieść niesamowicie oryginalna. Eleanor Catton prowadzi z czytelnikiem grę, której nie da się do końca określić... a przede wszystkim wpisać w jakiekolwiek ramy znane w literaturze. Podczas czytania czytelnik niejednokrotnie zastanawia się nad tym co jest kłamstwem, co fikcją, a co prawdą... nagłe retrospekcje, czarny humor otaczający czytelnika z każdej strony i absurdy każą zastanawiać się czy to wszystko dzieje się naprawdę, a może bohaterowie po prostu zwariowali? Bohaterowie albo czytelnik, który po prostu nie nadąża za zmianami zachodzącymi w książce... 

Eleanor Catton stworzyła "Próbę" jako zaliczenie pracy na uczelni. Bardzo, bardzo udane zaliczenie pracy! "Próbie" brakuje trochę do ideału, ale w otoczce jej niezwykłości to wszystko umyka czytelnikowi wręcz niezauważalnie. Ciekawa forma, świetnie skonstruowane portrety psychologiczne bohaterów. Historia społeczności w której doszło do wydarzenia budzącego niepokój jest ciekawa, oryginalna i wciągająca. Autorka wystrzegła się w swej debiutanckiej powieści banalności i schematów, tworząc dzieło nieoczywiste, często niepokojące swą niezwykłością i nietuzinkowością, ale trzeba przyznać, że przy tym wszystkim Eleanor Catton stworzyła dzieło, którego czytanie jest czystą ucztą literacką... To powieść z której emanuje miłość do dobrego języka, teatru i nieoczywistości ludzkich charakterów. 

Moja ocena: 8/10 Rewelacyjna!

piątek, 5 sierpnia 2016

(523) Góra Tajget

Tytuł: Góra Tajget
Autor: Anna Dziewit - Meller
Wydawnictwo Wielka Litera
Stron 248

"Zbrodnia dokonywana zupełnie otwarcie ma to do siebie, że czyni współuczestnikami wszystkich, którzy są jej świadkami i nic nie robią, aby ją powstrzymać."

Scott Horton

Anna Dziewit – Meller, autorka "Disko" stworzyła książkę porażającą swą prawdziwością. "Góra Tajget" mimo tego, że jest powieścią fikcyjną jest ściśle oparta na historii... szczególnie tej dotykającej II wojny światowej. Polska pisarka inspirując się prawdziwą historią stworzyła powieść do bólu poruszającą, przyprawiającą wręcz o ból głowy. Dotyka tego aspektu zbrodni wojennych o których mówi się najmniej, czyli o badaniach medycznych prowadzonych na ludziach... także na dzieciach. "Góra Tajget" to historia trudna i wzruszająca, której czytanie powoduje nagły ucisk w piersi. To powieść, której lekturę trzeba sobie dawkować, bo jest zbyt ciężka, zbyt przytłaczająca, zbyt prawdziwa... aby móc ją czytać ze stoickim spokojem. Takie niełatwe historie są jednak potrzebne. Potrzebne by nie zapomnieć.

Sebastian to młody ojciec i mąż, właściciel apteki. Pewnego dnia spotyka swojego starego nauczyciela, który prosi go o pomoc w uzyskaniu jakiegoś upamiętnienia dla dzieci, które zmarły w wyniku eksperymentów medycznych podczas II wojny światowej. Teraz w miejscu ich kaźni powstaje luksusowy hotel, który ma rozruszyć gospodarkę miasta, a więc władza nie jest skłonna przypominać o tragedii, która miała miejsce w miejscu, które teraz ma się stać uosobieniem wypoczynku i zadowolenia. Sebastian, który dotąd nie angażował się w żaden sposób społecznie, jako ojciec zaczyna stawać się człowiekiem bardziej świadomym i wrażliwym... także na tragedię, która miała miejsce dawno temu. Jednak to nie tylko jego losy w tej książce są ważne... Fabułę powieści Dziewit – Meller tworzą także inne postacie – bardzo często poobijane przez los... z powodu swojej winy lub winy czasów w których przyszło im żyć.

