środa, 30 listopada 2016

(571) O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak Wieża Eiffla

Tytuł: O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak Wieża Eiffla
Autor: Romain Puertolas
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 230

"Śmiech jest najgorszym, co może się zdarzyć chorobie. Trzeba śmiać się jej w twarz. Nigdy nie tracić nadziei. Nigdy się nie poddawać. Bo przygoda jeszcze się nie skończyła. Nie wolno wstawać z fotela i wychodzić z sali kinowej przed końcem filmu, bo często na zakończenie czeka nas niespodzianka. Miła niespodzianka. Happy end."

Romain Puertolas, "O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak Wieża Eiffla"

"O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak Wieża Eiffla" to piękna, urocza, zabawna, a przy tym wzruszająca historia o mocy miłości, która potrafi pokonywać wszelkie trudności i przeszkody. Przenosić góry, a także  akurat w przypadku tej powieści spowodować, że w ciągu kilku godzin można nauczyć się... latać.  Romain Puertolas stworzył przepiękną historię, która napędzana siłą miłości, przyjaźni i obietnicy porywa na kilka godzin do swojego świata. Pełna uroku i humoru przekazuje ponadczasową myśl o miłości między matką a dzieckiem. Historię przywiązania i dotrzymywania obietnic. Pod lekką z pozoru historią, zabawną powłoką kryje się jednak przejmująca historia, która pozornie zaczyna się od wizyty pewnego pana u fryzjera... 

Providence Dupois to 35 - letnia Francuzka, listonoszka. Wybiera się do Afryki, aby zabrać stamtąd marokańską dziewczynkę, którą po tym jak poznała ją przed laty (przy okazji pobytu w szpitalu z powodu ataku wyrostka robaczkowego) postanowiła adoptować. Pokonała wszystkie trudności prawne, swoją samotność, kiepską pensję i udało jej się doprowadzić do tego, że Zahera została uznana prawnie za jej córkę. Jednak tego jednego, jedynego dnia, kiedy kobieta ma polecieć do Afryki, aby przywieźć stamtąd swoją córeczkę... nad światem unosi się chmura pyłowa po wybuchu wulkanu, który był nieczynny od dwunastu tysięcy lat... Ruch powietrzny zostaje wstrzymany w całej Europie. Providence złożyła jednak obietnicę i jest zdeterminowana, żeby jej dotrzymać... z lotniska udaje się więc do klasztoru tybetańskiego, uczy się latać i wyrusza w kilkugodzinną podróż, która ma umożliwić dotarcie jej do córki. 

Zahera czeka na swoją "zdalnie sterowaną mamę" w szpitalu, w którym znajduje się już od urodzenia ze względu na problemy związane z oddychaniem... spowodowane mukowiscydozą. Walczy o życie już od lat i choć lekarze dawali jej o wiele mniej czasu... ona wciąż żyje. Jej stan staje się jednak krytyczny, a podróż do Francji wraz z Providence specjalnym samolotem z obsługą medyczną ma być dla niej szansą. Metody leczenia stosowane w Europie, a nieznane w Afryce mają przedłużyć jej życie i poprawić jego jakość. Jednak Providence nie dociera o umówionej godzinie, nie dzwoni... nie informuje o opóźnieniu...a mała Zahera zaczyna podejrzewać, że jej "zdalnie sterowana mama" po prostu się popsuła. Nie zdaje sobie sprawy z ogromu miłości Providence względem niej. 

Pod tą banalną z pozoru otoczką dot. nauki latania, wszystkich jej śmiesznych aspektów jak ekscentryczni mnisi, którzy uczą się sztuki latania podczas gry w grę w typu Angry Birds... kryje się tajemnica, która zupełnie zaskakując rozrywa czytelnikowi serce. Czytelnik cały czas roześmiany, z uśmiechem na twarzy nagle zostaje skonfrontowany z o wiele większą, niespodziewaną historią... Historią, która odkryje przed czytelnikiem ogrom fabuły opowiedzianej w książce "O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak Wieża Eiffla". Moc tej historii, jej uniwersalny wymiar mówiący o miłości, która nie zna granic... miłości z powodu której ludzie potrafią zrobić wszystko... nie patrząc na potencjalne konsekwencje. Ta prawda, którą czytelnik poznaje dopiero na końcu zmienia spojrzenie na tę powieść czyniąc ją z najniezwyklejszej opowieść... historię najzwyklejszą. Najzwyklejszą, a przy tym tak uroczą. 

"Świat zewnętrzny idzie naprzód zbyt szybko, nie ma czasu, by się zatrzymać i popatrzeć na rzeczy piękne, cieszyć się zachodem słońca i miłością, której pełne są oczy wszystkich dzieci"

Romain Puertolas, "O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak Wieża Eiffla"

"O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak wieża Eiffla" to historia, która zachwyca od pierwszych stron już przez samo wprowadzenie w fabułę, sposób narracji i oczywiście przedstawioną opowieść. Powieść Romaina Puertolasa wyróżnia się także na tle innych książek stabilnym osadzeniem fabuły na tle europejskiej kultury - książek, filmów, pisarzy, aktorek, a także polityki... i choć np. niektóre nazwiska zostają świadomie przekręcone to wszystko powoduje na ustach czytelnika jeszcze większy uśmiech. Książka w której pojawia się bowiem Obama, Putin, Hollande i kanclerz Niemiec pytająca o to gdzie kupić strój bikini... musi wcześniej czy później wywoływać uśmiech. Penolope Cruz staje się Penolope Gruz..., a to wszystko tylko część! W powieści Puertolasa znajdują się nawiązania do światowego kina i literatury... i choć czasami czytelnik ma wrażenie, że to wszystko zostało wpakowane w powieść troszkę na siłę, przez co momentami wypada trochę sztucznie... to jednak to bez wątpienia niesamowicie ją wzbogaca! Czyni ją bliższą, bardziej rzeczywistą... to po prostu bawi. Powoduje, że czytelnik niejednokrotnie uśmiecha się od ucha do ucha, a bardzo często po prostu śmieje się... 

Romain Puertolas stworzył piękną, wzruszającą i zabawną historię o miłości. Błyskotliwą i inteligentną. Pod pozorami lekkości, chwilowej banalności i kompletnego oderwania od rzeczywistości skrywa historię, która poruszy każdego. "O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak Wieża Eiffla" to opowieść, która poprzez dużą ilość odniesień do świata kultury dodatkowo przyciąga uwagę czytelnika. Ciekawy sposób narracji, sympatyczni bohaterowie, momentami bardzo zabawna fabuła... a przede wszystkim genialne, zaskakujące zakończenie... to wszystko razem tworzy powieść, która porywa, oczaruje i przywołuje uśmiech na twarzy... czasami smutny, ale zawsze uśmiech. Romain Puertolas stworzył po trochu baśniową historię, która oczaruje każdego czytelnika chcącego przeczytać piękną, poetycką i napawającą nadzieją powieść. W czasie czytania książki Puertolasa serce czytelnika rośnie... 

Moja ocena: 8+/10 

poniedziałek, 28 listopada 2016

(570) Shantaram

Tytuł: Shantaram
Autor: Gregory Dawvid Roberts
Wydawnictwo Marginesy
Stron 800

"Te same legendy niosą także ostrzeżenie, że taka miłość może czasem stać się obsesją i opętaniem jednej i tylko jednej z dwóch dusz, które związał ze sobą los. Ale w pewnym sensie mądrość jest przeciwieństwem miłości. Miłość trwa w nas dokładnie dlatego, że nie jest mądra."

Gregory David Roberts, "Shantaram" 

"Shantaram" to jedna z tych powieści o których słyszeli już chyba wszyscy. Powieść rzeka napisana przez człowieka, który po tym jak stracił kontakt z córką stoczył się na samo dno, skazany za napady z bronią w ręku na 20 lat, uciekł z więzienia  o zaostrzonym rygorze do Bombaju... "Shantaram" to powieść rzeka, pierwsza część cyklu opowiadająca o jego pobycie w Bombaju, jego doświadczeniach, ludziach których poznał, emocjach i tym wspaniałym, wielokulturowym mieście przede wszystkim. Gregory David Roberts spisał ją po kolejnej ucieczce z więzienia do którego trafił za przemyt heroiny, a w sumie podczas odsiadki na którą zgłosił się dobrowolnie, aby "odsiedzieć swoje i wrócić do rodziny". Ten były kryminalista stworzył aromatyczną, intrygującą historię, która wciąga do swojego świata na wiele godzin wyśmienitej lektury... 

Główny bohater "Shantaram" jest młodym Australijczykiem, który po tym jak został porzucony przez żonę znalazł pocieszenie w heroinie, napadał na banki, został skazany na dwadzieścia lat... to po prostu historia samego autora, któremu udało przedostać się po ucieczce do Indii. Pod zmienioną tożsamością najpierw zakosztował życia jako turysta w Bombaju, potem jako mieszkaniec slumsów, gdzie leczył biedaków... Stał się także żołnierzem bombajskiej armii, walczył w Afganistanie z Armią Czerwoną, zdobył wielu przyjaciół i wrogów. To właśnie w Bombaju spotkał także tajemniczą Karlę... kobietę zagadkę.
Słowo shantaram oznacza "pokój boży". To imię, które zostało nadane bohaterowi przez jego hinduskich przyjaciół. Sam tytuł wiąże się bezpośrednio z drogą, którą musi odbyć bohater "Shantaramu", aby znaleźć wewnętrzny spokój - rozliczyć się z przeszłością. Temu wszystkiemu towarzyszą jednak szemrane interesy, fałszerstwa, gangsterskie porachunki, romantyczna miłość - wydarzenia czasami wręcz nieprawdopodobne, a jednak odstęp czasowy między nimi pozwala w nie wierzyć...

Gregory David Roberts stworzył powieść, która tętni Indiami, hinduskim podejściem do życia, indyjskimi zapachami i krajobrazami. To książka pełna nie tylko indyjskiej kultury, ale także socjologicznych aspektów. "Shantaram" to powieść pod tym względem bardzo dopracowana, ukazująca ciemne i jasne strony życia w Bombaju. Blaski i cienie życia jego ludności. Jego wielokulturowość, nierówności finansowe i społeczne. Podział na kasty... zachowanie względem cudzoziemców, podejście do życia, filozofia, tradycyjne obrzędy, tradycje znamienne tylko dla hinduizmu, piękne świątynie, haszysz, alkohol... hinduskie namiętności... to wszystko tworzy mieszankę niekiedy wręcz wybuchową, którą jednak autor potrafi w pełni oddać, bo sam był przez lata częścią tego niezwykle różnorodnego i barwnego społeczeństwa. Zderzenie dwóch zupełnie odrębnych kultur pozwala dostrzec wszelkie niuanse kultury indyjskiej - autor pozwala się czytelnikowi w tym rozsmakować, a tym samym pobudza silnie jego ciekawość. 

