środa, 16 sierpnia 2017

(540) Inteligencja kwiatów

Tytuł: Inteligencja kwiatów
Autor: Maurice Maeterlinck
Wydawnictwo MG
Stron 192

"Mówiliśmy do tej pory o inteligencji kwiatów, teraz jest rzeczą słuszną rzec słowo o zapachu będącym ich duszą. Niestety, podobnie jak się dzieje, gdy mowa o duszy ludzkiej, zapachu innej sfery, w której skąpana jest świadomość człowieka, natrafiamy zaraz na początku na rzeczy niepoznawalne." 


Maurice Maeterlinck, "Inteligencja kwiatów"

Moda na ekologię i życie blisko natury przekłada się nie tylko na pozycje znajdujące się w restauracyjnych menu, ale także na pozycje wydawane przez wydawnictwa. Nic więc dziwnego, że wydawnictwo MG zdecydowało się wznowić zbiór esejów autorstwa Maurice Maeterlinck, belgijskiego dramaturga, poety, eseisty, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury z 1911 roku. W pięknej twardej oprawie, z interesującymi i barwnymi ilustracjami (a także drzeworytami) przyciąga wzrok już na księgarnianej półce. Maurice Maeterlinck nie posiadał wykształcenia biologicznego ani przyrodniczego - był jednak bardzo uważnym obserwatorem przyrody. Dzięki swoim literackim umiejętnościom potrafił pisać o niej fascynująco i mówiąc po dzisiejszemu... z polotem. 

Wiek XIX był czasem chemii, XX fizyki, a XXI zapowiada się na wiek biologii - nauce najbardziej spektakularnie obecnie się rozwijającej. Nic więc dziwnego, że budzi nieustanne zaciekawienie - wśród młodszych jak i starszych ludzi. "Inteligencja kwiatów" została po raz pierwszy wydana w 1907 roku. Wydawnictwo MG oddaje ją w ręce czytelników w tłumaczeniu Franciszka Mirandoli (żyjącego w latach 1871-1930). W głowach sporej grupy czytelników w tym momencie zapali się czerwona lampka, która wzbudzi w nich lęk przed przestarzałą treścią, sposobem jej zaprezentowania - językiem i stylem. Obawy te jednak są zupełnie bezpodstawne bowiem "Inteligencja kwiatowa" jest ponadczasowa. To zbiór pięknie napisanych, zgrabnych i godnych uwagi stylistycznie esejów dot. roślin. 

"Inteligencja kwiatów" Maurice Maeterlincka pełna jest interesujących informacji na temat kwiatów. Jej tytuł nie jest przypadkowy - pokazuje jak bardzo kwiaty są świadome i inteligentne. Została wydana na początku XX wieku, ale pokazuje jak wielki cały czas jest rozwój nauk przyrodniczych, jak wiele już o roślinach wiemy. Nie jest to bynajmniej wiedza stricte podręcznikowa. To wiedza, która pozwala spojrzeć na otaczający nas świat z innej - lepszej perspektywy. Narracja Maeterlincka jest niesamowita, ponieważ mimo, że opisuje procesy życiowe roślin, ich zachowania w sposób bardzo szczegółowy i drobiazgowy, opowiada o nich... jakby opowiadał o zachowaniu istot bardzo sobie bliskich - ludzi.

Pozycja wydana przez MG wyróżnia się na tle innych książek przyrodniczych, ponieważ uderza swoją klasycznością. To ważne i ciekawe eseje, które warto poznać chociażby ze względu na postać literackiego noblisty. W książce czytelnik ma okazję przeczytać np. o szałwii, róży, zawilcu czy też maku, a także mniej znanych roślinach jak np. spercecie siewnej. Piękny wydanie, różnorakie ilustracje przyciągają spojrzenie czytelnika. Oprawa graficzna jest naprawdę satysfakcjonująca. Nie ma wątpliwości co do tego, że "Inteligencja kwiatów" pełna ciekawostek ze świata przyrody, jednak to lektura przede wszystkim dla tych najwytrawniejszych czytelników, którzy są największymi miłośnikami przyrodniczego świata. Dla wszystkich to dobra pozycja do podczytywania, czytania fragmentami. Eseje są ciekawe, interesujące... z tym, że im większe będzie zainteresowanie czytelnika światem kwiatów - tym większy będzie jego zachwyt pozycją Maeterlincka. To książka dla wybranych - dla wielu niestety może okazać się zbyt ciężka i nużąca - nie mniej: warto przyjrzeć jej się bliżej. Jest ciekawa, ambitna... i naprawdę dobra.

Moja ocena: 8/10

sobota, 12 sierpnia 2017

(639) Tajemnica Mirtowego Pokoju

Tytuł: Tajemnica Mirtowego Pokoju
Autor: Wilkie Collins
Wydawnictwo MG
Stron 368

Wilkie Collins - angielski powieściopisarz, dramaturg i autor opowiadań tworzący w XIX wieku. Jeden z najpopularniejszych ówczesnych twórców i prekursor powieści detektywistycznej oraz sensacyjnej. Polscy czytelniczy odkrywają go od niedawna od nowa za sprawą wydawnictwa MG. "Tajemnica Mirtowego Pokoju" to moje trzecie spotkanie z jego twórczością - po (w moim odczuciu) genialnej powieści "Córki niczyje", po mniej genialnej książce "Armadale". Okazuje się jednak, że geniusz, nietuzinkowość, gracja języka i czytelnicza rozkosz z literatury w pełni objawiają się jedynie podczas pierwszego spotkania z prozą Collinsa. To co podczas lektury "Córek niczyich" uznawałam za najlepszego atuty, czyli nietuzinkowość, wielowymiarowość, zwroty akcji... w następnych powieściach okazało się być przez autora powielane.

Myślę, że bardzo ciężko jest być zafascynowanym całym dorobkiem literackim jednego autora - zazwyczaj (szczególnie ci klasyczni) powielają w swoich powieściach chwyty, koncepcje postaci, zwroty akcji, wątki fabularne. Odczułam to przy prozie Emila Zoli i odczuwam to także przy powieściach Wilkie Collinsa. Przestają być dla mnie fascynujące, ale nadal potrafią mnie zachwycić. Przez ogrom emocji, wspomnienia związane z pasją i zafascynowaniem "Córki niczyje" pozostają u mnie na pierwszym miejscu, a jednak z lektury "Tajemnicy Mirtowego Pokoju" czerpałam niebywałą przyjemnością. Dobry język, ciekawa i szybka akcja.... bohaterowie i ich wybory moralne, które choć dzisiaj mogą budzić sprzeciw / irytację czy nawet śmiech... przyciągają uwagę. "Tajemnica Mirtowego Pokoju" to przyciągająca uwagę historia o tym do czego prowadzi kłamstwo i tajemnice. Historia pokazująca, że prawdziwa, silna, nieprzepłakana miłość naprawdę istnieje - chociażby w świecie powieści Collinsa.

Sara Leeson jest zaufaną pokojówką i jedyną osobą obecną przy śmierci lady Treverton. Zostaje zmuszona przez lady do napisania pod jej dyktando listu do kapitana Trevertona,w którym wyznaje największą tajemnicę swojego życia, której nawet na łożu śmierci nie jest w stanie wyznać mu osobiście. Przed śmiercią wywiera na Sarze presję i zmusza ją do złożenia przysięgi, że ta nie zniszczy listu ani nie zabierze go ze sobą, jeśli opuści tom. Agituje Sarę do przekazania listu kapitanowi i odpowiedzenia na wszystkie jego pytania po śmierci lady Treverton. Pokojówka nie jest jednak w stanie podołać jej prośbie - jest przekonana, że wyjawienie prawdy zniszczyłoby życie wielu osobom. Ukrywa więc list w niezamieszkałej części dworu, w Pokoju Mirtowym. Następnie ucieka, aby uniknąć niewygodnych pytań i jakichkolwiek podejrzeń.

Piętnaście lat później w wiejskim kościółku odbywa się cichy ślub Rosamond Treverton, córki kapitana Trevertona i Leonarda Franklanda - niewidomego szlachcica. Jego ojciec przed katy kupił starożytną siedzibę Trevertonów... i tym samym Rosamond po latach ma szansę wrócić do krainy dzieciństwa. Młode małżeństwo pozostaje skupione na swoim szczęściu, ale niestety ich sielanka nie trwa długo. Na jaw wychodzą skrywane tajemnice, które stanowią próbę ich charakterów, jak i próbę dla ich miłości, przywiązania, zaufania... i szczęścia. Profile psychologiczne bohaterów z początku są stosunkowo niejasne, zagmatwane. Czytelnik ma problem ze zrozumieniem motywacji Sary, lady Traverton, a także te piętnaście lat później Rosamond, która w podejściu do drugiego człowieka wykazuje bardzo różnorodne zachowania. To wszystko z czasem mija - obraz staje się klarowniejszy, a fabuła dla znawców prozy Collinsa - raczej przewidywalna.

Wilkie Collins pisząc "Tajemnicę Mirtowego Pokoju" nie stworzył przełomowej dla swojej twórczości powieści. Jest to jednak powieść na tyle dobra i fascynująca, że wręcz zachwycająca - szczególnie dla tych czytelników, którzy z prozą Wilkiego Collinsa mają do czynienia po raz pierwszy. Barwne i plastyczne opisy, wartki język i ciekawe dialogi sprawiają, że "Tajemnicę Mirtowego Pokoju" czyta się z wypiekami na twarzy. Proza Collinsa obfituje w wartką akcję oraz ciekawe portrety psychologiczne bohaterów. Jest taką ciepłą, w sumie niezobowiązującą powieścią, której daleko do wybitności, ale która reprezentuje naprawdę dobrą klasyczną literaturę, w której w wolnych chwilach zaczytywały się XIX - wieczne damy z dobrych domów. Powtarzalność niektórych wątków wytrwałych czytelników Collinsa może zirytować, ale... nie ma wątpliwości co do tego, że czas poświęcony na poznanie "Tajemnicy Mirtowego Pokoju" nie jest czasem straconym.

Moja ocena: 7+/10

wtorek, 8 sierpnia 2017

(638) Wiktoria

Tytuł: Wiktoria
Autor: Daisy Goodwin
Wydawnictwo Marginesy
Stron 432

Jest coś takiego w monarchii brytyjskiej co sprawia, że Brytyjczycy bez większych żalów poświęcają na jej utrzymanie (w celach reprezentacyjnych i ze względu na tradycję) miliony funtów rocznie. Jest coś takiego w monarchii brytyjskiej co sprawia, że na ekranach kinowych i telewizyjnych stosunkowo często pojawiają się nowe dokumenty, reportaże czy też filmy fabularne inspirowane / dotyczące jej historii lub życia jej poszczególnych członków. Ludzie darzą monarchię brytyjską nie tylko miłością, ale także dużą dozą ciekawości. Interesuje ich jej życie prywatne, tajemnice skrywane za pałacowymi drzwiami. Ciekawość wbrew pozorom nie dotyczy tylko historii, która rozgrywa się obecnie na naszych - choć... być może ta jest najlepsza. Nie ma jednak wątpliwości co do tego, że historia królowych, które rządziły przed Elżbietą II, królów, którzy na stałe zapisali się w dziejach - jest na tyle intrygująca, pozostawia często tyle niewiadomych, że nieustannie rozpala wyobraźnię. W tym takich pisarek jak Daisy Goodwin. 

Daisy Goodwin to postać znana w Polsce przede wszystkim jako scenarzystka serialu "Wiktoria" oraz autorka powieści o tym samym tytule. Miałam okazję poznać jedynie wersje książkową opowieści stworzonej przez Goodwin. Chęć przeczytania dobrej, mądrej, a przy tym niewymagającej powieści historycznej sprawiły, że mój wzrok od razu powędrował w kierunku "Wiktorii". Potrzebowałam czegoś nowego - chciałam odejść na chwilę od dobrej, znanej, szanowanej i poważanej w świecie literackim Philippy Gregory i dać szansę nowej autorce. Proza Daisy Goodwin pozwoliła mi na oderwania się od świata na kilka godzin, nie zawiodła mnie, rozpaliła moją wyobraźnię i sprawiła, że choć nie zawsze zgadzałam się z wyborami głównej bohaterki, która czasami wręcz mnie irytowała... całą historię poznawałam (a raczej połykałam) z wypiekami na twarzy - i to jakimi!