Bohaterowie autorki "Disko" to postacie z obu stron barykady. Niemcy jak i Polacy. Ich wszystkich różni także "pozycja", którą zajmowali podczas II wojny światowej. To historia oprawców jak i ich ofiar i choć postacie występujące w "Górze Tajget" to fikcyjni bohaterowie, to czytelnik nie może wyzbyć się wrażenia, że oni wszyscy żyli... pod innymi imionami, nazwiskami, ale żyli. Wojna zbiera zawsze ogromne żniwo – zostawia w ludziach zadry na lata, jednak w kolejnych pokoleniach, których życie nie jest zatrute perspektywą wojny czy też zniewolenie pojawia się bardzo często swego rodzaju kult bagatelizowania przeszłości, bo to było, bo to minęło, bo teraz żyjemy w innych czasach. Nie chodzi jednak o rozdrapywanie ran, chodzi o pamięć... nie tylko o holokauście, ale także o innych zbrodniach wojennych. Także o zwykłych ludziach – ich "zwykłych" tragediach, o trudnym dniu codziennym, o przejmującym strachu. A emocje w powieści Anny Dziewit – Meller są bardzo żywe i silne.

Nie wszyscy zbrodniarze wojenni zostali osądzeni podczas procesów w Norymberdze – przekupywanie świadków, wypieranie się faktów – doprowadziło do tego, że część z nich została uniewinniono, a część nawet nigdy nie została postawiona przed sądem. "Denazyfikacja i osądzenie zbrodniarzy wojennych" to także zostało określone w postanowieniach po II wojnie światowej... jednak jak "dezaktywować" tak dużą sieć ludzi? Brak sumienia? Brak skrupułów? Brak wyrzutów sumienia? Jak osądzić siatkę powiązaną zmową milczenia? To wszystko doprowadziło do takiego paradoksu, że ludzie, którzy prowadzili eksperymenty na dzieciach podczas wojny, odbierali je rodzicom, bo miały np. problemy ze wzrokiem... były uznawane za jednostki słabe, niepotrzebne, będące obciążeniem dla III Rzeszy, a co za tym idzie nadające się tylko do likwidacji... lub ew. na króliki doświadczalne - w nowej powojennej rzeczywistości... stawali się wybitnymi naukowcami, lekarzami. To brutalna wojenna prawda o której mówi się niestety mało. Anna Dziewit – Meller dotyka tego tematu szczerze i bez obłudy.

"Góra Tajget" i historia w niej zawarta ma wpływ na czytelnika tym silniejszy, że teraźniejszość miesza się w niej z przeszłością. Teoretyczna beztroska współczesności z teoretyczną (i praktyczną) niedolą (choć to zdecydowanie eufemizm) czasów II wojny światowej. Kontrasty wynikłe ze zestawienia bohaterów przejmujących się zeznaniem podatkowym z bohaterami przejmującymi się nalotami bombowymi... Książka Anny Dziewit – Meller, choć tak naprawdę bez konkretnej fabuły uderza i zachwyca. A do tego jest do bólu współczesna... i pięknie przez prostotę i szczerość opisuje dramat II wojny światowej. Zaledwie jego skrawek, mały element, bo całości nie da się opisać, ale za to skrawek bardzo ważny, często zapomniany i pomijany.

Anna Dziewit – Meller to utalentowana polska pisarka, która swoją najnowszą powieścią burzy spokój człowieka... "Góra Tajget" to prawdziwy cios i zadra dla psychiki współczesnego czytelnika. Dziewit – Meller za pomocą swojej książki krzyczy, każe pamiętać i nie zapominać. Zachęca do drążenia... Tak samo pewne jak to, że "Góra Tajget" nie należy do literatury łatwej jest fakt, że i taką literaturę należy czytać. To kawał dobrej i przejmującej literatury – trudnej, smutnej, ale bardzo ważnej. Powieść Dziewit – Meller dojrzewa w czytelniku z każdą kolejną chwilą, wydaje swój plon powoli, ale nie pozwala o sobie zapomnieć. To niesamowicie dopracowane, a co za tym idzie wybitne dzieło sięgające po największe brudy wojny, jednak nie dla taniej sensacji.

Moja ocena: 9-/10 Wybitna z minusem!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...