czwartek, 27 kwietnia 2017

(619) Maestro


Tytuł: Maestro
Autor: Geir Tangen
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 320
"Maestro" to niepokojący, mroczny kryminał. Literacki debiut Geira Tangena, który najpierw wydał go samodzielnie, a potem... wydawcy już sami zaczęli się odzywać. Obecnie powieść Tangena wydaje największy norweski wydawca. Czas spędzony podczas lektury "Maestra" był wyprawą w norweskie klimaty, humor i kontaktem ze specyficznymi bohaterami, którzy przez przypadki, niesprzyjające okoliczności... stają przed znakiem zapytania dotyczącym swoich dalszych losów. W "Maestro" brak sielankowości – jest precyzja, ostrość i wciągająca kryminalna intryga z literackimi nawiązaniami. 

Do dziennikarza Viljara Gudmundssona trafia niepokojąca wiadomość. Niepokojąca wiadomość, która zapowiada wydarzenia, które bezpośrednio uderzą w życie Gudmundssona. Związane nie tylko z jego przeszłością, ale także błędami młodości. W wiadomości znajduje się informacja, że nadawca chce wykonać wyrok sprawiedliwości na osobie, której nie dosięgnął wymiar sprawiedliwości... Zostają znalezione zwłoki kobiety. Viljar otrzymuje kolejne wiadomości, dochodzi do kolejnych morderstw, a każda wiadomość zakończona jest tajemniczym kodem, który prowadzi bohatera w świat literatury... Nadawca to bezwzględny morderca czy może po prostu pogubiony człowiek, który za główny cel życia obrał sobie wymierzanie sprawiedliwości? 

"Maestro" to nieprzypadkowy tytuł. Morderca odgrywa rzetelnie i bardzo skrupulatnie zaplanowany koncert, którego fragmenty zostały ułożone na podstawie kryminalnych powieści... Nie zabraknie w tym swoistej klasyki norweskiego kryminału, czyli np. Jo Nesbo. Nie da się jednak ukryć, że wątek literatury w "Maestro" jest dosyć marginalny i jedynie delikatnie "podkręca" jej zawartość. Nie mniej czytelnicy, którzy są dobrze zaznajomieni z norweskimi kryminałami... dochodząc wraz z bohaterami powieści Tangena do rozwiązania zagadki będą odczuwali niemałą satysfakcję i przyjemność (choć czasami okaże się, że znają ich fabułę lepiej niż Tangen).

To już chyba tak jest, że w powieściach kryminalnych ważną (ba! wręcz kluczową) rolę pełnią śledczy, którzy zajmują się rozwiązaniem zagadki. Tym samym także w tej książce postać śledczego przyciąga spojrzenie i każe skupić na sobie spojrzenie. W tej roli Tangen osadził kobietę, która nie dość, że musi uporać się z niesfornym kolegom, który podważa każde jej polecenia to jeszcze musi sobie poradzić z Viljarem, któremu nie do końca ufa... Wbrew temu bardzo często używanego schematu bowiem... między Viljarem a Lottą nie dochodzi do bliskiej współpracy, aby rozwiązać sprawę. Viljar nawet do pewnego momentu nie przykłada dużej uwagi do tej sprawy. Zamyka się w sobie, swoim mieszkaniu, własnym świecie i choć Lotta czasami chcąc nie chcąc z tego zamknięcia go wyrywa – nigdy nie grają na tych samych falach. 

"Trafiają się dni z kiepską karmą, dni, kiedy każda podjęta decyzja prowadzi człowieka ku upadkowi. Wyrwanie się z tej spirali wydaje się niemożliwością, bo wszystko co powiesz lub zrobisz, pociąga dalej na dno."

Geir Tangen, "Maestro"

"Maestro" to książka specyficzna pod względem swojego klimatu. Bardzo mroczna, ale mroczna w inny... nietuzinkowy sposób. Mroku nie powodują działania mordercy, a niewiadoma dotycząca przeszłości głównego bohatera. Jego problemy emocjonalne i psychiczne. Powieść Tangena nie wbija w fotel, nie powoduje ciarek, ale wprowadza w stan dziwnego otępienia i niepokoju, a więc bez wątpienia wpływa na czytelnika. Bohaterowie jego powieści to ludzie, którzy od razu kojarzą się z zagrożeniem i brakiem poczucia bezpieczeństwa. I może właśnie dlatego ta książka wywołuje w czytelniku takie emocje. Drobną wadą pozostaje także brak ścisłości, realności w opisywaniu wydarzeń chociażby na miejscu zbrodni... to powoduje zgrzyty podczas lektury. Autor tłumaczy się z tego pod koniec książki tłumacząc, że beletrystyka rządzi się własnymi prawami... mimo to: lekki niesmak pozostał.

Fabuła "Maestro" nie porywa, a jednak naprawdę angażuje czytelnika w czytaną treść. Tangenowi brakuje jeszcze trochę lekkości, aby czytelnik mógł po słowach po prostu się prześlizgiwać. Gdzieś zabrakło płynności, czegoś było za dużo, czegoś za mało. Historia Viljira i tajemniczego mordercy to mimo to ciekawa, dobrze napisana i skonstruowana książka. Czy to była odprężająca lektura? Z pewnością nie! Ale czy zaskakująca... hm... wszystko zależy od poziomu zaznajomienia się z literaturą kryminalną. Pogubiony główny bohater, znajdująca się na lekkim życiowym zakręcie śledcza... w powieści Tangena dużo jest mroku, ale czy dzięki temu ta powieść zyskuje? Niekoniecznie. Poprawna, ciekawa, dobra... do przeczytania w jeden wieczór. Prozie np. Baldacciego ("W pułapce pamięci" i "Ostatnia mila") nie dorównuje. 

Moja ocena: 7/10 

sobota, 22 kwietnia 2017

(618) Słoneczne miasto


Tytuł: Słoneczne miasto
Autor: Tove Jansson 
Wydawnictwo Marginesy
Stron 304

Nigdy nie byłam fanką Muminków. Nigdy nie polubiłam wersji telewizyjnej tej historii, więc na wersję książkową... w moim życiu już miejsca zabrakło. Należy oczywiście dodać do tego fakt, że przez bardzo długi czas nie potrafiłam czytać płynnie. Miałam idealne zadatki na analfabetkę. A kiedy wreszcie nauczyłam się, że „l” i „a” w połączeniu nie daje „lu” tylko „la”... sięgnęłam po „Anię z Zielonego Wzgórza” i przeczytałam wszystkie tomy. Tak oto w wieku ośmiu lat z dziecka niepotrafiącego czytać stałam się dzieckiem książki... wręcz połykającym. Potem jednak już nigdy nie zabrałam się za literaturę dziecięcą lub przynajmniej tą skierowaną do najmłodszych czytelników. I choć staram się nadrabiać te zaległości... nie zawsze się to udaje. Tove Jansson, mamę Muminków poznaję jednak od pewnego czasu od strony literatury jej autorstwa skierowanej do dorosłych czytelników. Po lekturze zbiorów opowiadań „Wiadomość” i „Córka rzeźbiarza” nadeszła pora na dwie powieści Jansson - „Słoneczne miasto” opublikowane w Polsce po raz pierwszy oraz „Kamienne pole”. 

„Słoneczne miasto” to powieść o starości, starzeniu się, przemijającej młodości inspirowana wizytą Jansson w pewnym bardzo spokojnym miasteczku. Zachwyca od pierwszych stron literackim kunsztem, dokładnością, barwnością i plastycznością opisów... a jakie jest tak naprawdę tytułowe miasto? 

„(...) W Saint Petersburgu pracuje więcej fryzjerów niż gdziekolwiek indziej, specjalizują się oni w układaniu drobnych puszystych oków z cienkich białych włosów. Setki starszych pań wędrują pod palmami z białymi kędzierzawymi głowami, panów jest tu niewielu. W pensjonacie każdy albo ma swój pokój, albo dzieli go z drugą osobą, niektórzy mieszkają w tym jednostajnym klimacie tylko przez chwilę, ale większość przez cały czas, który im pozostał. Nikt nie choruje, to znaczy nie obłożnie, takie rzeczy załatwiane są niesłychanie szybko przez karetki, te zaś nigdy nie jeżdżą na sygnale. (…) Wiele sklepików oferuje aparaty słuchowe i inne udogodnienia, na każdym rogu anonsuje się w jasnych, wesołych barwach natychmiastowy pomiar ciśnienia, wszelkie informacje na temat emerytur czy kremacji, a także udzielanie porad prawnych. Ponadto dołożono starań, by oferta wzorów robótek na drutach,gier planszowych, materiałów do wyrobów broszek i tym podobnych była jak najbogatsza, a obsługa przyjazna i pomocna.”. Tove Jansson, "Słoneczne miasto"

To cytat, który zaczyna się już w połowie pierwszej strony... wprowadzając bardzo szybko czytelnika w klimat powieści. Nieśpiesznej, a przy tym niezwykle inteligentnej, w której z pozoru nic nie znaczące zdania noszą za sobą dużą dawkę życiowej mądrości. Tove Jansson stworzyła całą gamę bohaterów... Pani Morris, pani Peabody, specyficzny pan Thompson i wielu innych... różnorodność świata i ludzi ukazana za sprawą kilku emerytów siedzących na werandzie jednego z domów spokojnej starości, na bujanych fotelach. Tą spokojną idyllę czasami burzą jednak wydarzenia, które wstrząsają chociaż na pewien czas bohaterami... śmierć pensjonariuszy, kwestia pustego fotela bujanego, słowne utarczki, przyjazd nowego mieszkańca. 

Akcja toczy się w aurze oczekiwania na wielki, coroczny bal, który wyznacza w pewien sposób czas życia bohaterów. Jemu także towarzyszą barwne opisy, w pamięć zapada ostrzeżenie, że każdy tańczy na własną odpowiedzialność, pielęgniarka czekająca w holu... Tove Jansson wprowadziła do swojej książki kontrast. W świecie pełnym emerytów swoje miejsce znajduje także dwójka młodych ludzi – piękna pokojówka i jeżdżący na motorze Joe. Oni obaj, razem wkraczają dopiero w dorosłość w pełnym tego słowa pojęciu... Pensjonariusze dzielnie im się przyglądają, próbują przekazać swoją życiową wiedzę, jednak w rezultacie i tak trzeba wszystko przeżyć na własnej skórze. 

Słoneczne miasto” to krótka, słodko – gorzka historia o przemijaniu, samotności, poczuciu odosobnienia, ale także o młodości i jej ulotności... Mimo, że nie brak w niej ironii prowadzi do smutnych wniosków, zmusza do myślenia o przemijaniu, kruchości międzyludzkich relacji i niesie ze sobą silny ładunek emocjonalny. Jansson napisała powieść, której lektura, nie dość, że stanowi wyśmienitą ucztę literacką... to jeszcze pozostawia w czytelniku ślad. Historia grupki emerytów, relacji między nimi niesie za sobą uniwersalną myśl o zależnościach rządzącym światem, to paleta charakterów, zachowań... i marzeń.  Jansson pokazuje, że jest prawdziwą mistrzynią słowa, a czytanie tak dopracowanej historii... stanowi przyjemność. „Słoneczne miasto” przypadnie jednak do gustu przede wszystkim myślicielom, fascynatom literatury poruszającej i zmuszającej do refleksji, prozy bardzo dojrzałej i nieśpiesznej, w której brak pełnej zwrotów i szybkiej akcji... historii, której główną mocą są niuanse.
Moja ocena: 8/10


* * * 

Druga powieść z tego zbioru, czyli „Kamienne pole” to historia, której głównym bohaterem także jest emeryt, Jonasz. Bohater będąc na emeryturze podjął się napisana biografii niejakiego Igreka. Szybko dopada go niemoc twórcza, a doszukiwanie się coraz to nowych powodów, aby odkładać tę pracę na jak najpóźniejszą porę... nie pomaga. Zbiera jednak nadal materiały. Problem w tym, że uważa, że o Igreku nie można napisać niczego ciekawego. Tymczasem postanawia wyjechać z dwoma dorosłymi już córkami na wakacje. Te dbają o niego, jednak on cały czas nie wykazuje za grosz zainteresowania ich życiem... czy też wdzięczności. 