Akcja "Shantaramu" nie pędzi nieubłaganie, a raczej toczy się spokojnym rytmem... co nie znaczy, że nie więzi czasami oddechu w piersi. To lektura pełna filozofii, życiowej mądrości. Powiastka o ludzkim losie w obcym, gorącym mieście w którym nic nie jest tak oczywiste jakby się na początku wydawało. Tym samym "Shantaram" nabiera po części baśniowych cech. Akcja choć nieśpieszna, nie nuży podczas czytania, a raczej pozwala się rozkoszować lekturą... co więcej! Jej przyśpieszenie byłoby swego rodzaju świętokradztwem, ponieważ "Shantaram" jest tego rodzaju książką, w której każde słowo, każde zdanie, każde sytuacja ma jakieś znaczenie... i prędzej czy później czytelnik się o tym przekonana. Nie ma w niej niczego przypadkowego. 

Już sama fabuła tej powieści jest fascynująca...., a jednak nie bez znaczenia pozostaje fakt, że wydarzenia przedstawione w książce miały miejsce naprawdę. A głównym bohaterem jest tak naprawdę sam autor. No i ta jego kryminalna przeszłość, jakaś taka próba odkupienia swoich zbrodni, choć przecież notorycznie także w "Shantaram" pakuje się w konflikt z prawem, jakieś gangsterskie zagrywki, porachunki. Mimo tego wszystkiego (i nawet podobizny samego autora, który wygląda raczej na faceta, którego lepiej nie spotkać nocą w ciemnym zaułku) autor wydaje się być osobą wrażliwą, który gruntownie przemyślał swoje życie... i wszystkie wybory z nim związane. Narracja pierwszoosobowa pozwala czytelnikom poznać go bliżej i stopniowo zagłębiać się we wszystkie elementy układanki składającej się na najważniejsze wydarzenia w jego życiu.

"Shantaram" to świetna, niesamowicie bogata w doznania dawka literatury. Miłość, przyjaźń, przestępczy świat w Bombaju, wojna, małe indyjskie miejscowości, przyprawy, zwyczaje, zapachy, muzyka... hinduskie podejście do życia i drugiego człowieka. Powieść Robertsa to oprócz świetnej literatury także bogata dawka życiowych, uniwersalnych mądrości. Niezwykle barwni bohaterowie, świat przedstawiony, miejsca i wydarzenia... W "Shantaramie" chyba nie ma takiej rzeczy, która wcześniej czy później by czytelnika nie ujmowała. To lektura na kilka, może nawet kilkanaście wieczorów, które zabiorą czytelnika w indyjski świat. Pozwolą oderwać się od rzeczywistości i wysłuchać historii życia człowieka, który postanowił o siebie walczyć... i tę walkę wygrać. Historię człowieka, który nie poddał się przytłaczającej przeszłości i próbował poukładać swój świat od nowa. W nowym miejscu, w nowej kulturze. "Shantaram" to literacka perła, która bawi i wzrusza. Zawsze intryguje. 

Moja ocena: 9/10

sobota, 26 listopada 2016

(569) Fotograf

Tytuł: Fotograf
Autor: Garance Le Caisne
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 208

"- Czy przekazał pan te fotografie z własnej woli? [...]
- Zrobiłem to dla Syryjczyków, dla mojego narodu. Po to, żeby zbrodniarze odpowiedzieli za swoje zbrodnie, żeby zostali osądzeni." 

Garance Le Caisne, "Fotograf"

W styczniu 2015 roku w jednym z czasopism, prezydent Syrii Baszar el - Asad zadeklarował, że nie istnieje taka osoba jak "Cezar". Jednak Cezar istnieje... Garance Le Caisne spędziła z nim wiele godzin na rozmowach prowadzających do ujawnienia funkcjonowania syryjskiej machiny śmierci. Cezar to fotograf zatrudniony przez syryjską policję wojskową, który ryzykował własnym życiem oraz życiem swojej rodziny, gromadząc przez dwa lata zdjęcia i dokumenty więźniów torturowanych i zabijanych przez reżim. Udało mu się zgromadzić 53 tys. zdjęć, jednak nigdy nie odważył się ujawnić swojej prawdziwej tożsamości. Ciągle zagrożony ze strony Baszara el - Asada musiał wyjechać z Syrii, aby ratować swoje życie. Zdecydował się ujawnić zdjęcia, które poświadczają o zbrodniach o reżimu el - Asada. Jednak nie tylko on odważył się mówić... W "Fotografie" Le Caisne zamieszcza wspomnienia i świadectwa także bezpośrednich ofiar reżimu. Wstrząsające historie ofiar zbrodni wojennej i zbrodni przeciwko ludzkości. 

Czytając "Fotografa" czytelnik ma wrażenie jakby czytał opis hitlerowskich zbrojeń, wspomnienia osób, które przeżyły holocaust, gestapowskie więzienia lub stalinowskie łagry. Jednak "Fotograf" we współczesnego czytelnika uderza bardziej niż tragedia związana z holocaustem. Holocaust i tortury, śmierć z nim związana miała miejsce jednak lata temu. Koszmar syryjskich więzień, tortury, mordy, zastraszania... zbrodnie holocaustu w XXI wieku - to wszystko ma miejsce obecnie. Nic więc dziwnego, że niektóre ze zdjęć zrobionych przez Cezara znajduje się na specjalnej wystawie w muzeum Holocaustu. Może właśnie w tej chwili jakiś syryjski więzień polityczny jest przesłuchiwany i torturowany. Ma wyłupywane oczy, jest przypalany papierosami, znajduje się wśród 180 mężczyzn w sali zdolnej pomieścić maksymalnie 50 osób. 

Rządy Baszara el - Asada opierają się na strachu i torturach. Dzieci są uczone przez swoich rodziców jakich rzeczy nie należy mówić w szkole, aby nie znaleźć się w niebezpieczeństwie. W Syrii torturowani są ludzie, a świat milczy... W syryjskich więzieniach kończyny i genitalia ludzi są podłączone do prądu, więźniowie mają wpompowywaną wodę przez odbyt, dostają znikome porcje jedzenia, a w więziennych szpitalach są w nocy zabijani przez pijanych żołnierzy. W papierach widnieją jednak informacje, że zmarli z powodu trudności oddechowych czy też zatoru płucnego... Giną nie tylko rebelianci, ale także niewinne osoby, działacze w obronie praw człowieka. Każdy Syryjczyk wie, że z więzienia wojskowego nie można wyjść bez obrażeń...

"Fotograf" to świadectwo syryjskiej machiny śmierci, historia człowieka, który postanowił zebrać informacje, aby kiedyś winni zbrodni przeciwko ludności zostali osądzeni. Przez reżim został jednak wyklęty, zaprzecza się jego istnieniu, a jego zdjęcia uznaje za sfałszowane. Jednak światowej klasy naukowcy zbadali je i potwierdzają, że są prawdziwe. Garance Le Caisne odbyła z nim oraz z więźniami, którym udało się wyjść (a raczej uciec) z syryjskiego więzienia wiele rozmów, które poruszają, wzbudzają gniew, strach i odrazę do zbrodniczych działań, które do dnia dzisiejszego mają miejsce. To trudne do zrozumienia, pojęcia, że największym problemem obecnego świata nie są działania tzw. Państwa Islamskiego, a rządy "prawych" ludzi, którzy po tym jak zostali wybrani w wyborach... wyniszczają swój naród.

Książka Garance Le Caisne to mocna, podparta dokumentami literatura faktu, która przygnębia ogromem zła. W "Fotografie" nie ma zdjęć zrobionych przez Cezara... są jednak opowieści. Tak samo mocne. Tak samo porażające. Oto kawałek jednej z nich: 

" - Macie wszystko, czego wam trzeba? - porucznik przechodzi korytarzem i pobieżnie obrzuca wzrokiem cele.
- Nie! Brakuje nam leków. Nie zniosę tego bólu! - ośmiela się zawołać jeden z więźniów. Obcięto mu wcześniej palce u stóp i w ranę wdała się gangrena, która stopniowa pochłania jego nogę. 
- Tak, tak, mają wszystko, czego im trzeba - zapewnia strażnik. 
- Doskonale. - Porucznik odchodzi. 

[...]

- Kto powiedział, że brakuje leków?
- Ja - odpowiada ranny.

Strażnik wyciąga go z celi i razem z dwoma kolegami zaczyna okładać plastikową rurą. Następnie chwytają mężczyznę za brodę, klinują mu głowę w drzwiach, po czym uderzają go tak długo, aż wybiją mu zęby."

Garance Le Caisne, "Fotograf"

"Fotograf" to brutalna pozycja pokazująca ogrom ludzkiego cierpienia, ale także odwagę  i pragnienie sprawiedliwości ludzi, którzy odważyli się opowiedzieć niezależnej dziennikarce, Le Caisne o tym co spotkało ich ze strony reżimu. O ustawicznym strachu, nieprzespanych nocach, cierpieniu. Garance Le Caisne w swojej książce ukazuje jednak także próby obalenia reżimu... ukarania winnych śmierci dziesiątek tysięcy ludzi. Baszar el - Asad miał stanąć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym, ale Rosja i Chiny złożyły weto. Do dnia dzisiejszego pozostaje bezkarny, a syryjska machina śmierci nadal funkcjonuje, ponieważ niektóre państwa (np. Chiny) nie chcą ingerować w działanie suwerennego państwa... "Fotograf" jest pozycją obowiązkową nie tylko dla tych czytelników, którzy interesują są sytuacją na świecie. To jedna z tych pozycji, które TRZEBA poznać. Jest trudna, jest momentami bardzo ciężka, ale przy tym ogromnie warta przeczytania. Otwiera oczy i nie pozwala pozostać czytelnikowi w jego bezpiecznej sferze komfortu. Brutalnie z niej wyrywa i pokazuje syryjskie cierpienie, zwraca oczy w tamtym kierunku i nie pozwala przejść na tym do porządku dziennego... Nurtuje i odbiera wewnętrzny spokój. 

Moja ocena: brak.

piątek, 25 listopada 2016

(568) Nieważkość

Tytuł: Nieważkość
Autor: Julia Fiedorczuk
Wydawnictwo Marginesy
Stron 288

"[...] wszystko z biegiem czasu wraca poza czas... poza czas, czyli dokąd?" 

Julia Fiedorczuk, "Nieważkość" 

"Nieważkość" Julii Fiedroczuk to powieść, która została nominowana do literackich nagród Nike oraz Angelus 2016. Historia trzech kobiet, które trwale powiązało pewne wydarzenie z dzieciństwa spędzonego w miasteczku położonym na południe od Warszawy. Trzy zupełnie różnie kobiety, posiadające różne korzenie i domy w których się wychowywały. Odnośnie ich życia nie sprawdza się filozofia John'a Locka, której głównym założeniem jest tabula rasa, czyli czysta karta... pogląd głoszący, że los człowieka nie jest niczym zdeterminowany, a wszystko zależy od jego własnych pragnień i pracy - nad światem i samym sobą. Los trzech młodych kobiet - Zuzy, Heleny i Ewy jest zdeterminowany od A do Z przez rodzinę w której się urodziły, czas, społeczne uwarunkowania i uprzedzenia. Ich przyszłość jest ustalona już od momentu ich poczęcia, a one same są kukiełkami... igraszką losu.

