wtorek, 17 października 2017

(661) Trzech panów w łódce nie licząc psa

Tytuł: Trzech panów w łódce nie licząc psa
Autor: Jerome K. Jerome
Wydawnictwo Vesper
Stron 248

Opis wydawcy:
"Trzech panów w łódce, nie licząc psa" to humorystyczna, XIX-wieczna powieść angielska, opisująca wyprawę i przygody trzech londyńczyków: George'a, Harrisa, nieznanego z imienia narratora (którym jest sam Jerome), oraz psa Montmorency'ego, którzy wybrali się w rejs po Tamizie i przepłynęli 123 mile (blisko 200 km) z Kingston do Pangbourne. W zamyśle autora książka miała być poważnym przewodnikiem turystycznym po Tamizie, zawierającym opisy położonych nad brzegami rzeki zabytków, ale górę wzięło ironiczne poczucie humoru Jerome'a. Komiczne zdarzenia, opowiastki i anegdotki umilające trzem panom wyprawę, przyprawione specyficznym angielskim humorem, bawią od stu lat czytelników w różnym wieku na całym świecie.

Moja opinia: 

Na "Trzech panów w łódce, nie licząc psa" czaiłam się długo i intensywnie. Kiedy ta krótka powieść, w zamyśle autora przewodnik turystyczny po Tamizie trafiła w moje ręce... zabrałam się za jej lekturę stosunkowo szybko. A gdzie ją czytałam? Oczywiście na łódce! Może właśnie przez to patrzę na powieść Jerome K. Jerome bardzo sentymentalnie? Czytając historię bohaterów, którzy źle znoszą delikatną chorobę morską - sama się z nią zmagałam. I jak bliskie było mi ich postrzeganie przeprawy łódką, ograniczeń z nią związanych. Angielski humor autora uprzyjemniał mi wakacje, mało zabrakło do tego, żeby stał się przyczyną zgubionego dowodu, wywoływał delikatny uśmiech na mojej twarzy..., a jego obserwacje na temat życia były tak bliskie, ponadczasowe (i prawdziwe!)!

Powieść Jerome K. Jerome jest inspirowana prawdziwymi podróżami, które odbywał wraz z przyjaciółmi: Georgem i Harrisem (który jest "zawsze gotów dźwignąć brzemię obowiązków i włożyć je na cudze barki"). Poczucie humoru autora jest bardzo specyficzne ("Ale nie ma róży bez kolców, jak powiedział jeden pan, kiedy zmarło się jego teściowej i dostał rachunek za pogrzeb."), ironiczne, ale myślę, że trzeba być bardzo smutną i ogromnie poważną osobą, żeby podczas lektury tej powieści nie uśmiechnąć się choć raz. W końcu nie bez powodu jest uznawana za absolutną klasykę angielskiej literatury i bawi czytelników już od 1889 roku. 

To angielski humor, pełen dystansu, subtelnej ironii, błyskotliwości, inteligencji oraz odrobiny absurdu, którego świadkiem jesteśmy podczas podróży Tamizą między Kingston a Oxfordem. "Trzech panów w łódce, nie licząc psa" nie jest powieścią obfitującą w fabułę ani akcję. Przygotowania do wyprawy jak i ona sama są jedynie pretekstem do przytaczania anegdot (często grunt pod nie przygotowywany jest nawet przez kilka stron), które bardzo często mają coś wspólnego z żeglowaniem i wędkarstwem, ale nie brakuje także tych związanych z salonowym życiem, relacjami damsko - męskimi lub pracą ("Stale odnoszę wrażenie, iż robię więcej niż powinienem. Nie znaczy to, że mam wstręt do pracy - proszę dobrze mnie zrozumieć. Lubię pracować, a nawet palę się do roboty. Praca tak mnie urzeka, że mogę całymi godzinami siedzieć i patrzeć na nią.")

Obok komizmu słownego w powieści Jerome równie ważny jest komizm sytuacyjny. Bohaterowie zdecydowanie nie radzą sobie z przeszkodami i trudnościami, które napotykają ich podczas wyprawy. Utwór tętni humorem, angielską obyczajowością i nie widać po nim, że docelowo miał być poważnym turystycznym przewodnikiem jedynie okraszonym anegdotami. Jerome K. Jerome poniosło, wydawca przymknął na to oko, kazał usunąć nieliczne poważne (i nudne) fragmenty i tym samym powstała książka, która bardzo silnie zachowała się w angielskiej literackiej historii. Czyta się lekko, szybko... to taki humor, który czytelnik łapie w lot, jednak jego natężenie nie każdemu będzie odpowiadało w równym stopniu. Nie mniej: zdecydowanie warto jej się przyjrzeć! Tym bardziej, że teraz w księgarni wydawcy kosztuje zaledwie 9 zł - to niewiele jak za kilka godzin uśmiechu / śmiechu. 

Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 16 października 2017

(660) Ludzie na drzewach

Tytuł: Ludzie na drzewach
Autor: Hanya Yanagihara
Wydawnictwo W.A.B. 
Stron 576

Opis wydawcy:

Kiedy Norton Perina podejmuje studia medyczne na Harvardzie, nikt nie podejrzewa, że arogancki młodzieniec w przyszłości zatrzęsie posadami świata nauki. Tuż przed uzyskaniem dyplomu Perina dołącza do wyprawy naukowej w niezbadane rejony Pacyfiku. Jej celem jest poznanie tajemniczego plemienia Ivu’ivu żyjącego na jednej z mikronezyjskich wysp.
Podczas gdy członkowie ekspedycji pilnie obserwują życie codzienne tubylców, uwagę młodego lekarza skupiają ludzie wyrzuceni poza nawias społeczności plemiennej – fizycznie krzepcy sześćdziesięciolatkowie, których jednak cechuje daleko posunięta demencja. Ze strzępków ich wypowiedzi wynika, że każdy z nich ma ponad sto kilkadziesiąt lat. Czyżby ekspedycja była bliska odkrycia sekretu nieśmiertelności?  

Po powrocie z wyprawy życie Nortona Periny nigdy nie będzie już takie samo. Za swe przełomowe dla świata nauki badania otrzyma Nagrodę Nobla, zyska sławę i uznanie. Za ten sukces przyjdzie jednak słono zapłacić zarówno mieszkańcom wyspy, jak i samemu Perinie. Jego spektakularna kariera zakończy się wielkim skandalem.

Moja opinia: 

"Ludzie na drzewach" to debiutancka powieść autorki bestsellerowego "Małego życia", które wywołało nie małe zamieszanie w literackim świecie. To zarazem moje pierwsze, niezdeterminowane przez "Małe życie" spotkanie z jej twórczością. Niezwykle intrygujące, poruszające, emocjonalne, wciągające, hipnotyzujące i zachwycające spotkanie, podczas którego autorka zadaje nam odwieczne pytanie o to czy genialne umysły mają prawo do życia poza normami moralnymi? Na myśl przychodzi "Zbrodnia i kara" Fiodora Dostojewskiego, której bohater zabija przekonany o moralnym imperatywie, który posiada ze względu na swą inteligencję. To jednocześnie powieść, której napisanie zajęło autorce prawie 20 lat. I to w niej widać.... jej drobiazgowość, szczegółowość, poetyczność. Yanagihara stworzyła fascynującą lekturę, o której naprawdę trudno zapomnieć. 

Głównego bohatera poznajemy z jego własnych wspomnień spisywanych z perspektywy dojrzałego człowieka w podeszłym wieku. Z tym, że w tej opowieści towarzyszy czytelnikowi redaktor tych wspomnień, przyjaciel Periny. Ten zaskakujący i piękny zabieg zastosowany już na początku lektury sprawia, że staje się jeszcze bardziej niezapomniana... to wzbogaca tę historię od pierwszych do ostatnich (jakże zaskakujących) stron. W powieści Yanagihary tym samym pojawiają się wątki rodzinne, wspomnienia dzieciństwa, ale opisany zostaje także proces dojrzewania głównego bohatera, przemiany z krnąbrnego syna, w krnąbrnego studenta aż po genialnego naukowca, noblisty, ale także człowieka, którego dotykają bulwersujące oskarżenia. Obserwacja rozwoju psychicznego  jak i naukowego Nortona jest na tyle ciekawa, że "Ludzie na drzewach" nie były dla mnie lekturą nużącą choćby przez chwilę. 

Pasjonujące były także wątki antropologiczne, ukazanie zderzenia kultur, pogoni za nieśmiertelnością. "Ludzie na drzewach" stawiają przed czytelnikami wiele pytań natury etycznej, a przy tym uwodzą narracyjnie i estetycznie. Kojarzą mi się trochę z genialną "Euforią" Lily King, lecz fabularnie ją przebijają. Jest bardzo klimatycznie - autorka posługuje się niezwykle plastycznym językiem dla opisania mikromalezyjskiej wyspy, na której toczy się wyprawa. Mrok dżungli, nasycenie kolorów, różnice kulturowe i społeczne - wszystko wyraziste, zapadające w pamięć i nadające tej powieści klimat. Szaro w powieści Yanagihary nie robi się jednak nigdy - nawet gdy akcja przenosi się do Stanów Zjednoczonych - wszystko jest nasycone, a bohaterowie z krwi i kości. 

W tej niezwykle klimatycznej i nasyconej opowieści toczy się historia poszukiwania nieśmiertelności, pogoni koncernów farmaceutycznych za lekiem, który pomógłby zachować dłużej młodość, historia niszczenia autochtonicznych cywilizacji. Bogata warstwa etnograficzna, naukowa, ale także psychologiczna "Ludzi na drzewach" sprawiają, że czytelnik bardzo dużo z niej odbiera i wyciąga dla siebie samego. Norton Perina to bohater, który od początku budził we mnie mieszane uczucia, ale zawsze bardzo intensywne - od jakiejś irytacji, złości po żal i współczucie, ale tak naprawdę główny bohater pozostaje dla czytelników swego rodzaju zagadką do samego końca. On sam niekiedy próbuje usprawiedliwiać swoje postępowanie, niektórych czynów żałuje, jest szczery, ale w tym wszystkim... bardzo często bezkrytyczny względem swojego zachowania.

Książka Yanagihary jak już wspomniałam wcześniej powstawała prawie 20 lat... nie bez powodu. Jest inspirowana prawdziwą historią, oczywiście bulwersującą laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny z 1976 roku, Daniela Gajduska. Daniel Gajdusk tak jak główny bohater powieści (o czym dowiadujemy się już na początku) został skazany za pedofilię. Sam Gajdusk przyznał, że uprawiał seks z około 300 chłopcami, wielu z nich adoptował. Najbardziej bulwersujący nie jest wcale fakt samej pedofilii, ale reakcja środowiska naukowego i lekarskiego na świecie. Do sądu przychodziły setki listów, a ich autorzy pisali między innymi o tym, że pedofilia jest czymś naturalnym i uzasadnionym kulturalnie dla tych papajskich chłopców... oraz, że dokonania Gajduska są tak wybitne i ważne dla naukowego świata i jego rozwoju, że nie powinno go się karać za jego słabości. Wszystko to co złego zrobił zostaje zneutralizowane przez jego naukowe dokonania. Chyba nie muszę tego komentować?

Hanya Yanagihara pokazuje w swojej debiutanckiej powieści niezwykle wysoki literacki poziom. Napisała książkę, która zachwyca, jest fascynująca, pasjonująca i niesamowicie dobra. To wielowątkowy, wielopłaszczyznowy utwór, który pomimo swojej objętości nie nuży ani przez chwilę. Jest cały czas bardzo intrygujący, poruszający, momentami odrzucający lub nawet oburzający przez zachowanie głównego bohatera, ale z drugiej strony Norton Perina jest bohaterem na tyle zapadającym w pamięć, że osobiście nie miałabym nic przeciwko temu, żeby poznać jego losy, jego literacką wizję jeszcze bardziej pogłębioną, szczegółową, dotykającą może jeszcze bardziej aspektu ojcostwa, relacji z adoptowanymi dziećmi. "Ludzie na drzewach" to piękna, przenikliwa, niezwykle wartościowa pozycja. Zdecydowanie jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku.