Nawet w tak zatwardziałym i pewnym siebie człowieku jak Jonasz pojawia się jednak chwila zastanowienia nad samym sobą. Emeryt zaczyna wspominać swoje życie, przypomina sobie niewygodne fakty i zaczyna dostrzegać jak bardzo przez lata był oddalony od córek. Brak bliższych relacji z nimi wczoraj jak i dziś prowadzi go do bolesnego rozrachunku z samym sobą. Nagle zaczyna dostrzegać, jak często uciekał od prawdziwego życia – córek, domu w świat słów... 

„Kamienne pole” to bardzo krótka historia twórczej niemocy, słów, które przejmują kontrolę nad ludzkim życiem. Powieść o braku międzyludzkich relacji, straconych szansach i rozbitej rodzinie. Silne rysy charakterologiczne bohaterów udowadniają, że w powieściach Jonsson to właśnie ludzie są najważniejsi. To historia pozbawiona banalności i obłudy. Relacje w rodzinie Jonasza choć trudne... w pewnym momencie stają się bardzo szczere, często bolesne, a jednak wreszcie są prawdziwe i silne emocjonalnie. W tym fragmentarycznym przedstawieniu losów Jonasza autorka wykazała się bardzo dobrym stylem i umiejętnością rozłożenia akcentów. Było nie tylko dobrze literacko, ale także interesująco...

Moja ocena: 8/10

wtorek, 18 kwietnia 2017

(617) Ironia losu


Tytuł: Ironia losu
Autor: Katarzyna Misiołek
Wydawnictwo Muza
Stron 415

Literatura kobieca, polska literatura kobieca rzadko bywa tak świeża i przejmująca jak "Ironia losu" Katarzyny Misiołek.
Sięgając po tę książkę starałam się zapomnieć, że jej autorką jest Polka... i to się udawało! Autorka reprezentuje najlepszy poziom literatury kobiecej, choć sama "Ironia losu" posiada niejedno odniesienie do polskiej rzeczywistości. "Ironia losu" jest niebanalna, zaskakująca i wstrząsająca, choć opowiada o tym co dzieje się non stop. Zdrady, niewierność, rozpadające się małżeństwa przez chęć przeżycia krótkiej, nic nieznaczącej historii... Katarzyna Misiołek opowiada o różnych postawach ludzkich, często bez ich jednoznacznego oceniania . Prawdopodobnie to własnie brak czarno – białego obrazu sprawia, że "Ironia losu" jest tak poruszającą pozycją. 

Marzena ma kochającego męża, dom, dobrą pracę i życzliwych ludzi wokół siebie. Jest szczęśliwa w życiu, które prowadzi. Sielankowa rzeczywistość, wracający po pracy mąż, którego kocha... wspólne kolacje, obiady, wyjścia, seks...  w pewnym momencie Marzenie zaczyna się wydawać, że to za mało i wdaje się w romans z młodszym od siebie Jackiem. Zakazany związek wymaga jednak od niej kolejnych  kłamstw, myśli o seksie z Jackiem stają się coraz nachalniejsze (bo przecież nie ma tutaj mowy o żadnym uczuciu) i powodują, że Marzena regularnie, stopniowo, krok po kroku traci relacje z najbliższymi. Czytelnik poznaje Marzenę, gdy ta tkwi w tym po uszy... bynajmniej nie z zakochania.

Mąż niczego nie podejrzewa, ale kochanek robi się nachalny, toksyczny, wydzwania do Marzeny, choć wie ile wyjście prawdy na jaw mogłoby ją kosztować.  Mówi, że jest zakochany w Marzenie... ale czy właśnie tak wygląda miłość? Sieć kłamstw i intryg męczy Marzenę – burzy jej sielankowe życie i przyprawia je nie tylko o adrenalinę. I choć Marzena chce skończyć ten układ oparty jedynie na seksie, który może zabrać jej wszystko... za każdym razem telefon od Jacka sprawia, że myśli o erotycznej rozkoszy przeżytej z kochankiem, o jego dłoniach na jej gołym ciele... i biegnie do niego. Po raz kolejny w podskokach. Dopiero potem przychodzi refleksja, a łańcuszek wydarzeń doprowadza do niespodziewanych wydarzeń. 

Ukazanie zdrady z perspektywy kobiecej to zabieg po który w ostatnim czasie sięga coraz większa ilość polskich pisarek. To taki głos wołąjący, że kobiety także zdradzają i są paradoksalnie bardzo często oceniane surowiej niż mężczyźni. Warto także spojrzeć na aspekt tego czy mężczyźni zdrady wybaczają? Zraniona duma, z reguły mniejsze przywiązanie emocjonalne sprawiają, że bywają niemiłosierni, obcesowi. Manifestują swój ból i zaskoczenie afrontem ze strony ukochanej w inny niż kobiety sposób. W powieści Katarzyny Misiołek główna bohaterka wręcz fanatycznie przesiaduje na forum o zdrady... dzięki temu czytelnik razem z nią poznaje historię niejednej zdrady. Większość z perspektywy kobiecej, które raz zdradzają, a raz są zdradzane. Każdej tej historii towarzyszą jednak inne motywacje, sytuacje i emocje. 

Marzena to zwykła bohaterka, której zachowanie nie jest jednak jednoznaczne. Czy możemy mówić o jej ocenianiu? Ona sama bardzo często ocenia się surowo, choć bywa także zaślepiona często zwalając całą winę i odpowiedzialność na kochanka. Zdaje się zapominać, że nie jet trzymana w tym układzie zniewolona. Brnie w to jednak dalej, gwałtownie reaguje na każdą, choćby najmniejszą krytykę ze strony siostry, przyjaciółki. Katarzyna Misiołek w dużej mierze ogranicza życie Marzeny do aspektu jej romansu i dylematu z nim związanego, co obrazuje jak wielką rysę na jej życiu stanowi. 

"Ironia losu" nie jest książką jednego bohatera, choć to Marzena i jej emocje grają w niej pierwze skrzypce. Wyrazisty jest jednak także świat emocji wokół niej: trudność w radzeniu sobie z dziećmi, plotkowanie, nieżyczliwość, samotność, choroby, rozstania i wreszcie społeczny ostracyzm. Ważna jest postać jej męża, Huberta. Podczas trwania jej romansu, a także wtedy, gdy się o nim dowiaduje... postawa zaskakująca, wywociekawym zwrotom akcji autorce udało się wystrzec schematyczności i banalności, a "Ironia losu" wyróżnia się na rynku wydawniczym i co najważniejsze: zostawia w czytelniczkach swój ślad. W pewnym momencie zapierająca dech w piersi, choć może niekiedy już nużąca dwulicowością Marzeny i jej spotkaniami z kochankiem... trzyma poziom. Naprawdę dobra polska literatura kobiecałująca w czytelniku zawód. Bo choć wiadomo, że wszystko zmierza ku wiadomemu zakończeniu – czytelnik cały czas ma nadzieję i choć nie identyfikuje się, nie zgadza z wszystkimi wyborami Marzeny – trzyma za nią kciuki. 

Historia Marzeny to historia, która staje się udziałem wielu kobiet. Dobrze, płynnie napisana, wciągająca, angażująca czytelniczki. Z wyrazistymi bohaterami, dobrze oddanymi realiami społecznymi i ciekawym portretem głównej bohaterki. Dzięki kilku ciekawym zwrotom akcji "Ironia losu" nie trąci schematycznością ani banalnością. Książka Misiołek zdecydowanie wyróżnia się na polskim rynku wydawniczym - fabułą, stylem, i wykonaniem. To naprawdę dobrze napisana, mądra literatura kobieca, która jednak nie ma za zadanie moralizować... a poruszać.

Moja ocena: 8/10

środa, 12 kwietnia 2017

(616) Bliskie kraje


Tytuł: Bliskie kraje
Autor: Julia Fiedorczuk
Wydawnictwo Marginesy
Stron 288

"Tajemnica zaczyna się tam, gdzie dotyka się czegoś, co jest już poza językiem, poza wszelką racjonalnością, po stronie mroku, jak "pępek snu", o którym pisał Freud w "Objaśnianiu marzeń sennych". To właśnie z tego ukrytego miejsca opowieść czerpie energię, stamtąd wyrasta jak roślinny pęd albo, jeśli trzymać się metafory Freuda, "jak grzyb ze swojej grzybni". Nie ma dużej różnicy między opowiadaniem a słuchaniem, w obu wypadkach zbliżamy się do tego mrocznego miejsca, oswajamy je, doświadczamy trwogi i zachwytu, smutku i radości, stajemy się sobą.Według badacza mózgu i świadomości Antonia Damasia istniejemy jako byty mentalne tylko dzięki pierwotnym opowieściom i tylko w nich. Jak muzyka, która istnieje tylko wtedy, kiedy trwa."

Julia Fiedorczuk, "Bliskie kraje"

"Bliskie kraje" to zbiór 22 opowiadań Julii Fiedorczuk, autorki "Nieważkości" nominowanej do nagrody Nike. Julia Fiedorczuk w "Nieważkości" skupiła się na opisaniu ulotności, dojrzewania, kobiecej psychiki i zwykłych ludzkich problemów. Nie ma w niej jednak miejsca na happy endy i szczęśliwe momenty... świat jest brutalny, świat jest prawdziwy, a kobiety próbują znaleźć w nim miejsce dla siebie – ich osobiste historie są jednak mało znaczące. Większego wymiaru nabierają dopiero przez ich połączenie. I piszę o tym wszystkim nie tylko dlatego, że "Nieważkość" była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Fiedorczuk... W "Bliskich krajach" – jej kolejnym utworze widać bowiem echa "Nieważkości". Uważny czytelnik podczas lektury "Bliskich krajów" dojrzy w nich pararelę do historii i bohaterów przedstawionych w "Nieważkości" – delikatne, epizodyczne, a jednak tworzące pomost pomiędzy poszczególnymi utworami Fiedorczuk. I tak pojawi się wątek bezdomnej Ewy oraz Zuzanny, która wyjeżdża zafascynowana pracami młodego, niepełnosprawnego artysty...

Pierwsze skrzypce w utworach Fiedorczuk grają kobiety – młode i stare, biedne i bogate. Polska pisarka przedstawia czytelnikom zaledwie urywki ich życia, często wyrwane z kontekstu, a ze sobą powiązane jedynie emocjami. Z tych skrawków – pozornie zupełnie różnych wyłania się historia ulotności. W czytelniku pojawia się świadomość, która nie towarzyszy mu codziennie, a której przebłyski pojawiają się jedynie od czasu do czasu. Świadomość odrębności ludzkich bytów. Świadomość, że każdy człowiek mijany przez nas na ulicy posiada własną historię... wbrew pozorom nie jest jedynie tą chwilą, w której rozmawia przez telefon, pyta o godzinę, sprawdza rozkład jazdy autobusów, przepycha się obok nas w autobusie. Wokół niego istnieje także sfera przeszłości, przyszłości oraz teraźniejszości, w której prawdopodobnie my jesteśmy jedynie epizodem. 

Kobieta zakładająca nielegalny ogród na ostatnim piętrze warszawskiego bloku, mężczyzna składający ponad tysiąc żurawi i tym samym ratujący komuś życie, pogubiona kobieta, która cały czas szuka miejsca dla siebie... zagubiona i pogubiona pragnie zacząć wszystko od nowa lub zakończyć. Mała dziewczynka wyrusza w swoją pierwszą podróż mentalną i musi zmierzyć się z egoistycznym życzeniem, które wypowiedziała... obawia się, że popełniła grzech przeciwko grawitacji. Sekretarka zmarłego pisarza wchłania jego tożsamość i wykorzystuje jego życie dla własnych celów, punkowa poetka spotyka się z niepozorną kobietą, a potem staje się gwiazdą serialu telewizyjnego. A to tylko niektóre z historii przedstawionych w zbiorze Fiedorczuk – proste, a jednocześnie mocne i wyraziste

Opowiadania o inności, obcości i samotności wśród ludzi. Mimo bliskości drugiego człowieka – mentalność, zdolność odczuwania i wrażliwość bywa niekiedy bardzo daleka i niezsynchronizowana potrafi wyrządzić więcej złego niż dobrego. Bohaterki prozy Fiedorczuk przechodzą życiowe inicjacje – w relacji z Bogiem, drugim człowiekiem i przede wszystkim naturą, która odgrywa ważną rolę w opowiadaniach ze zbioru "Bliskie kraje". Degradacja naturalnego środowiska, wojny i kryzys ekologicznym stają się odzwierciedleniem moralnego upadku społeczeństwa. 