Zuzanna pracuje w agencji reklamowej i pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny. Jest niespełnioną artystką, a jednak sztuka miała w  jej życiu bardzo ważny wymiar. To właśnie jej nauczyciel rysunku wprowadził ją w arkana... sztuki seksualnej. Otworzył ją na miłość, choć nigdy jej nie podarował. Relacja z nim była punktem zwrotnym w życiu Zuzanny, osamotnionej po przeprowadzce do Warszawy dziewczyny, która po porzuceniu przyjaciół, znanych sobie miejsc i ludzi trafiła w świat do którego od dnia urodzenia była przypisana. W świat wielkich ambicji i teoretycznie dobrego, pełnego spełnienia jutra.
Helena to kobieta, której dni upływają na sprzątaniu w ośrodku konferencyjnym, nieustannej walce z kurzem i brudem oraz odhaczeniu kolejnych zadań z listy. Jest matką i żoną dla której symbolem staje się stare lustro w łazience na którego wymianę nie ma ani czasu, ani pieniędzy. To ona była najbliższym ogniwem tragedii, która miała miejsce przed laty... i to właśnie ona została przez nią najbardziej dotknięta. Zmaga się w swoim życiu bardziej niż inni z problemem przemijania i odchodzenia.
Ewa to bezdomna mistyczka, która wędruje ulicami w poszukiwaniu alkoholu, odrobiny ciepła i miejsca do spania. Od dzieciństwa pomijana w zabawach, gotowa zrobić wszystko, aby być zauważoną, od dnia narodzin naznaczona przez chorobę psychiczną matki...  stacza się jak ona na sam dół. Następuje kontrast między budzącą odrazę bezdomną, a małą dziewczynką (z zasady niewinną), którą była kiedyś.

Trzy kobiety. Trzy historie. Wspólne dzieciństwo i traumatyczne przeżycie. Wspólne pragnienie piękna i ładu. Powieść Fiedorczuk nie jest jednak jedynie historią dróg, które się rozdzieliły, straconej przyjaźni, trudnych wyborów... To poetycka powieść o nieważkości w świecie. Pełna smutku, mroku i powolnego upadku, degradacji. A jeśli nie degradacji to nijakości dotykającej bohaterki, które trwają w uwięzieniu narzuconym przez fakt urodzenia w takiej, a nie innej rodzinie. W uwięzieniu narzuconym przez takie, a nie inne wybory ich rodziców. W "Nieważkości' ludzie są ofiarami świata, igraszką losu, istotami nieszczęśliwymi i samotnymi w świecie, który pędzi i nieubłaganie ucieka. Zostają skonfrontowani ze śmiercią, bólem i samotnością. 

Powieść Fiedorczuk nie jest utworem, którego akcja dotyka jakiegoś konkretnego problemu. To rozrzucone myśli na temat ludzkiego życia. Urywek z życia dorosłych kobiet i urywek z ich dzieciństwa. Dzieciństwa ukazanego w sposób bardzo szczery i przenikliwy. Czasami wręcz oburzający, ale jeśli czytelnik pomyśli o tym szczerze... przeprowadzi rachunek sumienia to odnajdzie także w swoim dzieciństwie rzeczy, których się wstydzi lub które w jakiś sposób go odmieniły. Dzieciństwo w książce Fiedorczuk zostało obdarte z banalnej niewinności. Polska poetka ukazuje dojrzewanie skażone tragedią, uprzedzenia społeczności w podwarszawskim miasteczku... Całości dopełniają bohaterki, których myśli przez ich szczerość dotykają czytelnika. Stają się symbolem tego co w życiu może się nie udać. Obrazem dzieciństwa, które powoli zmienia w niedolę dorosłego. Niedolę, bowiem brak w niej miłości, szczęścia i spełnienia... Życie bohaterek opiera się na wegetacji, a potencjalnie najbardziej wolna i szczęśliwa jest Ewa, która choć znajduje się na marginesie życia społecznego paradoksalnie cieszy się największą wolnością. 

Julia Fiedorczuk napisała powieść, która choć nie posiada głównego – istotnego wątku, a raczej swój wymiar i "ważkość" otrzymuje w sensie ogólnym przez połączenie kilku historii i galerii postaci... uwodzi czytelnika, wciąga i fascynuje. Po prostu. Julia Fiedorczuk nie pomija w swej powieści niczego co jest znamienne dla natury człowieka.  W "Nieważkości" wykracza poza bariery tabu, wątków fabularnych występujących zazwyczaj w literaturze. Liczne retrospekcje, a przy tym oderwanie od tła historycznego i gospodarczego życia w Polsce, uwięzienie bohaterów  w swego rodzaju szklanej bańce, a przy tym połączenie ich losów... cienką, a jednak nierozerwalną nicią, bardzo dobry język i duża dawka poetyzmu sprawiają, że "Nieważkość" jest wybitną, poruszającą i godną uwagi powieścią, która ujmie czytelniczki (i czytelników), którzy poszukują czegoś więcej niż lekkiej, niezobowiązującej literatury kobiecej. 

Moja ocena: 8/10

niedziela, 20 listopada 2016

(567) Muza

Tytuł: Muza
Autor: Jessie Burton
Wydawnictwo Literackie
Stron 480

Premiera: 24.11.2016 r. 

"Żal, który nie znajduje ujścia, wciąż narasta i jeśli nic się z tym nie robi, któregoś dnia może dojść do wybuchu."

Jessie Burton, "Muza"

Jessie Burton swoim literackim debiutem, "Miniaturzystką" oczarowała miliony. Powieścią pełną plastycznego języka, namiętności, intrygujących zwrotów akcji i barwnych bohaterów, porywała i zachwycała. Jednak tym co dopełniało powieść Burton było jej historyczne dopracowanie, nieoczywistość, magia i celowość ukryta w każdym najmniejszym zdaniu, słowie. Druga powieść autorki "Muza" dzielnie goni swoją poprzedniczkę, a jednak jest paradoksalnie mówiąc - w swej wielkości jest od "Miniaturzystki" mniejsza. Nie mniej historia tajemniczego obrazu, rodzinnych tajemnic i błędów młodości na tle hiszpańskiej wojny domowej wciąga i intryguje, tym samym zapewniając godziny wyśmienitej lektury. 

Rok 1967. Odelle jest czarnoskórą imigrantką z Trynidadu, która ma problem z odnalezieniem się w ksenofobicznej społeczności Londynu. Udaje jej się jednak porzucić pracę w sklepie obuwniczym na rzecz posady maszynistki w Instytucie Sztuki Skeltona. Wykształcona, ambitna i mądra kobieta widzi w tym dla siebie szansę na poprawę swojego losu, który w Londynie miał nabrać zupełnie innych barw. Miał się stać łatwiejszy, pełniejszy w światowe i pełne angielskiej inteligencji życie. W tym samym czasie jednak w jej życiu zachodzą także inne zmiany - wieloletnia przyjaciółka i współlokatorka wychodzi za mąż i wyprowadza się z ich wspólnego mieszkania. W życiu Odelle pojawia się natomiast młodzieniec, który na pierwszy rzut oka w ogóle do niej nie pasuje i ma w dodatku zupełnie inne priorytety niż ona, a jednak coś ją do niego ciągnie. Niemałe zamieszanie w życie 26 - latki wprowadza także jedna z kobiet pracujących w galerii, która skrywa tajemnicę bezpośrednio związaną z historią jednego z obrazów, które trafiają do instytutu... 

Rok 1936, Andaluzja. Harold Schloss, Żyd z Wiednia zjawia się wraz ze swoją rodziną - córką Oliwią i żoną Sarą w jednej z andaluzyjskich miejscowości. Schloss jest pośrednikiem w sprzedaży dzieł takich malarzy jak Kokoschki, Klee i Klimt, a jednak nie dostrzega talentu, który posiada jego córka... Oliwia jest młodą kobietą, która zaczyna dopiero wkraczać w dorosłość i dostrzegać jej różne odcienie - zmęczona depresją swojej pięknej matki, która jednocześnie posiada dominującą osobowość oddaje się bez reszty sztuce. Do czasu, gdy na jej drodze staje młody buntownik Izaak wraz ze swoją siostrą Tere. Od tego momentu już nie wiadomo co sprowadza na tę rodzinę katastrofę... pojawienie się rodzeństwa? Kłamstwa skrywane przez Sarę i Harolda? Pycha? Nienawiść? Czy może po prostu oni wszyscy są igraszką czasów w jakich przyszło im żyć?

Historie z obu tych okresów chronologicznych w powieści Jessie Burton ściśle się ze sobą łączą i przeplatają..., jednak umiejscowienie akcji w czasie jest czymś na co czytelnik znający poprzednią powieść autorki od razu zwróci uwagę. Burton w "Muzie" postanowiła umiejscowić akcję w XX wieku w dodatku w okresie budzącym mniejsze zaciekawienie niż wiek XVII, jak to miało miejsce w "Miniaturzystce". I choć autorka starała się przedstawić XX - wieczne realia to jednak chcąc nie chcąc... pod względem tła historycznego czy też przedstawienia społeczeństwa i zachowań nim rządzących "Muza" wypada w porównaniu do "Miniaturzystki" odrobinę gorzej. Zresztą patrząc na to z większego dystansu są to okresy historyczne względem siebie nieporównywalne - zarówno pod względem kulturalnym jak i społecznym. Nie mniej tym co autorka ukazuje w obu powieściach są uprzedzenia tkwiące w społeczeństwie. Uprzedzenia jako element stały, nieprzemijalny, towarzyszące ludziom na każdym poziomie. 

Jessie Burton po raz kolejny zachwyca kreacją postaci, jednak to ci bohaterowie (jak i sama akcja) z roku 1936 przede wszystkim przyciągają uwagę czytelnika. Pięknie wyreżyserowana sceneria, tło historyczne i obyczajowe... w powieści Burton 1936 rok wiedzie zdecydowany prym pod względem dopracowania, zagęszczenia emocji, natłoku akcji nad rokiem 1967. To właśnie to połączenie powoduje, że "Muza" staje się świetnie skonstruowaną powieścią, w której wszystkie wydarzenia łączą się w ciekawą, choć trochę przewidywalną całość dając obraz ludzkich namiętności, błędów i sztuki. Barwni bohaterowie, wartka, porywająca i przede wszystkim intrygująca akcja... a to wszystko dopełnia literacki kunszt Burton i jej niezwykle plastyczny i piękny język. Jeden z literackich majstersztyków - po prostu. 

