poniedziałek, 12 czerwca 2017

(628) Oszukana


Tytuł: Oszukana

Autor: Charlotte Link
Wydawnictwo Sonia Draga
Stron 552

Lubię prozę Charlotte Link, choć dwie poprzednie powieści, który miałam okazję przeczytać - "Ostatni ślad" i "Złudzenie" były do siebie łudząco podobne. Nie mniej z wielką przyjemnością sięgnęłam po kolejny kryminał jej autorstwa wydany w Polsce, czyli "Oszukaną". "Oszukana" różni się diametralnie od dwóch poprzednich książek autorki, które poznałam. Jest powieścią bardziej skomplikowaną, bardziej wielowątkową i przez to po trochu nieprzewidywalną, co jest dla mnie zdecydowanie miłym zaskoczeniem. "Oszukana" to powieść stosunkowo szybka, z wieloma ciekawymi zwrotami akcji, które choć pozostają przez czytelnika niekiedy do przewidzenia - i tak zapierają dech w piersi. To zdecydowanie energiczniejsza książka Link, w której więcej się dzieje, a zakończenie jest niecierpliwie wypatrywane przez czytelnika (i to bynajmniej nie z nudów).

Kate Linville jest policjantką pracują w Scotland Yard i bez wątpienia nie należy do pracowników miesiąca. Jej umiejętności są przeciętne, a ona sama zdaje się być odizolowana od współpracowników, co źle wpływa na morale zespołu. Nie ma nikogo bliskiego oprócz ojca. Nic więc dziwnego, że jej świat wali się, kiedy ojciec zostaje brutalnie zamordowany i znaleziony obezwładniony w swoim domu. Sprawą zajmuje się uzależniony od alkoholu miejscowy śledczy, któremu Kate nie ufa. W rezultacie Kate postanawia wziąć sprawy w swoje ręce - z różnym skutkiem. Szybko wychodzi na jaw, że kobieta tak naprawdę nie znała swojego ojca..., że nikt nie znał go takiego jakim był naprawdę... 
W tym samym czasie pewna londyńska rodzina postanawia wyruszyć na wakacje. Znany scenarzysta, Jonas Crane postanawia wraz z żoną i synem wyjechać na torfowiska, aby tam pokonać wypalenie zawodowe. Oddaleni od cywilizacji... nagle znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie - nie przypuszczają, że staną na drodze zbiegłemu zbrodniarzowi... 
W tym samym czasie starsza kobieta czuje, że jest obserwowana... śmierć policjanta nie daje jej spokoju... Losy bohaterów łączą się w zaskakujący sposób. 

Kate Linville nie jest typową powieściową bohaterką. Nie jest ani urodziwa ani błyskotliwa. Jest postacią do bólu przeciętną, ale właśnie przez to w ujęciu książkowym tak niezwykłą. Jej relacje z otoczeniem pozostawiają wiele do życzenia, a jej odizolowanie od społeczeństwa, innych ludzi i litość, którą inni jej okazują - sprawiają, że wydaje się wręcz żałosną, a już na pewno godna pożałowania. Wraz z kolejnymi wydarzeniami bohaterka dochodzi do kresu sił, ale czasami po prostu trzeba się dotrzeć do dna, żeby się od niego odbić... tak też jest w tym przypadku. Wydarzenia przedstawione w książce w pewnym momencie sprawiają, że Kate jest wreszcie gotowa zacząć żyć. Mimo to... Kate zdecydowanie nie jest moją ulubioną bohaterką literacką - brak jej iskry i pokory. 

Charlotte Link połączyła w swojej powieści wątek morderstwa policjanta z niepokojącą sytuację w domu Jonasa. W życie spokojnej rodziny, która przed laty zdecydowała się adoptować dziecko nagle wkracza matka chłopca ze swoim toksycznym partnerem, który wykazuje podejrzanie dużo zainteresowania życiem Jonasa i jego rodziny. To właśnie wątek szczęśliwej rodziny z małym dzieckiem, która nagle znajduje się w niebezpieczeństwie wywołuje najsilniejsze emocje. Ich niewinność, ten wewnętrzny lęk już od pierwszych chwil, a jednak nadzieja, że wszystko skończy się dobrze... Charlotte Link potrafi grać na emocjach czytelnika. 

"Oszukana" to bardzo udana powieść kryminalna. Doceniam jej wielowątkowość, zgrabne przeplatanie się i łączenie faktów, a także umiejętne stopniowanie napięcia. To ponad pięćset stron świetnej kryminalnej rozrywki, która ma w sobie dużo nie tylko z thrillera, ale także z powieści psychologicznej. Link wykazała się dużą dbałością o detale. Ukazała związek oparty na toksyczności, uzależnione jednej jednostki od drugiej. Charlotte Link przyłożyła się i stworzyła naprawdę dobre portrety psychologiczne bohaterów, którzy nie są miałcy ani nijacy. W porównaniu z "Ostatnim śladem" i "Złudzeniem" to zdecydowanie najlepsza powieść Link, jaką miałam okazję przeczytać, choć do ideału jeszcze trochę jej brakuje. Nie mniej: niemiecka królowa kryminału jak zawsze zaprezentowała naprawdę dobry poziom!

Moja ocena: 8/10

sobota, 10 czerwca 2017

(627) Frankenstein


Tytuł: Frankenstein
Autor: Mary Shelley
Wydawnictwo Vesper
Stron 320

"Ach, po cóż się szczycimy naszą wrażliwością odróżniającą nas od nierozumnych bydląt? Ona tylko osłabia naszą wolę. Gdyby nasze podniety ograniczały się do głodu, pragnienia i pożądania, bylibyśmy niemal wolni, a tak wstrząsa nami każdy podmuch wiatru, każde przypadkowe słowo lub zawarty w owym słowie obraz."

Mary Shelley, "Frankenstein"

Są takie książki, które zmieniają coś w życiu nawet największych moli książkowych, które wcześniej przeczytały już setki książek. Czytam bardzo intensywnie od 7 lat - rocznie ok. 100 książek i przy takiej ilości książek przeczytanych... bardzo rzadko zdarza się, żeby jakaś powieść zachwyciła mnie od A do Z, utkwiła silnie w mojej pamięci, coś we mnie zmieniła, zmusiła do refleksji i wywoływała we mnie żywe emocje. Mam wrażenie, że czytanie czasami także powszednieje. Z mojego czytelniczego letargu... wyrwał mnie właśnie "Frankenstein" - klasyka grozy, powieść nowatorska jak na XIX wiek, w którym została wydana. Pięknie, cudownie wydana przez wydawnictwo Vesper, z genialnymi drzeworytami Lynna Warda, w przekładzie, opracowaniu i z posłowiem Macieja Płazy. Wydanie wydawnictwa Vesper jest unikatowe, ponieważ prezentuje tłumaczenie pierwszego wydania "Frankensteina" jeszcze bez wprowadzonych ze strony autorki zmian, które miały zniwelować wszelkie dwuznaczności. Ponadto w tym wydaniu zostały umieszczone także inne utwory, nowele powstałe podczas słynnej zabawy nad Lemanem: "Pogrzeb" George'a Gordona Byrona, "Wampir" Johna W. Polideriego oraz opowiastki Percy'ego Shelleya. W wydaniach wydawnictwa Vesper uwielbiam wszystko! Świetne posłowie, z którego dowiaduje się wiele o autorze, epoce, a także prezentowanym dziele, cudowne okładki, ilustracje, jakość papieru i chociażby fakt, że każda książka jest ofoliowana, więc wiadomo, że nikt wcześniej się jej nie tykał. To wszystko razem składa się na fakt, że bardzo żałuję, że Vesper nie wydaje więcej książek. Dziś opowiem Wam o jednej z pereł przez nich wydanych. 

"Frankenstein" to powieść kultowa, nowożytny mit. Pop kultura zmieniła jej fabułę, odbiór, historię potwora, który... wcale nie miał na imię Frankenstein. To tak słowem wstępu. Okoliczności w jakich "Frankensteina" napisała ówcześnie osiemnastoletnia Mary Shelley obrosły legendą. Mamy rok 1816 i słynny "rok bez lata", u podnóża szwajcarskich Alp grupa poetów romantycznych umila sobie deszczowe wieczory wymyślaniem opowieści niesamowitych. Jednak tylko Mary Shelley traktuje tę zabawę poważnie... pragnie udowodnić swoją wartość i umiejętności - w swoim utworze zamyka swe doświadczenia wczesnego macierzyństwa, fascynację i przerażenie potęgą nauki oraz senne koszmary. Niesamowite czasy, niesamowita kobieta i niesamowita historia, która wciąga od pierwszych stron. 