"Bliskie kraje" - zbiór elektryzujących, magicznych i wyrazistych opowiadań, które poruszają czytelnika do głębi. Ich bohaterowie cały czas poszukują siebie – nie tylko własnej drogi życiowej, ale przede wszystkim prawdy o samym sobie. Ucieczką mogą stać się żurawie, wycieczki, literatura, modlitwa... droga jest jednak zawsze długa i kręta. Świat przyrody przenikający się ze światem ludzkim rodzi wrażenie niepokoju, lęku i ciemności... przyprawia o szybsze bicie serce. Julia Fiedorczuk po raz kolejny wykazała się wirtuozerią języka. Stworzyła opowiadania po których lekturze w człowieku zostają nie tyle ludzkie historie, co emocje towarzyszące ich czytaniu... Moc literatury, moc słowa pisanego i świat ludzkich emocji, problemów. Choć nie chodzi tu nawet o "moc" problemów, co po prostu o zwykłą szarość ludzkiej egzystencji, która składa się z większych i mniejszych radości i smutków. Julia Fiedorczuk stworzyła hipnotyzującą prozę o wychodzeniu z własnych stref bezpieczeństwa, o zderzaniu się z rzeczywistością, która lubi zadawać ciosy. Ciekawa, oryginalna pozycja!

Moja ocena: 7/10

wtorek, 11 kwietnia 2017

(615) Córeczka


Tytuł: Córeczka
Autor: Anna Snoekstra
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 272

"Córeczka" to powieściowy debiut Anny Snoekstry, która po ukończeniu studiów zaczęła pisać scenariusze do niezależnych produkcji filmowych i teatralnych, a także reżyserować videoklipy. "Córeczka" to zaskakujący thriller, który przyprawia czytelnika o gęsią skórkę, budzi niepokój, silnie angażuje w opowiedzianą historię i porywa. Nie tylko większa niż normalnie czcionka oraz stosunkowa mała ilość stron decyduje o tym, że "Córeczka" jest książką na jeden wieczór. Wartka historia, dynamizm akcji jak i postaci głównej bohaterki sprawia, że spokój czytelnika z każdą kolejną stroną ulega zaburzeniu... Zupełnie wbrew sobie w pewnym momencie miałam cichą nadzieję, że "Córeczka" okaże się po prostu historią obyczajową z dziwnym i trudnym początkiem, ale nic z tego! Anna Snoekstra przez pierwsze strony po prostu mobilizuje siły do finalnego uderzenia. Niezaprzeczalnie świetnego i niesamowicie zaskakującego! "Córeczka" nie jest z początku książką tak zaskakującą i to właśnie zakończenie decyduje o końcowej ocenie... I tu muszę zaznaczyć, że nawet 30 min przed skończeniem lektury "Córeczki" nie wiedziałam, że wywrze na mnie tak wielkie wrażenie. Było super, było ciekawie, było zaskakująco... ale nie było tego efektu "wow!". A pod koniec? Pełny zachwyt, wielkie wow i pełne oderwanie od rzeczywistości – w tak dużym stopniu, że człowiek zamyka się w świecie literatury... a każde wyrwanie z niego: budzi lęk i przestrach. 

Główna bohaterka "Córeczki" kilka lat żyła na ulicy. Gdy pewnego dnia po próbie kradzieży trafia na komisariat przypomina sobie o programie o zaginionych, który kiedyś oglądała. To właśnie wtedy dojrzała swoje podobieństwo do zaginionej przed laty Rebeki Winter. Postanawia przygarnąć sobie jej tożsamość i tym samym uniknąć kary więzienia za błędy młodości. Przejmuje nie tylko jej tożsamość, ale także życie – śpi w jej łóżku, nosi jej rzeczy, przytula się do jej mamy... zaczyna odgrywać rolę kochającej córki i siostry. Jednak to nie zmienia faktu, że tak naprawdę nie wie jak wyglądało życie Rebeki w rzeczywistości – czytelnicy za to będą mieli szansę poznać choć jego małe fragmenty, ale nic nie będzie zapowiadało tak wielkiej i mrożącej krew w żyłach tajemnicy. Główna bohaterka zbyt późno zrozumie, że nie tylko ona jest pozbawioną skrupułów oszustką, a zaginięcie Rebeki ma drugie dno... nim do tego dojdzie będzie musiała poradzić sobie z wieloma trudnościami w celu podtrzymania swojej tożsamości. Z pozoru radości bliźniacy, młodsze rodzeństwo Rebeki (w dniu "powrotu" prawdziwa Rebeka ma 27 lat) powrót zaginionej przed laty siostry przyjmują z lekkim niedowierzaniem. Przyjaciółka Rebeki, Lizzie, która znała ją dobrze jak nikt inny zauważa jej dziwne zachowanie... dziewczyna wydaje jej się inna, ale może to po prostu kwestia tego, że ma do czynienia z dorosłą – prawie trzydziestoletnią kobietą, a nie z niespełna siedemnastolatką, która dla rozrywki kradnie sukienki ze sklepów? Pozostaje jeszcze śledczy Andropolis, któremu sprawa zaginięcia Rebeki od lat nie daje spokoju... 

"Córeczka" nie zachwyciła mnie od pierwszej strony... często miałam wrażenie jakiś nieścisłości, nierealności przedstawionych sytuacji... Pod koniec okazało się jednak, że to wszystko to były zamierzone działania autorki, które tworzyły część misternie skonstruowanej fabuły, a nie były potknięciem – jak przypuszczałam. Akcja debiutu Snoekstry toczy się szybko i intensywnie, a jednak w pewnym momencie miałam wrażenie, że możemy dojść do nieprzewidywalnego happy endu... Nic z tych rzeczy. Tu cisza i spokój jest tylko pozorna. W końcu to thriller - nietypowy, może nie taki "stricte", ale naprawdę dobry!

Thriller z bardzo dobrze zarysowanymi portretami bohaterów. Postacie z jednej strony są takie oczywiste, przewidywalne, czasami banalne, a z czasem okazuje się, że one wszystkie są tak naprawdę bardzo niejednoznaczne i zagadkowe. Czarno – biała nie jest także kreacja głównej bohaterki, która wciela się w Rebekę, ale także samej... prawdziwej Bec. Ich historie czytelnik poznaje dwutorowo, a jednak zagadka dotycząca tego co tak naprawdę stało się z Bec wychodzi na jaw dopiero pod koniec książki, choć nawet temu... towarzyszy niejeden zwrot akcji. Autorka nagle przyśpiesza i zaczyna się szalona jazda! Główna bohaterka, choć z pozoru wydaje się do szpiku zepsuta (zresztą rzeczy, których czytelnik dowiaduje się o niej w trakcie mogłyby tę opinię tylko potwierdzać), bardzo szybko staje się odbiorcy bliska. Czytelnik podczas czytania czuje lęk.. nie tylko o to jak rozwinie się akcja, ale także jak skończy główna bohaterka.

"Córeczka" jest powieścią, która przyprawia o szybsze bicie serce. Jest zaskakująca, budzi delikatny lęk... Anna Snoekstra napisała rewelacyjną książkę, w której bardzo dobrze rozłożyła naciski między tym co było, a tym co dzieje się w książce obecnie. Wywodzi w pole nie tylko główną bohaterkę, ale także samego czytelnika, który w pewnym momencie traci czujność, a kiedy już ją odzyskuje... ciśnienie wzrasta! Thriller Snoekstry posiada nutę zabarwienia psychologicznego, które najwyraźniej ujawnia się pod koniec, jednak także wcześniej (czytelnik orientuje się dopiero po zakończeniu / pod koniec lektury) pojawiają się poszlaki o tym świadczące. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrego thrillera z rodzinnymi tajemnicami, sekretami, mrocznymi obliczami drugiego człowieka. Anna Snoekstra napisała niesamowicie WYRAZISTĄ książkę, w której nic nie jest mdłe, wszystko ma znaczenie, a ludzkie portrety są barwne i różnorodne. "Córeczka" jest utworem w którym podoba mi się dosłownie wszystko! Zaczyna się dosyć niepozornie, ale potem... prawdziwa petarda

Moja ocena: 9.5/10

niedziela, 9 kwietnia 2017

(614) Fachowiec


Tytuł: Fachowiec
Autor: Joseph Finder
Wydawnictwo: Sonia Draga
Stron: 326

"Jestem tylko facetem, który chce wiedzieć, jak się dana historia kończy." 

Joseph Finder, "Fachowiec" 

Dziennikarz śledczy Rick Hoffman traci pracę, odchodzi od niego narzeczona, z kłopotami finansowymi nagle znajduje się bez dachu nad głową. Jedyne wyjście jakie mu pozostaje to wprowadzić się do domu, w którym spędził dzieciństwo i młodość, a który stoi pusty, odkąd jego ojciec przed laty doznał udaru i trafił do domu specjalnej opieki..., a jego jedynymi mieszkańcami od czasu do czasu stają się narkomani i ludzie z półświatka. Dom niszczeje. Dziennikarz próbując naprawić choć najdrobniejsze usterki, na zrujnowanym poddaszu znajduje ponad trzy miliony dolarów. Pieniądze, które pozwoliłyby mu na dostatni i spokojny byt do końca życia... Nikt nie musiałby się dowiedzieć, że je odnalazł (w końcu miało to miejsce na jego własnej posesji), ale Rick zaczyna drążyć. Jest zdeterminowany, żeby dowiedzieć się skąd jego ojciec miał tyle pieniędzy... Jest tylko jedna osoba, która zna całą prawdę, a jest nią właśnie ojciec Ricka. Mężczyzna, który od dwudziestu lat nie powiedział ani słowa.  Główny bohater, gdy po raz pierwszy zostaje porwany i na swojej ręce czuje ostrze piły mechanicznej nie kieruje się instynktem i nie ucieka, gdzie pieprz rośnie... po prostu zmienia hotele, samochody, choć wie, że każdy jego krok jest obserwowany. Jeden z tych "złych" w pewnym momencie pyta go dlaczego to robi... on odpowiada, że chce znać zakończenie tej historii. I oczywiście możemy zakładać, że w tamtym momencie chce po prostu dojść do sprawiedliwości. Ale w pierwszej chwili? Jednego dnia wydaje ok. 15 tys. dolarów, nie myśli o tzw. wyższych celach... więc co nim kieruje? Ciekawość? Chęć odkrycia sensacji? Bo przecież nie troska o ojca, którego jak się z czasem dowiaduje nigdy nie znał, nie rozumiał i przede wszystkim nie doceniał. 

Rick Hoffman rozmawia z kolejnymi ludźmi, poznaje coraz to nowe fragmenty układanki. Znajduje się w dużym niebezpieczeństwie i jest tego świadom, a jednak cały czas węszy... Delikatnego smaczki tej powieści dodaje fakt, że akcja ma miejsce w Bostonie. O jego gangsterskim i kryminalnym obliczu słyszał już chyba każdy... przekręty finansowe, molestowanie dzieci przez księży i ukrywanie tego przez kardynała, morderstwa, porachunki gangów. I to właśnie w tej otoczce, przed dwudziestoma laty rozegrała się historia, którą pragnie poznać Rick. Historia, którą wpływowi ludzie pragną ukryć nawet dzisiaj – są gotowi zapłacić za milczenie duże pieniądze... lub w wypadku jego braku: zabić. 

"Fachowiec" to fikcja literacka stworzona przez Josepha Findera, autora "Paranoi". Tym samym moje pierwsze spotkanie z jego twórczością... i muszę przyznać, że to było bardzo udane spotkanie, ale nie zachwycające. Widzicie – fikcja oznacza, że autor może dowolnie kierować akcją, wikłać ją..., a mnie poziom jej zawikłania czy choćby ukazanie relacji między bohaterami nie zawsze odpowiadał. W ogóle należałoby zacząć od tego, że momentami miałam naprawdę duży problem z zaakceptowaniem zachowania głównego bohatera, który niekiedy zachowywał się po prostu głupio. 