Moja ocena: 10/10

niedziela, 15 października 2017

(659) Najlepszy powód, by żyć

Tytuł: Najlepszy powód, by żyć
Autor: Augusta Docher
Wydawnictwo Znak
Stron 400

Opis wydawcy:

Wszystko trwało ułamek sekundy. Błysk ognia i nagle jestem w ognistej kuli. Dociera do mnie, że się palę. Jestem żywą ludzką pochodnią.

Dominika budzi się po kilku dniach. 
Wie, że to był wypadek, a ukochany ojciec wcale nie chciał jej zabić. 
Teraz, kiedy on jest w więzieniu, ona leży w szpitalu i walczy o życie.
Chociaż właściwie, to inni walczą za nią, ponieważ ona się już poddała. 
Ale to, co miało być końcem, okazuje się być początkiem… 

Przewrotny los stawia na jej drodze ambitnego młodego lekarza, który dostrzega w niej coś więcej niż tylko pacjentkę. Gdy on będzie leczył jej ciało, jego brat Marcel, czarna owca szanowanej rodziny, spróbuje uleczyć jej duszę.
Tylko czy to jest w ogóle możliwe? Czy pęknięte serce potrafi jeszcze kochać?
I czy ktoś, kto ma tyle powodów, by się zabić, odnajdzie ten jeden, by żyć?

Moja opinia: 
Zacznijmy od tego, że Augusta Docher to literacki pseudonim polskiej pisarki. O czym ja przed lekturą nie wiedziałam, ale wielu mądrych mogłoby się odezwać, że mogłam to wywnioskować z imion głównych bohaterów - kiedy je poznałam, faktycznie fakt ten wywnioskowałam. Augusta Docher, a tak naprawdę Beata Majewska stworzyła polską powieść w nurcie tak popularnym teraz new adult. Historia mnie zaintrygowała, wykończona po ciężkim tygodniu postanowiłam sięgnąć po coś lekkiego, niezobowiązującego, choć po literaturę młodzieżową nie sięgałam już od lat. Powieść Docher w moje czytelnicze gusta się nie wpasowała - może z moimi osiemnastoma latami na karku, a przede wszystkim patrząc na literaturę, którą czytam w większości przypadków jest na nią za stara? Potrafią dojrzeć co może się w niej podobać innym czytelniczkom, dla mnie były to jednak trzy... nie do końca dobrze spędzone literacko godziny. 

Historia opowiedziana przez Docher toczy się w dwóch perspektywach czasowych: "Przedtem" i "Teraz". W "Przedtem" zostały opisane wydarzenia związane bardzo blisko z wypadkiem Dominikiem, jej walka o zdrowie, skomplikowane relacje z matką. "Teraz", czyli teraźniejszość rozgrywa się ponad dwa lata po wypadku. Czytelnik poznaje dojrzalszą niż jej rówieśnicy bohaterkę, która wiele przeszła, zniosła wiele bólu i strat. Dziewczynę z dobrego, bogatego domu, okaleczoną w wypadku, bardzo kruchą, niepewną, wycofaną społecznie dziewczynę, na którą wszyscy dziwnie patrzą, bo nosi specjalny kombinezon, mieszka sama w wielkim domu, jej ojciec jest w więzieniu, a matka nie wiadomo gdzie. 

Dominika jest postacią, która bardzo boli się zbliżenia, a jednocześnie bardzo go pragnie. Została opuszczona przez chłopaka, najbliższych przyjaciół, musiała zrezygnować z edukacji w szkole. To ambitna bohaterka, której losy wzruszają czytelnika, a jednak jej dojrzałość dla mnie wydawała się czasami niedostateczna. Na scenę wkracza Marcel, 21- latek, który rzucił studia, skupia się na piciu i zabawie, ale i jego historia jest boleśniejsza i bardziej skomplikowana niż myśli o niej z początku czytelnik. Jest dosyć obcesowym chłopakiem, który potrafi powiedzieć, że nie lubi tłustych dziewczyn (w jego ujęciu to dziewczyna, która nosi 42 rozmiar), a jednak zakochuje się w Dominice... i jej wszystkie obrażenia (jak np. brak brodawki na piersi, duża ilość blizn, prawie przezroczysta, bo naciągnięta skóra) przestają mieć dla niego znaczenia, choć rzeczywiście - początkowo robią na nim wielkie wrażenie, co próbuje ukryć przed samą Dominiką, ale co zostaje jasne dla czytelniczki, która ich historię, poznaje zarówno z perspektywy Dominiki jak i Marcela. 

"Najlepszy powód, by żyć" to romantyczna historia o radzeniu sobie z innością, pokonywaniu własnych psychicznych barier. Powieść pełna czułości i problemów, które jednak są dosyć ekstremalne i wyrastają poza katalog "typowych problemów związanych z egzystencją młodego / starego człowieka". Mi osobiście coś w tej powieści nie gra... historia Dominiki i Marcela nie wywoływała u mnie wielkiego wzruszenia ani innych emocji. Czytałam, poznawałam, ale rozstałam się z tą historią bez żalu, choć przyznaję: zakończenie jest bardzo intrygujące. Na tle wielu świetnych pozycji, które przeczytałam w ostatnim czasie powieść Docher wypada przeciętnie, żeby nie powiedzieć, że słabo. Książka autorstwa Docher jest nierówna fabularnie - ciekawy pomysł na fabułę nie do końca dobrze został wykorzystany, niektóre dialogi były słabe, banalne, irytujące... bohaterowie też byli jacyś nierówni, momentami sztuczni - nie zakochałam się w nich.  Ich los mnie nie przejął, nie doprowadził do łez. Pozostawił mnie obojętną. Jednak... autorce należą się brawa za ukazanie kłopotliwych relacji damsko - męskich w obliczu niedoskonałości jednej ze stron, ukazania; że wygląd, kiedy poznamy bratnią duszę nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Żałuję jedynie, że autorka nie zrobiła tego w trochę lepszym stylu. 

Moja ocena: 6/10 Dobra

środa, 4 października 2017

(658) Mroczne zakamarki

Tytuł: Mroczne zakamarki
Autor: Kara Thomas
Wydawnictwo Akurat
Stron 412

Opis wydawcy:
W Fayette, prowincjonalnym miasteczku w Pensylwanii, na każdym kroku czają się ponure tajemnice. Tessa, która wyjechała stąd w dzieciństwie, cały czas starała się nie myśleć o tym, co wydarzyło się tamtej letniej nocy. Tak mroczne przeżycia mogą zostawić w pamięci niezatarty ślad, jeśli tylko im się na to pozwoli.
Callie, jej przyjaciółka, została w Fayette. Przeprowadziła się do innego domu, więc nie musi codziennie patrzeć na te same ściany, ale Callie zawsze była tą silniejszą. Dlatego potrafi stawiać czoła demonom i ma nadzieję, że pewnego dnia znikną na dobre, jeśli będzie ostro imprezowała.
Jako dziewczynka Tessa nigdy nie rozmawiała ze swoją przyjaciółką o tym, co wtedy widziały. Nie przed procesem, w którym obie zeznawały. Ani tym bardziej potem. Po procesie Callie zamknęła się w sobie, a Tessa wyjechała, co tylko sprawiło, że przyjaciółki całkowicie straciły ze sobą kontakt.
Ale od wyjazdu Tessę nurtują pytania. Pewne rzeczy nieustannie budziły jej podejrzenia. A teraz musi wrócić do Fayette – tam, gdzie Wyatt Stokes czeka w celi śmierci na proces apelacyjny, gdzie przed laty zginęła Lori Cawley, kuzynka jej przyjaciółki, i gdzie ukrywa się ktoś, kto może znać prawdę.

Moja opinia: 
Okładka powieści Kary Thomas zachęca do lektury i przywodzi na myśl mroczne kryminały/thrillery/horrory... w rezultacie zaś czytelnik otrzymuje powieść obyczajową z rozbudowanym wątkiem kryminalnym, ale za to jakim! Nie mam wątpliwości co do tego, że "Mroczne zakamarki" to idealna powieść dla osób, które nie zaczytują się na co dzień w kryminałach /thrillerach/horrorach. Zaczytujące mogłyby oczywiście stwierdzić, że powieść Thomas jest mało mroczna, ale chyba nawet oni nie odmówią przyznania, że jest niezwykle zawikłana i zaskakująca. Autorka zaczyna dosyć niepozornie przywodząc na myśl wydaną niedawno powieść "Miasteczko kłamców", ale kończy z wielkim przytupem, wbijając czytelnika w miejsce na którym obecnie siedzi i pozostając ze swoją powieścią długo w jego pamięci. Oczywiście nie jest to genialna, wybitna proza, ale jeśli szukamy od literatury rozrywki w dobrym stylu, powieści, która porwie nas na kilka godzin i nie pozwoli się od siebie oderwać to "Mroczne zakamarki" są do tego idealną pozycją. 

Morderstwo sprzed laty i spotkanie przyjaciółek sprzed laty. Niewyjaśnione tajemnice, nocne strachy i kolejna zbrodnia do której dochodzi po powrocie bohaterki. Ten początek - niejednokrotnie już w literaturze się pojawiający może odstręczać czytelników. Fabuła początkowo jak z żywca wzięta z powieści Megan Mirandy "Miasteczko kłamców". Przeprowadziłam jednak małe prywatne "śledztwo" i odkryłam, że oryginalnie, to właśnie "Mroczne zakamarki" pierwsze miały swoją premierę - jedynie dwa miesiące wcześniej, ale zawsze. Więc nie zwracam na to uwagi, bo przecież tak naprawdę "Miasteczka kłamców" mogłam nigdy nie przeczytać, a tym samym nie dopatrzyć się podobieństw. Analizuję wrażenia z lektury powieści Thomas w oderwaniu od innych literackich doświadczeń i dochodzę do wniosku, że otrzymałam więcej niż się spodziewałam. 

Po latach intensywnego czytania stałam się raczej spokojnym czytelnikiem, który nie zarywa dla książek nocy, nie rozkopuje koca w irytacji, nie dostaje wypieków ani nie rzuca książką, kiedy coś dzieje się nie po jego myśli. Książka Kary Thomas to we mnie zmieniła, sprawiła, że ekscytowałam się lekturą tego typu powieści jak już to od dawna nie miało miejsca. W "Mrocznych zakamarkach" autorka z początku zapoznaje nas z kolejnymi skrawkami i elementami życia bohaterki, które złożyła się na jej dzisiejszą osobowość (swoją drogą taką, która niekoniecznie wzbudza wielką sympatię czytelnika, a może raczej kilka gramów współczucia), ale choć w niektórych zagranicznych opiniach możemy przeczytać, że mamy do czynienia z thrillerem psychologicznych - radziłabym odchodzić zarówno od nazywania tej powieści thrillerem jak i powieścią psychologiczną. Pomimo tego, że zadatki na takową ma. Docieramy do wydarzeń sprzed 10 lat, do życia dwóch 8-9 latek, które zostają zmanipulowane przez dorosłych, śledczych, aby doprowadzić do skazania człowieka. Dorastają, dojrzewają, ale nie wyrastają ze świadomości, że to ich zeznania sprawiły, że człowiek został skazany na śmierć. Pomijając już nawet aspekt winny czy niewinny - zachowania śledczych z tamtego okresu budzą w czytelniku i obawy. Winny zawsze się znajdzie? Dajcie mi winnego, a dowody się znajdą? 