"Muza" to opowieść o ludzkich namiętnościach, pragnieniu samorealizacji, miłości, przyjaźni i trudnych relacjach rodzinnych. To historia osadzona częściowo na tle problemów hiszpańskiej wojny domowej z którą kontrast stanowi świat sztuki. Historia niesamowitego, wieloznacznego obrazu rozgrywa się na tle historii pełnej krwi, niewinnych istnień, bombardowań i strzałów. Jednak w powieści Burton nie tylko sztuka jest niejednoznaczna i pełna niedomówień. Bohaterowie są tak wielobarwni, że czasami dla czytelnika wręcz niemożliwi do uchwycenia i wstawienia w pewne wzorce i dawniej ustalone schematy. To postacie dynamiczne i bardzo żywe, zresztą jak wszystko w książce Burton. Burton "Muzą" po raz kolejny pokazała jak zdolną jest pisarką i choć historia Odelle trochę traci w stosunku do "Miniaturzystki"... to jednak cały czas niezmiennie zachwyca i porywa. Wydarzeniami, fabułą, bohaterami, tłem historycznym i językiem. To proza gęsta od emocji i piękna. 

Moja ocena: 9+/10

sobota, 19 listopada 2016

(566) Nie zmusicie mnie do nienawiści

Tytuł: Nie zmusicie mnie do nienawiści
Autor: Antoine Leiris
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 136

"To mógł być pirat drogowy, który zapomniał zahamować, guz nieco bardziej złośliwy niż inne albo bomba atomowa, liczy się tylko to, że jej już nie ma. Broń, kule, przemoc, to wszystko tylko dekoracje do naprawdę rozgrywającej się sceny, a jest nią nieobecność."

Antoine Leiris, "Nie zmusicie mnie do nienawiści" 

Zamachy z 13 listopada 2015 roku, które miały miejsce we Francji odmieniły życie nie tylko Francuzów, ale oblicze całego świata. Jednak w tym natłoku strachu przed terroryzmem, ogólnych niepokojów i rozruchów społecznych krzywda ludzi zaczyna być odbierana jako zbiorowa, nieodosobniona, a ludzkie straty stają się jednymi z wielu... zapomina się o jednostce i jej bólu, trudnościach w poradzeniu sobie ze stratą. Pod przykrywką grup wsparcia, spotkań z psychologami zapomina się, że ludzka krzywda nie wpisuje się w reguły zasad zachowania w sytuacjach kryzysowych - na to nie ma opracowanego planu, stałego scenariusza, choć bez wątpienia ludzie próbują wpasowywać, wtłaczać nawet te najbardziej ekstremalne sytuacje dotykające ludzi... jak np. śmierć najbliższej osoby, ukochanej żony i ukochanej matki dziecka w te szablony, urzędowe procedury. Antoine Leiris w książce "Nie zmusicie mnie do nienawiści" odkrywa przed czytelnikami historię swojej osobistej straty, historię straty swojego małego synka... W sposób przejmujący, przyprawiający o drżenie i łzy. Prosto, bez patetyczności, a przy tym tak pięknie...

13 listopada 2015 roku żona Antoine'a Leiris'a wyszła do klubu ze znajomymi i już z niego nie wróciła. W wyniku zamachu w Bataclan, popularnym klubie w 11. dzielnicy Paryża straciła życie... Zostawiła męża z którym spędziła dwanaście lat życia i niespełna półtorarocznego synka. Antoine został tego wieczoru z synkiem, w domu... kiedy usłyszał o zamachu... najpierw było niedowierzanie, potem telefony, następnie gorączkowe poszukiwania... aż nadszedł wyrok. Jednak choć był to punkt przełomowy w jego życiu... najgorsze dopiero miało nadejść. Miała nadejść samotność, pełna świadomość straty - nie tylko w ujęciu straty żony, ale przede wszystkim ból dziecka, które straciło matkę. 

Synek Leirisa nie rozumie jeszcze do końca tego co się wokół niego dzieje, ale odczuwa brak swojej mamy, która jak dotąd codziennie oprócz kilku godzin tygodniowo zawsze przy nim była. Czytała mu bajki, śpiewała piosenki, czuwała nad nim. Antoine Leiris zostaje nagle samotnym ojcem. który nie może poddać się żalowi, bo musi być oparciem dla swojego synka. W swojej książce niejednokrotnie staje się jego głosem... Jednak dla mnie - przede wszystkim w sposób tak piękny, tak poruszający i przejmujący pokazuje emocje małego dziecka. Jego ból, jego niezrozumienie sytuacji, tęsknotę... Z książki Leirisa emocje biją, nie te tanie i powtarzalne, ale te bardzo ludzkie, przyprawiające o drżenie... dreszcz przebiegający po całym ciele. Bo ta książka jest tak prawdziwa, tak szczera i tak bliska. Pełna miłości, tęsknoty, bólu i straty. 

"Nie zmusicie mnie do nienawiści" to tytuł listu, który kilka dni po zamachu opublikował Antoine Leiris, francuski dziennikarz na swoim Facebook'u, aby poinformować o śmierci żony..., a tym samym bezpośrednia odezwa do zamachowców mówiąca o tym, że brutalny czyn, którego się dopuścili nie zdoła zniszczyć w nim ani w jego synku zdolności do miłości. Będzie trudniej, będzie ciężko, bo mały nawet nie będzie pamiętał swojej mamy, ale się nie poddadzą fali nienawiści. Nie pozwolą zniszczyć ludziom bez sumienia swojej przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Autor nie daje się porwać fali nienawiści, chęci ukarania sprawców... on chce przede wszystkim odbudować dzieciństwo swojego dziecka, chce mu pokazać, że na świecie są dobrzy ludzie. Antoine Leiris już wtedy okazał się niezwykle ważnym głosem, a jego historia świadectwem... "Nie zmusicie mnie do nienawiści" to książka, w której opisuje głębiej swoje emocje, ale nie tyle względem zamachów co po prostu osobistej straty.

W tej przejmującej i do głębi poruszającej, choć krótkiej powieści nie chodzi o rozwodzenie się nad istotą strachu panującego we francuskim społeczeństwie... czy też jego braku. Chodzi o krzywdę jednostki. Stratę żony i syna w tej wielkiej politycznej rozgrywce. Chodzi o niewinną kobietę, która zostawiła męża. Chodzi o pozostawionego ojca i syna oraz kilka dni z ich życia - poczynając od tego przełomowego... w negatywnym sensie. O wspólną, trudną drogę, która pozostaje do pokonania. Drogę, którą teraz muszą kroczyć samotnie - bez kobiety, którą oboje kochali. "Nie zmusicie mnie do nienawiści" to książka mimo, że krótka... wielka w swoim wymiarze, przesłaniu, a także literackim kunszcie.

Antoine Leiris spisał swoją historię... urywek swojego życia, który jednocześnie stanowi pożegnanie z jego pewnym etapem. "Nie zmusicie mnie do nienawiści" to jedna z tych pozycji, których opisywanie jest ich jednoczesnym spłaszczaniem, bowiem nie da się oddać w pełni jej istoty. Czytelnik sam musi się z nią zmierzyć, z tym ogromem emocji, przepiękną historią, która pozostawia w czytelniku trwały ślad. "Nie zmusicie mnie do nienawiści" jest powieścią uniwersalną o ludzkiej stracie, nieporadności i strachu. Uniwersalną historią, która chwyta za serce i pokazuje, że choć to trudne... trzeba walczyć o swoje życie, o miłość, wiarę w świat i ludzi. Antoina Leirisa uratował syn - przed nienawiścią, zgorzknieniem, cynizmem. "Nie zmusicie mnie do nienawiści" to pozycja pełna wzruszających scen... bardzo prostych, zwyczajnych, a jednak opisanych tak pięknie... Antoin Leiris oprócz tego, że jest skrzywdzonym przez los wdowcem i ojcem jest wspaniałym pisarzem, który dostrzega piękno życia - choćby w najprostszych jego przejawach. Stworzył powieść niewydumaną, prostą, a jednak tak uderzającą... i zachwycającą. 

Moja ocena: 10/10

niedziela, 13 listopada 2016

(565) Okulary szczęścia. Odkryj swoją emocjonalną siłę.

Tytuł: Okulary szczęścia. Odkryj swoją emocjonalną siłę.
Autor: Rafael Santandreu
Wydawnictwo Muza
Stron 320

"Szczęście, jak to wskazałem Silvii, polega na tym, by nie stwarzać sobie potrzeb i cieszyć się tym, co niesie każda chwila."

Rafael Santadreu, "Okulary szczęścia"

Cieszyć się tym co niesie każda chwila... także złem, które ma miejsce, bowiem oczekiwanie, że spotka nas coś dobrego jest robieniem sobie krzywdy - i oczekiwaniem, które Santandreu zdecydowanie odrzuca (ciekawe czy nie oczekuje, że jego książki sprzedadzą się w tysięcznych nakładach? - byłoby to oczekiwanie naprawdę wykraczające poza granice ludzkiego rozumu i rozsądku, bo jego książka na sprzedaż w tysięcznym nakładzie bez wątpienia nie zasługuje). Co więcej nie potrafię znaleźć żadnego pozytywu wynikającego z jej przeczytania... czyli jego metoda na życie, przedstawiona w tej książce na nic się nie zdała w moim wypadku... A teraz tak na poważnie:

Sięgając po "Okulary szczęścia" oczekiwałam ciekawej, inspirującej i pobudzającej do działania lektury, która pozwoli spojrzeć na świat przychylniejszym okiem, doda energii i wzbudzi we mnie optymizm. Nic z tego, bowiem zmusiła mnie do napisania mało optymistycznej opinii na jej temat (co jest już z mojej strony eufemizmem). Rafael Santadreu jest podobno znanym hiszpańskim psychologiem, autorem książki "Twój umysł na detoksie" oraz "Okulary szczęścia" - obie sprzedały się w Hiszpanii w milionowych nakładach... Co jest zaskakujące tym bardziej, że przynajmniej "Okulary szczęścia" (poprzedniej książki autora nie znam) okazały się nie tylko lekturą płytką, do bólu infantylną i banalną, ale także (a może przede wszystkim?) głupią.

Ogólne założenia są dobre - nie przejmować się tak bardzo otaczającym nam światem, podchodzi do świata na większym "luzie"... jednak autor w swoich założeniach (przecież wcale nie innowacyjnych czy przełomowych) dotyka absurdu! Pragnienie lepszej pracy, założenia rodziny, posiadania dachu nad głową, bycia zdrowym, posiadania przyjaciół... to wszystko wymysły ludzkiego umysłu, które nie pozwalają być szczęśliwym. Tak można krótka streścić całość tej przecież ponad trzystostronnicowej książki. Jeśli to wszystko jest obojętne... to po co autorowi wydawanie kolejnych książek? Sprzedawanie ich w milionowych nakładach? Zastanawiam się tylko czy autor jest tak samo infantylny jak ta pozycja..., która choć cały czas płytka momentami przechodzi poziom ludzkiej głupoty. Naprawdę.