Rok 1837. Aleksandryna Wiktoria ma osiemnaście lat i obejmuje panowanie w Wielkiej Brytanii. W ciągu zaledwie kilku dni zostaje przedstawiona parlamentowi i przeniesiona do pałacu Buckingham., Nieważne ile ma lat. Ciążą na niej monarsze obowiązki. Jest młodą dziewczyną, która zostaje wrzucona w wir dworskich intryg, polityki i miłosnych skandali. Wielka Brytania jest targana wewnętrznymi konfliktami, a królowa Wiktoria musi podjąć decyzję... czy pozwoli sobą rządzić czy sama obejmie władzę. Może stać się samodzielną, choć niedoświadczoną władczynią, ale może także stać się marionetką w rękach ludzi spragnionych władzy. Będzie musiała rozdzielić dobro kraju od swojego niekiedy głupiego, młodzieńczego uporu pełnego pychy.

Czym by była powieść historyczna bez wątku romansowego? Matka Wiktorii oraz jej przyjaciel sir Jon Conroy pragną, aby młoda królowa poślubiła swojego kuzyna, księcia Alberta. Wiktoria nie chce jednak ustąpić. Pamięta go z czasów dzieciństwa jako nudnego chłopca, którego nie potrafiła zrozumieć... zresztą z wzajemnością. W sercu Wiktorii swe miejsce jednak szybko znajduje imponujący swoją mądrością, doświadczeniem i tym, że potrafi rozśmieszyć królową - premier rządu, lord Melbourne, który jako jedyny wierzy w to, że Wiktoria ma szansę stać się mądrą, odpowiedzialną, wybitną monarchinią, która będzie w stanie zdobyć miłość i zaufanie swoich poddanych, a przede wszystkim wpłynąć na poprawę jakości ich życia. Mimo to: spotkanie z Albertem zostaje zaaranżowane wbrew jej woli... w wielkiej tajemnicy. Książę Albert przyjeżdża, Wiktoria jest oburzona... i na jaw wychodzi jak wiele musi się jeszcze nauczyć o rządzeniu nie tylko imperium, ale także swoim sercem. 

"Wiktoria" Daisy Goodwin jest w wielu miejscach powieścią wręcz rozczulającą ze względu na łatwowierność, upartość, niewiedzę Wiktorii. Młoda monarchini była od dzieciństwa zamknięta w murach pałacu i nie do końca jest w stanie zrozumieć procesy rządzące światem. Przed koronacją nie uczestniczyła w balach, światowym życiu - jest lękliwa, płochliwa, niepewna siebie i z pewnością zagubiona, ale to wszystko skrywa pod warstwą nadmiernej, momentami irytującej pewności siebie. Z początku nikogo do siebie nie dopuszcza, a jedyną istotą z którą dzieli się swoimi wątpliwościami... jest lalka, która towarzyszy jej od dzieciństwa. Na kartach powieści dorasta - nabiera ogłady, dojrzewa i z każdą kolejną stroną staje się coraz bardziej świadoma odpowiedzialności, która na niej ciąży. Może podobne dylematy miłosne miała prawdziwa królowa Wiktoria i może i ona miała tak trudne początki? Jedno wiemy na pewno - stała się wybitną monarchinią.

Daisy Goodwin posługuje się lekkim, przystępnym, a przy tym dobrym językiem. Udało jej się dobrze dobrze oddać realia epoki, pokazać jej zarys, cechy społeczeństwa ówczesnej epoki. Oczywiście można czepiać się tego, że autorka skupia się przede wszystkim na dylematach miłosnych dotykających królową czyniąc ze swojej powieści tym samym głównie powieść kobiecą, której bliżej do historycznego romansu (którym się nie staje!) niż do naprawdę obrazowej, konkretnej powieści historycznej. Czepiać się można, ale... po co? Goodwin oferuje swoim czytelniczkom literaturę kobiecą w naprawdę dobrym wydaniu - poruszającą, wciągającą, fascynującą. "Wiktoria" to bardzo przyjemna historia inspirowana losami królowej Wiktorii, która została przedstawiona w tej książce jako bardzo wyrazista postać. Zgrabnie wplecione wątki miłosne, pierwsze pomyłki, nadzieje i obawy sprawiają, że wiele czytelniczek znajdzie dla siebie coś w tej powieści... a jeśli to już nastąpi: Goodwin porwie ich do świata swojej opowieści. 

Moja ocena: 7+/10

wtorek, 1 sierpnia 2017

(637) Agonia dźwięku

Tytuł: Agonia dźwięku
Autor: Jaume Cabre
Wydawnictwo Marginesy
Stron 336 

Początek XX wieku. Obrzeża Katalonii. Zapomniany przez Boga i ludzi warowny, surowy klasztor La Rapita - siedziba mniszek klauzurowych. Brat Junoy - utalentowany muzyk zostaje do niego zesłany w roli spowiednika. Odcięty od muzyki - świata, który kochał musi zmagać się z surową, pozbawioną poczucia humoru, stojącą na czele klasztoru - wielebną matką Doroteą. Zamknięty w ciszy, jedynie w swojej wyobraźni odtwarza tak drogie mu melodie i nuty. Wikła się w spór z przełożoną, która nakłada na mniszki ciężkie pokuty, odmawia im dobrego i godnego wyobrażenia. Brat Junoy nie jest w stanie zaakceptować reguł - sprzeciwia się nadmiernemu umartwianiu i patrzy z przestrachem oraz goryczą na niedożywione mniszki. Uważa, że to wszystko wcale nie prowadzi do bliższej relacji z Bogiem, a jest jedynie zachowaniem ugruntowanym pychą. Sprzeciwia się surowej karze nałożonej na dwie nowicjuszki, który nie potrafiły zachować ciszy słownej oraz emocjonalnej. Trafia do aresztu, staje przed sądem oskarżony o herezję, nadużycia, samowolę... przedstawiony jako wysłannik szatana przed ludźmi, którym daleko do prawdziwej i szczerej wiary czy też pokuty. 

"Agonia dźwięków", czyli najnowsza powieść Jaume Cabre (wydana w Polsce) jest pasjonującą opowieścią o nadużyciach władzy i ufności wiernych. Kataloński pisarz pokazuje jak cienka jest granica między szczerą wiarą, która prowadzi do zbawienia, a przekonaniem, że zna się wszystkie zamierzania / pragnienia / oczekiwania Boga. Pokusa jest silna. Matka Dorotea jest przekonana, że została wybrana, aby nawracać mniszki klauzurowe - nie dopuszcza do siebie żadnych głosów z zewnątrz. Jaume Cabre delikatnie eksponuje fakt, że sama jako matka przełożona nie znajduje się na równi z mniszkami - nie tylko, jeśli mówimy o jej mocy decyzyjnej, ale chociażby... o ilości dyżurów, obowiązkach, stanie klasztornej celi. Matka Dorotea staje się coraz bardziej zacietrzewiona - nieubłagana. Przez swoje niespełnione ambicje postanowiła (świadomie lub nie - nieważne. Jej największą winą jest ogromna pycha) brutalnie wyrwać mniszki z ich wcześniejszego życia - ograbić je ze słów, emocji, przyjaźni, relacji międzyludzkich. Kiedy na jej drodze stanęły nowicjuszki, którym szczególnie to ostatnie, czyli wyzbycie się wszelkich relacji międzyludzkich, skazanie na życie w relacji jedynie z Bogiem (czy raczej ciągłym umartwianiem się) przychodziło bardzo trudno - postanowiła ostro interweniować. Napotykając opór brata Junoya, który nacechowany jedynie wielką miłością do Boga i muzyki, nieprzesiąknięty ideą umartwiania się, pokutowania i głodzenia się bez umiaru (uznał ich karę za drakońską).

Ta cienka granica między szczerą wiarą a pychą prowadzącą do nadużyć i totalitarnej władzy (jaką bez wątpienia prezentuje matka Dorotea w klasztorze) - jej przekraczanie, radykalizacja poglądów, odsuwanie się od Boga, a skierowanie w stronę szatana - nawet pod płaszczykiem dobrych intencji przywodzi na myśl powieść Jerzego Andrzejewskiego, "Ciemności kryją ziemię" (swoją drogą naprawdę świetny obraz totalitaryzmu, walki o stanowiska w kościele - jako instytucji). Podobnie jest z "Agonią dźwięków", której tytuł przywodzi nam na myśl literaturę pełną muzyki..., a tak naprawdę jest literaturą o agonii starego klasztoru, wiary w nim, moralności. Tak samo jak Andrzejewski, Cabre pokrył swoją powieść warstwą gęstniejącego mroku. Pisarz zagęszcza atmosferę, wprowadza wiele niewiadomych i pozwala być czytelnikom obserwatorem walki (to zabrzmi z lekka banalnie) dobra ze złem. 

Akcja w powieści Cabre skupia się na dwóch wątkach - wydarzeniach, które mają miejsce w klasztorze oraz procesie brata Junoya. Gdzieś w tle znajdują się jeszcze wątki z hierarchami kościelnymi, którzy w tej całej bulwersującej sprawie (mówimy o podejrzeniu o konszachty z szatanem!) próbują ugrać dla siebie lepsze stanowisko, przychylność ludu, zwierzchników. W książce katalońskiego pisarza widać skazy Kościoła, jego kruchość, a także podatność wiernych na wpływ. Wyłania się wielki obraz swego rodzaju organizacji, która powinna być święta, a wcale taka nie jest... po książce rozsiewa się oburzenie i zniesmaczenie - o dziwo właśnie postępowaniem Junoya. Autor stopniuje napięcie, urywa rozdziałami w najlepszych, najbardziej pasjonujących momentach. Podkręca ciekawość czytelnika. 

"Agonia dźwięków" to porywająca i bardzo ciekawa powieść. Jaume Cabre stworzył bardzo plastyczną, barwną historię, która choć momentami surowa w środkach wyrazu - fascynuje. Została bardzo skrzętnie i dokładnie przemyślana oraz skonstruowana, a żadna zdanie... nie jest przypadkowe. Ciekawa tematyka idzie w parze z intrygującymi profilami psychologicznymi bohaterów, którzy uwikłani w świat Kościoła - próbują ugrać w nim jak najlepszą dla siebie pozycję. Delikatne napiętnowanie przesadzonych form pokuty nie idzie u Cabre w parze z krytyką Kościoła, a jedynie ze zwróceniem uwagi, że on także nie jest idealny. Gęsta od emocji, pełna niedopowiedzeń, nieuboga literacko, choć z pewnością uboższa niż poprzednie powieści Cabre - klasyczny, dobry styl pisania, czyli "Agonia dźwięków" - przedstawicielka wysmakowanej, zgrabnej, pełnej gracji i niebanalnej literatury. 

Moja ocena: 8/10

środa, 26 lipca 2017

(636) Nigdzie w Afryce


Tytuł: Nigdzie w Afryce
Autor: Stefanie Zweig
Wydawnictwo Marginesy
Stron 386

"Nigdzie w Afryce" nie jest kolejną książką o Żydach, którzy podczas II wojny światowej byli zmuszeni uciekać, aby uniknąć śmierci w obozach zagłady. "Nigdzie w Afryce" nie jest jedną z wielu takich pozycji - wyróżnia się na tle innych opowieści - porusza inne problemy. Książka Stefanie Zweig opowiada o losie niemieckich Żydów, którzy opuścili Niemcy na początku lat trzydziestych... w obawie przed represjami ze strony nazistów. Nie wiedzieli wtedy, że uciekają przed II wojną światową, obozami zagłady i śmiercią milionów. Szukali szczęścia i bezpieczeństwa w Afryce, mdz. innymi w Kenii. Tak postąpili także rodzice Stefanie Zweig. Kiedy zagłębimy się po lekturze "Nigdzie w Afryce" w biografię autorki - szybko dojdzie do nas, że tak naprawdę mamy do czynienia z nienachalną powieścią autobiograficzną. Bardzo poruszającą, opowiadającą o patriotyzmie, trudnej miłości do ojczyzny, rodzinie, tęsknocie, marzeniach, lękach i wyrzutach sumienia. 