Historia zaczynająca się na Oceanie Arktycznym. Angielski żeglarz Robert Walton utknął wśród arktycznych lodów. Pewnego dnia do jego statku dociera na saniach wycieńczony człowiek. Okazuje się, że to szwajcarski przyrodnik - Wiktor Frankenstein. Gdy odzyskuje siły zaczyna swą opowieść... opowiada o swoim życiu i najwspanialszym, a zarazem najokropniejszym dziele jakiego się dopuścił. Zapał do nauki, chęć zrobienia czegoś niesamowitego, pycha i chęć zapanowania nad życiem i śmiercią doprowadziła do jego zguby. Stworzył żywą i czującą istotę. Obdarzył ją uczuciami, ale nie nauczył z nich korzystać. Kiedy dzieło zostało stworzone - opuścił je. Uczynione z części ciał zbirów, pozszywany byle jak organizm, jedynie na kształt ludzki, a przez to odstręczający. Potwór, który był jak dziecko, został wypuszczony w świat... Osoba, która nie zna dokładnie tej historii mogłaby wyjść z założenia, że potwór był od początku zły..., ale tak naprawdę to samotność i świat takim go uczyniły. Ludzie. 

Mary Shelley prowadzi z czytelnikiem grę. Z początku, kiedy sięgamy po książkę oczekujemy historii o krwiożerczym potworze, który mści się na swoim twórcy. Właśnie! "Mści się.." - za co? Otrzymujemy jednak historię, w której nic nie jest czarno - białe, a choć wiemy (podświadomie), że ta historia musi się źle skończyć... kibicujemy potworowi. Bardzo ludzkiej istocie, która zaczyna rozumieć świat, chce pomagać bliźnim, ale nie może zrozumieć dlaczego jest taki szpetny..., dlaczego w ludzi na jego widok wstępują takie pokłady agresji. Zaczyna rozumieć ludzką mowę, uczy się czytać i odkrywa tajemnicę swojego podłego losu. Pragnie tylko jednego - nie być tak samotnym. Odnajduje swojego stwórcę, dochodzi do tragedii, Wiktor Frankenstein zaczyna popadać w obłęd, giną jego najbliżsi - przy życiu utrzymuje go jedynie pragnienie zemsty... 

Dla mnie "Frankenstein" jest wielowątkową powieścią o potrzebie akceptacji, przyjaźni, tolerancji, o wielkiej samotności, odpowiedzialności za swoje dzieci (czy też stworzenie), dziełem o przerażającej mocy nauki, które może nieść za sobą tyle samo złego co dobrego. "Frankenstein" wywoływał we mnie podczas lektury bardzo silne emocje. Kibicowałam potworowi, miałam ochotę płakać razem z nim. Było mi go bardzo żal, a z drugiej strony.... było mi żal także Wiktora. To dwójka tragicznych bohaterów, których nie można jednoznacznie ocenić. Przynajmniej ja nie potrafię. I prawdopodobnie to właśnie dlatego powieść Shelley wywołuje u mnie tak silne emocje i zachwyt. Jest bardzo niejednoznaczna i piękna. Wbrew pozorom nie chodzi w niej jedynie o grozę i strach.

"Frankenstein" to niezwykła, niesamowicie sensualna powieść, która przyprawia o gęsią skórkę i całkowicie pochłania. Wciąga, zmusza do dalszego przewracania kartek. Jest tak niesamowita, piękna, poruszająca, z wybitnymi kreacjami bohaterów - rewelacyjna reprezentantka literatury gotyckiej. Nic w powieści Mery Shelley nie jest czarno-białe... wszystko jest wielobarwne, wielowymiarowe. Dodatkowo "Frankenstein" zawiera wiele znaczeń i kontekstów społecznych. Oczywiście - to nie jest literatura grozy, która przeraża, ale to piękna klasyka bez której myślę, że większości horrorów by dzisiaj nie było. To jedna z tych książek, w której jest wszystko, jednak w tak wyważonych proporcjach, że treść się wręcz połyka w zatrważającym tempie. Czuć charakterystyczny klimat romantyczny..., czuć jednak przede wszystkim wielką klasę tej powieści i to jak głębokim utworem jest. "Frankenstein" okazał się jedną z najlepszych i najważniejszych książek w moim życiu... Bardzo, bardzo polecam! Osobiście z pewnością do niej jeszcze powrócę...

Moja ocena: 10/10 Arcydzieło!

Pozostałe recenzje książek z wydawnictwa Vesper: 


piątek, 9 czerwca 2017

(626) Cisza


Tytuł: Cisza
Autor: Erling Kagge
Wydawnictwo Muza
Stron 128

"Wierzę, że każdy może odnaleźć ciszę w sobie. Cisza jest w nas bez przerwy również wtedy, gdy otacza nas mnóstwo dźwięków. więcej"
Erling Kagge – Cisza. Opowieść o tym, dlaczego straciliśmy umiejętność przebywania w ciszy i jak ją odzyskać

Cisza. Cisza w naszym tak szybkim świecie to utopia. Ciągle za czymś gonimy, odbieramy coraz o nowe bodźce. Śmieszne - w dniu, w którym czytałam "Ciszę" Erlinga Kagge byłam zachęcana do wzięcia udziału w pielgrzymce ciszy - zero gitar, śpiewu, rozmów przez 10 dni marszu. Szaleństwo. Należę do osób, które nie potrafią spokojnie wysiedzieć, a bezczynność irytuje mnie jak nic innego. Skończę zadanie A... i zabieram się za zadanie B. W autobusie chęć przeczytania kilku stron książki, w kolejce, w sklepie odpowiadanie na maile, w poczekalni u lekarza powtarzanie wiadomości na egzamin, w drodze na przystanek autobusowy - chwila z muzyką...  Gonię, mam za mało czasu, próbuję pracować i działać jak najefektywniej, choć przecież teoretycznie mogłabym się zatrzymać i zanurzyć na chwilę w ciszy... Kiedy sięgam po "Ciszę" - nie tylko czytam książkę - dbam o swój rozwój, robię coś, wykreślam dalej punkt z listy, tym razem punkt "Przeczytaj książkę Erlinga Kagge'a". Mimo, że cisza mnie frustruje, zabija, sprawia, że czuję się niekomfortowo... Z czytania "Ciszy" czerpałam satysfakcję. Erling Kagge nie zachęca nas do rzucenia wszystkie i zanurzenia się na dziesięć dni w ciszy. Zachęca nas do zanurzenia się w ciszę na chwil kilka. "Cisza" nie jest pozycją odkrywczą, raczej podsumowuje wszystko to co o ciszy wiemy z własnego doświadczenia, ale czego nie odbieramy jako naukowy fakt potwierdzony badaniami. Mimo to... jest inspirująca.

"Cisza" za sprawą pięknej okładki momentalnie przyciąga spojrzenie czytelnika. Jej mała objętość zachęca natomiast do zabrania książki ze sobą do komunikacji miejskiej. Zaledwie 128 stron, z których tak naprawdę wychodzi jeszcze mniej czytania, bowiem książka składa się z trzydziestu trzech krótkich tekstów i spostrzeżeń autora na temat ciszy. Kagge odwołuje się w swoich wypowiedziach do tego co o ciszy już powiedziane zostało, a więc np. do Pascala. W swych raczej luźnych tekstach zachowuje pokorę. Książka Erlinga i treść w niej zawarta została przez niego dodatkowo podparta badaniami, które choć stanowią niewątpliwie ważny element tej pozycji - jedynie podsumowują to co większość z nas wie na podstawie nas samych. "Cisza" to książka powstała na bazie osobistych doświadczeń Erlinga i jego poszukiwań - ciekawa, intrygują, warta chociażby przejrzenia, aby poukładać w swojej głowie informacje na temat tego dlaczego utraciliśmy ciszę. 

Erling Kagge jako pierwszy człowiek na Ziemi dotarł samotnie na biegun południowy i północny, zdobył Mount Everest i dwukrotnie przepłynął Ocean Atlantycki. Z podróży, z samotności i ciszy przeżywanych podczas nich, a także ciężkich przeżyć... zrodziła się w nim miłość do studiowania filozofii. Jest z zawodu wydawcą książek, z zamiłowania - kolekcjonerem sztuki. Wydaje się mądrym, empatycznym i spostrzegawczym człowiekiem, a w jego pozycji widać dużą emocjonalną dojrzałość. "Cisza" nie jest kolejnym pseudoporadnikiem, ale naprawdę piękną skandynawską książką o ciszy. Ciszy, która według autora jest dzisiaj potrzebna ludziom bardziej niż kiedykolwiek. Ciszy, która cały czas czeka na odkrycie, a którą można zdobyć jak Mount Everest jeśli zrodzi się w nas taka świadoma potrzeba i determinacja. Okazuje się, że można ją odnaleźć nawet w wielkim mieście, w drodze do pracy. Aby jej doświadczyć nie musimy wyjeżdżać na drugi koniec świata do klasztoru tybetańskich mnichów. 