Joseph Finder napisał wciągający thriller. Dobry także pod względem językowym. Skupił się przede wszystkim na procesie dochodzenia do prawdy przez głównego bohatera. Wątki obyczajowe i międzyludzkie zostały ograniczone prawie do minimum. Pojawiły się jedynie zalążki kwestii dotykającej tego co Rick wiedział o swoim ojcu, a jaki ten był naprawdę... zabrakło mi pogłębienia tego wątku, który wzbogaciłby "Fachowca" o strukturę psychologiczną. Kreacje bohaterów w książce Josepha Findera nie zachwycają, a jedynie opierają się na kontraście: dobry i zły. Świat w "Fachowcu" jest czarno – biały i przez to dosyć przewidywalny... A może po prostu autor stwierdził, że to dobrze, żeby czytelnik był bystrzejszy od bohatera? 

"Fachowiec" to książka niezaprzeczalnie wciągająca, która porywa do swojego świata na kilka godzin. Jej fabuła przy tym jest bardzo "grzeczna" i poprawna, a bohater ma bardzo często problemy z instynktem samozachowawczym. Gra toczy się na najwyższych szczeblach władzy, prawie wszyscy mają coś do ukrycia, ale mimo to nie budzi w czytelniku wielkiego napięcia podczas lektury. Trzeba sobie powiedzieć wprost: Joseph Finder nie wymyślił niczego nowego, nie zastosował żadnej nowej konfiguracji fabularnej, a jednak w tym braku oryginalności napisał naprawdę dobrą książkę z historią, która angażuje czytelnika. Finder zaprezentował na tyle dobry poziom, że zamierzam sięgnąć po inne powieści jego autorstwa. 

Moja ocena: 7/10 Bardzo dobra!

sobota, 1 kwietnia 2017

(613) Szyfr, muzeum i sykomora - czyli gdzie jest skarb prapradziadka


Tytuł: Szyfr, muzeum i sykomora - czyli gdzie jest skarb prapradziadka 
Autor: Robert M. Rynkowski
Wydawnictwo Petrus
Stron 172

"Kara, ale jesteś pewna, że będziemy miały co robić przez całe wakacje? Może..." 

Robert M. Rynkowski, "Szyfr, muzeum i sykomora - czyli gdzie jest skarb prapradziadka "

Robert Mikołaj Rynkowski to doktor teologii dogmatycznej. Autor dwóch książek teologicznych: "Każdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii" oraz "Zrozumieć wiarę. Niecodzienne rozmowy z Bogiem". Obie te pozycje miałam okazję przeczytać. To erudycyjne i dopracowane książki, w których autor wykazuje się swoją bogatą wiedzą teologiczną. "Szyfr, muzeum i sykomora..." to jednak książka niezaprzeczalnie inna! Lekka, przyjemna, wciągająca pozycja skierowana szczególnie do młodszych czytelników – takich 10 – 13 latków. Poznałam pisarskie umiejętności p. Rynkowskiego z zupełnie innej strony – tym razem już nie ze strony dogmatów wiary, relacji z Bogiem, a ze strony młodzieńczej, wręcz dziecięcej mentalności i przygód w gronie przyjaciół. "Szyfr, muzeum..." nie jest pozycją idealną, ale zasługuje na uwagę. To ciekawe połączenie intrygi, zagadki kryminalnej i wakacyjnej przygody, gdzie miejsce dla siebie... znalazła nawet Alicja z Krainy Czarów. 

Aneta i Karolina są szkolnymi przyjaciółkami. Ich wspólne wakacje nie mają jednak do końca wyglądać jakby tego pragnęły. Mają spędzić dwa miesiące na wsi, na Suwalszczyźnie, w domu prapradziadka Karoliny. Wbrew obawom Anety nie grozi im śmierć z nudów, ponieważ okazuje się, że prapradziadek Karoliny przed laty ukrył gdzieś skarb. Dziewczyny zaczynają przeglądać stare dokumenty, listy, księgi rachunkowe... zadanie okazuje się jednak trudniejsze niż myślały, a zagadka goni zagadkę. Wątki historyczne mieszają się z tymi teologicznymi (w umiarkowanych ilościach), a odkrycie tajemnicy skarbu prapradziadka staje się coraz trudniejsze... i niebezpieczniejsze. Nagle zagrożenie zdaje się czyhać z każdej strony, a wyprawy nad jezioro przestają być tak beztroskie jak wcześniej.

"Szyfr, muzeum i sykomora..." to książka, która nie porywa od pierwszych stron. Co więcej... wydaje się być napisana z początku bardzo nieporadnie, nieskładnie. To wrażenie szybko znika – akcja, język jak i wprowadzanie kolejnych wątków staje się coraz jednostajniejsze. Książka staje się urocza, sympatyczna, ciekawa i wciągająca, choć autor nie wystrzegł się paru niedoróbek, nieskładności czy też po prostu nadmiernej gorliwości... np. w przedstawianiu charakterystycznych cech bohaterów (np. powolności). Nie mniej dobrze poradził sobie z wprowadzaniem kolejnych wątków prowadzących do rozwiązania zagadki, którą można wręcz nazwać dobrze zakrojoną intrygą!

W książce p. Rynkowskiego relacje między bohaterami (choćby te na płaszczyźnie relacji rodzinnych) nie zostały wyraźnie zarysowane. Brakowało mi tego. Autor skupił się na przedstawieniu głównego wątku, czyli tajemnicy zaginionego skarbu. To najwyraźniejszy punkt tej książki – to zrozumiałe, a jednak brakuje w niej trochę tego fundamentu w postaci tego co było chociażby wcześniej. Świat dziecka jest zamknięty, skupiony na sobie i poszczególnych wydarzeniach, ale czy na pewno aż tak? 

Już taką marginalną kwestią (nieodnoszącą się stricte do umiejętności pisarskich p. Rynkowskiego) są literówki. Zbyt zauważalne, w zbyt dużej ilości, aby można przejść obok nich obojętnie. Treść jednak rekompensuje te techniczne niedoróbki, a "Szyfr, muzeum i sykomora..." staje się książką wciągającą, angażująca czytelnika w treść – także tego starszego. Robert Rynkowski stworzył książkę, która z każdą kolejną stroną jest lepsza, bardziej dopracowana i reprezentuje lepszy poziom literacki. Zaskakuje zakończeniem i po prostu wzbudza w czytelniku sympatię. Połączenie tajemnicy, historii, humoru i przyjaźni... ciekawe zestawienie, które ujmie niejednego młodego czytelnika. Czas spędzony przy "Szyfrze...", choć trochę za krótki i czasami zbyt intensywny – był miłym czasem. Dobra robota!

Moja ocena: 7-/10

piątek, 24 marca 2017

(612) Magia olewania


Tytuł: Magia olewania
Autor: Sarah Knight
Wydawnictwo Muza
Stron 206

"Odpowiedz sobie na następujące pytanie: Czy zamiast poczucia winy i obowiązku, nękającego cię niepokoju, nie wolałabyś mieć świadomości mocy, zapału i uwolnienia się od trosk? Byłabyś jak Święty Mikołaj, tyle że zamiast worka zabawek, miałabyś wór z kuponami "na tym mi zależy", które rozdawałabyś na prawo i lewo wszystkim, którzy według ciebie na nie zasługują."

Sarah Knight, "Magia olewania"

"Magia sprzątania" zachwyciła wielu. Dla wielu była ważną pozycją, która w większym lub mniejszym stopniu zmieniła coś w ich życiu. Jedną z takich osób była Sarah Knight, autorka "Magii olewania". Kobieta postanowiła pokazać i nauczyć jak przydatne może być olewanie... i choć stara się cały czas (wręcz uciążliwie) podkreślić, że olewania nie powinno łączyć się z krzywdzeniem drugiego człowieka, to jednak całość wypada dość obcesowo, ironicznie i bezpardonowo, a przy tym banalnie.

Olać... spotkania na których nie ma ochoty się być, opinię innych ludzi, niepotrzebną (naszym zdaniem) papierkową robotę, cotygodniowe zebranie w pracy, wieczór panieński koleżanki, historię kolegi z pracy o jego genialnym dziecku, przejmowanie się pieniędzmi, rzeczami na które nie mamy wpływu. Olać, odpuścić, przestać się przejmować co ktoś o nas pomyśli, niepokoić niewykonanym zadaniem, martwić duperelami, opanować sztukę miłego mówienia "nie", przestać tracić czas na spotkania z ludźmi, z którymi przebywać nie chcemy, nie mamy ochoty, przestać zwracać uwagę na trendy, konwenanse, życiowe ograniczenia... żyć przede wszystkim dla siebie i z myślą o sobie. Jak stać się pozytywnym egoistą, który odpuszcza to co go nie interesuje... i nie ranić przy tym drugiego człowieka. 

"Magia olewania" to poradnik / kurs stopniowego odpuszczania i oczyszczania swojego życia z sytuacji (i ludzi) na które niepotrzebnie tracimy czas. Czas, którego nie mamy. Czas, który chcielibyśmy spędzić w inny – przyjemniejszy sposób. Pozycja Sarah Knight pod żadnym względem nie jest ani przełomowa, ani zaskakująca i szczerze mówiąc myślę, że każdy z nas ma w sobie choć cząstkę zdrowej asertywności... a ta pozycja jest skierowana szczególnie do osób, które nie potrafią odmawiać, odpuszczać, ułożyć swojej listy priorytetów nawet w maleńkim procencie. 

Nie można ominąć w pisaniu recenzji tej książki aspektu, że jest to pozycja odnosząca się do realiów amerykańskich – kultury, tradycji, obyczajowości... Sarah Knight z dnia na dzień postanawia olać pracę w wydawnictwie i stać się wolnym strzelcem, z dnia na dzień postanawia przestać przestrzegać regulaminu dotyczącego ubioru... Czy Polak się na to zdecyduje? Oczywiście, że tacy się znajdą, ale na dłuższą metę – Polak różni się od Amerykanina mentalnością, więc wcielenie co do joty książki "Magii olewania" w życia... mogłoby być w pewnych sferach nawet groźne. 

Poradnik Knight czyta się błyskawicznie – dużo wymienianek, brak ciągłego tekstu, lekki język, łatwo przyswajalna tematyka. "Magia olewania" punktuje jednak szczególnie tym, że autorka wszystkie rady, które zawiera w swojej książce... popiera przykładem z własnego życia. Gorzej, że nachodzi mnie smutna refleksja, że nie chciałabym poznać Knight w rzeczywistości, a gdyby to się stało (zakładając oczywiście, że by mnie nie olała)... jestem pewna, że byśmy się nie polubiły. "Magia olewania" to przyjemna pozycja na jeden wieczór – napisana z dużą dawką ironii i humoru, historii olewania z życia wziętych, której autorka wydaje się być dosyć przemądrzałą i pyszałkowatą osobą. Sarah Knight nie zachwyca zarówno swoim poradnikiem jak i osobowością, ale i to i to może znaleźć swoich fanów... w końcu ogólna myśl jaka płynie z "Magii olewania" wdrążona rozsądnie – może poprawić jakość życia, ale "Magia olewania" podsumowuje jedynie życiową mądrość, którą każdy wcześniej czy później nabywa..., a jeśli tak nie jest... wtedy naprawdę "Magia olewania" będzie dla niego pozycją niezbędną. 

Moja ocena: 6+/10

piątek, 17 marca 2017

(611) Niech od-żyje Cesarz!


Tytuł: Niech od – żyje Cesarz!
Autor: Romain Puertolas
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 365

"Nieraz staramy się upodobnić do innych, myśląc, że ludzie będą nas trochę bardziej lubić, ale się mylimy. Ludzie wolą nas takimi jakimi byliśmy przedtem. Woleli, gdy byliśmy naturalni." 

Romain Puertolas, "Niech od – żyje Cesarz!" 

"Niech od – żyje Cesarz!" to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier 2017 roku. Po pięknej, wręcz baśniowej powieści Puertolasa "O dziewczynce, która połknęła chmurę tak wielką jak wieża Eiffla" nie mogłam doczekać się kolejnej książki jego autorstwa, która pojawi się na polskim rynku wydawniczym. "Niech od – żyje Cesarz!" nie jest jednak na tyle magiczną, niesamowitą i baśniową powieścią jak poprzednia książka autora, a jednak sympatyczną lekturą, która umila czas. Romain Puertolas stworzył kolejną ciepłą, zabawną powieść, w której współczesny świat został ukazany z lekkim przymrużeniem oka. Po raz kolejny udało mu się także ustrzec banalności, choć niektóre wątki jego powieści... wyglądają jak wzięte z kosmosu.