Rok 1938. Walter Redlich jest żydowskim adwokatem spod Wrocławia, który po tym jak został zmuszony do zamknięci swojej praktyki - wyjeżdża do Kenii. Przed wybuchem wojny dołączają do niego żona i córka. Wbrew wcześniejszym obawom to właśnie mała Regina najlepiej przystosowuje się do nowego życia - Niemcy nie są w niej żywe. Szybko za swój dom uznaje Afrykę, którą wbrew rodzicom od razu zaczyna rozumieć. Zaprzyjaźnia się z tubylcami, rozumie przyrodę, otaczający ją świat i zasady w nim panująca. Jest szczęśliwa. Walterowi natomiast cały czas towarzyszy lęk przed utratą pracy, domu nad głową - Afryka wydaje mu się nieprzyjazna, trudna do zrozumienia i zaakceptowania. Obniżenie stopy życiowej, zmiana trybu pracy - z tej umysłowej na fizyczną... i poczucie, że na nic mu jego dyplomy sprawiają, że zbiera się w nim gorycz. Jedynym pocieszeniem jest myśl, że żyją. Najgorzej tę sytuację znosi Jettle, która traktuje pobyt w Kenii jako sytuację tymczasową. Nie chce się przystosować, brakuje jej towarzystwa, nie ma gdzie błyszczeć.

Między małżonkami bardzo często dochodzi do sporów. Nie mają pieniędzy, środków do życia, przyjaciół... a ci nieliczni - nie pochodzą z ich kręgu kulturowego. Regina jest szczęśliwa, jej rodzice żyją myślą o Niemczech. Gdy wybucha wojna - okazuje się, że dla Żydów w Niemczech i w Polsce nie ma już nadziei. Walter i Jettle nie mogą pogodzić się z tym, że ich bliscy znajdują się w niebezpieczeństwie. Czują wyrzuty sumienia, że nic dla nich nie zrobili. Ich życie w Kenii nie jest kolorowe. Kenia jako kolonia angielska, kiedy wybucha wojna... patrzy nieprzychylnie na Niemców, którzy zostają internowani. Bohaterowie na swojej drodze spotykają innych emigrantów. Dochodzi pośród nich do rozłamów - dzielą się na tych, którzy chcą rozpocząć wszystko od nowa i na tych, którzy cały czas żyją przeszłością... nie chcą zapomnieć o ojczyźnie.

"Nigdzie w Afryce" jest powieścią wyjątkową, ponieważ pokazuje nie tylko wspomnienia Żydów, ale co ważniejsze: Żydów niemieckich. To trudna sytuacja. Duża część Niemców jest ogarnięta wojennym szałem, a w Kenii niemieccy imigranci, Żydzi wstępują do armii angielskiej. Uczą swoich dzieci rozróżnienia, że to nie Niemcy są źli, ale naziści. Tęsknią za swoją ojczyzną, chociaż w tej / i za sprawą jej dowódców giną ich najbliższy, a całe państwo jest niszczone. W tym wszystkim wyjątkowo ważne stają się dzieci, które na ojczyznę patrzą z wielkim dystansem. Nie rozumieją emocji swoich rodziców. Uczą się języka, poznają rówieśników i choć czują się odrobinę odizolowane od dzieci, które urodziły się w kolonii - czują, że ich domem jest Afryka. Regina jest bardzo bystrą dziewczynką, która widzi więcej niż inni. Jej rodzice myślą, że mają przed nią jakieś tajemnice - są w błędzie.

Stefanie Zweig na kanwie swoich wspomnień stworzyła bardzo przejmującą historię, która wzbudza podczas czytania żywe emocje. Dylematy moralne bohaterów - różnorodność ich emocji oraz barwność ich postaci sprawiają, że "Nigdzie w Afryce" jest porywającą lekturą. Plastyczność i barwność opisów, przedstawienie historii z różnych perspektyw (nie tylko ojca, matki, córki, ale także postaci ledwie epizodycznych) sprawia, że "Nigdzie w Afryce" wyświetla się podczas czytania przed oczami jak film. Swoją drogą... film na podstawie tej powieści został nagrodzony Oscarem.

"Nigdzie w Afryce" to literacka uczta, która pokazuje inne oblicze wojny. Porusza problemy, które zazwyczaj w literaturze gdzieś umykają. Opowiada o miłości Niemców do Niemiec, nawet tych, które za sprawą nazistów kompletnie zmieniły swe oblicze. Bohaterowie mogą czasami wydawać się irytujący, czasami możemy ich nie rozumieć..., ale w rzeczywistości są bardzo autentyczni, ich historie przejmujące, a książka Stefanie Zweig pokazuje, że największe poruszenie wywołują historie napisane przez życie. Oczywiście - przez "Nigdzie w Afryce" przewijają się z pewnością elementy fikcji literackiej..., ale to nie zmienia faktu, że jest to książka niesamowicie autentyczna, szczera... i po prostu rewelacyjna. Gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po tą nieoczywistą, czasami ogromnie skomplikowaną emocjonalnie i światopoglądowo, jednak zawsze wartą uwagi powieść. To jedna z tych książek, które szczególnie kształtują...


Moja ocena: 8,5/10

poniedziałek, 24 lipca 2017

(635) Gorące mleko


Niezwykle poetycka, hipnotyzująca, skomplikowana, piękna i zapadająca w pamięć proza. Studium relacji córki z matką. "Gorące mleko" Deborah Levy to gorąca, magnetyczna powieść. Idylliczne andaluzyjskie plaże, ogrom kłębiących się emocji, podróż ostatniej szansy. Matka i córka. Rose i Sofia. Ponadto lokalny lekarz, jego córka, niezwykła dziewczyna i jej tajemniczy chłopak. Poszukiwanie odpowiedzi, własnej tożsamości, uniezależnianie się, odbudowywanie i zrywanie więzi... opowieść o tożsamości, macierzyństwie, kruchości rodzinnych relacji. Niesamowita historia... niesamowite emocje... niesamowity styl autorki. Niezapomniana historia. 

Rose od dawna cierpli na trudny do zdiagnozowania paraliż, który ujawnia się u niej... jedynie czasami. Nie mówi o tym głośno, ale są chwile kiedy jest w stanie wstać z wózka inwalidzkiego i pójść do sklepu. Mimo to jest przekonana, że jest śmiertelnie chora. Jej przekonanie o swojej chorobie, cierpiętniczym życiu w połączeniu z jej dominującym charakterem sprawiają, że jest kobietą, z którą trudno dojść do porozumienia... i krótko mówiąc: wytrzymać. Sofia (jej córka) czuje się jednak w obowiązku, aby towarzyszyć swojej matce w Andaluzji. Na co dzień pracuje w kawiarni, nie posiada własnego życia prywatnego, znajomych, przyjaciół, pozostaje w złych relacjach z ojcem, który odszedł do dużo młodszej kobiety. 

Wyprawa do Andaluzji, aby zasięgnąć porady znanego lekarza to szansa nie tylko dla Rose, aby uporać się z paraliżem, ale także dla Sofie, aby ta zaczęła swoje własne życie z dala od matki i jej depresyjnych nastrojów. Sofia jest cały czas związana niewidzialnym ze sznurem z wózkiem inwalidzkim swojej matki  - ponadto jest gotowa na każde jej zawołanie i tym samym gdzieś po drodze traci szansę na własne życie. Andaluzyjskie plaże, wysokie temperatury, piękna woda... kąpiele, żar lejący się z nieba sprawiają, że kobieta powoli zaczyna odrywać się od swojego codziennego życia. Rodzi się w niej od dawna uśpiony bunt i rozpoczyna się proces jej powolnego uniezależniania się od matki... i paradoksalnie: dopiero teraz zaczyna dorastać. Pragnie wyrwać się z psychicznej zależności i uwiązania od matki, która w rezultacie jest po prostu bardzo samotną pozostawioną samą sobie kobietą. 

Oczywiście możemy po prostu stwierdzić, że matka znęca się nad córką, a ta nie potrafi się wyrwać spod jej (świadomego) destrukcyjnego wpływu. W rzeczywistości jednak ich relacje są o wiele bardziej nie tylko kruche, ale przede wszystkim skomplikowane. Miłość, niezdrowe przywiązanie, ale też okrucieństwo przejawiające się w ich relacji są bardzo intensywne. One same trwając w tej relacji nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. W oczy rzuca się to jednak momentalnie ekscentrycznemu lekarzowi Rose, który zabiega o to, żeby Sofie dla dobra swojego i swojej matki trochę się odsunęła - poukładała swoje relacje z ojcem i usamodzielniła się - ważniejsze staje się uniezależnienie psychiczne, a nie tylko finansowe.

"Gorące mleko" to powieść o uzależnieniu od drugiego człowieka na różnych płaszczyznach. Sofie na kartach powieści przechodzi przemianę - uwalnia się mentalnie i seksualnie. Hiszpania doprowadza do wybuchu w niej pokładów emocji, których wcześniej nie dopuszczała do głosu. Deborah Levy stworzyła oniryczną, magiczną, jakąś taką ospałą... zamgloną... nieoczywistą powieść, która posiada niezwykły klimat. W "Gorącym mleku" nie dzieje się wiele - wszystko jest ospałe, powolne, nieśpieszne. Przy tym wszystkim bohaterowie, fabuła... wszystko jest dosyć enigmatyczne. Akcja nie nabiera tempa, nie wciska w fotel, ale hipnotyzuje... porywa i wciąga. Przewijające się przez powieść symbole, nic nieznaczące zdania, które w rzeczywistości znaczą tak wiele. Niedopowiedzenia, niejednoznaczności... "Gorące mleko" to pełna zmysłowych, a zarazem subtelnych obrazów na temat bliskości, wolności, macierzyństwa, życia wewnętrznego. Porywająca, hipnotyzująca.

Moja ocena: 9,5/10

poniedziałek, 10 lipca 2017

(634) Stos czerwonych książek, które chcę przeczytać...

Nie nadążam z czytaniem. Doba ma za mało godzin. To nie przeszkadza mi jednak w kupowaniu kolejnych książek, które bardzo chcę przeczytać... i, które liczę, że uda mi się przeczytać (chociażby na emeryturze). Przed wakacyjnym wyjazdem wpadłam w lekki popłoch - stos książek przeczytanych, ale żadnej recenzji napisanej do przodu. W oczy wpadła mi książka "Śnieg" Pamuka. Czerwona okładka... pomyślałam od razu o stosie czerwonych książek, które chcę przeczytać (najbardziej!). Szybki przegląd książek na półkach... i uzbierał się całkiem pokaźny stos z tych moich książek w czerwonych okładkach, które "muszę" przeczytać. 

A nuż... może także Was któraś zainteresuje?  A może niektóre już znacie? Co polecacie na pierwszy ogień? (ekhem... tak wiem... "Duma i uprzedzenie"... wstyd, że jeszcze jej nie przeczytałam..)

czwartek, 6 lipca 2017

(633) Amerykańska sielanka


Tytuł: Amerykańska sielanka
Autor: Philip Roth
Wydawnictwo Literackie
Stron 608

Philip Roth jest mistrzem. Dla mnie i dla wielu tysięcy innych czytelników. Od lat jest typowany jako zdobywca literackiej Nagrody Nobla - może w końcu się jej doczeka? Zasługuje na to. Jego powieści są niebanalne, na wskroś amerykańskie (dodatkowo pojawiają się w nich wątki żydowskie) - piękne, dopracowane, warte uwagi. Każda mnie zachwyca. "Konające zwierzę", "Everyman", "Wzburzenie"... i wreszcie "Amerykańska sielanka" już za mną. Za tę ostatnią w 1997 roku otrzymał nagrodę Pulitzera. Nie myślcie jednak, że "Amerykańska sielanka" jest powieścią przestarzałą. Wręcz przeciwnie: powieść Rotha była aktualna, jest aktualna i będzie aktualna jeszcze przez wiele lat. Pewne społeczne zachowania nie ulegają nagłym zmianom. "Amerykańska sielanka" jest obrazem destrukcji amerykańskiego społeczeństwa, rozłamu w rodzinie i straconych nadziei. Charakterystyczny humor, gorycz, intensywność emocji opisywanych przez Rotha bohaterów sprawiają, że oni wszyscy zapadają w pamięć - nie jako masa, ale jako jednostka.