Cisza to wbrew pozorom trudny temat, który udało się autorowi ująć w ciekawy sposób. Cisza większości ludzi kojarzy się z czymś nacechowanym negatywnie. U mnie budzi dwa skojarzenia: jedno to chwila cisza i relaksu w otoczeniu przyrody, nad jakąś rzeką / jeziorem, ukryta gdzieś pośród traw, druga to cisza w samotności, w jakimś pokoju... Ciszy nie da się jednocześnie określić, a jednak przeprowadzono pewne badania. Grupę badanych porażono prądem. Ból był tak silny, że nie chcieli się zdecydować na dalsze rażenie prądem - nawet wtedy, gdy zaproponowano im za to zapłatę. Badanych zamknięto w samotności, w ciszy, w pokoju. W pewnym momencie cisza stała się dla nich tak nieznośna, że prosili o rażenie prądem... byleby ktoś do nich przyszedł. Rekordzista w ten sposób został porażony prądem ponad sto razy. Umysł ludzki jest niesamowicie ciekawym i intrygującym aspektem ludzkiego życia.... Erling Kagge zdaje sobie z tego doskonale sprawę. Czym jest cisza? Gdzie ją odnaleźć? Dlaczego współcześnie jest ważniejsza niż kiedykolwiek dotąd? Na te pytanie możecie poznać odpowiedź dzięki książki Kegge'a. Uroczej, krótkiej, pięknej historii, której czytanie jest samą przyjemnością... ponadto wzbudza w nas potrzebę przeżycia chwili ciszy. 

Moja ocena: 8/10

środa, 24 maja 2017

(625) Burza. Czarci pomiot.


Tytuł: Burza. Czarci pomiot

Autor: Margaret Atwood
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 330

Margaret Atwood to pisarka znana w Polsce przede wszystkim za sprawą "Opowieści podręcznej". To jedna z tych autorek, o których słyszy się cyklicznie za sprawą ich kolejnych książek, a o których potem słuch ginie. Znikają z książkowego świata i nagle o ich powieściach przestaje się mówić. O "Czarcim pomiocie" napisanym w ramach projektu z okazji rocznicy urodzin Szekspira nie było zbyt głośno. Zbyt słaba reklama? A może po prostu bardzo niszowa i nieatrakcyjna medialnie powieść? Jak można łatwo się domyślić - "Burza. Czarci pomiot" to książka inspirowana dramatem Szekspira pt. "Burza". Przed lekturą aranżacji Margaret Atwood - sięgnęłam po sztukę Szekspira, jednak jestem pewna, że nawet gdybym nie znała "Burzy"... powieść Atwood zachwyciłaby mnie tak samo. To nietuzinkowa i piękna opowieść o stracie, zemście i teatralnym przedstawieniu jakim jest samo życie. 

Nie chcę streszczać sztuki Szekspira - zresztą jej znajomość nie jest konieczna do zrozumienia i niezbędna, aby odebrać pozytywnie powieść Atwood. Nie mniej - nie da się ukryć, że "Burza" jest dziełem nietuzinkowym opowiadającym o ojcowskiej miłości, zemście oraz odpowiedzialności za swoje dzieci i twory (na myśl momentalnie przychodzi mi "Frankenstein"). "Burza" jest jednak także dziełem niesamowitym pod względem swojej magiczności, oddania siły natury - to zdecydowanie dzieło różniące się od tych klasycznych, które poznajemy w szkole... jak chociażby "Romeo i Julia", "Hamlet" czy "Makbet". Magiczne, wielowątkowe, przewrotne... "Burza" zapada w pamięć - jest wspaniała, porywająca i naprawdę cudna. Nic więc dziwnego, że utwór Szekspira stał się kanwą niezwykle interesującej powieści, która chwyta za serce. 

Felix to uznany reżyser teatralny, którego świat wali się po śmierci córki... Nie potrafi się odnaleźć już tak jak wcześniej w swojej pracy. Przez jego głowę przewijają się kolejne szalone pomysły, które pragnie wcielać na scenie w życie. Niestety jego przyjaciel kopie pod nim dołki... Felix traci pracę, zostaje bezceremonialnie zwolniony z funkcji dyrektora artystycznego festiwalu w Makeshiweg. Postanawia odciąć się od świata. Wynajmuje chatkę na uboczu i tam spędza lata. Żyje marzeniami, wspomnieniem córki i dobrych dni, kiedy czuł się potrzebny i ważny. Jego samotność i letarg przerywa jedynie jedno. Przy życiu utrzymuje go jedynie pragnienie zemsty. Po latach postanawia wyjść ze swojego ukrycia (choć nadal ukrywając się) i chce poprowadzić zajęcia teatralne w więzieniu. Sztuką jaką decyduje się wystawić po kilku latach jest oczywiście "Burza". 

Jak dotąd przeczytałam dwie książki z serii inspirowanej dziełami Szekspira - "Zimową opowieść" Jeanette Winterson i "Kupca weneckiego" Howarda Jacobsona. Mogę śmiało stwierdzić, że "Burza" jest powieścią niemal tak doskonałą jak "Zimowa opowieść". Dzięki Atwood przypomniałam sobie co to oznacza czytać powieść z zapartym tchem. Powieść jakby nie było... w większości obyczajową. Jednak klimat powieści Atwoood, dopracowanie charakterologiczne bohaterów, przewrotność akcji, ciekawe wykorzystanie sztuki Szekspira składa się na poruszająca i zapadającą w pamięć historię. Literacki majstersztyk, który utwierdza mnie w przekonaniu, że chcę poznać inne powieści Atwood o których jestem przekonana, że będą jeszcze lepsze! Tkwi we mnie bowiem jakaś taka myśl, że Atwood inspirując się Szekspirem nie mogła do końca zaprezentować całych swoich możliwości, a jednak to co pokazała... robi wrażenie!

Sama kreacja bohaterów już od pierwszych stron zadowala nawet wymagającego odbiorcę. Felix, choć z początku ekscentryczny szybko zyskuje sympatię czytelnika, a jego dążenie do zemsty? Ktoś mógłby powiedzieć, że pamiętliwość jest czymś złym. Oczywiście. Jednak Felixem targają tak silne emocje, tak silny ból, poczucie straty i osamotnienia, że jego zachowanie, w którym upatruje działań terapeutycznych i oczyszczających zyskuje zrozumienie czytelnika. Margaret Atwood nie stworzyła jednak jedynie jednego bohatera, który przyciąga spojrzenie czytającego. Ważną rolę w "Czarcim pomiocie" pełni także bohater zbiorowy - więźniowie i więzienie jako miejsce resocjalizacji, gdzie każdy w pewnym momencie staje się równy. A przedstawione w nim zajęcia teatralne, życzliwość między więźniami, poczucie wspólnoty zdaje się być utopią... I choć Felix gra w tej powieści pierwsze skrzypce - reszta bohaterów nie pozostaje bez znaczenia - są koniecznym i obowiązkowym dopełnieniem losów Felixa. 

"Burza" Margaret Atwood to powieść napisana z wielkim rozmachem. Przepiękna książka o pragnieniu zemsty, odkupienia, życiu, które wali się i zamienia w gruzy... Pięknie napisana, rozplanowana powieść, w której każde wydarzenia składa się na ciekawą treść. Świetny styl autorki, język, dopracowanie, akcja, rozmach, humor, nawiązania do "Burzy" Williama Szekspira i wyraźnie pobrzmiewające w niej echa dramatu Szekspira. Mimo inspiracji Szekspirem - czuć w niej świeżość, nowatorstwo i nietuzinkowość. To bardzo nieobojętna powieść ze względu na ogrom emocji w niej zawartych - rozdzierająca tęsknota ukazana z męskiej perspektywy i samotność... Nie ma w niej surowości ani twardości. "Czarci pomiot" to pozycja wyjątkowa, zaskakująca fabularnie, porywająca; warta uwagi, zatrzymania się... reprezentantka tego co w literaturze najlepsze - pierwsza klasa!

Moja ocena: 9+/10

wtorek, 23 maja 2017

(624) Tudorowie. Narodziny dynastii.