Oczywiście Rafael Santandreu powołuje się na historie ludzi, którzy postanowili zostawić świat obok i żyć biernie... niczego nie oczekując i tym samym zyskując szczęście, ale naprawdę... spójrzmy na świat realnie, oczami "zwykłego" - "normalnego", "racjonalnego" - co nie znaczy nieszczęśliwego Kowalskiego... W "Okularach szczęścia" pojawiają się myśli dobre (co prawda malutko, ale to zawsze coś!), jednak one giną w natłoku absurdu i głupoty. Brak w tej książce podkładki jaką stanowi samo życie. Realne życie - dodajmy. Ma pomóc nam w dbaniu o "higienę psychiczną" pokazując, że niczego nie potrzebujemy..., a tak naprawdę podtruwa nas kiepskim poziomem literackim i banalnością.

Nie mam nic przeciwko psychologii kognitywistycznej opartej na próbie poznania ludzkiego umysłu i emocji dotykających ludzi, jednak jeśli planujecie zgłębiać ten problem - polecam ambitniejsze pozycje. Dla tych najbardziej wnikliwych - czy też zainteresowanych całą problematyką odrzucenia materializmu - oczywiście pozycje filozoficzne... choćby kompendium w tym temacie "Historia filozofii" Tatarkiewicza czy też "O szczęściu" lub troszkę mniej ambitnie, ale także ciekawie - "Jestem tu i teraz", czyli  świetna pozycja, która ma nam pomóc lepiej przeżywać "tu i teraz", a raczej tego nauczyć za pomocą kilkudziesięciu ciekawych i inspirujących zadań. Jednak "Okulary szczęścia" odradzam stanowczo! Zły język, dobra idea, zła realizacja i przytłaczająca banalność i głupota...

Moja ocena: 2/10

sobota, 12 listopada 2016

(564) Bar na Starym Osiedlu

Tytuł: Bar na Starym Osiedlu
Autor: Sabina Waszut
Wydawnictwo Muza
Stron 304

"- Ale też nie walczyły zbytnio.
- Na swój sposób walczyły. Ola, zaciśnięcie zębów, zgoda na odejście, to też walka. Ze sobą.
- Ale okna i tak muszą być czyste, cokolwiek by się nie działo? - śmieję się. 
- Muszą!"

Sabina Waszut, "Bar na Starym Osiedlu"

Sabina Waszut to pisarka i recenzentka, autorka kilku książek... w tym powieści "Rozdroża" nominowanej do Nagrody Literackiej Europy Środkowej Angelus za rok 2014. W swojej twórczości niejednokrotnie porusza aspekt Śląska... "Bar na Starym Osiedlu" to właśnie powieść z tego nurtu. Wielki ukłon w stronę Śląska, małej ojczyzny... "Bar na Starym Osiedlu" nie bez powodu jest nazywany powieścią śląską. Muszę przyznać, że był to jeden z powodów przez które wahałam się czy po nią sięgnąć. Skusiłam się jednak i nie żałuję, ponieważ oprócz poruszającej, ciepłej i pogodnej historii otrzymałam dużą dawkę Śląska. Śląska zapomnianego, ale Śląska, które nie jest jedynie tłem tej powieści, a jej integralną częścią i nie bójmy się tego powiedzieć - ważnym elementem. Śląsk, jego przekrój społeczny i problemy.

Ola Kieś to kobieta przed trzydziestką. W ciągu jednego pechowego tygodnia traci jednak pracę (ze względu na redukcję etatów) i rozstaje się z partnerem (ponieważ ten chce się z nią ożenić i mieć dzieci). W tym kompletnie chaosie Ola postanawia przyjąć spadek po zmarłej babce (której nie widziała ponad dwadzieścia lat ani z którą nie utrzymywała kontaktu). Postanawia przeprowadzić się z Warszawy, na Śląsk. Opuściła Chorzów przed laty jeszcze z mamą... uciekły. Ola jednak do dnia dzisiejszego nie wie przed czym, a jej mama już nie żyje. W Chorzowie okazuje się, że odziedziczyła po babci bar... jadłodajnię. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że mała społeczność śląskiego osiedla traktuje przybysza i jego pomysły nie tyle z przymrużeniem oka co po prostu nieufnie. Powrót do miejsca swojego dzieciństwa przywołuje w pamięci Oli wspomnienia... także na temat ojca, który przez lata był nieobecny w jej życiu. 

"Bar na Starym Osiedlu" to choć powieść piękna to także boleśnie krótka. Krótki wycinek z życia bohaterki. Wycinek na temat poszukiwania własnej tożsamości, która okazuje się być związana niezaprzeczalnie z miejscem urodzenia, wychowania, ze Śląskiem. Bohaterka wyrusza w przeszłość, aby móc zacząć wszystko od nowa... móc ruszyć przed siebie. Na swojej drodze spotyka Ślązaków - różnych, różnie doświadczonych przez życie. Wkracza w rejon swoich wspomnień i konfrontuje obraz Śląska swojego dzieciństwa ze Śląskiem współczesnym. Widzi postęp, widzi przemiany, ale widzi także rzeczy, które pozostały niezmienne... z czasem się do nich przyzwyczaja.

Ola jest bohaterką, która kurczowo trzyma się myśli, że najważniejsze jest to w jakiej dorastaliśmy rodzinie, trzyma się kurczowo myśli, że historia musi zawsze zatoczyć koło... patrząc na nieudany związek swoich rodziców boi się szczerze zaangażować, wzdryga się przed małżeństwem, posiadaniem dzieci, ponieważ pamięta swojego dzieciństwo... jedynie jego złe momenty, wpajane przez lata, aby nie tęsknić. Z czasem jednak, już w Chorzowie zaczyna do niej docierać, że nic nie jest czarno - białe. Także jej przeszłość, która nie była zdeterminowana jedynie złymi chwilami, bo przecież było w niej wiele pięknych chwil. Takich wartych zapamiętania. Jako dorosła osoba widzi więcej... dostrzega niuanse w relacjach międzyludzkich i uczy się zaakceptować, że nie ma wpływu na to co było. I żyć ze świadomością. Musi się zreflektować, bowiem niebawem może być już za późno. 

Niejednokrotnie podczas czytania tej powieści miałam wrażenie, że to jednak Śląsk jest ważniejszy od powieści Oli. Śląsk, którym ta książka wręcz tętni. Śląskie zwyczaje (np. te związane z rozpoczęciem roku szkolnego), odrobina śląskiej gwary i kuchni... a przede wszystkim śląski krajobraz. Co bardzo ważne i ujmujące autorka wyraźnie zaznacza, że obraz śląski nie tworzą jedynie piękne zwyczaje, ale także bieda ludzi, która ma miejsce w każdym zakątku Polski, opuszczone huty, kopalnie... Śląsk to połączone ze sobą urokliwe jak i te mniej urokliwe obrazy. Waszut poświęca dość sporo w stosunku do objętości książki na zarysowanie problemów społeczeństwa społecznego, lokalnej społeczności..., która rzeczywiście tworzy małą ojczyznę. Waszut pisze o Śląsku w tak zgrabny sposób, że naprawdę nim intryguje... i pasjonuje. 

"Bar na Starym Osiedlu" to ciepła, poruszająca literatura kobieca do przeczytania w jeden wieczór. To jedna z tych pozycji, które choć poruszają problem poszukiwania własnej tożsamości i rodzinnej traumy są lekkie i mimo wszystko pogodne. Podczas czytania powieści Sabiny Waszut niejednokrotnie na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. "Bar na Starym Osiedlu" nie jest powieścią, która zachwyca literackim poziomem czy też kreacją bohaterów, czy nawet samą fabułą. Nie. Nic z tych rzeczy. Na tym poziomie to po prostu niezwykle przyjemna babska (a przy tym nieinfantylna) powieść. Książka Waszut nabiera jednak większego znaczenia poprzez osadzenie jej akcji na Śląsku, poprzez refleksje i przewijające się w niej historie... Przewijających się ludzi i miejsca. Urocza i piękna. Ujmująca przez swą prostotę. Magiczna. To najprostsze słowa na opisanie tej pozycji. 

Moja ocena: 8/10

piątek, 11 listopada 2016

(563) Mnich

Tytuł: Mnich
Autor: Mathew Gregory Lewis
Wydawnictwo Vesper
Stron 460

"(...) serce moje płonie miłością, miłością bez granic i tylko miłość może mi być zapłatą."

Mathew Gregory Lewis, "Mnich"

Wspaniała, klimatyczna gotycka powieść o ludzkich skazach, niemoralności na najwyższych szczeblach władzy, niemoralności w środowiskach mających cieszyć się z założenia największą cnotliwością. W środowiskach cieszących się największym poziomem społecznego zaufania... "Mnich" opublikowany po raz pierwszy w 1976 roku przez młodziutkiego, pełnego pokory autora wywołał oburzenie - szczególnie w społeczeństwie przesiąkniętym wiarą. Mathew Gregory Lewis pisząc "Mnicha" miał zaledwie 20 lat i nie przypuszczał, że powieść napisana w ciągu 10 tygodni wywoła tyle emocji. Nie chciał być skandalistą, nie chciał swoją prozą oburzać, nie przypuszczał także jakiego jego powieść nabierze rozgłosu. "Mnich" jednak na zawsze zapisał się w historii literatury jako jedna z pierwszych powieści gotyckich, a zarazem wybitna reprezentantka gatunku. I choć dzisiaj już tak nie straszy, tak nie rozpala... to jednak cały czas wywołuje w czytelniku żywe emocje. Opowieść o zdemoralizowanym zakonniku i brudzie klasztornego życia, układach z szatanem i erotycznej rozpuście fascynuje do dnia dzisiejszego. 

Hiszpański mnich Ambrosio to pobożny i powszechnie szanowany człowiek, wyróżniający się jak myślą inni nieskalaną cnotliwością. Nie można zresztą zaprzeczyć temu, że Ambrosio jest do pewnego momentu przykładnym mnichem, przełożonym zakonu... do momentu, gdy zostaje wystawiony na pierwszą szatańską pokusę. Gdy jeden z jego najpilniejszych uczniów wyjawia mu, że tak naprawdę jest kobietą, kobietą, która w dodatku go miłuje, w Ambrosio zaczynają się budzić nowe ambicje, cielesne pożądanie, któremu daleko od niewinności i czystości uczucia miłości. Swawolne igraszki, które z początku mają być jedynie nic nieznaczącym epizodem skutkują tym, że Ambrosio zaczyna sobie coraz śmielej poczynać. Jednak to nic w porównaniu z tym co nastąpi później. 

Pewnego dnia na jego drodze staje Antonia - niewinna młoda dziewczyna, która pokłada wielką ufność w cnotliwość mnicha. Jego czyste z początku uczucie do niej zmienia się jednak w niepohamowaną żądzę. Żądzę, którą jest gotów zaspokoić nie zważając na nic i na nikogo. Nie mają już dla niego znaczenia granice dobrego smaku... jest gotów posunąć się do kłamstwa, morderstwa, a nawet gwałtu i zbezczeszczenia świętej ziemi. W dążeniu do celu wspomaga go Matilda - kobieta zagadka, która szybko okazuje się być nasłanym na zgubę Ambrosia sukubem. Jednak to jedynie jeden z wątków tej mrocznej powieści - w której pojawiają się także uczucia czyste i szczere. Nie tylko zakon męski jest źródłem rozpusty i bezprawia, po drugiej stronie muru bowiem, w żeńskim zakonie jedna z nowicjuszek jest poddawana torturom przez przeoryszę zakonu.... Pojawia się także historia dwóch przyjaciół, którzy próbują walczyć o swoje szczęście, możliwość bycia ze swoimi ukochanymi. Jednak świat w "Mnichu" jest mroczny i brutalny, zdominowany przez złych ludzi, którzy nie znają żadnych ograniczeń i pogrywają z bohaterami.