Seymour "Szwed" Levov to przystojny, błękitnooki blondyn, od najmłodszych lat człowiek sukcesu. Uwielbiany przez mieszkańców rodzinnego Nevark sportowiec, uwielbiany przez matkę i ojca syn. Dorastał w czasie powojennej prosperity, ożenił się z byłą miss New Jersey, przejął po ojcu fabrykę rękawiczek, zamieszkał w pięknym domu w jeszcze piękniejszej wiosce Old Rimrock. Idealny syn, mąż i ojciec. Idealny Amerykanin, który niczym się nie troska, a którego spokoju nie jest burzony nawet przez niefortunne przypadki losu. 
To wszystko zmienia się, kiedy w 1968 roku - najdroższa, najukochańsza córka Szweda (Mery) staje się ponurą fanatyczką i zamienia się z bystrej, kochanej dziewczynki w polityczną terrorystkę. Dochodzi do zamachu. Zamachu nie tylko na jeden ze sklepów w Old Rimrock, ale także na rodzinę Szweda, jego osobowość, a przede wszystkim idyllę... Nagle Szwed bardziej niż ktokolwiek zostaje wyrwany z amerykańskiego snu, uwikłany w amerykańskie szaleństwo. 

Powieści Philipa Rotha są wielowątkowe, ich fabuła niepostrzeżenie się rozgałęzia i sprawia, że czytelnik myśli o nich jeszcze długo po skończeniu ich lektury. Jest o czym myśleć. Roth zostawia czytelnika z wieloma niewiadomymi - unika dosadności, prostolinijności i prostactwa. Jego proca jest wysublimowana, a fabuła, każde zdanie gruntownie przemyślane. W "Amerykańskiej sielance" na przykładzie tragedii dotykającej jedną z amerykańskich rodzin pokazuje całe amerykańskie społeczeństwo. Nie boi się krytyki, którą jednak czytelnik sam musi dojrzeć. Ameryka nigdy nie była czarno - biała... właśnie ze względu na różnorodność ludzi ją zamieszkujących. Społeczne różnice, dysproporcje majątkowe... niejednokrotnie prowadziły do sporów - w których uczestniczyły także dzieci z dobrych domów. 

Szwed jest zagubionym ojcem. którego życiowy ład nagle został zburzony. Stracił córkę i życie jego rodziny zostało zachwiane. Radykalizacja poglądów Mery... sprawiła, że mężczyzna zaczął czuć się winny. Analizuje swoje życie, próbuje znaleźć moment w którym popełnił błąd. Może okazywał córce zbyt dużo emocji? A może za mało? Czuła się skrzywdzona ze względu na urodę matki... lub przez problemy z jąkaniem? W pewnym momencie próbuje spojrzeć na Amerykę oczami Mary, ale nie potrafi. W przeciwieństwie do niej nie widzi wszędzie niegodziwości, uścisku... Prowadzi ze sobą wewnętrzną walkę. Z zewnątrz jest człowiekiem sukcesu, pewnym siebie mężczyzną, jednak w środku... cały jest pogruchotany. Próbuje odbudować swoje życie, ale myśl o córce nie daje mu w spokoju. 

"Amerykańska sielanka" zachwyca już samym wprowadzeniem do fabuły - ciekawe artystyczne i pisarskie zagrania sprawia, że czytelnik z coraz większą fascynacją zanurza się w tej historii. Mocą pisarstwa Rotha jest fakt, że z pozoru tworzy bardzo zwyczajne historie, ale w nich ukryta zostaje ogólna prawda. Pod zdawałoby się zupełnie zwyczajną i jak najbanalniejszą historią rękawicznictwa Roth ukrył historię powolnego bogacenia się Amerykanów po II wojnie światowej. Opowiedział o powolnym odbudowywaniu tego co zostało zburzone... wskazał, że ta idylla trwała do wybuchu wojny w Wietnamie, amerykańskiej agresji, a tym samym buntów społecznych. Nie mam wątpliwości co do tego, że książki Rotha to wybitna, ambitna i warta uwagi literatura, która jest skarbnicą wiedzy, dobrego języka, stylu, barwnych i bardzo intensywnych charakterologicznie postaci.  W "Amerykańskiej sielance" Roth opowiada o Ameryce, rodzinie, macierzyństwie, ojcostwie, rodzącym się terroryzmie, buncie młodych... i bezwarunkowej miłości. Mimo miejscami ciętego, prowokacyjnego języka - jest piękna i poruszająca. To jedna z tych niezwykle smakowitych literackich podróży, którymi trzeba się rozkoszować...

Moja ocena: 10/10

niedziela, 2 lipca 2017

(632) Lirogon


Tytuł: Lirogon
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo Akurat
Stron 448

Bardzo lubię prozę Cecelii Ahern. Za mną cztery jej powieści: "Miłość i kłamstwa", "Gdybyś mnie teraz zobaczył", "Podarunek" i "Lirogon". Najpiękniejszą z  nich jest dla mnie "Podarunek" - piękna opowieść o miłości, rodzinie, drugich szansach i straconych chwilach. "Miłość i kłamstwa" znajdują się poza podium - one nie reprezentują talentu Ahern. "Lirogon" i "Gdybyś mnie teraz zobaczył" znajdują się prawie na równi... z przewagą tej drugiej pozycji. Nawet jeśli "Lirogon" plasuje się na trzecim miejscu - to nadal bardzo dobry wynik. Już dawno temu wyrosłam z uroczych, młodzieżowych okładek, więc okładka "Lirogona" mnie odrzuciła... okładka odrzuciła, ale treść porwała. Ahern stworzyła porywającą opowieść o inność, tolerancji, przyjaźni i miłości. Bardzo ciepłą, niebanalną historię miłosną. 

Laura jest samotną, młodą kobietą, która mieszka głęboko w lesie, w południowo - zachodniej Irlandii. Została obdarzona przez los niezwykłym talentem, który polega na umiejętności naśladowania wszystkich dźwięków - hałas ekspresu do kawy, alarm samochodu, śpiew ptaków, śmiech, płacz, brzmienie głosu poszczególnej osoby, stukot obcasów, odgłos szeleszczącej trawy - nie ma dla niej w tej materii rzeczy niemożliwych. Zaskakujący zbieg okoliczności sprawia, że Laura staje się telewizyjną gwiazdą i nagle spojrzenia całej Irlandii zostają zwrócone. Wraz z telewizyjną sławą... spotyka także miłość. Solomon to jedyna osoba, którą od samego początku interesuje dobro Laury. Ma jednak dziewczynę i zobowiązania względem niej. Nagle okazuje się, że Laura znajduje się w trójkącie... w którym nikt nikogo nie chce skrzywdzić, a nieświadomie cały czas to robi... 

"Lirogon" to dosyć tajemniczy tytuł dla historii miłosnej. Przyciąga spojrzenie, skupia uwagę... Tytuł dla tej powieści zresztą jak najbardziej zasadny i cieszę się, że wydawnictwo zostało przy oryginale. Lirogony to ptaki, które potrafią naśladować nie tylko odgłosy wydawane przez inne ptaki, ale także ludzkie dźwięki oraz odgłosy pochodzenia mechanicznego. Śmiech płacz, alarm samochodu, odgłos piły mechanicznej. To fascynujące ptaki, o których mało się mówi, ale Cecelia Ahern dotarła do informacji o nich, wykorzystała je w swojej książce tworząc historię nietuzinkową, a jednocześnie tak bliską serca każdej romantyczki - tej mniejszej jak i większej. 


Powieść Ahern to mimo wszystko wielowątkowa historia o poszukiwaniu własnej drogi życia, usamodzielnianiu się, pierwszej miłości, trudnych wyborach, uwalnianiu drugiego człowieka. To książka o miłości do natury, ale także powieść obrazująca medialne zakłamanie i kulisy programów typu talent show. Dążenie do celu po trupach, ostra rywalizacja, medialny szum... szerzący się egoizm i cynizm. Powieść Ahern to jedna z tych pozycji, którą się czyta i czyta... z niesłabnącym zainteresowaniem ze względu na pojawiające się nowe wątki, kończenie starych i przeplatanie się tych trwających. "Lirogon" to szybka akcja, świetne portrety charakterologiczne bohaterów i rozkwitająca oraz obumierająca miłość. Miłość, która choć gdzieś cały czas jest... to jednak w tyle i ważniejsze wydaje się zdobycie odwagi przez Laurę do samodecydowania o sobie i swoim dalszym życiu. Opowiada o drodze Laury do zdobycia samodzielności mimo skomplikowanej przeszłości. 

"Lirogon" to bardzo ciepła, nieinfantylna opowieść, która daje nadzieję na lepsze jutro. Wręcz idealna powieść na wakacje - przejmująca, choć nie zobowiązująca; poruszająca, ale nie ckliwa. Irlandzkie widoki i Cecelia Ahern w naprawdę dobrej formie pisarskiej, w kolejnej opowieści o kobiecie z nutką niezwykłości. Niezwykłości, która ukryta jest w każdym człowieku - nie tylko w Laurze. Wyważony wątek miłosny, wyważona akcja, fabuła... i Laura, która chwyci za serce i zdobędzie sympatię niejednej czytelniczki. Cicha, ale odważna. Niepozorna, ale piękna. Piękna na zewnątrz i piękna w środku. Laura jest pełna przeciwności, ale to właśnie przeciwności i emocje są w tej książce najbardziej ujmujące, a Laura pretenduje do tytułu jednej z najbardziej pasjonujących bohaterek. Czekam z niecierpliwością na kolejne książki Cecelii Ahern. 

Moja ocena: 8.5/10

piątek, 30 czerwca 2017

(631) Klub Pickwicka


Tytuł: Klub Pickwicka
Autor: Charles Dickens
Wydawnictwo MG
Stron 530

Z klasyką bywa różnie. Są takie pozycje, które dzięki przystępnemu językowi wręcz się połyka, ale są także takie, których ukryte znaczenie niekiedy... bywa przytłaczające i trudne do zrozumienia. I po części taki właśnie jest "Klub Pickwicka" Charlesa Dickensa. Pod płaszczykiem historii o perypetiach grupki starszych panów, Charles Dickens zamieścił krytykę angielskiego społeczeństwa. Jego obyczajowości, zwyczajów, ale przede wszystkim skupił się na krytyce prawa i sądownictwa w Anglii. To wszystko zgrabnie zakrył humorystycznymi historyjkami, opowiastkami, piosenkami... "Klub Pickwicka" jest przesiąknięty Anglią - jej wszystkimi obliczami. Charles Dickens stworzył połączenie powieści obyczajowej, satyry, farsy i romansu łotrzykowskiego. Połączenie godne uwagi i poznania. 

Blisko trzystu bohaterów, różnorodność ich języka, humor, ironia, satyra i sarkazm... a w tym wszystkim najważniejszy jest Samuel Pickwick - dobroduszny, grubiutki, gentlemen, którego nie opuszcza uśmiech. Pickwick stoi na czele grupki przyjaznych i zabawnych przyjaciół, którzy bardzo często niechcący wikłają się w kłopoty, żenujące i trudne sytuacje... jeszcze częściej jednak biesiadują, piją, jedzą, bawią się, opowiadają zabawne historie. A pan Pickwick? Jest uważnym obserwatorem świata tego bliższego i dalszego - zagląda głęboko w różne warstwy społeczne, interesuje go drugi człowiek i jego zachowania. 

"Klub Pickwicka" to historia kilku panów po pięćdziesiątce, którzy dużo mówią, dużo myślą i dużo robią. Niekiedy wpadają w tarapaty, w których właśnie najwyraźniej zostaje ukazane angielskie społeczeństwo. Spotykają mnóstwo bohaterów... i to ogromny plus tej powieści! Mimo, że naprawdę trudno zapamiętać wszystkie przewijające się przez nią postacie - jedno jest pewne: są niezwykle barwne, wyraziste i różnorodne. Umykają z pamięci, ale tworzą ogólny dobry obraz tej powieści. Dickens za sprawą perypetii bohaterów wysuwa ostrą krytykę angielskiego sądownictwa i Anglii XIX wieku w ogóle. Niby wszystko jest pięknie, zabawnie, humorystycznie..., a jednak pod tym jest twarda i sroga opinia. Tym samym "Klub Pickwicka" staje się pozycją dość wymagającą. 