Tytuł: Tudorowie. Narodziny dynastii.
Autor: Joanna Hickson
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 479

Historia, szczególnie Anglii pociąga wielu... mnie także! Nic więc dziwnego, że kiedy tylko zobaczyłam w zapowiedziach wydawnictwa nową serię beletryzowanych powieści historycznych - wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. I tak w moje ręce trafiła powieść Joanny Hickson, "Tudorowie. Narodziny dynastii.". Autorka opisuje w niej jeden z najciekawszych okresów historycznych Anglii. Wojna Dwóch Róż - spór toczący się w XV wieku między rodem Lancasterów i Yorków o władzę, tron... to okres pełen intryg, kłamstw i politycznych zmian. Joanna Hickson zamieściła w swojej książce sporo danych historycznych, które wzbogaciła o ciekawe wątki fabularne - obyczajowe i romansowe. 

Anglia, 1451 rok. Król Henryk VI Lancaster postanawia sprowadzić do Londynu swoich dwóch przyrodnich braci - Jaspera i Edmunda Tudorów, którzy wychowali się z dala od pałacu i dworskich intryg... Lancaster uznaje ich za prawowitych braci i obsypuje zaszczytami. Jasper dostaje w zarząd rodowe włości w Walii, a Edmund bierze za żonę najbogatszą angielską arystokratkę - Małgorzatę. Anglię natomiast zaczyna ogarniać coraz większy chaos . Na skutek dążenia Yorków do objęcia tronu - wybucha Wojna Dwóch Róż. Edmund za swoją wierność i lojalność względem Lancasterów zostaje porwany i zamknięty w więzieniu przez Edwarda Yorka. Tam umiera. 

Jasper natomiast bierze na siebie opiekę nad synem zmarłego Edmunda, Henrykiem. Ma silne poczucie i świadomość, że to w jego rękach i od niego zależy los Tudorów. Kiedy w ciągu wojny, szala zwycięstwa zaczyna przechylać się na stronę Yorków - ludzie zaczynają się bać i pragną zadbać o jak najlepsze dla siebie miejsce w tej nowej rzeczywistości, która nastanie po zakończeniu wojny. Ludzie zmieniają strony, przyjaciele stają się wrogami... Wszyscy, także Jasper są zmuszeni dokładnie przeanalizować każdy swój krok przed jego wykonaniem - nieuwaga może zakończyć się śmiercią. I to właśnie i tej uwadze, którą w tych trudnych czasach posiadał Jasper jest ta powieść... o odwadze i determinacji, dzięki której Tudorowie przetrwali, a co najważniejsze... dzięki której kilka lat później na tronie mógł zasiąść bratanek Jaspera - już jako król Henryk VII, dając tym samym początki jednej z najwspanialszych dynastii, dynastii Tudorów. 

Z powieściami historycznymi, które mają w sobie zawarte prawdziwe fakty historyczne w dość sporej ilości... jest tak, że naprawdę warto je czytać. Mimo, że nie zawsze zachwycają literackim wykonaniem. Nie mniej: zaznajamianie się z jakimś okresem historycznym i związanymi z nim wydarzeniami przez kilkaset stron sprawia, że w naszej głowie tworzy się pewien obraz tych wydarzeń - sytuacje wwiercają się w głowę i po prostu zapadają w pamięć. Tym ważniejsze jest więc, żeby autor przed zasiadaniem do pisania powieści historycznej - dobrze się tego wycinka historii o którym chce opowiedzieć - nauczył. Joannie Hickson to się udało, a "Tudorowie..." przedstawiają naprawdę atrakcyjną treść. 

Jednak nie o samą historię w tej powieści chodzi, a może przede wszystkim o jej ubarwienie i tą całą otoczkę, której podręczniki do nauki historii często nam nie przekazują, a to przecież właśnie te wszystkie dworskie intrygi i spojrzenie zwykłych ludzi na wojnę domową wydają się być najciekawsze. "Tudorowie. Narodziny dynastii" to także historia o obfitująca w międzyludzkie relacje, która pozwala przenieść się w świat XV - wiecznej Anglii. Poznać różnice społeczne, dysproporcje, dworskie życie, jego lichość i zarazem trud związany chociażby z poczuciem, że nikomu do końca nie można ufać, ponieważ szybko okazuje się, że to własny interes jest tym najważniejszym i nadrzędnym. A to wszystko dzięki temu, ze wydarzenia opisane w książce poznajemy w narracji pierwszoosobowej, ale z dwóch perspektyw... zajętej domem i popieką nad rodziną dziewczyny oraz Jaspera, którzy znajduje się w samym środku ważnych historycznych wydarzeń. Ich postacie podczas lektury powieści delikatnie ewaluują, jednak nie są na tyle wyraziste, aby zapisały się w pamięci czytelnika. 

Joanna Hickson już od pierwszych stron rzuca nas w sam wir akcji. Oczywiście dla osób dobrze zaznajomionych z historią wydarzenia opisane w książce Hickson nie będą żadnym zaskoczeniem, ale... otoczka fabularna (a także obyczajowa) stworzona przez Hickson bywa niekiedy naprawdę intrygująca. I choć język powieści nie jest wybitny, a sama książka ma dosyć dużą objętość - to jednak trzeba przyznać, że w tym wszystkim książkę o narodzinach dynastii Tudorów czyta się dobrze, lekko, przyjemnie i przez to szybko. "Tudorowie. Narodziny dynastii" to pozycja ciekawa, choć nie niesamowicie intrygująca. Książka dobra, choć nie zachwycająca. Ciekawe kreacje (wyobrażenie) bohaterów, choć nie wybitne... Bardzo przeciętny język. Książka Hickson to przede wszystkim dobre czytadło, które przede wszystkim ratuje okres historyczny, w którym autorka zdecydowała się umieścić akcję i tym samym wydarzenia z tym związane. Dobra pozycja! Po prostu. 

Moja ocena: 6/10 Dobra!


wtorek, 16 maja 2017

(623) Sowa


Tytuł: Sowa

Autor: Samuel Bjork
Wydawnictwo Sonia Draga

Stron 424

"Sezon niewinnych" - pierwsza książka Samuela Bjorka wydana w Polsce była naprawdę udaną powieścią. "Sowa", czyli druga część serii jest za to pozycją rewelacyjną. Porywającą od pierwszej strony, angażującą czytelnika, przyprawiającą o gęsią skórkę. "Sowa" to thriller pełną parą, nie ma w nim dłużyzn, nieścisłości, fabularnych zastojów. Akcja rozwija się szybko, a przy tym bardzo intrygująco - czytelnik dochodzi do rozwiązania zagadki wraz ze śledczymi, ale to nie wszystko! Towarzyszy im także w wątkach z ich życia prywatnego - często skomplikowanego, pełnego smutku i pogubienia. Warstwa psychologiczna zachowań bohaterów Samuela Bjorka posiada duże znaczenie - wpływa na przywiązanie czytelnika do powieści, dzięki czemu nie chodzi jedynie o o rozwiązanie kryminalnej zagadki i poznanie tożsamości zabójcy, ale także poznanie dalszych losów bohaterów. Z niecierpliwością wypatruje już kolejnych tomów serii - "Sowa" to bowiem mistrzostwo, a zakończenie? Wbija w fotel! Rewelacja!

Głównych bohaterów, czyli Holgera Muncha i Mię Kruger mogliśmy poznać już w "Sezonie niewinnych", jednak nie mam wątpliwości co do tego, że pierwsza część dorasta "Sowie" jedynie do pięt. Nie spodziewałam się tak elektryzującej lektury, w której napięcie byłoby tak zgrabnie dawkowane, a akcja zatrważająca. "Sowa" okazała się jednak thrillerem świetnym pod każdym względem - porywającym, barwnym, wielowątkowym, ale zadbanym i dopracowanym z ciekawymi bohaterami, którzy nadają mu barw. Jest barwnie, jest ciekawie, jest akcja z jej ciekawymi zwrotami, straszna zbrodnia i wymykający się morderca... Nieprzewidywalnie i niebanalnie, czuć powiew norweskiego chłodu, smutku... i niesamowitych krajobrazów. 

Zostaje znalezione ciało zamordowanej młodziutkiej dziewczyny. Ułożone na posłaniu z piór, w pentagramie ze świec... pojawiają się podejrzenia, że jej morderstwo ma związek z wydarzeniami z przeszłości. Potajemnym ślubem, wysłaniem dzieci za granicę... Nim zagadka zostanie rozwiązana, a sprawca schwytany Holger Munch i Mia Kruger - dwójka diabelnie inteligentnych i dobrych śledczych muszą zmagać się z własnymi demonami, kłopotami rodzinnymi. Mia cały czas walczy z depresją, uzależnieniem od leków, alkoholu... Z kolei Munch stara się odnowić zniszczone przed lata relacje z córką, która obecnie zaczyna wątpić we właściwość swoich życiowych wyborów. W ich pracy towarzyszy im także zdolny informatyk, z którym kontaktuje się haker i przekazuje mu niepokojący film znaleziony w internecie... Na filmie widać zamordowaną dziewczynę oraz jej oprawcę przebranego w strój sowy. Na jaw wychodzą kolejne niepokojące i przerażające fakty dotyczące bestialskiego mordercy...