Rybacy odnajdują w lodowatych wodach Morza Północnego zamrożonego Napoleona Bonaparte oraz jego konia. Okazuje się, że Napoleon tak naprawdę wcale nie umarł na Wyspie Świętej Heleny w 1821 roku, a jedynie zapadł w śpiączkę. Przed rozkładem jego i jego konia uratowały lodowate wody Morza Norweskiego. Po rozmrożeniu Napoleon wyrusza na Korsykę, aby tam spędzić czas zasłużonej emerytury. Pomaga mu w tym mieszkaniec wyspy, który rozpoznał w nim wielkiego dowódcę. Po drodze cesarz odkrywa jednak jak wiele przez te niespełna dwieście lat się zmieniło – zakłada swój pierwszy t - shirt (z Shakirą), pije bez umiaru czarnego szampana (czyli coca – colę light) i zachwyca się postępem technologicznym, który jak ciągle mówi na pewno pozwoliłby mu wygrać pod Waterloo. 

Napoleon Bonaparte jako człowiek bardzo inteligentny szybko przyswaja sobie informacje dotyczące polityki i gospodarki. Trafia do Francji krótko po zamachu na rysowników Charlie Hebdo... z pomocą internetu szybko przyswaja sobie informacje, które wiążą się  z takimi słowami jak: ISIS, salafita, szariat, fatwa, dżihadysta. Mimo upływu czasu cały czas wierzy w swoje dowódcze i strategiczne zdolności, a tym samym jest przekonany, że jest w stanie pokonać dżihadystów... w dodatku bez rozlewu krwi. Udaje się do Pałacu Elizejskiego, aby zaoferować swoje usługi prezydentowi Francji. Hollande cieszy się, że wielki dowódca pragnie mu pomóc, a jednak widzi w nim także (z pomocą swoich doradców) zagrożenie dla swojej władzy. Tym samym Napoleon postanawia stworzyć armię i pokonać dżihadystów własnymi siłami..., ale w końcu od czego jest człowiek – guma, tancerki kankana, zamiatacz ulicy i imam? 

Jak już widać po samym opisie fabuły – "Niech od – żyje Cesarz!" to książka lekko zwariowana, ale przy tym niegłupia. Napoleon staje się symbolem społeczeństwa, które nie rozumie dlaczego tylu ludzi ginie w zamachach – po co? To starcie dowódcy, pełnego szlachetnych ideałów z radykalnymi islamistami, którzy nie reprezentują swoją postawą niczego – zabijają ludzi (w tym dzieci) za granie w piłkę nożną, a co robią po "pracy"? Idą pograć w piłkę nożną. "Niech od – żyje Cesarz!" to książka, która przez swego rodzaju niewinność jeszcze wyraźniej pokazuje ogrom cierpienia, które spotyka Francję, a także resztę świata w wyniku zamachów terrorystycznych. 

"Mały Korsykanin zauważył rodzinę siedzącą w piwogródku. Ojciec wraz z dwojgiem dzieci jedli ze wzrokiem wpatrzonym w ekrany swoich smartfonów; matka zdawała się mówić sama do siebie. Wyszłam za mąż za komórkę, myślała sobie pewnie. I urodziły nam się dwie dorodne komóreczki.

Romain Puertolas, "Niech od – żyje Cesarz!"

Książka Puertolasa pozwala spojrzeć na dzisiejszy świat ze wszystkimi jego nowinkami technicznymi z pewnym dystansem. Pozwala pośmiać się ze wszelkich masowych rzeczy i zobaczyć... jak bardzo ludzie i świat się zmieniają. Z tym, że Napoleon w powieści Puertolasa nadąża za tym wszystkim trochę za szybko. Może właśnie przez to autor tak często podkreśla jak inteligentny jest bohater? Nie mniej jeden wątek tej powieści zupełnie jakoś tak mi nie przypadł do gustu, a mowa tu o tym, że choć Napoleon został rozmrożony... to jednak bez swojego penisa (który swoją drogą miał mniej niż trzy centymetry) i w rezultacie podczas scen, w którym czytelnik wie, że dojdzie do seksualnego zbliżenia... Napoleon wydawał się naprawdę jeszcze dziwniejszym bohaterem. Tym bardziej, że częściej w książce Puertolasa kojarzy się z dwudziestoparolatkiem, a nie pięćdziesięcioparolatkiem – wielkim dowódcą, który prawie dwieście lat spędził zamrożony w morzu. Choć przyznaję, że scena w której Napoleon bierze viagrę i stwierdza, że to naprawdę wspaniała epoka... ma w sobie trochę komizmu. 

"Niech od – żyje cesarz" to lekka, zabawna historia, w której autor nie lekceważy problemu jakim są działania tzw. Państwa Islamskiego, ale stara się spojrzeć na nie z pewnym dystansem – z dystansem, który mógłby posiadać tylko człowiek nie z tej epoki. Romain Puertolas napisał książkę, która na swój sposób jest nietuzinkowa i bez wątpienia stanowi przerywnik podczas czytania wszystkich innych pozycji. Zabawna, niegłupia, lekka, ponad warstwą komizmu przekazująca treści na temat ówczesnego świata, ale w porównaniu z poprzednią książką Puertolasa wypada dosyć blado. Nie mniej historia "zmartwychwstałego" Napoleona pozwoliła mi się rozluźnić, a przy tym nie ogłupić, ponieważ została dobrze napisana. 

Moja ocena: 7-/10

poniedziałek, 13 marca 2017

(610) Zimowa miłość


Tytuł: Zimowa miłość
Autor: Elżbieta Rodzeń
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Stron 464

"Przy­padek rządzi po­nad połową naszych działań, a my kieru­jemy resztą." 

Niccolo Machiavelli

Kobieca literatura – szczególnie ta, której ważnym elementem jest miłość bywa trywialna, głupia i banalna. Dlatego też po takie pozycje sięgam rzadko, a jeśli już to częściej po autorki zagraniczne, ponieważ mimo, że w literaturze polskiej czynnikiem pozytywnie wpływającym może być polska mentalność (choć i tu różnie) czy też samo miejsce akcji... i ten potencjał nieczęsto zostaje wykorzystany. "Zimowa miłość" to książka, która skusiła mnie przede wszystkim swoją okładką i opisem zapowiadającym spotkanie miłości po latach. A co z tym, że to książka polskiej autorki? Ze względu na dobrą, niebanalną szatę graficzną... na ten fakt zwróciłam uwagę dopiero, gdy zabrałam się za czytanie. I dobrze, bo mogłabym się niepotrzebnie zniechęcić (i po prostu po tę pozycję nie sięgnąć), a przecież Elżbieta Rodzeń odwaliła kawał dobrej roboty. Wydawnictwo także! Na polskim rynku wydawniczym większość książek literatury kobiecej ma na okładce... kobiety – uśmiechnięte tak lub inaczej, więc "Zimowa miłość" ze swoją okładką wyróżnia się! Natomiast okładka w połączeniu z niebanalną treścią dają czytelniczkom satysfakcjonującą całość. 

Anna jest dyrektorem kliniki chirurgii plastycznej. Jest samotna i skupiona na pracy. Michał jest natomiast laryngologiem, pracuje w szpitalu dziecięcym i ma wspaniały kontakt ze swoimi małymi pacjentami, jak i córeczką. Anna i Michał mieszkają w tym samym mieście, a jednak starają się unikać. Dochodzi jednak do tego, że pojawiają się na tej samej konferencji. Na tym się nie kończy... jedna decyzja doprowadza do lawiny wydarzeń, której nie potrafi powstrzymać nawet ich niepewność we wzajemnych relacjach. Niepewność, która sięga jeszcze wydarzeń sprzed szesnastu lat. Poznali się na pierwszym roku medycyny – oboje porzucili dla studiów swoje pasje. Może to właśnie przez to odnaleźli wspólny język? Stopniowo ich przyjaźń zaczęła przeradzać się w głębsze uczucie. Michał był pewny swoich uczuć, widział swoje życie u boku Anny – małżeństwo, dom, dzieci... Nagle Anna jednak z nim zerwała, nie siląc się nawet na najmniejsze kłamstwo w kwestii tego "dlaczego?". Po prostu odeszła – bez słowa... I Michał dopiero wiele lat później ma szansę poznać odpowiedź na pytanie "dlaczego", jednak czasami na danie pewnych odpowiedzi bywa już za późno. 

Po "Zimową miłość" sięgnęłam z tego samego powodu, z którego myślę większość kobiet sięga po literaturę stricte kobiecą, czyli pragnęłam się rozluźnić... przeczytać pokrzepiającą i dającą nadzieję historię, która najlepiej zakończona happy endem wywoła uśmiech na mojej twarzy. Zatrzymać się jeszcze na chwilę w zimowej aurze, która zostanie jednak otulona ciepłym kokonem miłości – zarówno tej pierwszej, jak i tej powracającej jak bumerang – czasami po miesiącach, a czasami po latach. Książka Elżbiety Rodzeń okazała się jednak być nie tylko pokrzepiająca, ale także zmuszająca do refleksji, bo pokazująca jak wiele człowiek może stracić przez zwykły strach. A może wcale nie tak zwykły, ponieważ paraliżujący, obezwładniający i zmuszający do podjęcia decyzji, które zadają ból. 

Historia przedstawiona w "Zimowej miłości", choć oparta na kanwie spotkania ze starą miłością po latach jest niebanalna, a relacje między bohaterami misternie skonstruowane. Powieść Elżbiety Rodzeń to jedna z tych książek, które czyta się z wypiekami na twarzy, choć autorka utrzymuje niejednorodne tempo akcji. Retrospekcje pozwalają poznać historię początku relacji Anny i Michała, lecz one same wzbudziły także we mnie pewne uczucie niedosytu, ponieważ gdy te się skończyły... zabrakło mi pewnego spoiwa losów Anny po rozstaniu. Szesnaście lat z życia Anny zostało prawie zupełnie pominięte – być może to celowy zabieg mający na celu podkreślenie, że jest to przede wszystkim historia miłości, która nie pozwoliła Annie ruszyć do przodu, ale w kontraście z przedstawionymi losami Michała – nie jestem pewna, czy ten celowy zabieg jest dobry dla ogólnego odbioru książki. 

Tym co zawsze ujmuje mnie w historiach miłosnych jest wprowadzenie młodego bohatera, który staje się swego rodzaju spoiwem, a tym samym łącznikiem w skomplikowanych relacjach między dorosłymi. I tak, córka Michała wprowadza do tej historii nie tylko niewinność, dziecięce spojrzenie na świat, ale także łagodność, której paradoksalnie towarzyszy iskra, ponieważ to właśnie ona niejednokrotnie podgrzewa atmosferę. Atmosferę, która często mogłaby być oziębła, bowiem "Zimowa miłość" jest powieścią, której akcja toczy się przede wszystkim w małym domku, w zasypanym śniegiem lesie i na szpitalnych korytarzach – jednak to co kojarzy mi się z tymi oboma miejscami, to swego rodzaju mikroświaty, w których aż tętni od emocji między bohaterami. 

Elżbieta Rodzeń napisała świetną powieść, która porywa. "Zimowa opowieść" to książka, która zaskakuje i choć brakuje jej trochę do ideału... na swój sposób zachwyca. Jest niebanalna, nie brak w niej scen chwytających za serce, ale także takich, które wywołują uśmiech na twarzy czytelniczek. Przejmująca, kobieca historia o przeznaczeniu, drugich szansach, walce z samym sobą, ale także wybrakowaniu i kompleksach, które nie pozwalają normalnie żyć. Autorka uzyskuje bardzo ciekawy efekt przez to, że trzyma przez długi czas czytelniczki w niepewności. Mimo, że zakończenie jest łatwe do przewidzenia... droga, która do niego prowadzi jest smakowita i warta poznania / przeczytania. "Zimowa miłość" to książka idealna nie tylko na zimowy, mroźny dzień, ale także pozycja dla której warto zarwać noc – ciepła, wzruszająca, pokrzepiająca i niosąca nadzieję, że nigdy nie jest za późno na szczęście. Jedna z tych słodko – gorzkich książek, których kolejne strony przewraca się niecierpliwie z pytaniem: "Co będzie dalej?". Piękna historia, która uwodzi kreacjami bohaterów, oddaniem kruchości międzyludzkich relacji, a w której nic nie jest ani czarno – białe, ani proste. 