Akcja w "Klubie Pickwicka" nie pędzi jak szalona - jest raczej bardzo równomierna, stonowana. Niektóre sytuacje, pewna wkradająca się monotonność... takie wrażenie, że to wszystko jest rozwlekłe... powoduje, że czasami proza Dickensa w tym wypadku mnie nudziła. Rekompensatę stanowią jednak bardzo dopracowane i barwne opisy (chociażby potraw!). To sprawia, że "Klub Pickwicka" staje się bardzo smakowitą, barwną i wielowymiarową pozycją. Wielowątkową, ważną społecznie i ideologicznie. Sympatyczni bohaterowie, akcja w której humor przeplata się z humorem... wszystko ok, ale jednak o wiele bardziej zachwyciła mnie "Maleńka Dorrit". I to od niej polecam zacząć Wam przygodę z Dickensem, a jeśli już coś znacie... w Waszym czytelniczym "doświadczeniu" - "Klubu Pickwicka" zabraknąć nie może. 

Moja ocena: 7,5/10

czwartek, 29 czerwca 2017

(630) Depesze


Tytuł: Depesze
Autor: Michael Herr
Wydawnictwo Karakter
Stron 312

"[...] dopiero wojna mnie tego nauczyła - że jesteś tak samo odpowiedzialny za to, na co patrzysz, jak za to co robisz."*

"Depesze" miały być najlepszym amerykańskim reportażem o wojnie w Wietnamie. Miały być dziełem porywającym, ale przy tym otwierającym oczy. Miały być... inne niż się okazały. Zbierają różne opinie. Od tych skrajnie pozytywnych po te skrajnie negatywne, a ja... jestem gdzieś po środku, bo takie "środkowe" wydają mi się także "Depesze". To co pierwsze przychodzi mi do głowy, kiedy o nich myślę to chaos. Chaos nie tylko wojny w Wietnamie o której opowiadają, ale także chaos narracyjny, językowy, stylistyczny, strukturalny, kompozycyjny. Chaos za sprawą którego "Depesze" były dla mnie tym trudniejszą lekturą. Niestety trudniejszą technicznie niż emocjonalnie. Emocjonalnie, ideologicznie "Depesze" przez swoją wyrazistość paradoksalnie tracą na sile. Mają jednak w sobie coś takiego co sprawia, że na skalę światową reportażu wojennego są ważną pozycją: bezpardonowe, odważne, zdecydowane opowiadają o wojnie, w której nie ma żadnej nadziei. A cierpienie i śmierć ludzi są bezcelowe. Wojna nie tyle odmienia ludzi co ich niszczy. 

Wojna w Wietnamie jest powszechnie uznawana za jeden z najbardziej bezsensownych i tym samym absurdalnych konfliktów na świecie. "Depesze" to reportaż niszczący obraz dzielnego amerykańskiego żołnierza i bezpardonowo z nim zrywający. Żołnierze walczący w wojnie w Wietnamie, ci przewijający się w "Depeszach" to zwykli Amerykanie, którzy zostali wysłani na wojnę wbrew sobie. Niektórzy uczestniczyli w niej z nadzieją, że cała sprawa po prostu po nich spłynie. Wierzyli w to, że mogą brać w niej udział, ale wyjść z niej bez szwanku. Bardzo szybko jednak ich wiara przeminęła... I o tym jest ten reportaż: o brutalnej, chaotycznej wojnie, o brutalnym, chaotycznym zderzeniu się z wojenną rzeczywistością. Mężczyznach, którzy nagle zaczęli mordować... i to najczęściej nie w imię własnych przekonań ideologicznych. "Depesze" to także historia korespondentów wojennych, z których jednym jest właśnie autor: Michael Herr.

Michael Herr jeszcze przed ukończeniem trzydziestego roku życia napisał pierwszą i jedyną książkę w swojej karierze. Lata później został współscenarzystą filmu "Czas apokalipsy". Nie mniej... największy wpływ na jego życie wywarły doświadczenia wojenne. Herr przez dwa lata (1967-1969) pracował jako korespondent w Wietnamie - towarzyszył żołnierzom nie tylko na froncie, ale także w obozach. W 1977 roku napisał "Depesze", które szybko zostały uznane za arcydzieło. W Polsce zostały wydane dopiero w 2016 roku. Michael Herr napisał specyficzne dzieło, które za sprawą nietuzinkowego języka zapada w pamięć. Ale czy arcydzieło? O tym moglibyśmy dyskutować.

"Depesze" są specyficznym, bardzo chaotycznym reportażem ułożonym ze skrawków wspomnień, relacji, przeżyć. Krótkie historie, złożone bez kolejności chronologicznej, nieskupiające się na konkretnych wydarzeniach ani bohaterach, a na ogólnym obrazie i wydźwięku chaosu wojny. Wojny bezsensownej i bolesnej. Herr rozmawia z żołnierzami, innymi korespondentami, a z tych rozmów - krótkich ich skrawków w sumie wyłania się obraz wojennego Wietnamu i jego klimatu. Trawka, alkohol, muzyka... Taki też jest język autora. Nieposkładany. Zdania, relacje pourywane - chaotyczne. Chaosu jest tu pełno. Brak za to trzeźwego spojrzenia, dystansu, swego rodzaju dystynkcji... i spojrzenia na wydarzenia w Wietnamie z perspektywy czasu. Widać, że w autorze, kiedy pisał tę pozycję - cały czas mocno tkwiły wspomnienia stamtąd, choć sama książka... podczas lektury miałam wrażenie, że czytam jakieś naprędce skreślone na kolanie notatki. Notatki pełne wulgaryzmów, potoczyzmów, luźnego stylu pisarskiego, brudnych i twardych obrazów... Właśnie przez to wszystko "Depesze" wydają się takie żywe i aktualne. Potoczny, bardzo dosłowny język, a jednak przekazujący głębsze treści i oddający klimat tych wydarzeń.

"Ci, którzy pamiętają przeszłość, też są skazani na jej powtarzanie: ot, taki żarcik, który płata nam historia." *

Reportaż wydany przez wydawnictwo Karakter nie jest próbą odpowiedzi na pytanie w jakim celu to piekło na ziemi zostało rozpętane. Jest za to swego rodzaju świadectwem brutalności wojny. Bardzo świeżym, bardzo odważnym... i ogromnie subiektywnym. Nie mam wątpliwości co do tego, że "Depesze", które napisał Michael Herr są nie tylko dziełem trudnym dla  samego bycia trudnym, ale także wymagającym dużo skupienia, ponieważ pojawia się w nich niejeden chaotyczny monolog, w którym trudno się połapać. "Depesze" nie są idealne, ale są ważną pozycją dla kształtowania tożsamości literackiej i światopoglądu. Dobre, choć nie zachwycające. Zabrakło mi skupienia się na historii jednostki, ponieważ to właśnie te osobiste, pojedyncze historie najbardziej chwytają mnie za serce. Tu mamy do czynienia z historią masy, genialnie przetłumaczoną i oddaną przez Krzysztofa Majera, pięknie wydaną przez wydawnictwo Karakter. Muszę jeszcze nadmienić, że "Depesze" to taka książka... pełna mądrości o wojnie. Na każdej stronie znajdziecie w niej coś wartego zapamiętania. Zdanie, które utkwi Wam w pamięci. I być może Was zaskoczę..., ale do "Depeszy" z pewnością wrócę, ponieważ im częściej je kartkuję - tym więcej z nich wyciągam i może także po trochu przyzwyczajam się do języka, od którego w realnym życiu jestem bardzo oddalona. Mimo tych wszystkich zastrzeżeń i uwag co do jednego nie mam wątpliwości: "Depesze" trzeba poznać choćby we fragmentach. 

Moja ocena: 7.5/10

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Depesze" Michael Herr, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016


środa, 28 czerwca 2017

(629) Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze


Tytuł: Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze
Autor: Gail Honeyman
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 352

Urocza, ciepła, choć nierozkochująca w sobie od pierwszych stron powieść. "Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze" to pozycja, którą bardzo chciałam przeczytać odkąd tylko pojawiła się w zapowiedziach wydawniczych. Wydawnictwo Harper Collins promuje ją jako historię nietuzinkowej kobiety, która skończyła filologię klasyczną, ale w rezultacie jest księgową..., a jej ulubionym zajęciem jest chodzenie po zakupy do Tesco. Samotna, zamknięta w sobie, trochę dziwaczna, nieoglądająca się na to co myślą o niej inni. Pomyślałam sobie: Ha! To książka o tym jak będzie wyglądała moja przyszłość, jeśli pójdę na filologię polską. Opis dał mi (jak się okazuje - złudne) poczucie, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Po lekturze tej powieści wiem już, że niezupełnie... ale i tak lektura mnie usatysfakcjonowała. Okazało się, że to nie tylko ciepła i lekka opowieść, ale historia, które posiada głębię..., która z początku jest jednak bardzo skrzętnie zakryta przez pancerz Eleanor. 

Eleanor Oliphant skończyła trzydzieści lat, z wykształcenia jest filologiem klasycznym, jednak pracuje w księgowości. Oszczędza każdego pensa, ciągle nosi ten sam bezrękawnik, je o stałych godzinach, nie rozmawia z kolegami z pracy, uchodzi za dziwaczkę, uwielbia zakupy w Tesco, swoją jedyną roślinę doniczkową. Każdy dzień, miesiąc, tydzień jej życia wygląda tak samo - dzięki temu potrafi wytrwać. Nie potrafi jednak żyć. Trzyma się na uboczu, patrzy na wszystko z ogromnym dystansem i często zachowuje się jakby była nie z tego świata. Nie oglądała bajek, nie je fast food'ów, nawet nie zna ich smaku, nie przywiązuje się do ludzi, jednak co tydzień od lat rozmawia przez telefon ze swoją matką... Jej świat jest do bólu monotonny, poukładany, a ona sama zdaje się być zadowolona z jałowej egzystencji jaką prowadzi. Pewnego dnia widzi jednak przez przypadek występ miejscowego muzyka... uznaje,. że to ten jedyny. Ten, z którym chce spędzić resztę życia. Co więcej: jest gotowa zmienić dla niego swój wygląd i w ogóle... całe życie. Z tym, że on o jej istnieniu nawet nie wie. Na drodze Eleanor pojawia się nieokrzesany informatyk, który chce wyrwać ją z jej pancerza... i pokazać co to tak naprawdę znaczy żyć. 

Nie zdaje sobie jednak sprawy, że za wycofaniem Eleanor i jej ekscentrycznością kryje się coś więcej. Eleanor z początku nie da się lubić - jest dziwna, taka oderwana od świata. Momentami miałam wrażenie, że się po prostu wywyższa, nikt i nic (oprócz zakupów w Tesco i akcji rabatowych) jej nie obchodzi. Z czasem jednak sama Eleanor zaczyna przyznawać przed samą osobą, że ma problem... ze swoją przeszłością, tożsamością, teraźniejszością, samotnością. Kobieta zaczyna powoli zrzucać z siebie pancerz za którym się schroniła przed bólem, bolesnymi wspomnieniami... i kiedy ona zaczyna się otwierać - świat otwiera się na nią. Jest to proces długi, ciężki, bolesny, ale warty każdej łzy, ponieważ tylko on może odmienić życie Eleanor... i otworzyć przed nią lepszą przyszłość. 

Kreacja bohaterki, która początkowo nie budzi sympatii - jest mistrzowska! Jej przemiana stopniowa, niezbyt gwałtowna, prawdziwa, realna... Honeyman udało się z dużą wrażliwością i wnikliwością ukazać kruchość bohaterki, jej odizolowanie, wraz z tego wszystkiego genezą, którą czytelnik poznaje stopniowo wraz z Eleanor. Przez większość czasu trwa w niewiedzy, powieść staje się tajemnicza, a sama bohaterka z takiej przez którą nie mogłam przebrnąć przez pierwsze rozdziały... staje się postacią bliską sercu, godną zapamiętania, której gorąco i wytrwale się kibicuje. W końcu zasługuje na dobro i szczęście. 

"Eleanor Oliphant ma się dobrze" to powieść, które daje mocnego i pozytywnego kopniaka do działania. To zaskakująco dobra proza obyczajowa, w której wbrew pozorom nie ma wątku romansowego - jest za to życie we wszystkich jego odcieniach. W książce Honeyman jest tyle ciepła, pozytywnej energii, że w pewnym momencie naprawdę trudno się od niej oderwać. Tak sobie myślę, że może właśnie to jest sztuką - napisać powieść ciepłą, o ogólnie pozytywnym wydźwięku, która jednak podczas lektury będzie wzruszała. Piękna, ciepła, dobrze napisana, rewelacyjnie dopracowana... historia Oliphant jest po prostu taka prawdziwa - prawdopodobnie właśnie przez to tak ujmująca. 

Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 12 czerwca 2017

(628) Oszukana


Tytuł: Oszukana

Autor: Charlotte Link
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 552

Lubię prozę Charlotte Link, choć dwie poprzednie powieści, który miałam okazję przeczytać - "Ostatni ślad" i "Złudzenie" były do siebie łudząco podobne. Nie mniej z wielką przyjemnością sięgnęłam po kolejny kryminał jej autorstwa wydany w Polsce, czyli "Oszukaną". "Oszukana" różni się diametralnie od dwóch poprzednich książek autorki, które poznałam. Jest powieścią bardziej skomplikowaną, bardziej wielowątkową i przez to po trochu nieprzewidywalną, co jest dla mnie zdecydowanie miłym zaskoczeniem. "Oszukana" to powieść stosunkowo szybka, z wieloma ciekawymi zwrotami akcji, które choć pozostają przez czytelnika niekiedy do przewidzenia - i tak zapierają dech w piersi. To zdecydowanie energiczniejsza książka Link, w której więcej się dzieje, a zakończenie jest niecierpliwie wypatrywane przez czytelnika (i to bynajmniej nie z nudów).

Kate Linville jest policjantką pracują w Scotland Yard i bez wątpienia nie należy do pracowników miesiąca. Jej umiejętności są przeciętne, a ona sama zdaje się być odizolowana od współpracowników, co źle wpływa na morale zespołu. Nie ma nikogo bliskiego oprócz ojca. Nic więc dziwnego, że jej świat wali się, kiedy ojciec zostaje brutalnie zamordowany i znaleziony obezwładniony w swoim domu. Sprawą zajmuje się uzależniony od alkoholu miejscowy śledczy, któremu Kate nie ufa. W rezultacie Kate postanawia wziąć sprawy w swoje ręce - z różnym skutkiem. Szybko wychodzi na jaw, że kobieta tak naprawdę nie znała swojego ojca..., że nikt nie znał go takiego jakim był naprawdę... 
W tym samym czasie pewna londyńska rodzina postanawia wyruszyć na wakacje. Znany scenarzysta, Jonas Crane postanawia wraz z żoną i synem wyjechać na torfowiska, aby tam pokonać wypalenie zawodowe. Oddaleni od cywilizacji... nagle znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie - nie przypuszczają, że staną na drodze zbiegłemu zbrodniarzowi... 
W tym samym czasie starsza kobieta czuje, że jest obserwowana... śmierć policjanta nie daje jej spokoju... Losy bohaterów łączą się w zaskakujący sposób. 

Kate Linville nie jest typową powieściową bohaterką. Nie jest ani urodziwa ani błyskotliwa. Jest postacią do bólu przeciętną, ale właśnie przez to w ujęciu książkowym tak niezwykłą. Jej relacje z otoczeniem pozostawiają wiele do życzenia, a jej odizolowanie od społeczeństwa, innych ludzi i litość, którą inni jej okazują - sprawiają, że wydaje się wręcz żałosną, a już na pewno godna pożałowania. Wraz z kolejnymi wydarzeniami bohaterka dochodzi do kresu sił, ale czasami po prostu trzeba się dotrzeć do dna, żeby się od niego odbić... tak też jest w tym przypadku. Wydarzenia przedstawione w książce w pewnym momencie sprawiają, że Kate jest wreszcie gotowa zacząć żyć. Mimo to... Kate zdecydowanie nie jest moją ulubioną bohaterką literacką - brak jej iskry i pokory. 

Charlotte Link połączyła w swojej powieści wątek morderstwa policjanta z niepokojącą sytuację w domu Jonasa. W życie spokojnej rodziny, która przed laty zdecydowała się adoptować dziecko nagle wkracza matka chłopca ze swoim toksycznym partnerem, który wykazuje podejrzanie dużo zainteresowania życiem Jonasa i jego rodziny. To właśnie wątek szczęśliwej rodziny z małym dzieckiem, która nagle znajduje się w niebezpieczeństwie wywołuje najsilniejsze emocje. Ich niewinność, ten wewnętrzny lęk już od pierwszych chwil, a jednak nadzieja, że wszystko skończy się dobrze... Charlotte Link potrafi grać na emocjach czytelnika. 

"Oszukana" to bardzo udana powieść kryminalna. Doceniam jej wielowątkowość, zgrabne przeplatanie się i łączenie faktów, a także umiejętne stopniowanie napięcia. To ponad pięćset stron świetnej kryminalnej rozrywki, która ma w sobie dużo nie tylko z thrillera, ale także z powieści psychologicznej. Link wykazała się dużą dbałością o detale. Ukazała związek oparty na toksyczności, uzależnione jednej jednostki od drugiej. Charlotte Link przyłożyła się i stworzyła naprawdę dobre portrety psychologiczne bohaterów, którzy nie są miałcy ani nijacy. W porównaniu z "Ostatnim śladem" i "Złudzeniem" to zdecydowanie najlepsza powieść Link, jaką miałam okazję przeczytać, choć do ideału jeszcze trochę jej brakuje. Nie mniej: niemiecka królowa kryminału jak zawsze zaprezentowała naprawdę dobry poziom!

Moja ocena: 8/10

sobota, 10 czerwca 2017

(627) Frankenstein


Tytuł: Frankenstein
Autor: Mary Shelley
Wydawnictwo Vesper
Stron 320

"Ach, po cóż się szczycimy naszą wrażliwością odróżniającą nas od nierozumnych bydląt? Ona tylko osłabia naszą wolę. Gdyby nasze podniety ograniczały się do głodu, pragnienia i pożądania, bylibyśmy niemal wolni, a tak wstrząsa nami każdy podmuch wiatru, każde przypadkowe słowo lub zawarty w owym słowie obraz."

Mary Shelley, "Frankenstein"

Są takie książki, które zmieniają coś w życiu nawet największych moli książkowych, które wcześniej przeczytały już setki książek. Czytam bardzo intensywnie od 7 lat - rocznie ok. 100 książek i przy takiej ilości książek przeczytanych... bardzo rzadko zdarza się, żeby jakaś powieść zachwyciła mnie od A do Z, utkwiła silnie w mojej pamięci, coś we mnie zmieniła, zmusiła do refleksji i wywoływała we mnie żywe emocje. Mam wrażenie, że czytanie czasami także powszednieje. Z mojego czytelniczego letargu... wyrwał mnie właśnie "Frankenstein" - klasyka grozy, powieść nowatorska jak na XIX wiek, w którym została wydana. Pięknie, cudownie wydana przez wydawnictwo Vesper, z genialnymi drzeworytami Lynna Warda, w przekładzie, opracowaniu i z posłowiem Macieja Płazy. Wydanie wydawnictwa Vesper jest unikatowe, ponieważ prezentuje tłumaczenie pierwszego wydania "Frankensteina" jeszcze bez wprowadzonych ze strony autorki zmian, które miały zniwelować wszelkie dwuznaczności. Ponadto w tym wydaniu zostały umieszczone także inne utwory, nowele powstałe podczas słynnej zabawy nad Lemanem: "Pogrzeb" George'a Gordona Byrona, "Wampir" Johna W. Polideriego oraz opowiastki Percy'ego Shelleya. W wydaniach wydawnictwa Vesper uwielbiam wszystko! Świetne posłowie, z którego dowiaduje się wiele o autorze, epoce, a także prezentowanym dziele, cudowne okładki, ilustracje, jakość papieru i chociażby fakt, że każda książka jest ofoliowana, więc wiadomo, że nikt wcześniej się jej nie tykał. To wszystko razem składa się na fakt, że bardzo żałuję, że Vesper nie wydaje więcej książek. Dziś opowiem Wam o jednej z pereł przez nich wydanych. 

"Frankenstein" to powieść kultowa, nowożytny mit. Pop kultura zmieniła jej fabułę, odbiór, historię potwora, który... wcale nie miał na imię Frankenstein. To tak słowem wstępu. Okoliczności w jakich "Frankensteina" napisała ówcześnie osiemnastoletnia Mary Shelley obrosły legendą. Mamy rok 1816 i słynny "rok bez lata", u podnóża szwajcarskich Alp grupa poetów romantycznych umila sobie deszczowe wieczory wymyślaniem opowieści niesamowitych. Jednak tylko Mary Shelley traktuje tę zabawę poważnie... pragnie udowodnić swoją wartość i umiejętności - w swoim utworze zamyka swe doświadczenia wczesnego macierzyństwa, fascynację i przerażenie potęgą nauki oraz senne koszmary. Niesamowite czasy, niesamowita kobieta i niesamowita historia, która wciąga od pierwszych stron. 

Historia zaczynająca się na Oceanie Arktycznym. Angielski żeglarz Robert Walton utknął wśród arktycznych lodów. Pewnego dnia do jego statku dociera na saniach wycieńczony człowiek. Okazuje się, że to szwajcarski przyrodnik - Wiktor Frankenstein. Gdy odzyskuje siły zaczyna swą opowieść... opowiada o swoim życiu i najwspanialszym, a zarazem najokropniejszym dziele jakiego się dopuścił. Zapał do nauki, chęć zrobienia czegoś niesamowitego, pycha i chęć zapanowania nad życiem i śmiercią doprowadziła do jego zguby. Stworzył żywą i czującą istotę. Obdarzył ją uczuciami, ale nie nauczył z nich korzystać. Kiedy dzieło zostało stworzone - opuścił je. Uczynione z części ciał zbirów, pozszywany byle jak organizm, jedynie na kształt ludzki, a przez to odstręczający. Potwór, który był jak dziecko, został wypuszczony w świat... Osoba, która nie zna dokładnie tej historii mogłaby wyjść z założenia, że potwór był od początku zły..., ale tak naprawdę to samotność i świat takim go uczyniły. Ludzie. 

Mary Shelley prowadzi z czytelnikiem grę. Z początku, kiedy sięgamy po książkę oczekujemy historii o krwiożerczym potworze, który mści się na swoim twórcy. Właśnie! "Mści się.." - za co? Otrzymujemy jednak historię, w której nic nie jest czarno - białe, a choć wiemy (podświadomie), że ta historia musi się źle skończyć... kibicujemy potworowi. Bardzo ludzkiej istocie, która zaczyna rozumieć świat, chce pomagać bliźnim, ale nie może zrozumieć dlaczego jest taki szpetny..., dlaczego w ludzi na jego widok wstępują takie pokłady agresji. Zaczyna rozumieć ludzką mowę, uczy się czytać i odkrywa tajemnicę swojego podłego losu. Pragnie tylko jednego - nie być tak samotnym. Odnajduje swojego stwórcę, dochodzi do tragedii, Wiktor Frankenstein zaczyna popadać w obłęd, giną jego najbliżsi - przy życiu utrzymuje go jedynie pragnienie zemsty... 

Dla mnie "Frankenstein" jest wielowątkową powieścią o potrzebie akceptacji, przyjaźni, tolerancji, o wielkiej samotności, odpowiedzialności za swoje dzieci (czy też stworzenie), dziełem o przerażającej mocy nauki, które może nieść za sobą tyle samo złego co dobrego. "Frankenstein" wywoływał we mnie podczas lektury bardzo silne emocje. Kibicowałam potworowi, miałam ochotę płakać razem z nim. Było mi go bardzo żal, a z drugiej strony.... było mi żal także Wiktora. To dwójka tragicznych bohaterów, których nie można jednoznacznie ocenić. Przynajmniej ja nie potrafię. I prawdopodobnie to właśnie dlatego powieść Shelley wywołuje u mnie tak silne emocje i zachwyt. Jest bardzo niejednoznaczna i piękna. Wbrew pozorom nie chodzi w niej jedynie o grozę i strach.