Historię opowiedzianą w "Sowie" czytelnik poznaje wielotorowo. Nie musi się opierać jedynie na wiedzy śledczych... dlatego poznaje nowe fakty i domyśla się pewnych spraw szybciej niż oni. Nie odbiera to jednak w żadnym stopniu przyjemności z lektury tej powieści. Fabuła i jej poszczególne wątki zostały poprowadzone na tyle zgrabnie, a napięcie jest stopniowane tak dobrze, że czytelnik poznaje fabułę "Sowy" z zapartym tchem. "Sowa" w przeciwieństwie do "Sezonu niewinnych" nie jest w żadnym momencie nużąca, dłużąca się. Widać, że autor bardziej przyłożył się do tej części, udoskonalił swoje pióro. Zapanował nad historią, którą chciał opowiedzieć, nad jej poszczególnymi wątkami, a także zachowaniem bohaterów, którzy mimo swoich wielu niedoskonałości (a może właśnie dzięki nim) zyskują sympatię czytelników. 

"Sowa" ma przeróżne opinie - od tych skrajnie negatywnych po skrajnie pozytywne. Nie byłam w pełni usatysfakcjonowana po lekturze pierwszej części, ale tu widać naprawdę duży progres. Rzadko zachwycam się tak thrillerami, ale tu autor odwalił naprawdę kawał dobrej roboty - oferując czytelnikom porywającą historię. Sposób ustawienia fabuły, rozłożenie akcentów fabularnych między różnych bohaterów przywodzi mi na myśl powieści Lackberg. Bjork, norweski powieściopisarz stworzył książkę, która zagląda w głąb ludzkiej duszy, przeraża wizją demonów w niej drzemiących... i porywa po prostu. Hipnotyzująca okładka stanowi kropkę nad "i", a nieustannie przewijający się motyw tytułowej sowy i ukryte w powieści niewinność oraz perfidność pokazują, że nic nie jest czarno - białe. Wytrawna intryga kryminalna w połączeniu z ciekawym tłem obyczajowym i społecznym sprawiają, że "Sowa" staje się lekturą, kryminałem naprawdę wartym przeczytania.

Moja ocena: 9.5/10

PS. Można czytać bez znajomości poprzedniej części - bez poczucia zagubienia i niewiedzy. 

niedziela, 14 maja 2017

(622) Jesteś moją obsesją


Tytuł: Jesteś moją obsesją

Autor: Federico Moccia

Wydawnictwo Muza
Stron 188

Powieści Federico Mocci przypominają mi o czasie, gdy byłam gimnazjalistką. To właśnie wtedy zaczytywałam się w powieściach jednego z najpopularniejszych włoskich pisarzy. Wspominam je z sentymentem, delikatnym uśmiechem... i nadal, często w chwilach melancholii sięgam po jego lekkie i przyjemne powieści. Tak też zrobiłam rok temu i przeczytałam "Tylko Ty" - powieść kiepską, niedopracowaną i sztuczną... Nie zraziłam się jednak i wypatrywałam następnych książek Mocci. I wreszcie pojawiła się kolejna pozycja włoskiego autora wydana w Polsce...  - "Jesteś moją obsesją" w kiczowatej, dziecinnej i do bólu infantylnej okładce. Po prostu strasznej. Po tym jak powtórzyłam sobie tysiąc razy, że nie ocenia się książki po okładce... zabrałam się za czytanie opisu i wiedziałam, że naprawdę (mimo bardzo kiepskiej okładki) chcę poznać kolejną historię stworzoną przez Moccię. To była dobra decyzja. "Jesteś moją obsesją" to bowiem krótka, poruszająca, trochę przewrotna i zabawna powieść. 

Centralny bohater "Jesteś moją obsesją" to Giovanni, człowiek sukcesu, uznany pisarz, mężczyzna spełniony w sferze zawodowej oraz prywatnej - mąż atrakcyjnej żony i ojciec wspaniałej córeczki. Wydaje się, że jego życie jest idealne, a jemu samemu niczego nie brakuje do szczęścia. Pozory jednak mylą, a wirtualny flirt okazuje się być kuszący... Pewnego dnia Giovanni otrzymuje na Facebooku wiadomość od nieznajomej o imieniu Luna. Ciekawość, chęć rozluźnienia i zabawy sprawiają, że postanawia odpisać na jej wiadomość. Podejrzewa, że to jedna z jego fanek... Szybko jednak okazuje się, że wie o nim niepokojąco dużo. Giovanni nie może przestać myśleć o Lunie - ich rozmowy stają się coraz odważniejsze i namiętne... W końcu mężczyzna nie może już wytrzymać i postanawia się z nią spotkać... 

Historię opowiedzianą przez Moccię poznawałam z zaciekawieniem, choć... zagadkę rozwiązałam już na początku. Potem jedynie czekałam na potwierdzenie swoich przypuszczeń. Mimo tej przewidywalności przy "Jesteś moją obsesją" bardzo miło spędziłam czas. Powieści Mocci nigdy nie były i nadal nie są literaturą wysokich lotów, ale (w większości) dobrymi pozycjami na rozluźnienie. Fabuła "Jesteś moją obsesją" jest nieskomplikowana, nierozbudowana, toczy się tak naprawdę dwoma torami... wzbogacenie stanowi odwoływania się Giovanniego do początku swojego związku z z Monicą (żoną), a także odniesienie do relacji damsko - męskich w szerszym, uniwersalniejszym sensie. 

Federico Moccia bardzo starał się, aby "Jesteś moją obsesją" było możliwie jak najciekawszą książką, korespondującą z innymi tekstami kultury. Nie da się jednak przy tym ukryć, że zdanie "Przypomina mi się film..." - pojawia się w niej zdecydowanie za często. Uczucie deja vu, sztuczności, fakt, że akcja wspominanego filmu często jest jedynie luźno powiązana z przemyśleniami bohatera (które miały być głębokie i odkrywcze, a w większości przypadków były po prostu zwyczajne), tytuły filmów, które i tak szybko wylatują czytelnikowi z głowy. Zabrakło w tym płynności... po prostu. A poza tym... dlaczego skupiamy się na odniesieniach do filmu? A nie muzyki czy chociażby książek? 

"Jesteś moja obsesją" to krótka, urocza powieść do przeczytania w jeden wieczór. Lekko napisana, nieskomplikowana, a przy tym niebanalna fabularnie, choć przewidywalna. I choć od okładki infantylność i banalność aż bije... sama treść taka nie jest. Zmusza do delikatnej refleksji, wywołuje uśmiech na twarzy, a pod koniec lektury pozostawia wiele pytań o dalsze życie Giovanniego, który jest prawdziwie ujmującym narratorem, a choć sam... jako mężczyzna nie zawsze przypadnie do gustu czytelniczkom - zmusi do refleksji nad męską psychiką. W tle nie pozostaje jednak także żona Giovanniego... mimo, że trwa gdzieś obok męża i mogłoby się zdawać, że jest jedynie nic nieznacząco postacią - jej cicha obecność obok męża jest bardzo sugestywna. Powieść Mocci jest lekka i czarująca - mi się spodobała! Z lekka przewrotna zachęca do zatrzymania się i docenienia tego co mamy obok siebie... Nie mniej: większe rozwinięcie opowiedzianej historii, fabularne podbudowywanie i zmienienie proporcji, aby więcej było w tej powieści akcji, a mniej przemyśleń - bez wątpienia wyszłoby autorowi na dobre! 