Moja ocena: 8/10

czwartek, 9 marca 2017

(609) Czarna trasa

Tytuł: Czarna trasa
Autor: Antonio Manzini 
Wydawnictwo Muza
Stron 290

"Przeszłość to zmarły, którego zwłoki ciągle cię nawiedzają. Za dnia i w nocy. Czasami to nawet przyjemne. Bo jeśli nadejdzie dzień, kiedy przeszłość nie zjawi się w twoim domu, to znaczy, że sam do niej dołączyłeś. Stałeś się przeszłością."

Antonio Manzini, "Czarna trasa"

Alpejska dolina Aosty, a w niej Rocco Schiavone – policjant, który na skutek zatargu z niewłaściwymi ludźmi czy też własnej niesubordynacji wpadł tarapaty i został zesłany z Rzymu na północ Włoch. Szorstki brutalny, zdolny do łamania prawa, przekraczania granic – pełen sprzeczności i nietuzinkowy. Z jednej strony zachwycający się pięknymi widokami, a z drugiej strony bijący podejrzanego na przesłuchaniu. Uparty jak osioł wędruje zimą po alpejskich zboczach w butach, które nadają się co najwyżej na jesień... i to w Rzymie. Nieuczciwy, nagina prawo dla swoich własnych korzyści, tęskni za Rzymem, nie znosi gór, śniegu i zimna. Jest niemiły, obcesowy, pogardza swoimi zwierzchnikami i współpracownikami. Idealny nie-ideał, a jednak potrafi zaskarbić sobie sympatię kilku ludzi... także czytelników, choć niekiedy próby stworzenia wizerunku wrażliwego bohatera zostały wprowadzone na wskroś, niepotrzebnie i wypadły autorowi sztucznie.

Antonio Manzini, włoski autor kryminałów napisał serię książek o śledztwach Rocco Schiavanni'ego, a "Czarna trasa" to jej pierwszy tom. Na stoku nad Champoluc zostaje znalezione pokiereszowane ciało mężczyzny. "Pokiereszowane" to jednak istny kolokwializm, ponieważ mężczyzna znajduje się w wielu... setkach kawałków. Rocco Schiavani uznaje to za wydarzenie niezwykle irytujące i krótko mówiąc upierdliwe. Sprawa wydaje się być tym trudniejsza, że sytuacja miała miejsce w miasteczku, w którym prawie każdy jest z większością jego mieszkańców bliżej lub dalej spokrewniony. Zamknięta enklawa, małomiasteczkowe plotki i tony śniegu. I morderca, który próbuje ukryć swoją tożsamość. 

"Czarna trasa" to krótki kryminał, który z każdą kolejną stroną nabiera rozpędu. Sympatyczna, stosunkowo krótka pozycja, w której choć zagadka kryminalna nie jest spektakularna... to jednak wywołuje w czytelniku pewien stopień zaciekawienia.  Książkę Manziniego przeczytałam w jedno dłuższe popołudnie i to był dobrze spędzony czas w zimowej aurze, jednak czuję, że to jedynie przedsmak tego co autor ma do zaprezentowania czytelnikom w następnych częściach serii. W "Czarnej trasie" akcja jest odrobinę rozwleczona, brak jej skumulowania. Autor stara się powoli zaznajomić czytelnika z dość niejednoznacznym bohaterem, który choć budził we mnie z początku jedynie sprzeczne uczucia (i irytację) z czasem zaczął zyskiwać moją sympatię. 

Antonio Manzini stworzył książkę, która bez wątpienia przyciąga swoim klimatem – ośnieżone szczyty Alp, małe miasteczka, społeczność w której każdy każdego zna, a Rocco Schiavone wpada do niej z impetem, próbując zburzyć jej wewnętrzny spokój. Odizolowanie terenów górskich, w których toczy się akcja przywodzi na myśl swego rodzaju odizolowanie Sandomierza w "Ojcu Mateuszu". Wielki świat jest gdzieś tam, a jednak zostaje w pewien sposób odcięty, a akcja skupiona na mniejszej przestrzeni. "Czarna trasa" staje się przez swój małomiasteczkowy klimat powieścią bardzo intrygującą, która stanowi idealną zimową lekturę – autorowi udało się zapanować nad klimatem i bohaterami, a przy tym stworzyć ich ciekawe sylwetki, choć przecież zagadka kryminalna, mówiąc kolokwialnie – nie wbija w fotel (choć sam moment jej rozwiązania już tak).

Prosta intryga kryminalna zestawiona z wyrazistą postacią głównego bohatera składa się na książkę włoskiego pisarza, które ujmie niejednego. "Czarna trasa" to świetny rozbieg przed kolejnymi częściami, który pokazuje, że seria o Rocco Schiavelli będzie serią niewydumaną, a operującą prostą (nie mniej jednak intrygującą) zagadką, która wciąga i przyciąga uwagę czytelnika. Poszczególne wątki fabularne mogą zostać szybko zapomniane, ale klimat tego kryminału zostanie z czytelnikiem na długo, bowiem autor wie jak operować w literaturze relacjami międzyludzkimi, atmosferą, specyfiką geograficzną... wykorzystuje teren Alp i małą społeczność ludzką, aby zagęścić fabułę i paradoksalnie... oferuje czytelnikom książkę zdecydowanie za krótką. Wypatruję niecierpliwie kolejnych tomów!

Moja ocena: 7/10

sobota, 4 marca 2017

(608) Eksplozje

Tytuł: Eksplozje
Autor: Janusz L. Wiśniewski & Tomasz Jastrun, Daniel Odija, A.J. Gabryel, Alek Rogoziński, Igor Brejdygant, Jacek Melchior, Paweł Paliński, Ahsan Ridha Hassan
Wydawnictwo Wielka Litera
Stron 350

"To wtedy, w drodze powrotnej z Helu, zrozumiałam, że on nie będzie nigdy tylko moim mężczyzną. Jego można mieć całego dla siebie tylko okresowo. I powinnam to zaakceptować. Jeżeli nie można mieć całego ciasta, to i tak można mieć radość przy wydłubywaniu i jedzeniu rodzynków. Poza tym warto żyć chwilą, choć często chce się własne serce odłożyć do lodówki."

Janusz L. Wiśniewski, "Kochanka" 

Janusz L. Wiśniewski – człowiek orkiestra, bestsellerowy autor powieści, opowiadań i felietonów dla kobiet. Doktor informatyki i chemii, magister fizyki, rybak dalekomorski, autor między innymi "S@motności w sieci", "Na fejsie z moim synem", "Łóżko"  czy też "Miłość oraz inne dysonanse". "Eksplozje" to wspólny projekt literacki – pisarze Jastrun, Odija, Gabryel, Rogoziński, Brejdygant, Melchior, Paliński oraz Hassan stworzyli literackie odpowiedzi na opowiadania Wiśniewskiego (z którymi czytelniczki mogły już się jednak zapoznać wcześniej, ponieważ zostały opublikowane np. w "Zespołach napięć"). I muszę przyznać, że to odgrzewanie tego co już było... podczas lektury "Eksplozji" trochę mnie do tego tomu zniechęciło.  A jednak... ta mieszanka emocjonalnych opowiadań Wiśniewskiego i nowe aranżacje świetnych polskich pisarzy, w tym literackim pojedynku tworzą ekscytującą i rewelacyjną całość. "Eksplozje" to zbiór nietuzinkowy, zbiór niesamowicie przejmujący – zbiór opowiadań o cierpieniu, rozpaczy, miłości, tęsknocie, pragnieniach, lękach... niesamowita, wybuchowa dawka emocji. Prawdziwa eksplozja uczuć i dobrej literatury. 

Po udanym, a jednak niezachwycającym pierwszym spotkaniu z twórczością Wiśniewskiego rok temu, przy okazji zbioru "Udręka braku pożądania" nie sięgałam po "Eksplozje" ze względu na jego twórczość. "Eksplozje" zaintrygowały mnie także nie tyle różnorodnością pisarzy, jak faktem, że jednym z nich jest Igor Brejdygant, którego "Paradoksem" cały czas się zachwycam. Mimo to już po lekturze "Eksplozji"  wiem, że choć to zbiór świetnych opowiadań różnych autorów, to jednak mistrz w tym wypadku jest jeden. I jest nim Janusz L. Wiśniewski. Jest niezaprzeczalnym mistrzem w opisywaniu kobiecych emocji, ich subtelności, ekspresji, targających nimi namiętności. W opowiadaniach Wiśniewskiego cały czas przewijają się treści związane z jego wykształceniem, przez co niektóre utwory jego autorstwa wydają się być w pewnych wątkach monotematyczne, ale to pewna cecha charakterystyczna jego... bardzo poruszającej twórczości. 

Opowiadania Wiśniewskiego są kanwą dla pozostałych utworów zawartych w zbiorze. Literackie odpowiedzi pisarzy zazębiają się z utworami Wiśniewskiego – łączą je różne aspekty: postać głównego bohatera, drugoplanowego, wydarzenia, emocje, rodzaj relacji, okresu historycznego. Je wszystkie jednak łączy bardzo dobry język jakim zostały napisane. Z tego literackiego pojedynku wyłaniają się całościowe historie, które pozwalają poznać styl pisarzy innych niż Wiśniewski. Bardzo dobry styl! Nie wszystkie opowiadania mówiąc kolokwialnie wbijają w fotel, ale każde z nich ma w sobie... "to coś". Piękna dawka wyśmienitej literatury, która zmusza do refleksji i może właśnie dlatego tak mnie zachwyca.

Zbiór otwiera opowiadanie Wiśniewskiego "Arytmia". Opowiadanie, które wbija w fotel, powoduje drżenie serce, przywołuje ciarki... niesamowicie emocjonalne w swego rodzaju surowości i to naprawdę nieprawdopodobne, że napisał je mężczyzna – niesamowita wrażliwość, otwartość i szczerość. Niesamowite opowiadanie. Odpowiedź na nie, w postaci "Metronomu" stworzył Daniel Odija – utrzymał je w podobnej atmosferze, w podobnym stylu – bardzo mi się podobało, choć nie wykończyło emocjonalnie jak opowiadanie Wiśniewskiego. 
Drugi pojedynek, czyli "Syndrom przekleństwa Undine" Wiśniewskiego vs "Pilzner solipsysty" Brejdyganta, czyli kolejna dawka świetnej literatury. Oba opowiadania genialnie się dopełniają – Wiśniewski wychodzi naprzeciw czytelniczek z opowiadaniem pisanym z kobiecej perspektywy, a Brejdygant z męskiej. Elektryzujące połączenie. Ekscytująca całość, która wbija w fotel... Mocne, celne i godne zapamiętania utwory pokazujące, że świat nie jest ani czarno – biały... ani dobry.
Kolejny zestaw, czyli "Anorexia nervosa" Wiśniewskiego oraz "Jeden dzień w Sarajewie" Alka Rogozińskiego – poruszające, zaskakujące, chwytające za serce, świetnie zakończone. Operują jedną historią, uzupełniają się. Alek Rogoziński tworząc swoją opowieść pozostaje gdzieś w z boku... i może właśnie dlatego ciąg dalszy "Anorexia..." jest tak przejmujący. 