"Frankenstein" to niezwykła, niesamowicie sensualna powieść, która przyprawia o gęsią skórkę i całkowicie pochłania. Wciąga, zmusza do dalszego przewracania kartek. Jest tak niesamowita, piękna, poruszająca, z wybitnymi kreacjami bohaterów - rewelacyjna reprezentantka literatury gotyckiej. Nic w powieści Mery Shelley nie jest czarno-białe... wszystko jest wielobarwne, wielowymiarowe. Dodatkowo "Frankenstein" zawiera wiele znaczeń i kontekstów społecznych. Oczywiście - to nie jest literatura grozy, która przeraża, ale to piękna klasyka bez której myślę, że większości horrorów by dzisiaj nie było. To jedna z tych książek, w której jest wszystko, jednak w tak wyważonych proporcjach, że treść się wręcz połyka w zatrważającym tempie. Czuć charakterystyczny klimat romantyczny..., czuć jednak przede wszystkim wielką klasę tej powieści i to jak głębokim utworem jest. "Frankenstein" okazał się jedną z najlepszych i najważniejszych książek w moim życiu... Bardzo, bardzo polecam! Osobiście z pewnością do niej jeszcze powrócę...

Moja ocena: 10/10 Arcydzieło!

Pozostałe recenzje książek z wydawnictwa Vesper: 


piątek, 9 czerwca 2017

(626) Cisza


Tytuł: Cisza
Autor: Erling Kagge
Wydawnictwo Muza
Stron 128

"Wierzę, że każdy może odnaleźć ciszę w sobie. Cisza jest w nas bez przerwy również wtedy, gdy otacza nas mnóstwo dźwięków. więcej"
Erling Kagge – Cisza. Opowieść o tym, dlaczego straciliśmy umiejętność przebywania w ciszy i jak ją odzyskać

Cisza. Cisza w naszym tak szybkim świecie to utopia. Ciągle za czymś gonimy, odbieramy coraz o nowe bodźce. Śmieszne - w dniu, w którym czytałam "Ciszę" Erlinga Kagge byłam zachęcana do wzięcia udziału w pielgrzymce ciszy - zero gitar, śpiewu, rozmów przez 10 dni marszu. Szaleństwo. Należę do osób, które nie potrafią spokojnie wysiedzieć, a bezczynność irytuje mnie jak nic innego. Skończę zadanie A... i zabieram się za zadanie B. W autobusie chęć przeczytania kilku stron książki, w kolejce, w sklepie odpowiadanie na maile, w poczekalni u lekarza powtarzanie wiadomości na egzamin, w drodze na przystanek autobusowy - chwila z muzyką...  Gonię, mam za mało czasu, próbuję pracować i działać jak najefektywniej, choć przecież teoretycznie mogłabym się zatrzymać i zanurzyć na chwilę w ciszy... Kiedy sięgam po "Ciszę" - nie tylko czytam książkę - dbam o swój rozwój, robię coś, wykreślam dalej punkt z listy, tym razem punkt "Przeczytaj książkę Erlinga Kagge'a". Mimo, że cisza mnie frustruje, zabija, sprawia, że czuję się niekomfortowo... Z czytania "Ciszy" czerpałam satysfakcję. Erling Kagge nie zachęca nas do rzucenia wszystkie i zanurzenia się na dziesięć dni w ciszy. Zachęca nas do zanurzenia się w ciszę na chwil kilka. "Cisza" nie jest pozycją odkrywczą, raczej podsumowuje wszystko to co o ciszy wiemy z własnego doświadczenia, ale czego nie odbieramy jako naukowy fakt potwierdzony badaniami. Mimo to... jest inspirująca.

"Cisza" za sprawą pięknej okładki momentalnie przyciąga spojrzenie czytelnika. Jej mała objętość zachęca natomiast do zabrania książki ze sobą do komunikacji miejskiej. Zaledwie 128 stron, z których tak naprawdę wychodzi jeszcze mniej czytania, bowiem książka składa się z trzydziestu trzech krótkich tekstów i spostrzeżeń autora na temat ciszy. Kagge odwołuje się w swoich wypowiedziach do tego co o ciszy już powiedziane zostało, a więc np. do Pascala. W swych raczej luźnych tekstach zachowuje pokorę. Książka Erlinga i treść w niej zawarta została przez niego dodatkowo podparta badaniami, które choć stanowią niewątpliwie ważny element tej pozycji - jedynie podsumowują to co większość z nas wie na podstawie nas samych. "Cisza" to książka powstała na bazie osobistych doświadczeń Erlinga i jego poszukiwań - ciekawa, intrygują, warta chociażby przejrzenia, aby poukładać w swojej głowie informacje na temat tego dlaczego utraciliśmy ciszę. 

Erling Kagge jako pierwszy człowiek na Ziemi dotarł samotnie na biegun południowy i północny, zdobył Mount Everest i dwukrotnie przepłynął Ocean Atlantycki. Z podróży, z samotności i ciszy przeżywanych podczas nich, a także ciężkich przeżyć... zrodziła się w nim miłość do studiowania filozofii. Jest z zawodu wydawcą książek, z zamiłowania - kolekcjonerem sztuki. Wydaje się mądrym, empatycznym i spostrzegawczym człowiekiem, a w jego pozycji widać dużą emocjonalną dojrzałość. "Cisza" nie jest kolejnym pseudoporadnikiem, ale naprawdę piękną skandynawską książką o ciszy. Ciszy, która według autora jest dzisiaj potrzebna ludziom bardziej niż kiedykolwiek. Ciszy, która cały czas czeka na odkrycie, a którą można zdobyć jak Mount Everest jeśli zrodzi się w nas taka świadoma potrzeba i determinacja. Okazuje się, że można ją odnaleźć nawet w wielkim mieście, w drodze do pracy. Aby jej doświadczyć nie musimy wyjeżdżać na drugi koniec świata do klasztoru tybetańskich mnichów. 

Cisza to wbrew pozorom trudny temat, który udało się autorowi ująć w ciekawy sposób. Cisza większości ludzi kojarzy się z czymś nacechowanym negatywnie. U mnie budzi dwa skojarzenia: jedno to chwila cisza i relaksu w otoczeniu przyrody, nad jakąś rzeką / jeziorem, ukryta gdzieś pośród traw, druga to cisza w samotności, w jakimś pokoju... Ciszy nie da się jednocześnie określić, a jednak przeprowadzono pewne badania. Grupę badanych porażono prądem. Ból był tak silny, że nie chcieli się zdecydować na dalsze rażenie prądem - nawet wtedy, gdy zaproponowano im za to zapłatę. Badanych zamknięto w samotności, w ciszy, w pokoju. W pewnym momencie cisza stała się dla nich tak nieznośna, że prosili o rażenie prądem... byleby ktoś do nich przyszedł. Rekordzista w ten sposób został porażony prądem ponad sto razy. Umysł ludzki jest niesamowicie ciekawym i intrygującym aspektem ludzkiego życia.... Erling Kagge zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Czym jest cisza? Gdzie ją odnaleźć? Dlaczego współcześnie jest ważniejsza niż kiedykolwiek dotąd? Na te pytanie możecie poznać odpowiedź dzięki książki Kegge'a. Uroczej, krótkiej, pięknej historii, której czytanie jest samą przyjemnością... ponadto wzbudza w nas potrzebę przeżycia chwili ciszy. 

Moja ocena: 8/10

środa, 24 maja 2017

(625) Burza. Czarci pomiot.


Tytuł: Burza. Czarci pomiot

Autor: Margaret Atwood
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 330

Margaret Atwood to pisarka znana w Polsce przede wszystkim za sprawą "Opowieści podręcznej". To jedna z tych autorek, o których słyszy się cyklicznie za sprawą ich kolejnych książek, a o których potem słuch ginie. Znikają z książkowego świata i nagle o ich powieściach przestaje się mówić. O "Czarcim pomiocie" napisanym w ramach projektu z okazji rocznicy urodzin Szekspira nie było zbyt głośno. Zbyt słaba reklama? A może po prostu bardzo niszowa i nieatrakcyjna medialnie powieść? Jak można łatwo się domyślić - "Burza. Czarci pomiot" to książka inspirowana dramatem Szekspira pt. "Burza". Przed lekturą aranżacji Margaret Atwood - sięgnęłam po sztukę Szekspira, jednak jestem pewna, że nawet gdybym nie znała "Burzy"... powieść Atwood zachwyciłaby mnie tak samo. To nietuzinkowa i piękna opowieść o stracie, zemście i teatralnym przedstawieniu jakim jest samo życie. 

Nie chcę streszczać sztuki Szekspira - zresztą jej znajomość nie jest konieczna do zrozumienia i niezbędna, aby odebrać pozytywnie powieść Atwood. Nie mniej - nie da się ukryć, że "Burza" jest dziełem nietuzinkowym opowiadającym o ojcowskiej miłości, zemście oraz odpowiedzialności za swoje dzieci i twory (na myśl momentalnie przychodzi mi "Frankenstein"). "Burza" jest jednak także dziełem niesamowitym pod względem swojej magiczności, oddania siły natury - to zdecydowanie dzieło różniące się od tych klasycznych, które poznajemy w szkole... jak chociażby "Romeo i Julia", "Hamlet" czy "Makbet". Magiczne, wielowątkowe, przewrotne... "Burza" zapada w pamięć - jest wspaniała, porywająca i naprawdę cudna. Nic więc dziwnego, że utwór Szekspira stał się kanwą niezwykle interesującej powieści, która chwyta za serce. 

Felix to uznany reżyser teatralny, którego świat wali się po śmierci córki... Nie potrafi się odnaleźć już tak jak wcześniej w swojej pracy. Przez jego głowę przewijają się kolejne szalone pomysły, które pragnie wcielać na scenie w życie. Niestety jego przyjaciel kopie pod nim dołki... Felix traci pracę, zostaje bezceremonialnie zwolniony z funkcji dyrektora artystycznego festiwalu w Makeshiweg. Postanawia odciąć się od świata. Wynajmuje chatkę na uboczu i tam spędza lata. Żyje marzeniami, wspomnieniem córki i dobrych dni, kiedy czuł się potrzebny i ważny. Jego samotność i letarg przerywa jedynie jedno. Przy życiu utrzymuje go jedynie pragnienie zemsty. Po latach postanawia wyjść ze swojego ukrycia (choć nadal ukrywając się) i chce poprowadzić zajęcia teatralne w więzieniu. Sztuką jaką decyduje się wystawić po kilku latach jest oczywiście "Burza". 

Jak dotąd przeczytałam dwie książki z serii inspirowanej dziełami Szekspira - "Zimową opowieść" Jeanette Winterson i "Kupca weneckiego" Howarda Jacobsona. Mogę śmiało stwierdzić, że "Burza" jest powieścią niemal tak doskonałą jak "Zimowa opowieść". Dzięki Atwood przypomniałam sobie co to oznacza czytać powieść z zapartym tchem. Powieść jakby nie było... w większości obyczajową. Jednak klimat powieści Atwoood, dopracowanie charakterologiczne bohaterów, przewrotność akcji, ciekawe wykorzystanie sztuki Szekspira składa się na poruszająca i zapadającą w pamięć historię. Literacki majstersztyk, który utwierdza mnie w przekonaniu, że chcę poznać inne powieści Atwood o których jestem przekonana, że będą jeszcze lepsze! Tkwi we mnie bowiem jakaś taka myśl, że Atwood inspirując się Szekspirem nie mogła do końca zaprezentować całych swoich możliwości, a jednak to co pokazała... robi wrażenie!

Sama kreacja bohaterów już od pierwszych stron zadowala nawet wymagającego odbiorcę. Felix, choć z początku ekscentryczny szybko zyskuje sympatię czytelnika, a jego dążenie do zemsty? Ktoś mógłby powiedzieć, że pamiętliwość jest czymś złym. Oczywiście. Jednak Felixem targają tak silne emocje, tak silny ból, poczucie straty i osamotnienia, że jego zachowanie, w którym upatruje działań terapeutycznych i oczyszczających zyskuje zrozumienie czytelnika. Margaret Atwood nie stworzyła jednak jedynie jednego bohatera, który przyciąga spojrzenie czytającego. Ważną rolę w "Czarcim pomiocie" pełni także bohater zbiorowy - więźniowie i więzienie jako miejsce resocjalizacji, gdzie każdy w pewnym momencie staje się równy. A przedstawione w nim zajęcia teatralne, życzliwość między więźniami, poczucie wspólnoty zdaje się być utopią... I choć Felix gra w tej powieści pierwsze skrzypce - reszta bohaterów nie pozostaje bez znaczenia - są koniecznym i obowiązkowym dopełnieniem losów Felixa. 