Autorka zdecydowała się na przedstawienie dwóch zupełnie różnych dziewczyn, które wychowywały się w różnych domach, w różnych środowiskach i których życie potoczyło się różnie, choć zdeterminowała je te same wydarzenia. Po latach spotykają się na tej samej płaszczyźnie i uczestniczą w tych samych wydarzeniach, które ponownie ich ze sobą łączą. Może nie czynią ich przyjaciółkami, ale przynajmniej sojuszniczkami... I nagle "Mroczne zakamarki" nabierają naprawdę szybkiego tempa, a jedna tajemnica goni drugą. Akcja staje się coraz bardziej zawikłana, rodzinne tajemnice przeplatają się z wydarzeniami dotyczącymi morderstw, krąg podejrzanych się poszerza, a kiedy wydaje się, że doszliśmy już do rozwiązania zagadki... następuje nagły zwrot - okazuje się, że to był dopiero początek, a tak naprawdę zmierzaliśmy ku zupełnie innej prawdzie.

"Mroczne zakamarki" Kary Thomas to rewelacyjna powieść na jeden z jesiennych wieczorów. Wciąga, zaskakuje, a pod koniec... niejednemu czapka zleci z głowy. Jest niebanalnie, jest ciekawie, jest emocjonująco, niezbyt mroczno, ale tempo akcji wzrasta i sprawia, że książka naprawdę zapiera dech w piersiach, a czytelnik staje się niespokojny. Częściowym zaskoczeniem było dla mnie z pewnością to, że główna bohaterka znajduje się gdzieś na granicy między byciem nastolatką (a takich bohaterek na chwilę obecną w literaturze unikam) a dorosłą młodą kobietą. To wszystko sprawia, że "Mroczne zakamarki" ujmą szczególnie nie dość, że czytelniczki, które nie czytają dużo thrillerów to także te, które szukają w powieści przyjaźni, rodzinnych tajemnic, ale w obliczu młodej, jeszcze nie do końca doświadczonej, choć zdecydowanie niegłupiej bohaterki. Co więcej! Jej przenikliwość była momentami naprawdę zaskakująca i to co mi się bardzo podobało... to, że między bohaterkami występowała dobra interakcja dzięki czemu nie dochodziło do czegoś takiego, że jedna drugiej zapomniała o czymś powiedzieć na skutek czego wpadały w tarapaty. Literacki debiut Kary Thomas czyta się naprawdę dobrze, autorka posługuje się dobrym językiem, potrafi stopniować napięcie, stworzyła niebanalną historię, która trzyma w napięciu jeszcze długo po skończeniu lektury... W dodatku to idealna pozycja dla czytelniczek, które nie chcą nawet słyszeć o wątku miłosnym.

Moja ocena: 8+/10

poniedziałek, 2 października 2017

(657) Sztuka oddechu

Tytuł: Sztuka oddechu
Autor: Danny Penman
Wydawnictwo Znak
Stron: 128
Opis wydawcy:

ZAPANUJ NAD ODDECHEM, A ZAPANUJESZ NAD SWOIM ŻYCIEM
Oddychasz 22 000 razy dziennie. Ilu oddechów jesteś świadomy?
Zaczynamy i kończymy nasze życie oddechem. To oddech odzwierciedla nasze emocje, sprawia, że czujemy się silni i mamy kontrolę nad naszym ciałem. 
Danny Penman, światowej sławy trener uważności, pokazuje, że tak naturalna czynność życiowa jak oddychanie to cenny skarb, który może poprawić jakość życia, jeśli tylko będziemy ją wykonywać bardziej świadomie.


Moja opinia: 
"Sztuka oddechu" to kolejna z książek pokazujących jak funkcjonować, jak żyć... aby osiągnąć chociażby względny spokój i szczęście ze swojej egzystencji. Danny Penman poleca skupić się na świadomym oddychaniu, a tym samym treningu uważności, czyli mindfullness. Mindfullness to trening polegający na skupianiu się na chwili obecnej - bez cofania się w przeszłość i wybiegania w przyszłość. To wszystko ma prowadzić ku odstresowaniu się, przejęciu kontroli nad swoim życiem. Są różne metody i sposoby medytacji - powtarzanie jak mantry wybranych słów, liczenie czy też skupienie na oddechu, które proponuje nam autor w tej ślicznie wydanej pozycji. 

Danny Penman oprócz tego, że jest pisarzem, dziennikarzem, światowym trenerem uważności... jest przede wszystkim człowiekiem, którego oddychanie uratowało. Uległ wypadkowi podczas lotu paralotnią. Połamany czekał na ratunek... jedno wiedział na pewno - jeśli zamknie oczy... ryzyko, że już ich nie otworzy jest ogromne. Był sam. Sam na sam ze swoim bólem i oddechem. Postanowił skupić się na tym drugim. Osiągnął stan spokojnego wyciszenia, głębokiej uważności, mindfullness - to go uratowało.  Sztuka oddychania jemu ocaliła życie, wielu osobom pomogła poradzić sobie z bólem, pokonać depresję. Oddech to coś nierozwiązalnie związanego z naszym życiem, z nami samymi, od dnia narodzin aż do dnia śmierci. To naturalna terapia? 

Treść książek tego typu zazwyczaj w mojej głowie po lekturze się zaciera. Lubię je czytać, lubię robić postanowienia wniesienia myśli w nich zawartych do swojego życia, wykorzystania porad, osiągnięcia stanu mindfullness. "Sztuka oddechu" nie jest pierwszą książką tego typu z jaką mam do czynienia, ale chyba pierwszą tak konkretną. Autor skupia się na przedstawieniu kilku sposobów medytacji, która przy regularnym wykonywaniu rzeczywiście może przynieść efekty. Mam wrażenie, że odwoływanie się do oddechu w sytuacjach stresowych to coś normalnego... wyrównywanie oddechu, jego liczenie, skupienie się na nim - na jego głębokości i czasie. Penman te medytacje jednak pogłębia. Samo czytanie o nich niejednokrotnie przyprawiało mnie o dreszcz i rozluźnienie. "Sztuka oddechu" nie zrewolucjonizowała mojego życia, ale jest z pewnością najładniej wydaną, najciekawszą i najkonkretniejszą książką dotyczącą mindfullness dla laików z jaką dotychczas się spotkałam. Zachwyci fascynatów tematu, a dla takich ignorantów jak ja... pozostanie niekrzywdzącą pozycją. 

Moja ocena: brak.

niedziela, 1 października 2017

(656) Przed premierą: Księga nocnych kobiet

Tytuł: Księga nocnych kobiet
Autor: Marlon James
Wydawnictwo Literackie
Stron 480

Premiera: 12.10.2017

Opis wydawcy:
Lilit rodzi się jako niewolnica, ale nikt nie potrafi jej zniewolić. W jej żyłach płynie „krew Kromanti, co nigdy nie zna stanu niewolnego, zmieszana z białą krwią, co zawsze zna wolność, i gna w żyłach Lilit jak pożar lasu”. Inne niewolnice dostrzegają w dziewczynie obecność ciemnych, pradawnych mocy. Patrzą w zielone oczy tej „rogatej duszy” z podziwem i przerażeniem. Widzą w Lilit sprzymierzeńca w swojej sprawie – w zaciszu pobliskiej jaskini planują bowiem rewoltę przeciwko znienawidzonemu massa, nadzorcom i batowym. Z czasem jednak niepokorna czarna dziewczyna zaczyna stanowić zagrożenie dla pozostałych negra. Jej lojalność wobec białego massa może zaprzepaścić długie przygotowania...

Moja opinia:
Hipnotyzująca, niezwykła, pochłaniająca, wielkie literackie wydarzenie, niezapomniana, przepiękna, choć miejscami brutalna opowieść o niewolnictwie, brudach historii, sile kobiet i istocie przyjaźni  w ekstremalnych sytuacjach i momentach dziejowych. Marlon James to autor, z którego twórczością po raz pierwszy zetknęłam się podczas mordęczej lektury "Krótkiej historii siedmiu zabójstw" - nowatorstwo języka, które tam ukazał, zabiegi stylistyczne... to wszystko sprawiło, że równie wielu ludzi ją znienawidziło jak i pokochało. To było niesamowite, inspirujące, ale także naprawdę trudne literackie doświadczenie. W "Księdze nocnych kobiet" autor prezentuje zupełnie inny styl i rezygnuje z nowatorstwa językowego, ale i tak tworzy książkę iście epicką, niezwykle poruszającą i pokazuje, że posiada niesamowite literackie umiejętności. Nowatorski staje się więc sam poziom literackiego kunsztu Jamajczyka. "Księgę nocnych kobiet" powinien przeczytać każdy. Dla mnie to do tej pory najlepsza książka 2017 roku. Niezapomniana, zapadająca w pamięć, niezwykle porywająca... książka dla której rzuca się wszystko, porzuca wszelkie obowiązki. 

Hippolyte Taine, francuski filozof doby pozytywizmu uważał, że ludzie są zdeterminowani przez środowisko, rasę i moment dziejowy (rozumiany jako poziom rozwoju intelektualnego człowieka). Historia Lili zdaje się to potwierdzać. Rodzi się jako niewolnica, jej los zostaje z góry przesądzony - ma służyć białym panom. Niewolnictwo to w owym czasie coś zupełnie normalnego. Dziwniejszego jest nieposiadanie niewolników niż ich posiadanie. Być może sytuacja bohaterów książki Marlona Jamesa jest tym trudniejsza, że ma miejsca na Jamajce, będącej angielską kolonią, a więc w pewnym oddaleniu od cywilizowanych enklaw, gdzie o prawa czarnoskórej ludności zaczyna już się walczyć. Marlon James kanwą swej powieści uczynił niewolnictwo, ucisk czarnoskórej ludności, ich brutalne traktowanie, egzekucje, ale także walkę o wolność. Walkę podczas której zginęły tysiące, ale która zakończyła się w 1833 roku zniesieniem niewolnictwa na Jamajce. Marlon James jest podczas opisywania historii inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami brutalny, szczegółowy, naturalistyczny, zachowuje dbałość o najmniejsze detale, kreśli wszystkie sceny tak wyraziście, że czytelnik ma je przed oczami. Wręcz namacalny terror obecny na jamajskich plantacjach w XVIII i XIX wieku, który budzi bunt i odrazę. Tym samym "Księga nocnych kobiet" to powieść dla osób, które o "Powrocie do domu" Yaa Gyasi mówiły, że jest to powieść kładąca zbyt mały nacisk na problem niewolnictwa. Marlon James postępuje odwrotnie - kładzie wyraźny nacisk, obrazuje, szokuje, przygląda się, ale jednocześnie... potrafi wydobyć ze swojej powieści prawdziwe piękno. 

Marlon James napisał książkę przemyślaną od A do Z, wywołującą w czytelniku bardzo silne emocje. Na każdej stronie, za sprawą każdego zdania. Barwni bohaterowie, a wśród nich główna bohaterka - krnąbrna, niepoprawna, uparta, nieakceptująca żadnych autorytetów, przeklinająca, niepokorna, ściągająca na siebie niebezpieczeństwo za niebezpieczeństwem, karę za karą. Nie jest potulnym barankiem, ani niewinną pokrzywdzoną przez życie osobą. Jej zachowanie często wzbudzało we mnie irytację, niekiedy budziło nawet odrazę. Książka Marlona Jamesa to chyba jedna z niewielu książek, które za sprawą irytującej głównej bohaterki nie straciły w moich oczach. Jedna z niewielu książek, w których krnąbrna bohaterka jest niesamowitym atutem. Jej niewyparzony język, niezgoda na los, nawet poczucie bycia kimś lepszym... oczywiście w pewnym momencie popadamy z jednej skrajności drugiej - nagle to biali stają się tymi gorszymi "rasowo". Szybko jednak okazuje się, że wszyscy ludzie, niezależnie od koloru skóry... są równie podatni na wpływ zawiści i poczucia urażonej dumy. 

A kobiety? Wszystkie są tak samo dumne, pewne siebie i zdeterminowane by walczyć o to co kochają. Powieść Marlona Jamesa to tym samym także bardzo niekonwencjonalna historia damskiej przyjaźni. Takiej szczerej, bolesnej i ogromnie prawdziwej. Główne skrzypce w jego powieści jak łatwo się domyślić grają właśnie one - kobiety. Mające w sobie coś z kochanych matek, ale także strasznych czarownic i zaklinaczek, dziwek i czułych kochanek, sióstr i córek, ale także kobiet żądnych zemsty, niekiedy także morderczyń. To czarne i białe kobiety dyrygują światem w "Księdze nocnych kobiet" - to one rozdają karty, decydują o losie ludzi... to one walczą, to one nienawidzą, to one kochają. To one nadają rytm i piękno tej powieści.