I tak przez te trzy zestawy przechodzimy do kolejnego oblicza damsko – męskich relacji... "Kochanka" i "Kochanek" (Tomasz Jastrun) to dwa opowiadania opisujące związek pozamałżeński. Jak można domyślić się już po tytułach... Wiśniewski zabrał się za stronę kobiecą, a Jastrun za stronę męską. Poruszające i otwierające oczy. 
Janusz L. Wiśniewski nie zawsze jest mistrzem. W następnej parze opowiadań ("Noc poślubna" i "Drugie samobósjtwo Magdaleny") Ahsan Ridha Hassan pokonał go. Oba opowiadania oscylują wokół historii żony Josepha Goebbelsa, jednak to opowiadanie ze względu na narrację zwróconą bezpośrednio w kierunku... Magdy Goebbels, która zamordowała swoje dzieci, a potem sama popełniła samobójstwo z pomocą Josepha (w ramach solidarności z Hitlerem) budzi największe emocje. "Drugie samobójstwo.." budzi odrazę i dużo negatywnych emocji. Jest mocne i zapadające w pamięć – niesamowite pod względem literackim! Hassan wygrywa. 
Opowiadanie Gabryela "Zła Kobieta" zostało powiązane z "Cyklami zamkniętymi" Wiśniewskiego w sposób dosyć luźny, a jednak pokazujący... jak bardzo ludzkie losy się przenikają i zazębiają, jak wiele mają nam do zaoferowania. Oba bardzo dobre, ciekawe, poruszające i zmuszające do refleksji.
Siódmy zestaw, czyli "Krew" Wiśniewskiego oraz "Strzępy" Palińskiego to w pewnym sensie najbardziej enigmatyczny duet, który nie rzuca na kolana, ale jest dobry...
Zamknięcie tego zbioru, czyli "Menopauza" oraz "Zmarszczki wszechświata" to takie podsumowanie kobiecości, przemijalności. Opowiadanie Jacka Melchiora stanowi dobrą kontynuację "Zmarszczek" Wiśniewskiego, swego rodzaju polemikę. Muszę jednak przyznać, że tak jak "Arytmia" i "Metronom" otwiera "Eksplozje" z prawdziwym emocjonalnym hukiem, tak "Menopauza" i "Zmarszczki" nie pozostawiają już w czytelniczce tak silnych emocji, choć bez wątpienia pokazują niesprawiedliwość biologiczną damsko – męskich zmian zachodzących z wiekiem. 

"Eksplozje" to zbiór wyjątkowy, który mimo, że nie ma w sobie za grosz optymizmu ani myśli pokrzepiających... powinien znaleźć się na półce każdej kobiety. Szesnaście opowiadań i dziewięciu niezwykle utalentowanych polskich pisarzy. Mieszanka pełna emocji. Mieszanka opowiadań, które poruszają, nie pozwalają o sobie zapomnieć, szokują przedstawionymi opowieściami, a przecież czytelnik już po drugim, trzecim zestawie opowiadań wie, że nie ma co się spodziewać happy – endów, a jednak czyta dalej... Czyta dalej, ponieważ w "Eksplozjach" swoje miejsce znalazły opowiadania przejmujące, wciągające, opowiadania wybitne, z ciekawą fabułą, bohaterami zarysowanymi wyraźną kreską. Opowiadania gorzkie, bo o życiu, jego ciemnych odcieniach, porażkach, niespełnionych pragnieniach, poszukiwaniu i czekaniu. Opowiadania o kobietach – złych, dobrych, zakochanych, pogubionych, udręczonych, poszukujących... Opowiadania godne uwagi.

Moja ocena: 8+/10

piątek, 3 marca 2017

(607) Sekrety roślin

Tytuł: Sekrety roślin. Przyroda uchyla rąbka tajemnicy
Autor: Anne – France Dautheville
Wydawnictwo Literackie
Stron 144

Premiera: 16 marca

"Prezent od tchórza
Jeśli twój pies po samodzielnej eskapadzie wraca, śmierdząc ohydnie, możesz się domyślić, że spotkał tchórza. By przywrócić mu jego naturalny psi zapach, natrzyj go sokiem z pomidorów, poczekaj, aż wyschnie i wypłucz."

Anne – France Dautheville, "Sekrety roślin..." 

Krótka, sympatyczna i po prostu atrakcyjna książka o świecie roślin – zbiór anegdot, ciekawostek dotyczących flory. Ponad 200 zaskakujących, zabawnych faktów ze świata roślin, który niejednokrotnie wiąże się nie tylko ze światem przyrody, ale także obszarów historii, literatury, mitologii, geografii i legend. Bardzo fajna książka dla wielkich entuzjastów natury i nie tylko. Całość jednak jest niejednorodna, raczej do przeglądania niż do czytania od deski do deski... "Sekrety roślin..." stanowią jedynie preludium do fascynującego świata natury.  Nie rzucają na kolana, ale z pewnością potrafią rozbudzić ciekawość w czytelniku. Tym bardziej, że okazuje się, że rośliny mogłyby być uczestnikiem kryminałów, thrillerów, romansów, a nie wbrew pozorom... jedynie filmów przyrodniczych. 

Babka lancelowata smakuje jak pieczarki? Papaja jest genetycznie spokrewniona z kapustą? Dlaczego Ludwik XIV zakazał wwożenia ananasów? W jaki sposób pokrzywa parzy? Jak zbudowana jest konopia? Skąd pochodzi cebula? Czym inspirowana była forma pierwszych butelek Coca – coli? Jak koper okazuje niechęć względem innych gatunków? Znacie odpowiedzi na te pytania? Anne – France Dautheville zna odpowiedzi na te wszystkie pytania (i nie tylko) i chętnie dzieli się nimi z czytelnikami. Już sam wstęp, który napisał Jean – Marie Pelt zapowiada lekturę, z której czytania radość będą czerpali przede wszystkim fascynaci i miłośnicy przyrody. Zresztą... nawet jeśli do nich nie należycie – w książce Dautheville na pewno znajdziecie choć jedną informację, która Was zainteresuje i zapadnie Wam w pamięć. 

Ciekawostki przedstawione w "Sekretach roślin" zostały spisane lekkim językiem, z humorem i dystansem. Książka Dautheville nie jest idealną pozycją, a jej wydanie pozostawia trochę do życzenia. Pierwsze co rzuca się w oczy to niedostatecznie duża ilość ilustracji, co wychodzi na jaw szczególnie w miejscach, gdzie mowa o roślinach nietuzinkowych. Dodatkowym minusem jest fakt braku pogrupowania ciekawostek na jakiekolwiek grupy tematyczne. "Sekrety roślin..." to książka nietuzinkowa pod tym względem, że przedstawia jedynie ciekawostki dotyczące roślin, a nie operuje czysto teoretyczną naukową wiedzą. To bardzo dobre, pozytywne uzupełnienie wiedzy, którą nabywa się w szkole. Sympatyczna pozycja, do przeglądnięcia, zaciekawienia, jednak nie zachwyca ani nie rzuca na kolana... 

Moja ocena: 7-/10

środa, 1 marca 2017

(606) Piąta ewangelia

Tytuł: Piąta ewangelia
Autor: Ian Caldwell
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 496

"Dzieci nie rozumieją co to grzech, wina, wybaczenie Duchowny tak szybko odpuszcza grzechy zupełnie obcym ludziom, że mały chłopiec nie potrafi nawet sobie wyobrazić, jak trudno będzie mu kiedyś wybaczyć wrogom. Albo przyjaciołom i najbliższym. Nawet jeszcze nie podejrzewa, że czasem dobrzy ludzie nie potrafią wybaczyć samym sobie. Bo można rozgrzeszyć z największych nawet błędów, ale niczego nie da się cofnąć."

Ian Caldwell, "Piąta ewangelia"

"Piąta ewangelia" – połączenie thrillera, dramatu rodzinnego i "Kodu Leonardo da Vinci". Dowód robiącej duże wrażenie wiedzy historycznej pisarza, Iana Caldwella autora "Reguły czterech". Bardzo dobra, pełna napięcia książka, w której choć akcja nie pędzi jak szalona... robi wrażenie. Ciekawe połączenie wątków spiskowych, historycznych, kryminalnych i rodzinnych. "Piąta ewangelia" to jedna z tych pozycji, która rozbudza w czytelniku ciekawość historycznych zagadek i tajemnic. Do tego stopnia, że już teraz zastanawiam się po jaki thriller historyczny sięgnę następnym razem (a raczej wyruszam na poszukiwanie na swoich regałach "Reguły czterech", ponieważ wiem, że dawno temu w tę książkę się zaopatrzyłam...). Książka Caldwella to świetna, wciągająca pozycja! W dodatku mam wrażenie, że jeden z najlepszych thrillerów jakie będę miała okazję przeczytać w tym roku...

2004 rok, schyłek pontyfikatu Jana Pawła II, w Muzeach Watykańskich już niebawem ma mieć miejsce tajemnicza wystawa. Jednak tydzień przed wystawą w Castel Gondolfo ginie jej główny kurator. W mieszkaniu greckokatolickiego duchownego dochodzi natomiast do włamania. Alex Andreou jako greckokatolicki duchowny może mieć dzieci i żonę. Mieszka za murami Watykanu wraz ze swoim pięcioletnim synem. Po tym jak jego żona od nich odeszła próbuje zbudować rodzinną jedność od nowa. Kiedy jego brat Simon zostaje wplątany w sprawę morderstwa Alex postanawia wziąć sprawy we własne ręce, aby móc zapewnić rodzinie spokojną egzystencję. Jednak, żeby to się stało musi odkryć tajemnicę, którą jego przyjaciel zabrał do grobu, a jedyne co wie to, że ma to prawdopodobnie związek z czterema ewangeliami oraz tzw. piątą, która stanowi ich połączenie, czyli Diatessaronem. Kurator poznał przed śmiercią sensacyjną tajemnicę związaną z najważniejszą relikwią chrześcijańską. Gdy Andreou zaczyna poznawać prawdę, staje się ofiarą prześladowań... sieć połączeń w Watykanie okazuje się być tak zawikłana, że bohater już sam nie wie kto jest tym dobrym, a kto złym.

Ksiądz Alex Andreou nie jest typowym duchownym, choćby z tego powodu, że jest grekokatolikiem, a więc nie obowiązuje go celibat. I choć akceptuje funkcję papieża i innych duchownych, jego religia i pogląd na świat różni się jednak trochę od zwykłego katolicyzmu. To wszystko pozwala nam poznać go nie tylko jako duchownego, ale także jako ojca. Ojca czułego, ojca spokojnego, dobrego człowieka, który dla rodziny jest gotów zaryzykować. Bardzo silna więź z bratem, poczucie straty po odejściu żony, chęć zapewnienia jak najlepszego bytu swojemu synkowi (który swoją drogą jest naprawdę uroczy). I choć nie każde jego zachowanie zyskiwało moją aprobatę... jako bohater zyskał moją sympatię. Autor bardzo dobrze poradził sobie z wykreowaniem jego postaci, u której podnóża zachowań stoi nie tylko wiara, ale także rodzinna historia. I nie zrażajcie się tym, że głównym bohaterem jest ksiądz, ponieważ Alex nie jest ortodoksem. Jest zainteresowany żywo ewangelią, ale często podchodzi do niej z pozycji naukowca, a nie teologa. Bycie duchownym i nauczycielem w seminarium jest jego pracą. Jego powołaniem jest natomiast bycie ojcem i bratem. 

Sama zagadka przedstawiona w książce jest ciekawa. Akcja toczy się za zamkniętymi murami Watykanu, gdzie każdy się zna, a przy tym obraz duchowieństwa jest o wiele szerszy niż ten przekazywany przez media. A jednak tu w mojej głowie zapala się ostrzegawcza lampka, ponieważ choć każdy wie, że kombinatorstwo i układy w kościele są... (zresztą z książki Caldwella wyłania się obraz Kościoła jako instytucji / korporacji) oraz różnice zdań – także w kwestii jedności z innymi wyznaniami, to jednak dla Polaka książka Caldwella może stać się pozycją irytującą. Jan Paweł II dla Polaków niezależnie od tego, czy wierzących czy nie urósł do rangi pewnego symbolu. Tym samym wpakowywanie go w kościelne tajemnice, układy, domniemane morderstwa, pobicia, uprowadzenia, kłamstwa... wielu odbierze jako bezpośredni atak na Kościół. Trzeba jednak pamiętać, że "Piąta ewangelia" to fikcja literacka, która choć dotyka faktów historycznych i teologicznych... fikcją pozostaje. Bardzo dobrą fikcją literacką, która choć nie obfituje w wydarzenia zapierające dech w piersi – ciekawi, intryguje i wciąga.