"Burza" Margaret Atwood to powieść napisana z wielkim rozmachem. Przepiękna książka o pragnieniu zemsty, odkupienia, życiu, które wali się i zamienia w gruzy... Pięknie napisana, rozplanowana powieść, w której każde wydarzenia składa się na ciekawą treść. Świetny styl autorki, język, dopracowanie, akcja, rozmach, humor, nawiązania do "Burzy" Williama Szekspira i wyraźnie pobrzmiewające w niej echa dramatu Szekspira. Mimo inspiracji Szekspirem - czuć w niej świeżość, nowatorstwo i nietuzinkowość. To bardzo nieobojętna powieść ze względu na ogrom emocji w niej zawartych - rozdzierająca tęsknota ukazana z męskiej perspektywy i samotność... Nie ma w niej surowości ani twardości. "Czarci pomiot" to pozycja wyjątkowa, zaskakująca fabularnie, porywająca; warta uwagi, zatrzymania się... reprezentantka tego co w literaturze najlepsze - pierwsza klasa!

Moja ocena: 9+/10

wtorek, 23 maja 2017

(624) Tudorowie. Narodziny dynastii.

Tytuł: Tudorowie. Narodziny dynastii.
Autor: Joanna Hickson
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 479

Historia, szczególnie Anglii pociąga wielu... mnie także! Nic więc dziwnego, że kiedy tylko zobaczyłam w zapowiedziach wydawnictwa nową serię beletryzowanych powieści historycznych - wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. I tak w moje ręce trafiła powieść Joanny Hickson, "Tudorowie. Narodziny dynastii.". Autorka opisuje w niej jeden z najciekawszych okresów historycznych Anglii. Wojna Dwóch Róż - spór toczący się w XV wieku między rodem Lancasterów i Yorków o władzę, tron... to okres pełen intryg, kłamstw i politycznych zmian. Joanna Hickson zamieściła w swojej książce sporo danych historycznych, które wzbogaciła o ciekawe wątki fabularne - obyczajowe i romansowe. 

Anglia, 1451 rok. Król Henryk VI Lancaster postanawia sprowadzić do Londynu swoich dwóch przyrodnich braci - Jaspera i Edmunda Tudorów, którzy wychowali się z dala od pałacu i dworskich intryg... Lancaster uznaje ich za prawowitych braci i obsypuje zaszczytami. Jasper dostaje w zarząd rodowe włości w Walii, a Edmund bierze za żonę najbogatszą angielską arystokratkę - Małgorzatę. Anglię natomiast zaczyna ogarniać coraz większy chaos . Na skutek dążenia Yorków do objęcia tronu - wybucha Wojna Dwóch Róż. Edmund za swoją wierność i lojalność względem Lancasterów zostaje porwany i zamknięty w więzieniu przez Edwarda Yorka. Tam umiera. 

Jasper natomiast bierze na siebie opiekę nad synem zmarłego Edmunda, Henrykiem. Ma silne poczucie i świadomość, że to w jego rękach i od niego zależy los Tudorów. Kiedy w ciągu wojny, szala zwycięstwa zaczyna przechylać się na stronę Yorków - ludzie zaczynają się bać i pragną zadbać o jak najlepsze dla siebie miejsce w tej nowej rzeczywistości, która nastanie po zakończeniu wojny. Ludzie zmieniają strony, przyjaciele stają się wrogami... Wszyscy, także Jasper są zmuszeni dokładnie przeanalizować każdy swój krok przed jego wykonaniem - nieuwaga może zakończyć się śmiercią. I to właśnie i tej uwadze, którą w tych trudnych czasach posiadał Jasper jest ta powieść... o odwadze i determinacji, dzięki której Tudorowie przetrwali, a co najważniejsze... dzięki której kilka lat później na tronie mógł zasiąść bratanek Jaspera - już jako król Henryk VII, dając tym samym początki jednej z najwspanialszych dynastii, dynastii Tudorów. 

Z powieściami historycznymi, które mają w sobie zawarte prawdziwe fakty historyczne w dość sporej ilości... jest tak, że naprawdę warto je czytać. Mimo, że nie zawsze zachwycają literackim wykonaniem. Nie mniej: zaznajamianie się z jakimś okresem historycznym i związanymi z nim wydarzeniami przez kilkaset stron sprawia, że w naszej głowie tworzy się pewien obraz tych wydarzeń - sytuacje wwiercają się w głowę i po prostu zapadają w pamięć. Tym ważniejsze jest więc, żeby autor przed zasiadaniem do pisania powieści historycznej - dobrze się tego wycinka historii o którym chce opowiedzieć - nauczył. Joannie Hickson to się udało, a "Tudorowie..." przedstawiają naprawdę atrakcyjną treść. 

Jednak nie o samą historię w tej powieści chodzi, a może przede wszystkim o jej ubarwienie i tą całą otoczkę, której podręczniki do nauki historii często nam nie przekazują, a to przecież właśnie te wszystkie dworskie intrygi i spojrzenie zwykłych ludzi na wojnę domową wydają się być najciekawsze. "Tudorowie. Narodziny dynastii" to także historia o obfitująca w międzyludzkie relacje, która pozwala przenieść się w świat XV - wiecznej Anglii. Poznać różnice społeczne, dysproporcje, dworskie życie, jego lichość i zarazem trud związany chociażby z poczuciem, że nikomu do końca nie można ufać, ponieważ szybko okazuje się, że to własny interes jest tym najważniejszym i nadrzędnym. A to wszystko dzięki temu, ze wydarzenia opisane w książce poznajemy w narracji pierwszoosobowej, ale z dwóch perspektyw... zajętej domem i popieką nad rodziną dziewczyny oraz Jaspera, którzy znajduje się w samym środku ważnych historycznych wydarzeń. Ich postacie podczas lektury powieści delikatnie ewaluują, jednak nie są na tyle wyraziste, aby zapisały się w pamięci czytelnika. 

Joanna Hickson już od pierwszych stron rzuca nas w sam wir akcji. Oczywiście dla osób dobrze zaznajomionych z historią wydarzenia opisane w książce Hickson nie będą żadnym zaskoczeniem, ale... otoczka fabularna (a także obyczajowa) stworzona przez Hickson bywa niekiedy naprawdę intrygująca. I choć język powieści nie jest wybitny, a sama książka ma dosyć dużą objętość - to jednak trzeba przyznać, że w tym wszystkim książkę o narodzinach dynastii Tudorów czyta się dobrze, lekko, przyjemnie i przez to szybko. "Tudorowie. Narodziny dynastii" to pozycja ciekawa, choć nie niesamowicie intrygująca. Książka dobra, choć nie zachwycająca. Ciekawe kreacje (wyobrażenie) bohaterów, choć nie wybitne... Bardzo przeciętny język. Książka Hickson to przede wszystkim dobre czytadło, które przede wszystkim ratuje okres historyczny, w którym autorka zdecydowała się umieścić akcję i tym samym wydarzenia z tym związane. Dobra pozycja! Po prostu. 

Moja ocena: 6/10 Dobra!


wtorek, 16 maja 2017

(623) Sowa


Tytuł: Sowa

Autor: Samuel Bjork
Wydawnictwo Sonia Draga

Stron 424

"Sezon niewinnych" - pierwsza książka Samuela Bjorka wydana w Polsce była naprawdę udaną powieścią. "Sowa", czyli druga część serii jest za to pozycją rewelacyjną. Porywającą od pierwszej strony, angażującą czytelnika, przyprawiającą o gęsią skórkę. "Sowa" to thriller pełną parą, nie ma w nim dłużyzn, nieścisłości, fabularnych zastojów. Akcja rozwija się szybko, a przy tym bardzo intrygująco - czytelnik dochodzi do rozwiązania zagadki wraz ze śledczymi, ale to nie wszystko! Towarzyszy im także w wątkach z ich życia prywatnego - często skomplikowanego, pełnego smutku i pogubienia. Warstwa psychologiczna zachowań bohaterów Samuela Bjorka posiada duże znaczenie - wpływa na przywiązanie czytelnika do powieści, dzięki czemu nie chodzi jedynie o o rozwiązanie kryminalnej zagadki i poznanie tożsamości zabójcy, ale także poznanie dalszych losów bohaterów. Z niecierpliwością wypatruje już kolejnych tomów serii - "Sowa" to bowiem mistrzostwo, a zakończenie? Wbija w fotel! Rewelacja!

Głównych bohaterów, czyli Holgera Muncha i Mię Kruger mogliśmy poznać już w "Sezonie niewinnych", jednak nie mam wątpliwości co do tego, że pierwsza część dorasta "Sowie" jedynie do pięt. Nie spodziewałam się tak elektryzującej lektury, w której napięcie byłoby tak zgrabnie dawkowane, a akcja zatrważająca. "Sowa" okazała się jednak thrillerem świetnym pod każdym względem - porywającym, barwnym, wielowątkowym, ale zadbanym i dopracowanym z ciekawymi bohaterami, którzy nadają mu barw. Jest barwnie, jest ciekawie, jest akcja z jej ciekawymi zwrotami, straszna zbrodnia i wymykający się morderca... Nieprzewidywalnie i niebanalnie, czuć powiew norweskiego chłodu, smutku... i niesamowitych krajobrazów. 

Zostaje znalezione ciało zamordowanej młodziutkiej dziewczyny. Ułożone na posłaniu z piór, w pentagramie ze świec... pojawiają się podejrzenia, że jej morderstwo ma związek z wydarzeniami z przeszłości. Potajemnym ślubem, wysłaniem dzieci za granicę... Nim zagadka zostanie rozwiązana, a sprawca schwytany Holger Munch i Mia Kruger - dwójka diabelnie inteligentnych i dobrych śledczych muszą zmagać się z własnymi demonami, kłopotami rodzinnymi. Mia cały czas walczy z depresją, uzależnieniem od leków, alkoholu... Z kolei Munch stara się odnowić zniszczone przed lata relacje z córką, która obecnie zaczyna wątpić we właściwość swoich życiowych wyborów. W ich pracy towarzyszy im także zdolny informatyk, z którym kontaktuje się haker i przekazuje mu niepokojący film znaleziony w internecie... Na filmie widać zamordowaną dziewczynę oraz jej oprawcę przebranego w strój sowy. Na jaw wychodzą kolejne niepokojące i przerażające fakty dotyczące bestialskiego mordercy...

Historię opowiedzianą w "Sowie" czytelnik poznaje wielotorowo. Nie musi się opierać jedynie na wiedzy śledczych... dlatego poznaje nowe fakty i domyśla się pewnych spraw szybciej niż oni. Nie odbiera to jednak w żadnym stopniu przyjemności z lektury tej powieści. Fabuła i jej poszczególne wątki zostały poprowadzone na tyle zgrabnie, a napięcie jest stopniowane tak dobrze, że czytelnik poznaje fabułę "Sowy" z zapartym tchem. "Sowa" w przeciwieństwie do "Sezonu niewinnych" nie jest w żadnym momencie nużąca, dłużąca się. Widać, że autor bardziej przyłożył się do tej części, udoskonalił swoje pióro. Zapanował nad historią, którą chciał opowiedzieć, nad jej poszczególnymi wątkami, a także zachowaniem bohaterów, którzy mimo swoich wielu niedoskonałości (a może właśnie dzięki nim) zyskują sympatię czytelników. 

"Sowa" ma przeróżne opinie - od tych skrajnie negatywnych po skrajnie pozytywne. Nie byłam w pełni usatysfakcjonowana po lekturze pierwszej części, ale tu widać naprawdę duży progres. Rzadko zachwycam się tak thrillerami, ale tu autor odwalił naprawdę kawał dobrej roboty - oferując czytelnikom porywającą historię. Sposób ustawienia fabuły, rozłożenie akcentów fabularnych między różnych bohaterów przywodzi mi na myśl powieści Lackberg. Bjork, norweski powieściopisarz stworzył książkę, która zagląda w głąb ludzkiej duszy, przeraża wizją demonów w niej drzemiących... i porywa po prostu. Hipnotyzująca okładka stanowi kropkę nad "i", a nieustannie przewijający się motyw tytułowej sowy i ukryte w powieści niewinność oraz perfidność pokazują, że nic nie jest czarno - białe. Wytrawna intryga kryminalna w połączeniu z ciekawym tłem obyczajowym i społecznym sprawiają, że "Sowa" staje się lekturą, kryminałem naprawdę wartym przeczytania.

Moja ocena: 9.5/10

PS. Można czytać bez znajomości poprzedniej części - bez poczucia zagubienia i niewiedzy. 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...