"Księga nocnych kobiet" to księga emocji i ludzkich zachowań. Opowieść o żądzy zemsty, lojalności, kobiecej sile, miłości, cielesności, dojrzewaniu, marzeniach, cierpieniu, podeptanej godności, gwałtach, zniewoleniach i walce o wolność. Marlon James napisał mroczną, dopracowaną w każdym najdrobniejszym szczególe powieść. Autor pokazuje, że świat nie jest czarno - biały, a ludzkie wybory są zdeterminowane przez wiele czynników. Świat nie jest prosty... tak samo jak ludzka psychika. "Księga nocnych kobiet" to hipnotyzująca powieść, w której autorowi "Krótkiej historii siedmiu zabójstw" udało się zgrabnie, niezwykle lirycznie przedstawić historię niewolnictwa, walki o wolność, ale także obraz relacji na poziomie niewolnik - pan, relacje panujące wśród niewolników... ten obraz jest niekiedy bardzo brutalny przez swą prawdziwość, świadomość tkwiącą w czytelniku, że to wszystko naprawdę miało miejsce. Piękna, poruszająca, obowiązkowa lektura. Do pokochania i zapamiętania. 

Moja ocena: 10/10

sobota, 30 września 2017

(655) Eskpedycja. Historia mojej miłości

Tytuł: Eskpedycja. Historia mojej miłości. 
Autor: Bea Uusma
Wydawnictwo Marginesy
Stron 320

Opis wydawcy:
Wszystko w tej książce jest prawda. Wszystko się wydarzyło. Oprócz tego, co napisano na stronach 275 i 276.

Jest 11 lipca 1897 roku. Trzej członkowie wyprawy polarnej ze Sztokholmu: Salomon August Andrée, Knut Frænkel i najmłodszy – dwudziestoczteroletni, Nils Strindberg, odlatują wypełnionym wodorem balonem o nazwie „Orzeł” w stronę bieguna północnego. Trzydzieści trzy lata później zupełnym przypadkiem inna wyprawa natrafia na resztki ich ostatniego obozowiska na lodowcowej wyspie. W dziennikach można przeczytać, że po kilku dniach w balonie musieli awaryjnie lądować pośrodku wielkiej kry i przez kolejne miesiące próbowali wrócić na stały ląd.

Trzech mężczyzn o minimalnej wiedzy na temat Arktyki znalazło się w środku koszmaru. Nie przebyli nawet jednej trzeciej odległości do bieguna, nie udało im się nawet dotrzeć najdalej na północ – oni wylądowali na 82° 56’, przed nimi norwescy polarnicy dotarli już dalej. Członkowie wyprawy byli tego świadomi. Wobec innych wypraw, które kończyły się sukcesem, ta w ogóle nie powinna była się odbyć.

Na początku każdy z nich miał ciągnąć sanie o wadze 200 kilogramów, ale ostatecznie przepakowali je i zostawili dużą część wyposażenia. Ale po co ciągnęli ze sobą do końca kilka tomów encyklopedii, spinacze, krawaty, szalik z różowego jedwabiu, obrus? Zapisują: „Tu każdy dzień mija jak inny. Ciągniemy sanie, jemy i śpimy”. Żaden z członków wyprawy nie wiedział, jak utrzymać się przy życiu w warunkach arktycznych.

Przez niemal sto lat badacze Arktyki, dziennikarze i lekarze próbowali rozwiązać zagadkę: co tak naprawdę wydarzyło się na wyspie? Co spowodowało śmierć trzech członków ekspedycji? Mieli przecież dużo pożywienia, ciepłe ubrania, skrzynie z amunicją i broń. Wszystko to znaleziono obok ich ciał w obozowisku. A także inne pamiątki, które mogły powiedzieć coś więcej o uczestnikach: medalik ze zdjęciem i puklem włosów narzeczonej Strindberga, Anny Charlier, rolki filmowe ze zdjęciami wykonanymi podczas wyprawy.

Moja opinia: 
"Ekspedycja. Historia mojej miłości" to nawet dla mnie, jako osoby niezainteresowanej wyprawami arktycznymi, zdobywaniem biegunów, krainami wiecznego lodu pozycja ogromnie ciekawe i inspirująca, ponieważ posiadają większe znaczenie uniwersalne niż osoba zapoznana jedynie z opisem tej książki mogłaby się spodziewać. To piękna, fascynująca opowieść o pasji, która odmienia i determinuje nasze życie. Historia wielkiej miłości do tego co się robi... i przede wszystkim pozycja o tym, że dla pasji warto odmienić swoje życie, że tylko w realizowaniu się, spełnianiu swoich ambicji i oczekiwań można odnaleźć szczęście i satysfakcję. 

Bea Uusma już jako dziecko zakochała się w historii nierozważnej wyprawy polarnej, w której wzięli udział trzej mężczyźni - posiadający jedynie szczątkową wiedzę o warunkach życia, trudnościach, które będą musieli pokonać. O trudnościach, których w efekcie pokonać im się nie udało. Ta historia, która miała miejsce tak wiele lat przed jej urodzeniem zaważyła na tym jak potoczyło się jej życie. Bea Uusma miała jasny cel. Chciała pójść na medycynę, aby móc badać przyczyny śmierci odważnych podróżników... Cel ten osiągnęła, jednak rozwiązania zagadki nieudanej wyprawy polarnej nie poznała. Nie mniej w swojej książce zawarła wiele hipotez - wraz z ich argumentacją: za i przeciw. W tym wszystkim widać niezwykłą pracę badaczki, ale także fascynatki. Ta książka ma krótko mówiąc ręce i nogi!

"Ekspedycja..." nie jest książką stricte naukową ani dokumentalną. To zbiór hipotez, osobistych refleksji autorki. Dla fanów polarnych wypraw i ich historii - pozycja obowiązkowa! Wydanie tej pozycji przyciąga spojrzenie - duża ilość zdjęć, tabel, wykresów... to wszystko sprawia, że to dobra książka także, żeby ją po prostu przeglądać, wertować, wynotowywać ciekawe informacje. Oczywiście - ta pozycja powstała w wyniku długoletniej pracy badaczka, a jej hipotezy... mają jasne uzasadnienie w informacjach, które posiadamy na temat tamtej wyprawy.  Bardzo cieszy mnie, że w książce znalazły się kopie zapisków z dzienników podróżników, wiele zdjęć i danych historycznych. "Ekspedycja" była dla mnie dzięki temu bardzo przyjemną, ciekawą, a co najważniejsze... niewydumaną lekturą. 

Moja ocena: 7/10

piątek, 29 września 2017

(654) Serce

Tytuł: Serce
Autor: Radka Franczak
Wydawnictwo Marginesy
Stron 304

Opis wydawcy:

Zmiana, o której myślisz, przychodzi niespodziewanie.


Wcale nie tak, jak chciałaś.

Ale zawsze prowadzi cię do miejsca, w którym chcesz być najbardziej.

Młoda dziewczyna z Polski jedzie z chłopakiem do Szwajcarii – chce poznać świat, zarobić pieniądze, wyrwać się z nijakości. Wika trafia do podupadłej rezydencji nad Jeziorem Genewskim, gdzie mieszkają tylko dwie kobiety - matka i córka. Ma pomóc w pracach domowych i zaopiekować się starzejącą się Shirley. Trzy kobiety spotykają się w momencie, kiedy ich życie zmieniają wydarzenia, na które nie mogły być gotowe. Podróż młodej Wiki okazuje się być podróżą w głąb siebie, wprost do swojego serca i jego największych pragnień.

Moja recenzja:
"Serce" Radki Franczak to książka, której przyglądałam się już odkąd pojawiła się w zapowiedziach, czyli od dawna. Jednak cały czas, mimo rekomendacji Andrzeja Wajdy na okładce - coś mnie od niej odpychało. Może to ten opis? Już niejedna pozycja tego typu przez rynek wydawniczy się przewinęła... młoda dziewczyna wyjeżdża za granicę, w poszukiwaniu pracy, zarobku, lepszego życia, a tak naprawdę wyrusza w podróż w głąb siebie. Im więcej czytam, tym częściej towarzyszy mi myśl, że obecnie naprawdę trudno trafić na książkę, której naczelnym motywem nie byłaby pielgrzymka / wędrówka nie tyle fizyczna, co psychiczna - w głąb siebie. Poszukiwanie, odkrywanie i zmienianie, które jednak nie zawsze zależne jest od nas samych. Literatura jest tego pełna - szczególnie polska. Moje nastawienie do "Serca" Franczak musiało jednak w końcu ulec zmianie - nominowana do najważniejszych polskich nagród literackich - w tym do Nike (wyniki poznamy już niebawem)... w końcu została przeze mnie przeczytana. Powieść Franczak nie jest dla mnie literackim wydarzeniem roku, ale pozycją angażującą psychicznie, a co za tym idzie emocjonalnie czytelnika w jej lekturę. To jedna z tych powieści, które z każdą kolejną stroną dają czytelnikowi więcej - z powieści jakich wiele przeobrażają się w utwór, który porusza i wstrząsa - może nie poruszaną tematyką, ale sposobem jej przedstawieniem. Językiem, stylem i emocjonalną prostotą. 

Debiutancka powieść Radki Franczak jest subtelną opowieścią o dojrzewaniu, odkrywaniu świata, krańcowych momentach naszego życia i tragediach, które wpływają nie tylko na naszą duszą, psychikę, ale także na ciało. "Serce" to literatura dojrzewająca z każdą stroną, skrywająca w sobie więcej niż sugeruje nam to opis. Zaczyna się jak historia jakich wiele - wyjazd młodej pary za granicę (jak możemy się domyślać) na początku XXI wieku. Wyjazd z Polski, która prezentuje zupełnie inny obraz niż reszta Europy. Zderzenie z inną architekturą, z autostradami, szybkimi samochodami (na myśl przychodzi mi scena, gdy bohaterowie boją się o swoje życie podczas podróży z Niemcami, którzy ich zdaniem widocznie przekraczają dozwoloną prędkość). To historia o pożegnaniu starego świata i Polsce widzianej z oddali, z dystansu, przez pryzmat innej rzeczywistości. Kluczowa jest scena, w której główna bohaterka wraz ze swoim narzeczonym buszuje po wysypisku śmieci w Szwajcarii, gdzie przejeżdżające dzieci wszystko niszczą, dopuszczają się aktu destrukcji..., a oni... młodzi Polacy? Obiecują sobie, że kiedy będą urządzać własne cztery kąty - wybiorą się na to wysypisko po meble, zastawy. To co w Szwajcarii jest na porządku dziennym, to czego w pewnym momencie zaczyna być za dużo, bo dzieci dostają zabawkę za zabawką, pojawiają się nieustannie nowe trendy... dla Wiki i jej chłopaka jest prawdziwym rajem, rarytasem. To jednak zauważają jedynie oni, bo Polska jest inna. 

Ukazany dysonans między Polską a Szwajcarią tak naprawdę pokazuje, że paradoksalnie na chwilę obecną wcale tak bardzo się od nich nie różnimy. I nas dopadł nieustanny pęd, pogoń za coraz to nowszymi technologiami i nowinkami. Zanika szacunek do jedzenia, przedmiotów, otoczenia..., ale może żeby się odbić... trzeba dotknąć dna? Te dwa państwa, można by powiedzieć: te dwa bieguny widziane są oczami niewprawnej jeszcze życiowo i emocjonalnie Wiki, która nie wie czego poszukuje, gdzie podąża i co chce osiągnąć na mecie. Nie wie nawet gdzie ta się znajduje. A ewentualne plany? Rzeczywistość oczywiście je szybko weryfikuje. Autorka dzięki umieszczeniu w centrum niedoskonałej, niedoświadczonej kobiety wydobywa z tej powieści swego rodzaju dziewiczość, subtelność, jednak taką... która jest najbardziej uderzająca. 