Moja ocena: 7-/10

niedziela, 7 maja 2017

(621) Saga Puszczy Białowieskiej


Tytuł: Saga Puszczy Białowieskiej
Autor: Simona Kossak
Wydawnictwo Marginesy
Stron 492

"Uczeni znają chorobę, potrafią ją leczyć, chcą puszczę zachować. Recept jest kilka, lecz każda uderza w las. Konsylium dzieli się i sprzecza, padają zarzuty, obelgi. Czas płynie, puszcza umiera. Ambicje, urazy, sprzeciwy. A puszcza umiera. Uczeni, praktycy, eksperci. A puszcza umiera. Programy, koncepcje, wytyczne. A puszcza umiera. Narady, decyzje, dokumenty. A puszcza umiera. Polityka, wpływy, interesy, pieniądze, pieniądze, pieniądze. Puszcza umiera!"
Simona Kossak, "Saga Puszczy Białowieskiej"

Ostatnio tyle mówi się o Puszczy Białowieskiej. Mam wrażenie, że w tej całej debacie politycznej i ekologicznej wokół niej zapomina się o jednej z najważniejszych polskich książek o Puszczy Białowieskiej. "Saga Puszczy Białowieskiej" Simony Kossak wydana po raz pierwszy już na początku XXI wieku (jednak teksty z niej pochodzące były publikowane już lata wcześniej) stanowi świadectwo życia w puszczy. Simona Kossak - biolożka z tytułem profesora, mieszkała w puszczy przez prawie 35 lat. Poznała dogłębnie jej faunę i florę. Napisała setki artykułów o przyrodzie.  A jaka jest "Saga Puszczy Białowieskiej"? Magiczna, hipnotyzująca i porywająca... Nie trzeba być przyrodniczym maniakiem, żeby książka Kossak zachwyciła. To po prostu świetnie napisana historia puszczy... i choć jej głównymi postaciami są żyjące w niej zwierzęta - nie zabraknie nawiązań do pradawnych kultur, postaci i wydarzeń historycznych. 

"Saga Puszczy Białowieskiej" to około dwudziestu porywających rozdziałów. Każdy z nich rozpoczęty jest krótkim opowiadaniem. Naprawdę dobrze i barwnie napisanym, które wprowadza nas w naturalne realia historii, które za chwilę zostanie nam opowiedziana. Wyobrażacie sobie historię o łowcy sprzed kilku tysięcy lat? Lub rytuałach magicznych pradawnych ludów? Wierzeniach dotyczących wilkołaków? Na pierwszy rzut brzmi to lekko kiczowato, ale w rzeczywistości...  wcale takie nie jest. Simona Kossak zabiera czytelników w świat magicznej, pradawnej, ale także tej współczesnej puszczy. Te wszystkie opowiadania pozwalają zobaczyć Puszczę Białowieską nie jako rezerwat przyrody, ale niezwykły, jedyny w swoim rodzaju ekosystem, który istnieje od tysięcy lat. Jako puszczę, która stanowiła schronienie, miejsce ważnych wydarzeń i siedlisko zwierząt, które często są już na wyginięciu.

Po każdym opowiadaniu Simona Kossak już normalnie jako badaczka, a nie narratorka opowiadania opowiada o tym co chce nam przekazać. Historia wilków, tarpanów, borsuków, początków puszczy, sokołów, zagłady Jaćwingów... i wiele, wiele innych. To opowieść o tym jak Puszcza Białowieska była przez lata traktowana przez polskich władców, narody ją zamieszkujące, o jej faunie i florze. Z tego wszystkiego wyłania się obraz magiczny, fantastyczny ściśle związany z jej pierwotnością..., który z czasem zaczyna szarzeć. Dochodzi do coraz większych nadużyć ze strony ludzi - najazdy, wojny, wywózki zwierząt - giną lub znikają z puszczy kolejne gatunki... Puszcza staje się ładnie zagospodarowanym lasem i zaczyna tracić swój charakter. 

Nie mogę powiedzieć, że jestem wielką przyrodniczką, ale w jakiś sposób jestem wrażliwa na piękno przyrody... przez to czytanie "Sagi Puszczy Białowieskiej" sprawiało mi czasami ból. Przemijalność przyrody w niej ukazana, jej degradacja. Puszcza, zwierzęta ukazane w książce Kossak są bardzo ludzkie, a ich los często przekreślany przez władzę, pieniądze... ich los jest jedynie kartą przetargową w wielkich rozgrywkach politycznych. A w książce Kossak nie chodzi o politykę, choć Kossak zawsze zabierała głos w kwestiach dotyczących Puszczy Białowieskiej i jej dalszych losów. Była głośną działaczką, miłośniczką przyrody, mamką dla wielu gatunków zwierząt, które starała się przywrócić puszczy. Najważniejsza w tej pozycji jest natura - piękna, a jednak będąca cały czas zagrożona. 

W "Sadze Puszczy Białowieskiej" czytelnik znajdzie zdjęcia Simony Kossak, zwierząt, ale także rysunki gatunków, które są już na wyginięciu lub wyginęły. Książka Kossak, wnuczki Wojciecha i prawnuczki Juliusza Kossaka - malarzy, bratanicy Magdaleny Samozwaniec - pisarki oraz Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej - poetki, jest pozycją nie dość, że opisującą dzieje od czasów prehistorycznych po wydarzenia końca XX wieku, to także boleśnie prawdziwą także dzisiaj. Puszcza Białowieska nieustannie napotyka na kolejne przeszkody... a jej egzystencja cały czas jest zagrożona. 

"Saga Puszczy Białowieskiej" Kossak to książka, w której wątki fabularne przeplatają się z historycznymi i z pracą stricte popularnonaukową. Pod wszystkimi tymi względami "Saga Puszczy Białowieskiej" jest dziełem niezwykłym. Bibliografia (ok. 400 pozycji) robi wrażenie. Nawiązania do historii Polski, kolei losu Puszczy Białowieskich, odniesienia do kronik Jana Długosza, historii polskich królów, polowań, które miały miejsce w puszczy... Z tego wszystkiego wyłania się pozycja prawdziwie monumentalna. I choć spotkałam się z opiniami, że jest to pozycja skierowana jedynie do przyrodników... nie zgadzam się z tym. To pozycja skierowana do osób wrażliwych, których interesuje otaczający je świat. W obecnej dyskusji toczącej się wokół puszczy - pozycja obowiązkowa.

Moja ocena: 10/10

środa, 3 maja 2017

(620) Dwie niedźwiedzice


Tytuł: Dwie niedźwiedzice
Autor: Meir Shalev
Wydawnictwo Marginesy
Stron 380

Cierpię na chroniczny brak czasu. Mimo to staram się sięgać nie tylko po tych sprawdzonych i cenionych pisarzy, ale także odkrywać nowe nazwiska. Czas jest jednak nieubłagany... jeden i szybko upływający. Stos książek do przeczytania rośnie. Tym razem mój wybór padł na pisarza, którego poznałam za sprawą "Rosyjskiego romansu". "Dwie niedźwiedzice" to kolejna powieść Meira Shaleva. Ale... nie o tym chciałam na początku mówić. Ze względu na brak czasu: odkładam książki, które mnie nie zainteresują na początku... i mam poczucie, że może coś przez to tracę, ale z drugiej strony... za często trafiam na książki po których przeczytaniu... żałuję czasu przy nich spędzonego.

"Dwie niedźwiedzice" to powieść już od pierwszych stron bardzo enigmatyczna i niejasna. Ta trudność w połapaniu się w narracji, fabule, jej głównych kierunkach, monotonność i senna atmosfera spowodowały, że pierwsze 60 - 100 stron tej powieści było dla mnie prawdziwą udręką. Męcząca, nudna, monotonna, nieciekawa... po prostu. Jednak choć bardzo mnie kusiło, żeby odłożyć "Dwie niedźwiedzice" na półkę... czułam jakiś mus, żeby jednak się zmotywować i czytać dalej. Czytałam, męczyłam... i w końcu coś zaskoczyło, a książka Shaleva stała się porywającą historię o zemście, która spala serce człowieka i tragedii, która odmienia życie. Nie na dzień, nie na miesiąc, nie na rok, a na całe lata. Dla powieści Shaleva wbrew swoim początkowym odczuciom zarwałam całą noc. To najlepszy dowód na to, że czasami nie warto się poddawać pod lektury książki... ponieważ to co dobre zaczyna wychodzić czasami dopiero po kilkudziesięciu stronach.

Trzy pokolenia jednej rodziny. Rodziny na której życiu cieniem kładą się dwa morderstwa - z przeszłości i teraźniejszości. Z powodu zemsty, ale także z chęci wymierzenia kary. Miłość, zdrada i zemsta. Do pierwszego ze wspomnianych morderstw dochodzi w 1930 roku. Oficjalna wersja głosi, że to było samobójstwo, ale ludzie w moszawie znają prawdę. Wiedzą nie tylko jak do niego doszło, ale także co było jego przyczyną oraz jakie były jego skutki... mimo to milczą, ponieważ o pewnych rzeczach się nie mówi, a dorodna krowa potrafi zamknąć nawet najsprawiedliwsze i najgadatliwsze usta. A strach? Stanowi najlepszą barierę przed uczciwością i prawością... 