"Któż poza mną przeszedł przez gehennę młodości bez skalania swej duszy? [...] Daremnie szukam takiego człowieka." 

M. Gregory Lewis, "Mnich"

"Mnich" to zachwycająca pozycja o ludzkiej deprawacji, jednak płynie z niej myśl jeszcze ważniejsza mówiąca o tym, że łatwo być cnotliwym żyjąc bez kontaktu z pokusami. Nie ma wątpliwości co do tego, że Ambrosio jest złoczyńcą, budzącym odrazę, jest też pierwszym postępującym niemoralnie mnichem w literaturze. Nie można mówić o tym, że wszystkiemu winny jest szatan, który zaplanował moralny upadek Ambrosio, ponieważ jego działania, działania Matildy padły po prostu na podatny grunt. Były "przyzwoleniem" na niemoralność Ambrosia, które ten już skwapliwie wykorzystywał. Jednak czy gdyby Matilda nie pojawiła się na jego drodze... Ambrosio zachował by czystość? Nie. Jego pycha prędzej czy później by go zgubiło. Mathew Gregory Lewis tym samym... być może nieświadomie pokazuje wady życia zakonnego, wady chowania zakonników pod kloszem, które potem prowadzi do ich pełnej samowoli i deprawacji. Nieprzyzwyczajeni do opierania się pokusom i żądzom... kiedy te ich tylko dotykają - poddają im się. 

Mathew Gregory Lewis napisał powieść, podczas czytania której czytelnik niejednokrotnie wstrzymuje oddech... także dzisiaj. Operuje w niej zgrabnie wątkami zaczerpniętych z legend, wątkiem Żyda Wiecznego Tułacza, paktów w szatanem... a w to wszystko wplata wydarzenia wywołujące w czytelniku oburzenie. Jego powieść jest pełna dynamiki, a wydarzenia i miejsca zarysowane wyraźną kreską. Choć "Mnich" zalicza się do horrorów i bez wątpienia budzi jakiś taki pierwotny strach spowodowany świadomością otaczającego nas zła... to jednak nie mrozi krwi w żyłach w porównaniu do współczesnych horrorów. Jednak powieść Lewisa wygrywa fabularnym dopracowaniem, zaskakującym zakończeniem i genialnym językiem. A tym co budzi strach jest przede wszystkim degradacja ludzkiej moralności i otoczenie klasztorne... lochy, ciemne sale, kaplice, cmentarze, trumny, czaszki, szkielety... oraz fakt, że te kluczowe wydarzenia rozgrywają się w nocy. 

"Mnich" to błyskotliwa jak na końcówkę XVIII wieku powieść i pozycja pod pewnymi względami uniwersalna. Porywa, budzi delikatny niepokój i strach, czasami odrzuca erotycznością w niej zawartą - nie tyle erotycznością, co zwierzęcym pociąganiem, niezaspokojeniem. Mathew Gregory Lewis stworzył wybitną powieść, która zachwyci smakoszy literatury. Historię mnicha, obłudnej moralności, szatańskich knowań, ale także hiszpańskiej inkwizycji, świata zakonnego... i szczerej miłości, ponieważ nie wszyscy ludzie w powieści Lewisa są zdeprawowani, choć... trudno jest wskazać postać bez skazy. Całości dopełniają drzeworyty George'a Tute'a, które dodają "Mnichowi" dodatkowej iskry. Choć i bez tego "Mnich" jest powieścią, której prędko się nie zapomina... jest po prostu zbyt dobry na to, żeby odłożyć go na półkę bez chociażby szczątkowej refleksji. "Mnich" zdobył moje serce i zalicza się bez wątpienia do jednych z moich najukochańszych książek! Wspaniała literatura! Po prostu.

Moja ocena: 10/10


czwartek, 10 listopada 2016

(562) Rosyjski romans

Tytuł: Rosyjski romans
Autor: Meir Shalev
Wydawnictwo Marginesy
Stron 480

"W naszej wsi miłość, nienawiść i wzajemne porachunki są jak naczynie połączone [...] Naciskasz w jednym miejscu, a całe gówno i błoto wyłazi w drugim, a w końcu wszystko wraca do równowagi, wyrównuje się i uspokaja." 

Meir Shalev, "Rosyjski romans"

"Rosyjski romans" to powieść rzeka... nieśpieszna, spokojna, izraelska gawęda na temat ludzi, miejsc i życia. Meir Shalev stworzył historię, która nie porywa, ale ociepla blaskiem przedstawionych w niej opowieści. Czasami nużąca, powodująca, że myśli człowieka odpływają w zupełnie innym kierunku... niekoniecznie nawet w rejony zbliżone powieści. Shalev nie próbuje jednak na siłę utrzymać uwagi czytelnika czy też jej przyciągnąć... pozwala krążyć nieskładnie jego myślom... może z nadzieją, że ten wyciągnie z lektury "Rosyjskiego romansu" dla siebie coś więcej? Coś co wplecie w swój los. "Rosyjski romans" to pozycja o życiu i przemijaniu. O zmienności ludzkiego losu. Tytuł myli, odstrasza osoby niezainteresowane powieściami romansowymi... niepotrzebnie, bowiem "Rosyjski romans" ma akurat z romansem chyba najmniej wspólnego. 

Baruch to trzydziestoletni mężczyzna, którego dzieciństwo stanęło pod znakiem wspaniałości dziadka. Dorastał bez rodziców, w jego cieniu... lata później jest dojrzałym, bogatym właścicielem ziemi na której znajduje się cmentarz. Opowiada historię swojego dziadka Mirkima i jego przyjaciół, którzy przybyli z Rosji do Palestyny, aby tam założyć nową społeczność. Historia mająca swój początek na początku lat dwudziestych XX wieku posiada wiele barwnych postaci i wątków fabularnych. Meir Shalev stworzył wielobarwną powieść, która dotyka aspektu wielu emocji... a przede wszystkim pokazuje trud budowania wszystkiego od zera. 

W powieści Shaleva pierwsze skrzypce grają mężczyźni pracujący w pocie czoła i próbujący podporządkować sobie rzeczywistość, odnaleźć się w niej. Jednak także rola kobiet, które pragną zająć w społeczeństwie pozycję mniej ograniczoną, być prawdziwym wsparciem dla wspólnoty nieograniczającym się jedynie do zajmowania się domem i gotowaniem jest ważnym motywem dzieła izraelskiego pisarza. Autor zarzuca czytelnika opowieściami często niezwykłymi, ale równie często niezwykłymi przez swą zwykłość... pokazuje jak wiele wydarzeniom nadaje aspekt emocji bohaterów. "Rosyjski romans" to historia rozbudowującej się społeczności, relacji międzyludzkich i trudów dnia codziennego - losu naznaczonego szczęściem i cierpieniem. 

Sam Baruch, choć opowiada całą historię, a w tym także wydarzenia, w których brał udział... pozostaje postacią raczej dość marginalną. O wiele ważniejszą postacią jest jego dziadek - historia jego życia, szczególnie okres po jego przybyciu do Palestyny. To jednak także historia jego porzuconej miłości, uczuć, które nie miały nigdy znaleźć ujścia. Niełatwych emocji, wyborów sprzecznych z odruchami serca, próby odnalezienia się... Historie ludzi, którzy budowali społeczność od zera - wielobarwny przegląd społeczności, która w ogólnym spojrzeniu nabiera znaczenia alegorycznego, bo takie społeczności są wszędzie - takie postacie, takie problemy.

"Rosyjski romans" to piękna, nieśpieszna opowieść o ludzkim życiu. Izraelska literatura, która uwodzi, choć nie od pierwszej strony. Brak w niej emocjonujących wydarzeń, nagłych zwrotów akcji, dynamiki... Shalev napisał powieść, która jednak mimo wszystko hipnotyzuje swego rodzaju ospałością. Takim przeświadczeniem, że nie ma za czym gonić... wszystko i tak potoczy się swoim ustalonym torem (choć drogą nie zawsze przez nas oczekiwana). Liryczna powieść rzeka - niekiedy nużąca, a jednak na swój sposób zachwycająca historia protoplastów społeczności, alegoryczna i w pewien sposób baśniowa. Narracja zbliżona do luźnej gawędy, bohaterowie z krwi i kości... i obrazy, wiele obrazów przenoszących czytelników do Palestyny.

Moja ocena: 7+/10

środa, 9 listopada 2016

(561) Prawdziwa historia

Tytuł: Prawdziwa historia
Autor: Delphine de Vigan
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 416

"[...] przyszłość należy do sentymentalnych."

Delphine de Vigan, "Prawdziwa historia"

Powieść dziwna, powieść niepokojąca... przytłaczająca. Studium paranoi, zależności od drugiego człowieka, uzależnienia. Delphine de Vaigan stworzyła powieść nietuzinkową, niepokojącą, której fabuła jest na tyle nieoczywista, że jej opisanie... ujęcie w pewne ramy wydaje się być wręcz niemożliwe. Jedno jest pewne. Powieść francuskiej pisarki jest intrygująca, a jej ekranizacja jest realizowana w reżyserii Romana Polańskiego. Autorka takich powieści jak "Ukryte godziny", "No i ja" czy też "Nic nie oprze się nocy" powraca po raz kolejny z książką niełatwą. 

Główną bohaterką powieści de Vigan jest pisarka bardzo podobna do samej autorki. Ona także napisała książkę w której przedstawiła historię matki samobójczyni o osobowości typu borderline. Jej powieść także stała się bestsellerem. Mówi się, że rzeczy zbyt dobre mogą zniszczyć... I tak jest chyba w wypadku twórczości bohaterki. Jest już zmęczona sławą, ciągłymi spotkaniami z czytelnikami, nieustannym rozdrapywaniem starych ran. Sytuacja ulega jeszcze większemu pogorszeniu, gdy zaczyna otrzymywać anonimy w których jest oskarżana o szkalowanie rodziny, wykorzystywanie tragedii dla łatwego zarobku... jednak jej fani czekają na kolejną powieść... Przejmują, prawdziwą historię. 