Wika za sprawą znajomości nabytych w Szwajcarii dostaje pracę u z lekka ekscentrycznej Robin i jej matki Shirley. Obie kobiety zostały skrzywdzone przez los, mężczyzn. Są bardzo samotne, jednak reprezentują z gruntu odmienne podejście do swojej sytuacji. Shirley do pewnego momentu się nie poddaje - próbuje znaleźć swoje szczęście mimo dosyć podeszłego wieku. Robin staje się jednak zgorzkniała, momentami zawistna, bardzo często zjadliwa. W ten świat skomplikowanych kobiecych emocji i relacji - nie tylko na płaszczyźnie matka-córka, ale także przyjacielskiej zostaje wpuszczona Wika. Niepozorna dziewczyna, która zostaje uwikłana w tę historię - zdecydowanie bardziej niż by sobie tego życzyła. Jednak wtedy jest już inna - nie mamy do czynienia z tą niewinną dziewczyną, która po raz pierwszy wyjeżdża  za granicę, a z młodą kobietą, która posiada już niemały bagaż życiowych doświadczeń - także porażek i tragedii. Staje się odmieniona fizycznie i psychicznie. Te przemiany językiem delikatnym, stosunkowo lakonicznym udało się Radce Franczak rewelacyjnie oddać. 

"Serce" Radki Franczak, choć zaczyna się jako niezobowiązująca historia o parze młodych ludzi - kończy się bardzo zobowiązująco. Emocje poszczególnych bohaterów nawarstwiają się, a oni sami stają się niekiedy dla czytelników swoistą enigmą. Wbrew pozorom Radka Franczak nie pogłębiła wątku romansowego. Ten znalazł się zdecydowanie na dalszym planie powieści. Chodziło raczej o ładunek emocjonalny, który za sobą niósł. Debiutującej pisarce udało się zgrabnie i bardzo przejmująco nakreślić proces (niekiedy bardzo brutalny) dojrzewania... do trudów życia. Do jego zawikłania, do jego tragedii, skomplikowanych relacji międzyludzkich. Wielkie brawa dla autorki za ciekawe i barwne portrety psychologiczne bohaterów, za niezwykłe oddziaływanie emocjonalne na czytelnika (szczególnie pod koniec) i za kawał dobrej (choć wrażliwej) literackiej roboty. 

Moja ocena: 8+/10

wtorek, 26 września 2017

(653) Stancje

Tytuł: Stancje
Autor: Wioletta Grzegorzewska
Wydawnictwo W.A.B.
Stron 192

Opis wydawnictwa:
Po maturze Wiolka przyjeżdża z rodzinnej wsi do Częstochowy na studia polonistyczne. Życie w mieście to dla dziewczyny szereg nowych wyzwań. Wzdłuż ulic nazwanych imionami świętych ciągną się sklepiki z dewocjonaliami i włóczą pielgrzymi.

Świat nie zna jeszcze komputerów i telefonów komórkowych. Wiolka tuła się od jednej stancji do drugiej: mieszka w podejrzanym robotniczym hotelu, klasztorze, wynajętej kawalerce. W każdym miejscu poznaje innych ludzi i ich historie, słucha opowieści o kosmosie, więzieniu, oswojonych wronach, rosyjskich zupach, narzeczonej, która oszukała i odeszła. Pozostaje otwarta na nowe doświadczenia i lektury. Stopniowo konfrontuje się ze wspomnieniami o dzieciństwie spędzonym na wsi, własnymi wyobrażeniami, swoim ciałem.

Wreszcie, zakochuje się po raz pierwszy. Powieść Wioletty Grzegorzewskiej to subtelna historia o dojrzewaniu, młodzieńczym zagubieniu, poszukiwaniu i poznawaniu samego siebie. Stancje są także luźną kontynuacją docenionego przez krytykę zbioru Guguły, wydanego w 2014 roku.

Moja recenzja:

Wioletta Grzegowska to autorka znana szczególnie za sprawą powieści "Guguły", nominowanej do nagrody Nike. "Stancje" luźno nawiązują do tego poprzedniego zbioru, jednak spokojnie można je czytać także bez znajomości tamtego utworu. Wydane pod koniec sierpnia w serii Archipelagi wydawnictwa W.A.B. przyciągają uwagę minimalistyczną okładką, znanym nazwiskiem na okładce, a podczas lektury nie zawodzą. "Stancje" to dawka naprawdę dobrej, polskiej literatury wysokich lotów – zbiór tekstów, których wspólnym mianownikiem jest postać głównej bohaterki oraz stancje... przemieszczanie się – symboliczne poszukiwanie swojego miejsca na ziemi. Bohaterka odbywa pielgrzymkę horyzontalną i wertykalną, wyrusza w głąb siebie, zakochuje się po raz pierwszy i w pewnym sensie zdecydowanie walczy o przetrwanie. Ta jej walka jest taka prawdziwa, niewydumana. 

Życie ukazane w powieści Wioletty Grzegorzewskiej jawi się jako trudna, kręta droga przetykana jedynie krótkimi postojami. Postojami, które wiążą się z równie krótkimi okresami szczęścia, stabilizacji i spokoju. Wioletta jest młoda, niedoświadczona, przyjeżdża do Częstochowy studiować. Początkiem jej życiowej wędrówki jest mała miejscowość pod Częstochową, do której w swoich opowieściach, we wspomnieniach będzie często powracała. Jako do swojego źródła, miejsca pierwszych inicjacji – chwil szczęścia, ale także przemian. W jej pamięci ważne miejsce zajmuje rodzina – szczególnie dziadkowie i ich życiowe doświadczenia... także te wojenne. To motyw bardzo często pojawiający się w polskiej literaturze – oddziaływanie wojny na kolejne pokolenia, nawet nie te bezpośrednio nią dotknięte. Wioletta Grzegorzewska wplata ten wątek nienachalnie, ale zarazem bardzo celnie i mocno. Te urywki, te aluzje do wojennych przeżyć (nie tylko dziadków Wioli, ale także przełożonej klasztoru, w którym w pewnym momencie ląduje) wywarły na mnie bardzo duże wrażenie, ponieważ Grzegorzewskiej udało się uniknąć epatowania tym tematem. W ogóle mam wrażenie, że "Stancje" to wysublimowana proza. 

"Stancje" są krótką pozycją złożoną z bardzo krótkich rozdziałów, z których każdy zostaje celnie rozpoczęty oraz inteligentnie zakończony, tworząc ciekawą całość. Prozę Grzegorzewskiej możnaby analizować słowo po słowie, ponieważ wbrew pozorom zawiera w sobie bardzo dużo sensów, a lapidarność i skrótowość stosowane przez Grzegorzewską są bardzo wymowne. Mimo swojej małej objętości "Stancje" mają zamkniętą formułę, kończą się intrygująco, ale zasycają pragnienia literackie czytelnika. Spotkałam się z niejedną opinią mówiącą o tym, że "Stancje" nie dorównują "Gugułom". Na razie nie mogę się do tego odnieść, ale mam poczucie, że to bardzo możliwe. Jej najnowszy utwór bowiem nie wbija w fotel, choć bez wątpienia zasługuje na uwagę. 

Wioletta Grzegorzewska nie przykłada w swojej powieści dużej uwagi do portretów psychologicznych bohaterów, ale podkreśla ich różnorodność. Nadaje im pojedyncze, ale wyraziste rysy. Zarysowuje, ale nie pogłębia ich postaci. Czy powoduje tym niedosyt? Niekoniecznie, ponieważ to właśnie ten pozorny zamęt i wielobarwność sprawiają, że czytelnik trwa w tej lekturze. Niezbyt długiej, ale wartościowej. "Stancje" nie posiadają fabuły o której można by opowiadać godzinami. Nawet pojawiający się wątek miłosny, opisywany jako historia pierwszej miłości... nie został przez autorkę pogłębiony. Ta jedynie się po nim prześlizgnęła... Najważniejsze jest przemieszczanie się, poszukiwanie i dostrzeganie jak inni kierują życiem bohaterki. Dojrzewanie, usamodzielnianie się, wyrywanie spod wpływu innych... o tym wszystkim mówią "Stacje" na podstawie losów niezbyt charyzmatycznej bohaterki. Powieść autorki "Guguł" jest krótką, lapidarną, ale bogatą sensologicznie powieścią. 

Moja ocena: 7+/10

sobota, 23 września 2017

(652) Obłoki Fergany


Tytuł: Obłoki Fergany
Autor: Przemysław Chwała
Wydawnictwo Muza
Stron 304

Opis wydawcy:


Reportaż jest podróżą do świata magicznych medres i miast, a także niesamowitych gór, pasterskich zwyczajów oraz codziennych problemów mieszkańców Azji Centralnej. To opowieść o ludziach szukających własnego miejsca na gruzach nowej, postradzieckiej rzeczywistości. Rosjanach, którzy po upadku „Imperium” stali się jakby bezdomni, Kirgizach - budujących swą nową tożsamość oraz Uzbekach, dla których brakuje miejsca zarówno we własnej ojczyźnie, jak i zamieszkiwanej przez nich od wieków kirgiskiej części Kotliny Fergańskiej.


Moja opinia: 


Reportaży napisano wiele, jednak Rosja jest na tyle barwnym krajem, że cały czas można tworzyć o niej reportaże zaskakujące, poruszające i intrygujące, które raz za razem będą odmieniały spojrzenie czytelników na tę kulturę, sposób bycia i mentalność. Rosja ma wiele oblicz, jednak klimat jest zawsze ten sam. Autor "Obłoków Fergany" jest kolejnym pisarzem, któremu udało się go oddać. Nazwy "Rosja" używamy oczywiście umownie. "Obłoki Fergany" bowiem mówią przede wszystkim o Kirgistanie, czyli państwie należącym dawniej do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Kirgistan – jeden z najbardziej zapomnianych przez Zachód regionów świata. Uzbekistan, Kazachstan... o tych państwach się mówi, a Kirgistan? Dobrze, że mówi o nim chociaż Przemysław Chwała. 

Kirgistan to zapomniany przez świat region koczowników, wielkich tradycji, pasterskich zwyczajów. Mieszkańcy Kirgistanu pozostali bez celów, pracy po zamknięciu fabryk i radzieckich kołchozów. W pewnym sensie radzieckie władze nad nimi czuwały. Komunistyczny świat o nich dbał, wyznaczał im cele, zapewniał pracę, był oparciem dla ich kultury. Po upadku komunistycznego bloku – pozostali zostawieni sami sobie. Zyskali nową tożsamość narodową, ale pamięć o tym co było – pozostała. Dzisiaj zmagają się ze "zwykłymi" problemami mieszkańców Azji Centralnej. Ze względu na swoją kulturę i historię, która cały czas jest w nich żywa pozostają na marginesie, a raczej na granicy. Gdzieś między Rosją a Zachodem... Nie mogą się odnaleźć, a życie w kotlinie Fergany bywa brutalne. 