Czytelnik historię pierwszego morderstwa poznaje z ust Ruty Tawori, nauczycielki Biblii Hebrajskiej w liceum. Ruta jest niezależną nie tylko kobietą, ale także myślicielką na której życiu cieniem kładzie się rodzinna tragedia... Po śmierci swojego syna jej rola w społeczeństwie uległa jednak jeszcze większej degradacji. Przestaje być nie tylko matką, ale także żoną dla męża, który postanawia się odciąć od świata i uciec w świat ciężkiej fizycznej pracy, aby poradzić sobie z wyrzutami sumieniami związanymi ze śmiercią syna. Ruta nie jest jednak słaba, nieporadna... z czasem przyzwyczaja się do sytuacji, towarzyszy temu jednak zgorzknienie. Jesteśmy świadkiem jej przemiany z młodziutkiej matki w zgorzkniałą, pod pewnymi względami owdowiałą kobietę, która nie może ruszyć przed siebie... i tkwi w poczuciu żalu i niespełnienia, a satysfakcję daje jej opowiadanie swojej trudnej historii - okraszonej niekiedy niesmacznymi żartami. 

"Dwie niedźwiedzice" to powieść z pewnością chociażby dwupłaszczyznowa. To historia kobiety, która nie tylko próbuje poradzić sobie ze stratą małego synka, ale także w rzeczywistości bez mężczyzny, którego kocha. Żegna się z dwoma rolami społecznymi, kobiecością. W wieku 28 lat przechodzi niesamowitą metamorfozę, a w wieku 40, gdy mąż nadal do niej nie wraca... traci nadzieję. Urodzona w dziwnej rodzinie, z mroczną przeszłością opowiada o niej, ale także o swoich intymnych doświadczeniach badaczce historii moszawu, w którym mieszka. Tak samo ważna, jeśli nawet nie ważniejsza niż postać i historia Ruty są losu jej dziadka, który przed laty w akcie zemsty dopuścił się morderstwa... i czynów o wiele gorszych. Drugą tak ważną postacią jest mąż Ruty. Poznajemy go z opowieści kobiety, a jednak jego zachowanie staje się w pewien sposób namacalne. Wyraźny kontrast między jego zachowaniem i osobowością przed tragedią i tym po tragedii pokazuje ogrom ludzkich emocji, zachowanie w obliczu nieszczęścia. 

Powieść izraelskiego pisarza Meira Shaleva jest smakowitą i aromatyczną powieścią, która przyprawia o gęsią skórkę. Bardzo ludzka, wielowymiarowa, enigmatyczna w pozytywnym znaczeniu tego słowa opowiada o zemście, miłości, odwecie, odkupieniu i wyrzutach sumienia, które często determinują nasz los. To także opowieść o zamkniętej enklawie społecznej, gdzie wszyscy się znają, często są powiązani wspólną historią, a plotki krążą nieustannie. "Dwie niedźwiedzice" nie są powieścią, która porywa od pierwszej strony, ale warto dać jej szansę. Dobrze skonstruowana fabuła, która szokuje, porywa i co najważniejsze intryguje, barwni bohaterowie, a przy tym pewna oszczędność słowa i specyficzność Ruty, sam sposób narracji powodują, że "Dwie niedźwiedzice" stają się książką nietuzinkową. Powieścią, z którą przygoda nie kończy się po jej odłożeniu, a trwa dalej... dzieło Meira Shaleva długo nie opuszcza myśli człowieka, ponieważ jest kwintesencją emocji, które w człowieku najsilniejsze. To literatura obowiązkowa dla osób zainteresowanych judaizmem - delikatne nawiązania do historii i symboliki, a także losów Izraela jako narodu cierpiącego... sprawiają, że "Dwie niedźwiedzice" jako książka pełna, w większości złych emocji... staje się w pewnym sensie także obrazem mentalności ludzkiej.

Moja ocena: 8+/10

czwartek, 27 kwietnia 2017

(619) Maestro


Tytuł: Maestro
Autor: Geir Tangen
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 320
"Maestro" to niepokojący, mroczny kryminał. Literacki debiut Geira Tangena, który najpierw wydał go samodzielnie, a potem... wydawcy już sami zaczęli się odzywać. Obecnie powieść Tangena wydaje największy norweski wydawca. Czas spędzony podczas lektury "Maestra" był wyprawą w norweskie klimaty, humor i kontaktem ze specyficznymi bohaterami, którzy przez przypadki, niesprzyjające okoliczności... stają przed znakiem zapytania dotyczącym swoich dalszych losów. W "Maestro" brak sielankowości – jest precyzja, ostrość i wciągająca kryminalna intryga z literackimi nawiązaniami. 

Do dziennikarza Viljara Gudmundssona trafia niepokojąca wiadomość. Niepokojąca wiadomość, która zapowiada wydarzenia, które bezpośrednio uderzą w życie Gudmundssona. Związane nie tylko z jego przeszłością, ale także błędami młodości. W wiadomości znajduje się informacja, że nadawca chce wykonać wyrok sprawiedliwości na osobie, której nie dosięgnął wymiar sprawiedliwości... Zostają znalezione zwłoki kobiety. Viljar otrzymuje kolejne wiadomości, dochodzi do kolejnych morderstw, a każda wiadomość zakończona jest tajemniczym kodem, który prowadzi bohatera w świat literatury... Nadawca to bezwzględny morderca czy może po prostu pogubiony człowiek, który za główny cel życia obrał sobie wymierzanie sprawiedliwości? 

"Maestro" to nieprzypadkowy tytuł. Morderca odgrywa rzetelnie i bardzo skrupulatnie zaplanowany koncert, którego fragmenty zostały ułożone na podstawie kryminalnych powieści... Nie zabraknie w tym swoistej klasyki norweskiego kryminału, czyli np. Jo Nesbo. Nie da się jednak ukryć, że wątek literatury w "Maestro" jest dosyć marginalny i jedynie delikatnie "podkręca" jej zawartość. Nie mniej czytelnicy, którzy są dobrze zaznajomieni z norweskimi kryminałami... dochodząc wraz z bohaterami powieści Tangena do rozwiązania zagadki będą odczuwali niemałą satysfakcję i przyjemność (choć czasami okaże się, że znają ich fabułę lepiej niż Tangen).

To już chyba tak jest, że w powieściach kryminalnych ważną (ba! wręcz kluczową) rolę pełnią śledczy, którzy zajmują się rozwiązaniem zagadki. Tym samym także w tej książce postać śledczego przyciąga spojrzenie i każe skupić na sobie spojrzenie. W tej roli Tangen osadził kobietę, która nie dość, że musi uporać się z niesfornym kolegom, który podważa każde jej polecenia to jeszcze musi sobie poradzić z Viljarem, któremu nie do końca ufa... Wbrew temu bardzo często używanego schematu bowiem... między Viljarem a Lottą nie dochodzi do bliskiej współpracy, aby rozwiązać sprawę. Viljar nawet do pewnego momentu nie przykłada dużej uwagi do tej sprawy. Zamyka się w sobie, swoim mieszkaniu, własnym świecie i choć Lotta czasami chcąc nie chcąc z tego zamknięcia go wyrywa – nigdy nie grają na tych samych falach. 

"Trafiają się dni z kiepską karmą, dni, kiedy każda podjęta decyzja prowadzi człowieka ku upadkowi. Wyrwanie się z tej spirali wydaje się niemożliwością, bo wszystko co powiesz lub zrobisz, pociąga dalej na dno."

Geir Tangen, "Maestro"

"Maestro" to książka specyficzna pod względem swojego klimatu. Bardzo mroczna, ale mroczna w inny... nietuzinkowy sposób. Mroku nie powodują działania mordercy, a niewiadoma dotycząca przeszłości głównego bohatera. Jego problemy emocjonalne i psychiczne. Powieść Tangena nie wbija w fotel, nie powoduje ciarek, ale wprowadza w stan dziwnego otępienia i niepokoju, a więc bez wątpienia wpływa na czytelnika. Bohaterowie jego powieści to ludzie, którzy od razu kojarzą się z zagrożeniem i brakiem poczucia bezpieczeństwa. I może właśnie dlatego ta książka wywołuje w czytelniku takie emocje. Drobną wadą pozostaje także brak ścisłości, realności w opisywaniu wydarzeń chociażby na miejscu zbrodni... to powoduje zgrzyty podczas lektury. Autor tłumaczy się z tego pod koniec książki tłumacząc, że beletrystyka rządzi się własnymi prawami... mimo to: lekki niesmak pozostał.