W "Piątej ewangelii" panuje atmosfera odizolowania Watykanu od reszty świata, ale towarzyszy temu poczucie jakiegoś rodzinnego ciepła, ponieważ każdy każdego zna, a wydarzenia przedstawione w tej historii rozgrywają się w zamkniętej enklawie. Ian Caldwell napisał bardzo dobrą powieść, która jest intrygująca i choć na pełny rozwój wydarzeń trzeba trochę poczekać... autor rekompensuje to czytelnikowi za sprawą stale podtrzymywanego napięcia. (A zakończenie jest... taką wisienką na torcie). Ogromnym plusem powieści Caldwella jest fakt, że nie można jej nazwać stricte thrillerem. Wątki sensacyjne mieszają się bowiem z wątkami społecznymi, a nawet ideologicznymi. I choć to może zabrzmieć głupio... dla mnie "Piąta ewangelia" jest ciepłą i przejmującą dzięki swej złożoności powieścią, w której nic nie jest czarno – białe. Także ludzka natura. Autor się nie śpieszy, a przy tym wykazuje się dużą sprawnością literackiego pióra.."Piąta ewangelia" jest szalenie inspirującą, wciągającą, przejmującą i po prostu świetną powieścią!

Moja ocena: 9/10

niedziela, 26 lutego 2017

(605) Pakt z diabłem

Tytuł: Pakt z diabłem
Autor: Dick Lehr & Gerard O'Neill
Wydawnictwo Marginesy
Stron 530

"I robię wszystko, by klienta, w danym wypadku pana, ochronić, a jeśli przy tym przekraczam pewne granice, to i robię to także tylko dla pana." 

Raymond Chandler, "Głęboki sen"


O bostońskim świecie zła w ostatnim czasie w literaturze (jak i w kinie) robi się coraz głośniej. "Spotlight" – film jak i książka opowiadające o zmowie milczenia dotyczącej molestowaniu dzieci przez księży. Dziennikarze z Boston Globe opisali tę sprawę i pozwolili ofiarom po raz pierwszy przemówić. Molestowanie dzieci przez księży nie jest jednak jedynym grzechem Bostonu. Wojny gangów, mafii i współpraca FBI z "Siwym", jednym z najgorszych gangsterów w historii USA to kolejny grzech tego miasta. Historia współpracy, która pozwoliła (a zarazem przyczyniła się) do śmierci wielu osób. I po tę opowieść sięgają dziennikarze Boston Globe, tym razem Dick Lehr i Gerard O'Neill. Prawdziwa, porażająca historia – zarówno w wersji filmowej jak i książkowej. "Pakt z diabłem" – tytuł mówi chyba już wszystko, prawda? 

John Connolly i James "Siwy" Bulger dorastali razem na brutalnych terenach południowego Bostonu. Kilkadziesiąt lat później, w połowie lat siedemdziesiąt, spotkali się ponownie, jednak znajdowali się po dwóch stronach barykady. John Connoly był agentem FBI, ważną postacią wydziału. "Siwy" gangsterem budzącym postrach, ojcem chrzestnym irlandzko – amerykańskiej mafii. Jednak ich drogi po raz kolejny zostały złączone. Zawiązali układ, brudny układ. Układ, który okazał się jednak jeszcze brudniejszy niż myślało FBI. Mieli doprowadzić do ruiny włosko – amerykańską mafię w zamian za ochronę Bulgera. Ganster wymknął się jednak bardzo szybko spod kontroli FBI, a chore ambicje Connolly'ego doprowadziły do serii zabójstw, przejęcia przez Bulgera kontroli nad handlem narkotyków w dzielnicy, zarzutów o wymuszenie haraczy, a co za tym idzie do największego skandalu wywiadowczego FBI.

Dick Lehr i Gerard O'Neill zajmowali się sprawą Connolly'ego i "Siwego' od początku, jednak na każdym kroku dojście do prawdy było utrudnione, a Connolly wodził FBI za nos... Connolly FBI, a "Siwy" samego Connolly'ego. Jednak swego rodzaju wzajemny szacunek i podziw, który swoje korzenie miał we wspólnym dzieciństwie doprowadził do tego, że FBI i jego służby przyczyniły się do sterroryzowania Bostonu. Doprowadziło do tego, że FBI stało się kolejnym narzędziem w rękach "Siwego". Zwariowanego gangstera... 
"Pakt z diabłem" poznałam najpierw w wersji filmowej. Film poruszył mnie i zaciekawił na tyle, że postanowiłam sięgnąć po książkę, aby stworzyć sobie w głowie jeszcze pełniejszy obraz działania FBI z "Siwym", moralnej degradacji agenta, przełożonych dla których liczyły się tylko wyniki, a nie ludzkie życie. Dick Lehr i Gerard O'Neill zgrabnie lawirują, przedstawiając nie tylko suche fakty, ale także ich genezę. To naprawdę dobra nie tylko dziennikarska, ale także pisarska robota. Dodatkowo uzupełniona o zdjęcia i dokumenty. 

Książka Lehra i O'Neilla to poruszająca historia o tym jak mało dzieli prawość od nieprawości. Świetna pozycja literatury faktu, która pokazuje co dzieje się, gdy osobiste ambicje przeważają nad chęcią dążenia do prawdy i ogólnego dobra. Porażająca historia, która miała miejsce naprawdę. Świetnie napisana i opracowana pozycja, która zmusza do zastanowienia się nad istotą policyjnych układów z informatorami. Przemyślenia ich ewentualnych konsekwencji. Świetnie napisana, złożona z wielu elementów historia, która powoli układa się w całość, a autorzy potrafią to wszystko przedstawić w sposób tak poukładany, a przy tym intrygujący..., że "Pakt z diabłem" może aspirować do miana genialnej powieści na temat największego skandalu wywiadowczego FBI. O chwili, kiedy prawo w Bostonie w przestało się liczyć, a na ulice w większej mierze niż zwykle wyszli dilerzy... korupcja, moralna degradacja, morderstwa, a to wszystko przez to, że kilkoro ludzi miało zbyt wygórowane ambicje. Szokująca, bardzo dobra i poruszająca książka. 

Moja ocena: 7/10

środa, 22 lutego 2017

(604) Z każdym oddechem

Tytuł: Z każdym oddechem
Autor: Maya Banks
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 320

"[...] dla miłości żadne poświęcenie nie jest zbyt wielkie."

Maya Banks, "Z każdym oddechem"

Harper Collins to wydawnictwo, które oprócz tego, że wydaje Harlequiny wydaje także lepsze i gorsze powieści obyczajowe, romansy, thrillery, kryminały – czasami także literaturę faktu. Sięgając po każdą ich kolejną powieść nie oczekuję wybitnej literatury, a jedynie kilka godzin dobrej rozrywki, rozluźnienia, ponieważ większość bohaterów wydawanych przez nich powieści jest sztampowa, a fabuła infantylna. Choć nie można odmówić im wydania świetnego "Spotlight"... to jednak w większości bazują na literaturze lekkiej, łatwej i przyjemnej – nie ukrywajmy, że po prostu przeciętnej. Nie mniej w otoczeniu nadmiaru wybitnej literatury i taka czasami jest potrzebna. "Z każdym oddechem" to powieść po którą sięgnęłam praktycznie od razu po tym jak trafiła w moje ręce i przeczytałam ją w kilka godzin. Przyjemna, romantyczna historia, z nutą kryminału i thrillera. Tajemnica z przeszłości, rodzące się uczucie, przyjaźń i miłość – to brzmi trochę lukierkowato i takie także jest, a jednak Maya Banks napisała książkę, w której jest coś ujmującego. A może to po prostu wynika z tego, że jak każdy potrzebuję od czasu do czasu rozluźnienia, a ta powieść mi to zaoferowała? 

Eliza nie zawsze była Elizą. Zmieniła swoje imię i nazwisko, zaczęła wszystko od nowa. Historią jej i obsesyjnie zakochanego w niej mordercy przed dziesięciu lat żył cały kraj. Thomas jednak jest w więzieniu, a ona sama próbuje zapomnieć o swojej przeszłości. Skrzętnie ukrywa ją przed przyjaciółmi, skupia się na pracy. Jej spokój burzy jednak wiadomość o tym, że Thomas mimo wyroku wielokrotnego dożywocia opuszcza więzienia. Dodatkowo arogancki i pewny siebie Wade Sterling nie chce dać jej spokoju, choć oboje wyraźnie działają sobie na nerwy. Są dla siebie obcesowi, niemili, chamscy, a jednak Sterling ciągle jest gdzieś w pobliżu. Co więcej uratował Elizie życie... Ta jednak nawet mu za to nie podziękowało, ponieważ wszystko co robi odbiera jako próbę zrobienia jej na złość (jakkolwiek głupio by to nie brzmiało). Nie da się ukryć, że między nimi iskrzy i tak naprawdę nikt nie potrafi przejrzeć Elizy jak Wade. Także jej zamiarów... 

Maya Banks, autorka znanej w Polsce trylogii erotycznej "Bez tchu" wychodzi naprzeciw czytelnika z prostą, a przy tym wciągającą historią. Tempo akcji stopniowo przyśpiesza, a bohaterowie odkrywają przed czytelnikami nowe fakty ze swojego życia. I tu pojawia się ogromny plus, ponieważ autorka nie trzyma się ściśle jednego bohatera, więc czytelnik ma szansę poznać emocje i myśli zarówno Wade'a jak i Elizy. Pozostaje jednak pytanie czy jest co poznawać... Bohaterem, który bardziej przypadł mi do gustu jest bez wątpienia Wade, ponieważ wydaje się prawdziwszy, choć i jego postać nie do końca... kolokwialnie mówiąc: trzyma się kupy. Jednak Eliza jest cały czas dla mnie zagadką, bo choć potrafię zrozumieć, że z żądnej krwi tygrysicy staje się pod wpływem wspomnień zahukaną myszką... to jednak trudno mi zrozumieć jak to się dzieje, że od lat wyzywa na każdym kroku faceta od dupków, żeby potem nagle stwierdzić, że go kocha, choć nawet nigdy z nim nie rozmawiała (ponieważ ich "rozmowy" ograniczały się do "zejdź mi z oczu" / "nie chcę cię widzieć"/ ew. "spadaj"), ale w końcu kto się czubi... ten się lubi.

"Z każdym oddechem" jest na swój sposób uroczą książką, którą mogłabym nawet nazwać świetną, gdyby nie słaby fundament fabularny. Autorka wrzuca czytelnika w akcję tak bezpardonowo, że przez naprawdę dużą część czasu spędzonego przy lekturze tej książki zastanawiałam się czy to przypadkiem nie jest druga część... I z tego wszystkiego pisząc tę recenzję upewniłam się czy czasami rzeczywiście nią nie jest. Myliłam się. To czwarta część serii, ale poprzednie trzy nie zostały wydane w Polsce. I tym sposobem wszystko wychodzi na jaw... brak podbudowania fabularnego, jakieś sprawy z przeszłości bohaterów (Eliza pracuje agencji ochroniarskiej), które brały się znikąd i zastanawianie się po co w sumie autorce wymyślanie historii wstecz. Historii, która co więcej stanowi ważny element tego tomu... bez znajomości pozostałych tomów wszystko wydaje się być bardzo płytkie, powierzchowne, takie słowa rzucane na wiatr bez żadnego konkretnego powodu. 

Wydawnictwo Harper Collins spłyciło "Z każdym oddechem" przez niewydanie poprzednich części. Książka wydaje się infantylna, ponieważ nie posiada fundamentu w postaci trzech poprzednich tomów. Miłość Elizy i Wade'a jawi się czytelnikowi jako niewiarygodna, a bohaterowie jako głupi. Czytając cały czas miałam wrażenie, że coś mnie ominęło... nie orientowałam się w akcji, w relacjach między bohaterami. "Z każdym oddechem" nie jest książką, którą można czytać bez znajomości poprzednich tomów, a polski rynek wydawniczy nie daje nam innej możliwości. Z tego też powodu uważam, że książka Banks jest dla Polek przegrana. Nie wiem o co chodzi z tym, że poprzednie części nie zostały wydane... może o to, że w tej części jest dużo gorących scen? Jestem przekonana, że gdybym znała poprzednie tomy ta powieść zyskałaby w moich oczach wyższą ocenę. Niestety ktoś nie pomyślał i nie dał możliwości poznania wcześniejszych części, a ja z bólem muszę ocenić ją naprawdę nisko, choć przecież wiem, że jako część całości, jako część historii, którą sama sobie dopowiedziałam na podstawie poszlak... jest świetną fabularnie i emocjonalnie powieścią. Jednak w formie jaką oferuje nam wydawca - zawodzi. 

Moja ocena: 5/10

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...