Przemysław Chwała napisał książkę, w której dużo mówi o osobistych doświadczeniach związanych z Kirgistanem. Kirgistan nie jest krajem, który przyciąga turystów. To świat ogarnięty przestępczością, łapówkarstwem (czasami lepiej zapłacić niż użerać się z urzędnikami). Świat, który zjadają nadużycia i narkotyki. Podróże Przemysława Chwały łączą się z zagrożeniami, a jednak on cały czas w nie wyrusza, aby poznawać świat Azji Centralnej i ludzkie historie – poruszające, ponieważ prawdziwe. W swoim reportażu opowiada o ludzkich marzeniach i niepokojach. Niepokojach związanych z biedą, głodem, bezrobociem... bo w Kirgistanie albo jest się na samym szczycie albo na samym dole. Kirgizi marzą o lepszym świecie, o Zachodzie, o emigracji wierząc, że tam będą mogli zacząć wszystko od nowa – zapewnić lepszy byt swoim dzieciom, a tym samym późniejszym pokoleniom. W Kirgistanie jeśli już uda się dostać pracę – jest ona bardzo nisko płatna... nietrudno jest się znaleźć na skraju nędzy. Marzenia o wyjeździe na Zachód, choć trudne do realizacji czasami udaje się spełnić. Zostawić za sobą ojczyznę, kulturę i tradycję, jednak... nie zawsze jest to recepta na lepsze jutro. Także Zachód potrafi być brutalny, a wielkie idee i marzenia o powrocie do swojej ojczyzny, kiedy już na Zachodzie coś się osiągnie? Rzeczywistość to wszystko weryfikuje. Niestety w większości przypadków na niekorzyść. 

"Obłoki Fergany" to interesujący reportaż o Kirgistanie i Uzbekistanie, świecie który przemija oraz państwach i ludziach, którzy marzą o lepszym jutrze. Zbliżeniu się do Rosji... lub Zachodu. Książka Chwały nie stanowi akademickiego podręcznika dotyczącego historii tych państw, a opowieść o bolączkach i marzeniach ich mieszkańców. Nasuwa się myśl, że większość państw byłego Związku Radzieckiego ma te same marzenia i obawy, a jednak... poznawanie kolejnych ludzi, kolejnych historii rozwija... i jest tak samo fascynujące jak przy zderzeniu z pierwszą historią. Przemysław Chwała nie przedstawia suchych faktów, a swoją opowieść wzbogaca zdjęciami z podróży. "Obłoki Fergany" polecam wszystkim zainteresowanym postradziecką rzeczywistością i reportażami dobrze oraz zgrabnie napisanymi. 

Moja ocena: 7/10

środa, 20 września 2017

(651) Droga do ciebie

Tytuł: Droga do ciebie
Autor: J. P. Monninger
Wydawnictwo Czarna Owca
Stron 320

Opis wydawcy:
Romantyczna i malownicza opowieść, która dzieje się w wyjątkowym momencie życia młodej kobiety. Heather kończy naukę w college’u i  wyrusza w podróż po Europie w towarzystwie dwójki najlepszych przyjaciół. Zostawia za sobą szkolne obowiązki, a dorosłość dopiero wisi w powietrzu. Przed nią już tylko to jedno jedyne lato, by być naprawdę wolną. Heather nawet nie przeczuwa, że spotka kogoś takiego jak Jack. Nieoczekiwanie dostrzega w nim miłość swojego życia. Jack jest tajemniczym, starszym od Heather o kilka lat mężczyzną, który zainspirowany dziennikami dziadka postanawia odwiedzić różne miasta w  Europie. Niecodzienna podróż staje się dla Heather przygodą życia. Jednak pewna tajemnica, którą skrywa Jack, zmienia dosłownie wszystko.

Moja opinia:
Ostatnia podróż przed wstąpieniem w dorosłe życie. Piękna Europa, najpiękniejsze miasta europejskie i podróż oczami Amerykanki, która znajduje się dopiero u progu swojego życia. Życia, które już skrzętnie zaplanowała i w którym nie zamierza wprowadzać najmniejszych zmian. "Droga do ciebie" zbiera różne opinie – od tych skrajnie pozytywnych po te skrajnie negatywne. Dla mnie miała być ciepłą, romantyczną, kobiecą i co najważniejsze niezwykle klimatyczną powieścią, która umili mi ostatni dzień wakacji. Jedno jest pewne: wystarczyła mi na jeden z ostatnich dni wakacji, ale cała reszta... to już nie jest takie czarno-białe. Książka J. P. Monningera była odkąd tylko pojawiła się w zapowiedziach porównywana do powieści Nicholasa Sparksa. Rzeczywiście – wątki przewijające się w powieści Monningera są bardzo podobne do tych, które pojawiają się u Sparksa, jednak wykonanie gorsze. "Droga do ciebie" nie chwyciła mnie za serce, nie porwała, ale była dość sympatyczną lekturą, jednak moim zdaniem... zdecydowanie dla tych mniej wymagających czytelniczek.

Podróż po Europie, która miała być jednym z głównych wątków tej powieści okazała się być jedynie mało interesującym i co gorsza mało klimatycznym tłem tej historii. Są takie miasta, których klimat może być trudno oddać Amerykanowi jak np. Kraków..., ale nie poradzić sobie z oddaniem klimatu Paryża lub Rzymu? To miasta tak specyficzne, tak eksploatowane we wszelkich filmach i książkach, że pisarz – w dodatku taki aspirujący do miana dobrego – powinien być nimi wręcz literacko przesiąknięty, aby móc je odwzorować w swoich utworach
W "Drodze do ciebie" wszystko jest miałkie, jednakowe, a podróż, którą odbywają bohaterowie mogłaby się odbywać w każdym dowolnym mieście na świecie lub mogłaby się tak naprawdę nie odbyć w ogóle... Zabrakło mi większej ilości wyraźnych akcentów narodowościowych i podróżniczych, choć nie ukrywam, że kilka się pojawiło (np. Wątek z Żubrówką). Żałuję jedynie, że autor nie poszedł bardziej w tym kierunku.

Historia stara jak świat – poznają się w pociągu podczas podróży. Zakochują się w sobie, trochę się kłócą, nie mogą się ze sobą dograć, a potem jednak coś się zmienia. Wątek dosyć przewidywalny, tkliwy, nawet romantyczny, jednak... postać głównej bohaterki ten romantyzm niejednokrotnie zabijała. Heather jest przewrażliwiona na punkcie swojej ściśle opracowanej przyszłości oraz myśli, że ktokolwiek mógłby podważyć jej zasadność. Jack jest jej zupełnym przeciwieństwem – starszy o kilka lat, niejedno już w życiu przeszedł, nie żył pod dobroczynnym kloszem rodziców. Czasami się nie rozumieją – zaczyna łączyć ich silne uczucie, ale miłość to przede wszystkim wychodzenie z w łasnej strefy komfortu... a na to nie każdy potrafi się zdobyć.

Kłótnie głównych bohaterów, bezzasadne spory, irytacja bez powodu, sprzeczki o głupoty, przydługie, bezsensowne dialogi, które nie wnoszą nic do treści, a są jedynie powtarzaniem rozmów, które już dawno się odbyły... to wszystko sprawiało, że treść książki Monningera momentami stawała się nużąca, toporna... i taka bezsensowna. Autor wpada z jednej skrajności w drugą – przechodzi od sprzeczek do nadmiernej tkliwości, a tak naprawdę przez większość czasu to książka o niczym. W moim odczuciu nie ma w niej ani przedstawionej porządnie podróży ani też miłości, która rozpaliłaby nawet największe romantyczki. Monninger w miłosnej powieści chciał przekazać treści o poszukiwaniu samego siebie, szaleństwie młodości, idei carpe diem. Miał dobry pomysł na fabułę, jednak nie potrafił go zrealizować. W rezultacie oddał w ręce czytelników dosyć nijaką, a z pewnością przeciętną powieść, która choć z początku intryguje... z czasem zaczyna po prostu nużyć. Nie poradził sobie z udźwignięciem fabuły, oddaniem klimatu Europy i nie potrafił zapanować nad swoim językiem, tak aby doprowadzić go do dobrego poziomu. Styl to bez wątpienia coś nad czym musi popracować, ale brawa za zakończenie, które jest zaskakujące... bo tak naprawdę niejednoznaczne. Krótko mówiąc: czytacie na własną odpowiedzialność!

Moja ocena: 5+/10

sobota, 16 września 2017

(650) Kartagina

Tytuł: Kartagina
Autor: Joyce Carol Oates
Wydawnictwo Rebis
Stron 552

Opis wydawcy:
Joyce Carol Oates jak zwykle w najwyższej formie!
Tytułowa Kartagina to amerykańskie miasteczko otoczone malowniczymi górami Adirondack – wśród nich ginie bez śladu Cressida Mayfield, wyobcowana nastolatka, odstająca od swojej powszechnie szanowanej rodziny. Policja i ojciec Cressidy podejrzewają, że za jej zniknięciem stoi bohater wojny w Iraku, Brett Kincaid, były narzeczony starszej z sióstr Mayfield, pięknej i „grzecznej” Juliet, w którego towarzystwie widziano dziewczynę po raz ostatni. Brett twierdzi jednak, że niczego nie pamięta, ale to dopiero początek łańcucha zdarzeń tej mistrzowskiej opowieści z suspensem, porywającej i jednocześnie przemawiającej do wyobraźni współczesnego czytelnika.

Moja opinia:
Joyce Carol Oates to amerykańska pisarka i autorka takich książek jak "Mama odeszła" czy też "Blondynka". Ponadto od lat wymieniana jest w grupie potencjalnych zdobywców literackiej Nagrody Nobla. "Kartagina" została wydana nakładem wydawnictwa Rebis i jest to moje pierwsze, a dzisiaj już wiem, że z pewnością nie ostatnie spotkanie z twórczością tej autorki. Historia napisana przez Oates to jedna z tych książek, które wciągają niepostrzeżenie już od pierwszej strony – porywają, intrygują i zapewniają literacką rozkosz. "Kartagina" bezpośrednio angażuje czytelnika, a jej wielowątkowość uwodzi i sprawia, że na stałe wpisuje się w pamięć – poszczególne wątki, postacie, poruszane problemy – obraz na wskroś amerykański i bardzo, bardzo godny uwagi.

Joyce Carol Oates pisze w sposób stosunkowo lekki i prosty, a z pewnością niewydumany, a jednak sposób w jaki prowadzi narrację – intryguje już od pierwszych stron. Pisarka potrafi poruszyć, wzruszyć czytelnika i spowodować, że ten już niczego nie będzie pewien, a to co z zasady wydaje się być... takie oczywiste – przestanie takim być. Autorka opisane wydarzenia przedstawia z kilku perspektyw – nie chodzi tu jednak jedynie o zmiany w postaciach na których się skupiamy. W ich portretach bardzo ważne są bowiem także ich poglądy polityczne, społeczne, religijne, wiek, wykształcenie, rola w środowisku i rodzinie – ktoś mógłby powiedzieć, że to przecież oczywiste bowiem to wszystko charakteryzuje danego człowieka – bohatera / postać literacką, a jednak w powieści Oates nabiera nowego wymiaru i znaczenia, bowiem to właśnie ich zapatrywania na świat w dużej części tworzą tę historię.

Kiedy czytam opis "Kartaginy" w mojej głowie automatycznie pojawia się paralela między "Kartaginą" a powieścią Rotha "Amerykańska sielanka". Co więcej Roth także jest wymieniany jako jeden z głównych amerykańskich kandydatów do Nagrody Nobla. Obie książki poruszają problem zaginięcia córki (choć bezpośrednie przyczyny są różne, ich zniknięcia mają podobne podwaliny), reakcji rodziny (która jak dotąd tworzyła obraz idealnej) oraz społeczeństwa amerykańskiego (którego ład zostaje zburzony) na te wydarzenia. Akcja powieści Rotha toczy się na tle wojny w Wietnamie, powieści Oates na tle wojny w Iraku. Mistrzowskie jest także przedstawienie w obu książkach reakcji ojca na zaginięcie córki, który była oczywiście "córeczką tatusia" – nawet wtedy gdy z potulnego dziecka zaczęła się przemieniać w osobę o ugruntowanych poglądach społecznych i politycznych – często odmiennych od narracji rodzinnej. Ojcowie w obu tych powieściach poszukują odpowiedzi na pytanie "Dlaczego?", doszukują się winy w samych sobie... i są spragnieni powrotu ukochanej córki, swoistego syna marnotrawnego. Reakcja matek jest zgoła inna – nigdy nie potrafiły zrozumieć swoich córek, te były bowiem dalekie od ich obrazu ideału (a także od nich samych), cierpią po ich zaginięciu, ale chcą poradzić sobie ze stratą przez powrót do normalnego życia. Roth i Oates mimo, że stworzyli książki z pozoru bardzo do siebie podobne, napisali także powieści, które (obie genialne) świetnie się ze sobą uzupełniają dając tym samym genialny obraz amerykańskiej literatury i społeczeństwa.