Sytuacja bohaterki zmienia się w 100%, gdy na swej drodze spotyka L. Kobiety są w zbliżonym wieku, a jednak mimo to różnią się w wielu kwestiach... Jedna jest matką, druga samotną kobietą. Jedna pisarka, druga ghostwriterką. A jednak znajdują nić porozumienia, rodzi się między nimi przyjaźń, która z czasem zaczyna przybierać coraz bardziej niepokojący obraz... zamienia się w chorą fascynację? Uzależnienie. Pojawia się coraz więcej sprzecznych emocji, pojawiają się niepotrzebne nerwy, bulwersacje, pytania... L. pozostaje postacią tajemniczą, a jednak zawsze jest... zawsze czeka. Jedynie czasami wychodzi poza swój ogólnie przyjęty obraz - to właśnie te sytuacje wysyłają krótkie sygnały ostrzegawcze w stronę głównej bohaterki... sygnały, które jednak w większości przypadków pozostają bez większego echa. 

Dwie bohaterki. Dwie kobiety. Dwie bardzo silne kobiety. Czytelnik poznaje tę historię już po głównych wydarzeniach, z perspektywy bohaterki, która już wie... jak ta historia dalej się toczyła. To wszystko wzmaga w czytelniku niepokój, choć akcja jest dosyć nieśpieszna... wręcz spokojna. To niuanse decydują o wydźwięku tej książki, o jej sile i emocjonalności. Niesamowity obraz toksycznej relacji, przejmowania władzy nad drugą osobą... i po prostu daleko posuniętej manipulacji. Krótkie wydarzenia, chwile, które układają się w ciekawą i intrygującą całość wraz ze stale wzrastającym napięciem. Delphine de Vigan stworzyła powieść utrzymaną w specyficznym klimacie (przez niektórych nazywanych klimatem filmów Hitchcocka).

"Prawdziwa historia" to opowieść o zawiłościach ludzkich relacji, o paranoi, uzależnieniu i toksycznych związkach. Historia dominacji i manipulacji. Czasami niedoskonała, ale zawsze nadrabiająca ewentualne niedoróbki kreacją bohaterek, wrażeniem, że cała akcja rozgrywa się w szklanej kuli. Delphine de Vigne tworzy specyficzną literaturę - trudną do opisania i niejednokrotnie sprawiającą trudności także w czytaniu. "Prawdziwa historia" nie jest powieścią, która "spływa" po czytelniku... ona nurtuje, niepokoi, ciekawi i intryguje. To jednak dawka dobrej, choć nie do końca porywającej literatury. 

Moja ocena: 7/10

niedziela, 6 listopada 2016

(560) Paradoks

Tytuł: Paradoks
Autor: Igor Brejdygant
Wydawnictwo Marginesy
Stron 480

"Świat wypełniony jest po brzegi nudną oczywistością. Na szczęście to tu, to tam, z morza banału, wystają jak wyspy paradoksy i tajemnice, które ożywiają nasz umysł, przypominają nam o tym, że życie jest jednak zdarzeniem dosyć wyjątkowym."

Igor Brejdygant

Genialny polski kryminał. Powieść odarta z infantylności i tanich chwytów. Kryminał, który jak stwierdził Bogusław Linda jest czymś więcej niż historią poszukiwania sprawcy. Igor Brejdygant na podstawie scenariusza serialu o tym samym tytule stworzył przejmującą, momentami wręcz przytłaczającą historię. Jednak w "Paradoksie" nie tylko zachwyca wielowątkowa fabuła ale także sam język... niezwykle dopracowany i po prostu dobry. Niezwykle rzadko ma miejsce sytuacja w której o kryminale chcę napisać, że jest po prostu literacką ucztą. Jednak to najlepsze określenie dla "Paradoksu" - kryminału niezwykle głębokiego, który nie skupia się jedynie na zagadkach kryminalnych, ale także towarzyszącym ludzkiemu życiu wyborach moralnych. Opowiada o człowieczeństwie. Niesamowita, wartościowa lektura. 

Marek Kaszowski (w serialu w tę rolę wciela się Bogusław Linda) to trudny we współpracy inspektor, który kiedyś popełnił czyn... którego wstydzi się do dnia dzisiejszego. To powoduje, że jest sfrustrowany, nieufny, cyniczny. Jest jednak świetnym śledczym, który choć nie zawsze trzyma się litery prawa, stara się za wszelką cenę dopaść przestępców i chronić niewinnych ludzi. Jednak jego poczucie sprawiedliwości nie zawsze pokrywa się z ogólnie przyjętymi zasadami. Do wydziału Kaszowskiego trafia podkomisarz Joanna Majewska, policjantka Biura Służby Wewnętrznej, która ma za zadanie zbadać jeszcze raz niektóre sprawy Kaszowskiego i jego metody dochodzenia do ich rozwiązań. Szybko okazuje się, że to nie jedyne zadania Majewskiej. Młoda kobieta ma prowadzić także śledztwo dotyczące samego inspektora. 

Pozostają jednak sprawy, śledztwa niejasne. Majewska musi znaleźć odpowiedzi na pytania kto zabił seryjnego mordercę młodych dziewcząt, co do ukrycia mają agenci Służby Kontrwywiadu Wojskowego, dlaczego ksiądz popełnił samobójstwo... dlaczego jeden pensjonariusz szpitala psychiatrycznego zabił drugiego? Kto dokonał eutanazji cierpiącego staruszka? Na te wszystkie pytania Majewska będzie musiała znaleźć odpowiedzi, jednak komisarz szybko przekona się, że nic nie jest czarno-białe. Także jej przełożeni oraz ich postępowanie. Majewska jest marionetką, której losem cały czas dyryguje sztab ludzi. Pojawiają się kolejne pytania: kto? dlaczego? po co? Im bardziej rozwija się akcja, tym więcej wątpliwości pojawia się w Majewskiej. Co wybierze: ślepą służalczość czy zwykłą (a może jednak niezwykłą?) ludzką przyzwoitość? 

Igor Brejdygant stworzył bohaterów charyzmatycznych. Bez wątpienia galeria postaci przedstawiona w "Paradoksie" uwodzi. Już na początku główne dowodzenie przejmują Majewska i Kaszowski, jednak czy to powoduje, że inne postacie są pomijane? Stanowią osobny byt i choć nie zawsze autor wchodzi głębiej w ich historię to jednak daje do zrozumienia, że ta historia jest. Nie mniej ważna, nie mniej przejmująca. Postacie unurzane w świecie pełnym zła, intryg, niebezpieczeństw oraz problemów społecznych takich jak alkoholizm... są jasnym elementem tej powieści, choć nieidealni, słabi i z wieloma wadami. Są tak ludzcy jak tylko to możliwe do oddania w książce. Zyskują sympatię. Odruchy serca, porywy emocji... miłość, przyjaźń, nienawiść i strach. "Paradoks" nie jest "szorstką" powieścią. Jest wysublimowany, emocjonalny... i tak piękny jak to tylko możliwe w wypadku kryminału. 

Książka Brejdyganta nie jest typowym kryminałem. Jest pełna retrospekcji, a narracja trzecioosobowa przewija się z tą pierwszoosobową. Pozwala nam wejść w sprawę głębiej emocjonalnie niż ma to miejsce w przypadku innych książek. Zagadki kryminalne, które stanowią część większej sprawy (choć są z nią powiązane jedynie postacią komisarza) są niezwykle intrygujące i co najważniejsze przejmujące. Choć świat w powieści Brejdyganta jest raczej ospały i mroczny, rządzony przez złych ludzi... to jednak nie jest czarno - biały. Co więcej jest to jedna z tych książek w których dobroć staje się piękną plamą na krajobrazie ułożonym ze zła. "Paradoks" nie jest banalną ani lekką powieścią. To nie jest książka na jeden wieczór, bo też jej akcja nie została poprowadzona jednotorowo. Jednak intryguje, wciąga... i przywiązuje do siebie czytelnika.

Jedno jest pewne, gdyby "Paradoks" miał kolejną część nie czytalibyście teraz tej recenzji, bo zamiast ją pisać... czytałabym już drugą część książki. Jestem ogromnie oczarowana powieścią Brejdyganta - jej wielowątkowością, konstrukcją, bohaterami. To niesamowita historia kryminalna, która daje czytelniku coś więcej niż tylko czysto kryminalną rozrywkę. To literacki majstersztyk, który trzyma w miłym dla czytelnika napięciu do ostatniej strony. To książka pięknie napisana i historia pięknie opowiedziana. Bardzo ludzka, emocjonalna i przede wszystkim poruszająca temat ludzkiej moralności i różnie pojętej sprawiedliwości. Często zaskakująca, zawsze przejmująca. "Paradoks" jest bez wątpienia jedną z tych powieści, które czytelnik odkłada na półkę z wielkim żalem... pocieszeniem jedynie pozostaje fakt, że Brejdygant pracuje już nad kolejną powieścią. "Parodoks" to po prostu prawdziwe, literackie cudo!


Moja ocena: 10/10

czwartek, 3 listopada 2016

(559) Ofiara

Tytuł: Ofiara
Autor: Karin Slaughter
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 528

"Nie możesz sobie wmówić, że jest na wakacjach i wróci z piękną opalenizną. To tak nie działa, kiedy kogoś tracisz. Widzisz go na każdym rogu, słyszysz jego głos z drugiego pokoju, chcesz spać, żeby ci się śnił. Nie pierzesz swoich ubrań ani pościeli, żeby ciągle czuć jego zapach."

Karin Slaughter, "Ofiara" 

Karin Slaughter powraca na polski rynek literacki z kolejną świetną pozycją o Willu Trencie. Ósmy ton losów pogubionego w życiu faceta..., a drugi tom, który miałam okazję przeczytać Oba świetne, oba porywające. Karin Slaughter po raz kolejny pokazuje, że wie jak pisze się wciągające kryminały z ciekawymi bohaterami i naprawdę dobrze skonstruowaną intrygą kryminalną. "Ofiara" wciąga i absorbuje uwagę czytelnika na kilka godzin. To lekki choć dobrze napisany thriller z nutą kryminału... Trzyma w napięciu do ostatniej strony i przyprawia o wypieki! Zaskakująca fabuła i duża dawka dreszczyku emocji. To wszystko powoduje, że Slaughter pozostaje królową thrillera. 

Zostaje znalezione ciało martwego policjanta - byłego policjanta, hazardzisty i agresywnego pijaka. GBI zostaje zaangażowane w sprawę, ponieważ zwłoki zostały odkryte w kubie nocnym jednego z najpopularniejszych sportowców. Sportowca, który nie tak dawno był podejrzany o brutalny gwałt, ale duża liczba pieniędzy pozwoliła mu "umyć" od całej sprawy ręce. Przed sądem próbował postawić go właśnie Will Trent. Will, który od tamtego momentu ma w postaci koszykarza zaciekłego, a co najgorsze wpływowego i obłudnego wroga. Sprawa morderstwa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy na jaw wychodzi, że w całą sprawę oprócz garstki wpływowych osób jest dodatkowo zamieszana żona Willa, Angie. Angie z którą Will planował się rozwieść. To powoduje zamęt w jego życiu uczuciowym, bowiem piękna pani doktor medycyny sądowej czuje, że nie ma szans z kobietą z którą Will spędził trzydzieści lat swojego życia... 

Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o tej książce... to Will. Will jest dla mnie postacią zupełnie zaskakującą, bo kompletnie inaczej wyobrażałam sobie agenta specjalnego. Kiedy myślę "agent specjalny" w mojej głowie pojawia się obraz człowieka niesamowicie wyszkolonego, silnego, sprawnego, który potrafi położyć na łopatki każdego swoją siłą fizyczną jak i intelektualną. Człowieka, który (przynajmniej w literaturze) może być oparciem dla kobiety. Niezłomny. Odważny. Silny. Przyznaję - to może być odrobinę stereotypowe myślenie, ale do tego przyzwyczaiły mnie powieści tego typu, które miałam okazję czytać. Will z książki Slaughter nie różni się tak 100% od tego modelu, ale pod pewnymi względami... z pewnością od niego odbiega. Jest dyslektykiem, wolno kojarzy fakty, zazwyczaj to on jest rozkładany na łopatki i chociaż ma ponad 180 cm to jakoś autorka nie przykłada do tego dużej wagi... Postać Willa kompletnie zaburzyła moje postrzeganie agenta specjalnego, w dodatku to z jaką otwartością MYŚLI o uczuciach, ta jego pewna nieśmiałość, dysleksja... to pozostaje niezmienne. Czytelnik szybko dochodzi tym samym do wniosku, że wszyscy pozostali bohaterowie posiadają silniejszą osobowość od Willa. Taki nieśmiały, dobry... może się stać łatwo więźniem swoich własnych uczuć i marionetką w rękach innych. 

Po drugiej strony barykady mamy kilka kobiecych postaci. Przede wszystkim partnerkę Willa - kobietę zdecydowaną, odważną, a jednak przy tym bardzo wyrozumiałą. Sara stara się być oparciem dla Willa, a jednak szybko zdaje sobie sprawę z tego, że sama tego oparcia potrzebuje. Jest jeszcze Faith - partnerka Trenta, lojalna, dojrzała kobieta. Na scenę także silniej niż w zeszłej części wkracza szefowa Willa. Jednak tą postacią, która zostaje odkryta o wiele silniej niż w poprzedniej części jest żona agenta - poznajemy dużą część jej tajemnic, niezdrową relację łączącą ją z Willem. Mogę śmiało napisać, że Karin Slaughter poczyniła duży progres w temacie galerii postaci. 

Karin Slaughter stworzyła powieść z ciekawymi, nietuzinkowymi postaciami, które niejednokrotnie zmieniały swoje oblicze. To powieść z nutką tajemnicy, bez wielkich wprowadzeń i wstępów. Jak się pewno domyślacie patrząc na zarys relacji Sary i Will'a nie brak w tej książce wątku miłosnego. To prawda. Jest to jednak wątek dosyć znikomy, żeby nie powiedzieć, że ubogi. Nie on jest najważniejszy, nie on dominuje. Mimo to.... jest bardzo przyjemny. Stanowi dobre uzupełnienie całości tej historii i bez wątpienia nadaje jej ludzkiego oblicza. Choć relacje Sary i Willa budzą niekiedy w czytelniku irytację i prowokują myśl: jak tak różne osoby mogą być ze sobą?

"Ofiara" to świetny thriller, która wciąga, ciekawi i niejednokrotnie zaskakuje. Nie ukrywam, że cały czas nie mogę rozszyfrować uczuć jakimi darzę głównego bohatera, ponieważ swoją zachowawczością (uargumentowaną jednak przez autorkę jego trudną przeszłością) czasami mnie od siebie odrzuca. Nie mniej jest z pewnością przez to postacią nietuzinkową - w szczególności jeśli patrzeć na profesję, którą wykonuje. Jednak czemu tu się dziwić... faceci po prostu są w większości dziwni, nieracjonalni i poplątani, a Karin Slaughter udało się to w pełni oddać. "Ofiara" stanowi tak dobrą rozrywkę, że jestem pewna, że będę kontynuowała przygodę z thrillerami Slaughter - książkami lekkimi, ale jednak zawierającymi ciekawe wątki kryminalne i obyczajowe.

Moja ocena: 8/10

wtorek, 1 listopada 2016

(558) Elegancja jeża

Tytuł: Elegancja jeża
Autor: Muriel Barbery
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 360

"Jak więc mija życie? Dzień po dniu dzielnie czynimy wysiłki, by utrzymać się w swojej roli w tej upiornej komedii. Jako zwierzęta naczelne, którymi jesteśmy, zajmujemy się głównie utrzymywaniem swojego terytorium i dbaniem o nie, tak by nas chroniło i by nas przedstawiało w korzystnym świetle, wspinaniem się po drabinie hierarchii plemienia i spadaniem z niej [...]"

Muriel Barbery, "Elegancja jeża" 

Piękna, współczesna i przede wszystkim inteligentna baśń o niedopasowaniu do świata, o jego brutalności i ludzkim strachu... strachu przed byciem prawdziwym, o ciągłej potrzebie ukrywania swoich pragnień, marzeń, konieczności dostosowywania się do ograniczeń i szablonów narzucanych przez społeczeństwo. Muriel Barbery stworzyła porywającą, wzruszającą historię, której głównymi bohaterkami uczyniła dwie kobiety, które dzieli wiek, ale łączy miłość do Japonii, literatury, a przede wszystkim chęć ukrycia się przed spojrzeniami innych ludzi. Ukrycia tego jakie naprawdę są. Znając szablon według którego powinny się zachowywać starają się ściśle do niego stosować... nie można jednak zaznać pełni szczęścia udając kogoś kimś się nie jest. Nie można zaznać szczęścia na siłę wpasowując i dostosowując do społecznych oczekiwań. "Elegancja jeża" to piękna historia o tym, że zawsze znajdzie się ktoś kto nas doceni... prawdziwych, nieudawanych. Historia o tym, że nie warto gonić za wyobrażeniami, ale za marzeniami...

Renee ma 54 lata i pracuje jako dozorczyni. Jest więc na co dzień wystawiana na spojrzenia bogaczy zamieszkujących jedną z kamienic w Paryżu. Dla nich jest jednak niewidzialna... lub jest po prostu nikim. Kobieta jednak nie stara się oderwać od stereotypowego obrazu dozorczyni, choć bez wątpienia ma o wiele więcej do zaoferowania światu. Ukryła się w swej roli dozorczyni i tym samym odcięła od świata wraz z jego wszystkimi niebezpieczeństwami, pokusami. Niewidzialna i nijaka nie może bowiem stać się ofiarą. Ukryta za telewizorem (którego nie znosi, ale który dobrze podtrzymuje "image" brzydkiej dozorczyni") wiedzie spokojny żywot, choć bez wątpienia inny niż spodziewają się zamieszkujący kamienicę bogacze. Jest niesamowicie inteligentna i bez wątpienia jest erudytką... oczytana, z wieloma wybitnymi obejrzanymi filmami oraz wysłuchaną piękną muzyką. Mimo tego, że znajduje się gdzieś na marginesie życia społecznego - jest świetną obserwatorkę i zdaje się zauważać wszystkie niuanse dotyczące relacji międzyludzkich. 

Paloma ma 12 lat i planuje popełnić samobójstwo. Czuje się nierozumiana przez dorosłych, nie rozumie (i nie znajduje) sensu życia i uważa, że nie ma na świecie nic godnego uwagi i emocji. Nad wiek rezolutna próbuje ukrywać swoją inteligencję przed dorosłymi, aby ich niepokoić... Ci i tak są jednak zaniepokojeni jej odmiennym od zachowań dwunastolatki postępowaniem. Jej ciągłą powagą, ciętymi (i inteligentnymi) ripostami i odizolowaniem się od swojej rodziny w której przecież na pierwszy rzut oka jest jedną z najprzykładniejszych grup społecznych. Mądrzy, bogaci rodzice, siostra na świetnych studiach... tylko Paloma dostrzega zakłamanie tkwiące w tej rodzinie, przykrywkę złożoną z pięknych ubrań, mieszkania, wysokiego stanowiska. 

Paloma i Renee mijają się od lat nie zwracając jednak na siebie zbytniej uwagi. Nie zdają sobie nawet sprawy jak wiele rzeczy ich łączy - miłość do literatury, sztuki, Japonii, niezwykła inteligencja. Ich losy zostają ze sobą ciaśniej splecione dopiero za sprawą pojawienia się w kamienicy przystojnego Japończyka różniącego się od innych mieszkańców... Japończyka, który widzi coś poza czubkiem własnego nosa. To on wyciąga Palomę i Renee z ich bezpiecznych pancerzy i pokazuje, że można być sobą, można być szczęśliwym i docenionym. Jednak to dopiero późniejsze wydarzenie zdeterminuje ich los i przekona o ważkości właściwego, wolnego przeżycia życia. 

Piękna galeria postaci. Wszyscy bohaterowie są bardzo barwni, a przez to charakterystyczni.
Nieśmiała, a przy tym tak piekielnie inteligentna dozorczyni. Dziewczynka, która posiada zaskakującą przenikliwość i inteligencją i planuje samobójstwo. Tak dojrzała, a momentami jednak tak niewinna i dziecinna. To postać bardzo prawdziwa i ujmująca. Zresztą jak wszystkie w tej powieści... no i ten przystojny Japończyk, który zjednuje sobie ludzi swoim uśmiech i podejściem do życia - nieskażonym żadnymi uprzedzeniami, a ugruntowanym życiową mądrością. Co znamienite dla powieści Barbery autorka nie dzieli świata na dobrych i złych, a raczej na tych odnalezionych i tych pogubionych... Kropkę nad "i" stanowi za to fakt, że historię poznajemy w pierwszoosobowej narracji na podstawie zapisków Palomy i Renee. Zgrabnych, lekkich i niekiedy bardzo błyskotliwych.

"A może to właśnie znaczy być żywym: tropić chwile, które umierają."

M.B. "Elegancja jeża"

"Elegancja jeża" to urocza, zabawna i poruszająca baśń. Muriel Barbery wplotła w swoją książkę trochę filozofii, literatury, filmu... udało jej się to zrobić w sposób dosyć zgrabny i spójny. Jednak tym co najbardziej ujmuje w jej powieści jest alegoryczność, nieskalanie i czystość. Czytelnik ma podczas czytania wrażenie, że mimo wszystko świat jest bezproblemowy, a o ile jakieś problemy się pojawią... są błahe. Może to właśnie w tym tkwi urok tej powieści? W jej swego rodzaju infantylności. "Elegancja jeża" budzi w czytelniku pozytywne emocje, a choć zaskakuje zakończeniem... zostawia w czytelniku pewny spokój. Klimat tej powieści pozwala czytelnikowi lekko się od niej zdystansować, choć przecież wszystkie wydarzenia w niej zawarte są bardzo prawdopodobne i ludzkie. Jest jednak w niej coś niesamowicie baśniowego i niezwykłego. Tak niezwykłego, że nie da jej się ująć w kilku zdaniach... Muriel Burbery stworzyła baśń o ludzkim losie - piękną i inteligentną, choć przy tym bardzo przyjemną. 

Moja ocena: 8/10

PS. Książka doczekała się ekranizacji...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...