Roth w "Amerykańskiej sielance" skupia się na ukazaniu tragedii rodziny i przede wszystkim emocjach ojca, tworząc tym samym niezapomniany obraz ojcostwa. Mimo trudności, częstego braku zrozumienia, pomimo tego, że to czasami bardzo trudna miłość. Te wszystkie wątki pojawiają się także w powieści Oates, a jednak pisarka nie pozostawia bez komentarza psychiki zaginionej bohaterki. Wchodzi głębiej w genezę opisanych wydarzeń, ponieważ nie przedstawia jej obrazu jedynie za sprawą opowieści innych ludzi, a dopuszcza ją samą do głosu. To co w "Amerykańskiej sielance" pozostaje bez komentarza ze strony sprawczyni głównego zamieszania – w "Kartaginie" wyraźnie wybrzmiewa i sprawia, że utwór staje się niezwykle wartościowy także pod względami psychologicznymi.

Mam wrażenie, że "Kartagina" to jedna z tych powieści o których możnaby mówić / pisać / myśleć bez przerwy. Są jednak w niej takie wątki, których naprawdę nie można pozostawić bez komentarza. Jednym z nich jest oczywiście wojna. Brett Kincaid oskarżony o morderstwo Cressidy jest weteranem wojny w Iraku. Został ciężko ranny, okrzyknięty bohaterem i powrócił do domu. Jego doświadczenia wojenne są o wiele bardziej skomplikowane niż mógłby się tego spodziewać czytelnik. To wchodzenie w amerykańskie brudy wojenne, w psychikę człowieka, który przeżył i widział niejedno. Oates tym samym ukazuje także podejście społeczeństwa do wojny, do jej weteranów oraz pozycję amerykańskich żołnierzy. W okresie w którym rozgrywa się akcja książki – było to szczególnie widoczne.

"Kartagina" to książka wielowątkowa, inteligentnie i ciekawie napisana. Żadna postać nie została przez amerykańską pisarkę potraktowana po macoszemu. Postacie są wyraziste i barwne, a relacje, które panują między nimi oraz między nimi a społeczeństwem są niekiedy bardzo skomplikowane, aczkolwiek niewydumane – to podnosi wartości psychologiczne i fabularne "Kartaginy". Przedstawienie amerykańskiego społeczeństwa, skomplikowanych relacji rodzinnych, wpływu tragedii na jednostkę społeczną... i przede wszystkim ogromnej samotności, która może spotkać człowieka nawet żyjącego pośród tłumu ludzi sprawiają, że książkę Oates niezaprzeczalnie po prostu trzeba przeczytać. Ukazanie motywu przebaczania, drugiej szansy, odrzucania, miłości, porzuconych marzeń, życia, które nie zawsze układa się po naszej myśli...  w powieści niebanalnej, przejmującej, zaskakującej i rewelacyjnie napisanej, poruszającej niejeden problem, wątek... i co najważniejsze pobudzającej wyobraźnię czytelnika stając się książką, którą się połyka. W każdej chwili. W każdych okolicznościach.

Moja ocena: 10/10

niedziela, 10 września 2017

(649) Skandynawski sekret

Tytuł: Skandynawski sekret
Autor: Beril Marklund
Wydawnictwo Marginesy
Stron 224

Opis wydawcy: 

Zapomnijcie o duńskim hygge, szwedzki lagom jest lepszy dla waszego zdrowia.

„The Times”

Mamy wpływ na długość naszego życia. Geny tylko w dwudziestu pięciu procentach decydują o starzeniu. Możemy obronić się przed chorobami cywilizacyjnymi i wzmocnić odporność. Skandynawski sekret podpowiada, jak to zrobić.

Bertil Marklund przez wiele lat pracował jako lekarz. Pod wpływem przedwczesnej śmierci rodziców zaczął interesować się związkiem między stylem życia a jego długością. Zauważył, jak ważne są wzmocnienie układu odpornościowego i ochrona przed stanami zapalnymi. I że nigdy nie jest za późno na zmianę. Opowiada o mądrym sposobie na życie, przykładając filozofię szwedzkiego lagom do myślenia o zdrowiu. To zaledwie dziesięć prostych zagadnień, takich jak sen, dieta, aktywność fizyczna, negatywny wpływ stresu.

Nie musimy dokonywać rewolucji, wystarczy skorzystać z kilku wskazówek. A różnicę poczujemy od razu.

Moja opinia: 

Tyle się mówi i pisze o tym jak żyć szczęśliwie i zdrowo - nie ma miesiąca, w którym na rynku wydawniczym nie pojawiałaby się pozycja, która ma poprawić jakość życia, a także je wydłużyć. Podobno stosując się do rad zawartych w książce Marklunda można przedłużyć swoje życie o nawet dziesięć lat. Nie myślcie jednak: "O tak! Przeczytam tę książkę... i dożyję sędziwego wieku". "Skandynawski sekret" to króciutka książka, która pozostawia nas z dziesięcioma radami jak żyć lepiej i szczęśliwie - promowana jako innowacyjna pozycja, która w przeciwieństwie do hygge opowiada nie o duńskim, a skandynawskim sposobie na życie opartym na filozofii umiaru - lagom... tak naprawdę nie prezentuje niczego nowego (no może poza skandynawskim podejściem do picia kawy) - można nazwać pozycję Marklunda książką pełną truizmów, ale można także po prostu stwierdzić..., że nie mówi niczego nowego, bo nic nowego powiedzieć się nie da. Ona zbiera te podstawowe informacje.

Autor nie odkrywa Ameryki, nie wprowadza żadnego novum. Pisze o podstawowych zasadach zdrowego życia - o konieczności ograniczania spożycia alkoholu, wysoko przetworzonych produktach, o zbawiennym wpływie aktywności fizycznej na nasze ciało itp.. aspektach naszego życia. Za sprawą swej stosunkowo małej objętości - słowa doktora Marklunda bardziej uderzają w czytelnika. To bardzo skondensowana, krótka pozycja, która zawiera wiele schematów i tabelek, które pozwalają uporać się z jej treścią raz dwa. Krótkie teksty i wskazówki oddziałowują na czytelnika - motywują do podjęcia tego chociażby najmniejszego wysiłku już od teraz, a nie od jutra lub następnego tygodnia. To zdecydowany plus!

"Skandynawski sekret" jest najprostszą pozycją tego typu, z jaką się spotkałam. Zawiera podstawowe zasady zdrowego trybu życia - takie o których ciągle się mówi we wszystkich mediach, w książkach, w filmach, na portalach, w magazynach. Obawiam się, że niejeden kanał Instagram zawiera więcej wskazówek i i nowości z tej dziedziny niż książka wydana przez Marginesy. Jest w niej kilka myśli, które pozostają w pamięci - jak np. to, że w gruncie rzeczy nie chodzi o to, czego nie powinnyśmy jeść... a o to, żeby jeść także rzeczy zdrowe i pożywne - jeśli takowe zostaną wprowadzone do diety, możliwe stanie się przeżycie jedzenia nawet najgorszych, najbardziej przetworzonych i napakowanych chemią produktów. Jednak takich myśli naprawdę wartych uwagi, jeśli ktoś już się częściej tą tematyką interesował - jest bardzo niewiele. 

Książka Marklunda wywołuje pozytywne wrażenie ze względu na bogatą bibliografię, częste odwoływanie się do badań, które były prowadzone nawet przez kilkanaście lat, a także do wiedzy medycznej autora. Nie mam jednak wątpliwości co do tego, że "Skandynawski sekret" - książka bardzo ładna wizualnie z wierzchu (w środku jest trochę gorzej - słabe jakościowe i stylistycznie zdjęcia) może stanowić jedynie pierwszy krok ku lepszemu, zdrowszemu życiu... dla osób, które od rana do wieczora leżą na kanapie objadając się chipsami, pizzą i popijając to wszystko piwem. Dobry bodziec, pozycja motywująca, jeśli posiada się jedynie szczątkową wiedzę - co więcej: da się z niej wygrzebać nawet kilka ciekawostek, ale na dłuższą metę... nic nowego i zachwycającego. Dodatkowo odrobinę przeszkadzało mi to, że autor nie do końca potrafił podkreślić fakt, że nic nie jest czarno - białe - także kwestie jedzeniowe czy też te odnośnie naszego trybu życia. Przykład: badania pokazują, że jeśli będziemy stali dwie godziny dziennie więcej długość naszego życia może zwiększyć się nawet o 7 lat..., ale co z żylakami wynikłymi z tego stania, które mogą stanowić zagrożenie dla naszego życia? W tej w miarę sympatycznej całości zabrakło mi większego wyeksponowania tego co miało głównie przyświecać tej książce i treściom w niej zawartym, czyli skandynawskiej zasady umiaru - lagom.  Myślę, że to właśnie w niej skryty jest sekret dobrego życia. Doceniam wstawki psychologiczne pt. ogranicz stres, naucz się być optymistą... Tylko, że "Skandynawski sekret" wraz z dziesięcioma rozdziałami w nim zawartymi jest jedynie początkiem. Polecam sięgnąć dodatkowo po dziesięć naprawdę szczegółowych książek, które rozwiną w sposób rzetelny i naukowy poruszane przez Marklunda aspekty. 10 książek dla 10 lat życia więcej? To brzmi kusząco, prawda? 

Moja ocena: BRAK.

niedziela, 3 września 2017

(648) Cotygodniowy stosik #1

W natłoku obowiązków jakoś tradycja stosików na mojej stronie umarła śmiercią naturalną. Zamierzam jednak do niej powrócić... i dzisiaj czynię ku temu pierwszy krok. Moja biblioteczka stale się rozrasta i liczy już dobre 6 tys. książek. Niestety pozamykali moje ukochane księgarnie i antykwariaty, ale spokojnie... odkrywam kolejne 😉 Dzisiaj prezentuję Wam nabytki z ostatniego tygodnia. 


Od góry: 
1. Jeremi Przybora Piosenki prawie wszystkie 
2. Stephen King Carrie - już przeczytana... i stwierdzam, że to naprawdę dobra, ciekawa literatura. Moje pierwsze spotkanie z Kingiem, zachwyty pomniejszone przez to, że znałam już przed lekturą wersję filmową. 
3. Carlos Ruis Zafon Labirynt duchów - czwarta część tetralogii o cmentarzu książek. Przede mną jeszcze pierwsze tomy tej historii... zabiorę się za nią już lada chwila. Myślę, że to będzie idealne rozluźnienie po pracowitych tygodniach i co najważniejsze... dawka naprawdę dobrej literatury.
4. Wioletta Grzegorzewska Stancje - nowa powieść z serii wydawniczej Archipelagi. Bez wątpienia zasługuje na uwagę! Dzisiaj zaczynam lekturę. 
5. Wiktor Pielewin Święta księga wilkołaka - literatura rosyjska z wieloma nawiązaniami do klasyki... wygrzebana w antykwariacie za 2 zł. Ogromnie mnie ciekawi!
6. Philip Roth Kiedy była porządną dziewczyną - mój wielki literacki mistrz w swojej jedynej powieści, której głównym bohaterem jest kobieta. 
7. Andy Weir Marsjanin - książka swego czasu ogromnie popularna. Ciekawiła mnie już od dłuższego czasu, ale to dopiero cena 5 zł przekonała mnie do jej zakupu. Na długie jesienne wieczory będzie jak znalazł! 
8. R. A. Antonius Czas Beboka - o tej książce dawno temu na swoim kanale opowiadała Esa. Już wtedy ta pozycja mnie zaintrygowała. Zresztą... opinia, że tą powieść napisałby Bułhakow, gdyby żył w latach 50. na Śląsku jest wystarczającą zachętą, prawda? 😉

* * *
Czytaliście którąś z tych książek, a może macie w planach? Zachęcam do dzielenia się swoimi wrażeniami i dyskusji. 😊

sobota, 2 września 2017

(647) Zbrodnia i kara

Tytuł: Zbrodnia i kara
Autor: Fiodor Dostojewski
Wydawnictwo MG
Stron 576


Opis wydawcy: 


Słynna powieść Fiodora Dostojewskiego, opowiadająca o losach byłego studenta Rodiona Raskolnikowa, który postanawia zamordować i obrabować bogatą lichwiarkę.

Pomysł na tę powieść narodził się w czasie, kiedy sam autor przebywał na katordze. Zainteresował się wtedy psychologią współwięźniów, wśród których byli i tacy, którzy zostali skazani za morderstwo.
Bohater powieści, 23-letni były student prawa jest półsierotą, ma jednak kochająca rodzinę. Jego matka i siostra darzą go głęboką miłością i wspierają finansowo.
Jednak bohater, zbuntowany przeciw porządkowi świata, decyduje się popełnić morderstwo. Jest przekonany, że jako jednostka wybitna, ma prawo zabijać, gdyż geniusz usprawiedliwia wszystkie zbrodnie na „zwykłych” ludziach. Morderstwo ma stać się rodzajem sprawdzianu jego odwagi. Choć jednocześnie bezpośrednia pobudką tego czynu jest zła sytuacja finansowa Raskolnikowa…

Moja recenzja: 

"Zbrodnia i kara" to moje kolejne podejście do prozy Dostojewskiego. W przeciwieństwie do "Biesów" - "Zbrodnia i kara" wciągnęła mnie już od pierwszej strony. Nie miał tu żadnego wpływu fakt, że po prostu musiałam ją przeczytać. Chciałam ją przeczytać, chciałam się z nią zmierzyć..., ale nie myślałam, że tak bardzo pokocham historię Raskolnikowa. "Zbrodnia i kara" to powieść kultowa do której fabuły i pytań w niej stawianych bardzo często nawiązywali i nawiązują pisarze. Historia fascynująca, ogromnie poruszająca, ponieważ dla Dostojewskiego nie ma rzeczy czarno - białych. Jest za to mnóstwo szarości... Główny bohater staje w obliczu zbrodni, staje się mordercą, ale nie traci sympatii czytelnika, ponieważ tak naprawdę to właśnie on jest największą ofiarą. 

Rodion Raskolnikow był utalentowanym studentem prawa. Z braku funduszy (może także po części z lenistwa?) był zmuszony zakończyć swoją edukację. Doświadczenie biedy, samotności, braku zrozumienia ze strony bliskich doprowadziło go do rozmyślań o zbrodni - zbrodni, którą w końcu decyduje się popełnić. Sprawdzian odwagi? Chęć zrealizowania zbrodni doskonałej, nie do wykrycia? Raskolnikow nie bierze jednak pod uwagę tego jak krucha i delikatna jest ludzka psychika. Dopuszcza się zbrodni, ale nie potrafi przewidzieć tego jak ogromny wpływ będzie miała na jego emocjonalną kruchość. Raskolnikow morduje z zimną krwią, ale nie jest złym człowiekiem, choć na takiego w pewnym momencie próbuje się kreować... jest za to osobą ogromnie pogubioną. 

Fiodor Dostojewski stworzył postać Raskolnikowa perfekcyjnie. Dopracował ją w każdym najmniejszym szczególe, pogłębił warstwę psychologiczną, stworzył bohatera o ugruntowanych przekonaniach, który prezentuje się jako postać trójwymiarowa. Nie jest ani przez chwilę płytki ani płaski... Bardzo emocjonalny, żywiołowy i namiętny - namiętny w swych zachowaniach i wypowiedziach - postać mordercy splata się w nim z postacią wrażliwca. Rosyjski pisarz nie skupił się jedynie na głównym bohaterze - równie ciekawi są bohaterowie drugoplanowi, którzy zajmują określone pozycje w rosyjskim społeczeństwie. Tu ujawnia się także wątek społeczny - Dostojewski zdecydował się na przedstawienie najniższej warstwy społecznej, którą zżera bieda... spotykają się w niej degeneraci, alkoholicy, szerzy się prostytucja. W powieści pojawiają się oczywiście także ludzie lepiej ustawieni, ale służą oni jedynie podkreśleniu biedy i tragicznego położenia tych pierwszych. 

Petersburg jest znany w literaturze jako miasto moralnego zepsucia - oczywiście także u Dostojewskiego został tak ukazany. To nędza, brud i bieda. Głównym motywem "Zbrodni i kary" jest zbrodnia, kara i powiązane z tym aspekty psychologiczne. Pełne emocji rozmowy, będące udziałem Raskolnikowa nie pozwalają nie zwrócić uwagi uwagi na wątki religijne i filozoficzne zawarte w dziele Dostojewskiego. W obliczu szerzącego się zepsucia i nędzy, problemów natury materialnej stawiane zostają pytania o Boga i jego miejsce w ówczesnym świecie. Dostojewski zadbał o każdy najmniejszy szczegół swojej powieści i czytelnik może być pewny, że nic nie dzieje się w niej bez powodu... i tak ogromne znaczenie mają także sny Raskolnikowa. 

Dostojewski w "Zbrodni i karze" pyta o to czy zbrodnię można czymś usprawiedliwić, jednocześnie pokazuje, że nie ma zbrodni bez kary..., a ewentualny brak tej kary niszczy człowieka bardziej niż przeżycie kary. "Zbrodnia i kara" to nie bez powodu najpopularniejsza książka Dostojewskiego - wyrazista, fascynująca, poruszająca, niesamowicie wciągająca i pokazująca za co ludzie tak kochają literaturę rosyjską. Powieść Dostojewskiego zmusza do myślenia, zatrzymania się na chwilę i niezmiennie intryguje. Jest wielobarwna, niebanalna, a przeplatanie się w niej wątków miłosnych, filozoficznych, sensacyjnych, kryminalnych, psychologicznych, religijnych sprawia, że fabuła nie nuży i utrzymuje czytelnika w stałym napięciu. Zachwycające jest to, że mimo, że u Dostojewskiego pojawia się wiele opisów otoczenia, a także przeżyć wewnętrznych... to wszystko dostarcza jedynie literackiej rozkoszy, a nie nudy. Bardzo, bardzo polecam!

Moja ocena: 10/10

piątek, 1 września 2017

(646) Lalka

Tytuł: Lalka
Autor: Bolesław Prus
Wydawnictwo MG
Stron 864

"Lalka" wydana po raz pierwszy na łamach "Kuriera Codziennego" w 1890 roku to historia, którą zna każdy Polak (przynajmniej ze słyszenia). Budziła kontrowersje i podziw. Dzisiaj jest podobnie, choć kontrowersje nie są wywoływane przez przedstawienie przez Bolesława Prusa konfrontacji romantycznego i pozytywistycznego idealizmu z realizmem, a raczej przez ciągłą dyskusję nad tym czy "Lalka" nadal powinna być lekturą. A jak jest z tym podziwem? Budzi go do dzisiaj, choć nie w uczniach, którzy są z niej przepytywani pod kątem: "W którą stronę obróciła się Łęcka, kiedy..". "Lalka" jest wielką powieścią pozytywistyczną i jednym z najlepszych dowodów na to, że to czego nienawidzimy czytając na potrzeby szkolne... możemy pokochać przy późniejszym spotkaniu. 

Polscy idealiści na tle społecznego rozkładu... to właśnie ich chciał ukazać Bolesław Prus. Wśród nich Stanisław Wokulski i główny wątek "Lalki", czyli jego miłość do Izabeli Łęckiej. Stanisław Wokulski jest zubożałym szlachcicem, kupcem, który jednak dorobił się majątku. Izabela Łęcka jest dla odmiany arystokratką, której rodzinny majątek, a nawet posag już dawno przepadł. To jednak nie przeszkadza jej w tym, żeby czuć się lepszą od Wokulskiego, chociaż jego majątek przewyższa środki, w których posiadaniu są Łęccy. Staś wraca do Warszawy z wojny rosyjsko - tureckiej gotowy ubiegać się o rękę panny Izabeli. Ta jest jednak nieubłagana. Liczą się dla niej przede wszystkim pieniądze i luksus, ale nie chce się związać z kupcem - jest piękna z zewnątrz, ale pusta w środku... jak ta tytułowa lalka. Wokulski rozwija swój sklep, ale robi to jedynie dla Izabeli - sam już dawno zgubił poczucie sensu życia na rzecz miłości...

Akcja "Lalki" rozgrywa się między styczniem 1878 a październikiem 1879. Przedstawia losy idealistów - nauki, pracy i miłości. Bolesław Prus w swojej powieści przedstawił panoramę życia społeczeństwa Warszawy, a także panoramę narodową lat 70. XIX wieku. W rzeczywistości "Lalki" widać jednak także echa czasów napoleońskich. W powieści została zawarta panorama historyczna i obyczajowa ówczesnej Polski, a także głębia ludzkich uczuć, emocji i wrażeń za sprawą pogłębionych portretów psychologicznych postaci. Fabułę "Lalki" czytelnik poznaje na dwóch planach: za sprawą odautorskiej narracji, a także z "Pamiętnika starego subiekta" pisanego przez starego, poczciwego romantyka jakim Rzeczki - swoją drogą zdecydowanie moja ulubiona postać "Lalki". 

Bolesław Prus podczas pisania przykładał ogromną uwagę do detali - już od pierwszych stron uwagę czytelnika przyciągają drobiazgowe, bardzo detaliczne opisu sklepu (na myśl w tym momencie przychodzi "Wszystko dla pań" Emila Zoli, w którym przede wszystkim został ukazany świat handlu). Nic więc dziwnego, że tak dokładne jak opisy przestrzeni w której rozgrywa się akcja "Lalki" są także opisy ludzi ją zapełniających. Przez powieść przewijają się kupcy, przemysłowcy, wychowawcy, uczniowie... ludzie, którzy mają za zadanie kreować / konstruować otaczającą ich rzeczywistość. "Lalka" nie jest książką o ludziach sukcesu, ale o wszelkich odcieniach warszawskiego (a co za tym idzie polskiego) społeczeństwa. Bolesław Prus wykreował postacie z krwi i kości - jedne są kreatorami, a inne ofiarami ówczesnej polityki, a co za tym idzie przemian społecznych. Odrzucania romantyzmu na rzecz pozytywizmu - na razie bardzo niedoskonałego. 

Autor nawiązuje w swojej powieści do ważnych wydarzeń historycznych, takich jak zakończone klęską powstanie styczniowe. Pisze o potrzebie pracy organicznej nie tylko dla dobra jednostki ale ogólnego wzmocnienia (szczególnie gospodarczego) Polski, która nie była niepodległym organizmem. Prus krytykuje warszawską arystokrację, jej społeczne i psychologiczne zachowanie, nieobjęcie opieką przez rząd najniższych warstw społecznych... "Lalka" nie jest jednak jedynie krytyką - jest także pochwałą heroizmu, powieścią po trochu historyczną, obyczajową, satyrą, a nawet momentami książką science fiction. Momentami banalna i naiwna w miłości Wokulskiego do Łęckiej, nużąca za sprawą niekiedy przydługich opisów, pasjonująca w swej wielobarwności, wielowątkowości i wielowymiarowości. Plastyczność opisów i języka, oddanie realiów ówczesnego życia sprawiają, że "Lalkę" trzeba poznać - dla rozwoju światopoglądu, kontaktu z literaturą na wysokim poziomie. Nie warto się poddawać podczas lektury, choć często będzie nużąca... warto dać jej szansę - jeśli nie w szkole - to przynajmniej później. To polska klasyka, która zasługuje na uwagę. Szczególnie jeśli mamy do czynienia z tak pięknym wydaniem jak to z MG.
Moja ocena: 8/10

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...