Fabuła "Maestro" nie porywa, a jednak naprawdę angażuje czytelnika w czytaną treść. Tangenowi brakuje jeszcze trochę lekkości, aby czytelnik mógł po słowach po prostu się prześlizgiwać. Gdzieś zabrakło płynności, czegoś było za dużo, czegoś za mało. Historia Viljira i tajemniczego mordercy to mimo to ciekawa, dobrze napisana i skonstruowana książka. Czy to była odprężająca lektura? Z pewnością nie! Ale czy zaskakująca... hm... wszystko zależy od poziomu zaznajomienia się z literaturą kryminalną. Pogubiony główny bohater, znajdująca się na lekkim życiowym zakręcie śledcza... w powieści Tangena dużo jest mroku, ale czy dzięki temu ta powieść zyskuje? Niekoniecznie. Poprawna, ciekawa, dobra... do przeczytania w jeden wieczór. Prozie np. Baldacciego ("W pułapce pamięci" i "Ostatnia mila") nie dorównuje. 

Moja ocena: 7/10 

sobota, 22 kwietnia 2017

(618) Słoneczne miasto


Tytuł: Słoneczne miasto
Autor: Tove Jansson 
Wydawnictwo Marginesy
Stron 304

Nigdy nie byłam fanką Muminków. Nigdy nie polubiłam wersji telewizyjnej tej historii, więc na wersję książkową... w moim życiu już miejsca zabrakło. Należy oczywiście dodać do tego fakt, że przez bardzo długi czas nie potrafiłam czytać płynnie. Miałam idealne zadatki na analfabetkę. A kiedy wreszcie nauczyłam się, że „l” i „a” w połączeniu nie daje „lu” tylko „la”... sięgnęłam po „Anię z Zielonego Wzgórza” i przeczytałam wszystkie tomy. Tak oto w wieku ośmiu lat z dziecka niepotrafiącego czytać stałam się dzieckiem książki... wręcz połykającym. Potem jednak już nigdy nie zabrałam się za literaturę dziecięcą lub przynajmniej tą skierowaną do najmłodszych czytelników. I choć staram się nadrabiać te zaległości... nie zawsze się to udaje. Tove Jansson, mamę Muminków poznaję jednak od pewnego czasu od strony literatury jej autorstwa skierowanej do dorosłych czytelników. Po lekturze zbiorów opowiadań „Wiadomość” i „Córka rzeźbiarza” nadeszła pora na dwie powieści Jansson - „Słoneczne miasto” opublikowane w Polsce po raz pierwszy oraz „Kamienne pole”. 

„Słoneczne miasto” to powieść o starości, starzeniu się, przemijającej młodości inspirowana wizytą Jansson w pewnym bardzo spokojnym miasteczku. Zachwyca od pierwszych stron literackim kunsztem, dokładnością, barwnością i plastycznością opisów... a jakie jest tak naprawdę tytułowe miasto? 

„(...) W Saint Petersburgu pracuje więcej fryzjerów niż gdziekolwiek indziej, specjalizują się oni w układaniu drobnych puszystych oków z cienkich białych włosów. Setki starszych pań wędrują pod palmami z białymi kędzierzawymi głowami, panów jest tu niewielu. W pensjonacie każdy albo ma swój pokój, albo dzieli go z drugą osobą, niektórzy mieszkają w tym jednostajnym klimacie tylko przez chwilę, ale większość przez cały czas, który im pozostał. Nikt nie choruje, to znaczy nie obłożnie, takie rzeczy załatwiane są niesłychanie szybko przez karetki, te zaś nigdy nie jeżdżą na sygnale. (…) Wiele sklepików oferuje aparaty słuchowe i inne udogodnienia, na każdym rogu anonsuje się w jasnych, wesołych barwach natychmiastowy pomiar ciśnienia, wszelkie informacje na temat emerytur czy kremacji, a także udzielanie porad prawnych. Ponadto dołożono starań, by oferta wzorów robótek na drutach,gier planszowych, materiałów do wyrobów broszek i tym podobnych była jak najbogatsza, a obsługa przyjazna i pomocna.”. Tove Jansson, "Słoneczne miasto"

To cytat, który zaczyna się już w połowie pierwszej strony... wprowadzając bardzo szybko czytelnika w klimat powieści. Nieśpiesznej, a przy tym niezwykle inteligentnej, w której z pozoru nic nie znaczące zdania noszą za sobą dużą dawkę życiowej mądrości. Tove Jansson stworzyła całą gamę bohaterów... Pani Morris, pani Peabody, specyficzny pan Thompson i wielu innych... różnorodność świata i ludzi ukazana za sprawą kilku emerytów siedzących na werandzie jednego z domów spokojnej starości, na bujanych fotelach. Tą spokojną idyllę czasami burzą jednak wydarzenia, które wstrząsają chociaż na pewien czas bohaterami... śmierć pensjonariuszy, kwestia pustego fotela bujanego, słowne utarczki, przyjazd nowego mieszkańca. 

Akcja toczy się w aurze oczekiwania na wielki, coroczny bal, który wyznacza w pewien sposób czas życia bohaterów. Jemu także towarzyszą barwne opisy, w pamięć zapada ostrzeżenie, że każdy tańczy na własną odpowiedzialność, pielęgniarka czekająca w holu... Tove Jansson wprowadziła do swojej książki kontrast. W świecie pełnym emerytów swoje miejsce znajduje także dwójka młodych ludzi – piękna pokojówka i jeżdżący na motorze Joe. Oni obaj, razem wkraczają dopiero w dorosłość w pełnym tego słowa pojęciu... Pensjonariusze dzielnie im się przyglądają, próbują przekazać swoją życiową wiedzę, jednak w rezultacie i tak trzeba wszystko przeżyć na własnej skórze. 

Słoneczne miasto” to krótka, słodko – gorzka historia o przemijaniu, samotności, poczuciu odosobnienia, ale także o młodości i jej ulotności... Mimo, że nie brak w niej ironii prowadzi do smutnych wniosków, zmusza do myślenia o przemijaniu, kruchości międzyludzkich relacji i niesie ze sobą silny ładunek emocjonalny. Jansson napisała powieść, której lektura, nie dość, że stanowi wyśmienitą ucztę literacką... to jeszcze pozostawia w czytelniku ślad. Historia grupki emerytów, relacji między nimi niesie za sobą uniwersalną myśl o zależnościach rządzącym światem, to paleta charakterów, zachowań... i marzeń.  Jansson pokazuje, że jest prawdziwą mistrzynią słowa, a czytanie tak dopracowanej historii... stanowi przyjemność. „Słoneczne miasto” przypadnie jednak do gustu przede wszystkim myślicielom, fascynatom literatury poruszającej i zmuszającej do refleksji, prozy bardzo dojrzałej i nieśpiesznej, w której brak pełnej zwrotów i szybkiej akcji... historii, której główną mocą są niuanse.
Moja ocena: 8/10


* * * 

Druga powieść z tego zbioru, czyli „Kamienne pole” to historia, której głównym bohaterem także jest emeryt, Jonasz. Bohater będąc na emeryturze podjął się napisana biografii niejakiego Igreka. Szybko dopada go niemoc twórcza, a doszukiwanie się coraz to nowych powodów, aby odkładać tę pracę na jak najpóźniejszą porę... nie pomaga. Zbiera jednak nadal materiały. Problem w tym, że uważa, że o Igreku nie można napisać niczego ciekawego. Tymczasem postanawia wyjechać z dwoma dorosłymi już córkami na wakacje. Te dbają o niego, jednak on cały czas nie wykazuje za grosz zainteresowania ich życiem... czy też wdzięczności. 

Nawet w tak zatwardziałym i pewnym siebie człowieku jak Jonasz pojawia się jednak chwila zastanowienia nad samym sobą. Emeryt zaczyna wspominać swoje życie, przypomina sobie niewygodne fakty i zaczyna dostrzegać jak bardzo przez lata był oddalony od córek. Brak bliższych relacji z nimi wczoraj jak i dziś prowadzi go do bolesnego rozrachunku z samym sobą. Nagle zaczyna dostrzegać, jak często uciekał od prawdziwego życia – córek, domu w świat słów... 

„Kamienne pole” to bardzo krótka historia twórczej niemocy, słów, które przejmują kontrolę nad ludzkim życiem. Powieść o braku międzyludzkich relacji, straconych szansach i rozbitej rodzinie. Silne rysy charakterologiczne bohaterów udowadniają, że w powieściach Jonsson to właśnie ludzie są najważniejsi. To historia pozbawiona banalności i obłudy. Relacje w rodzinie Jonasza choć trudne... w pewnym momencie stają się bardzo szczere, często bolesne, a jednak wreszcie są prawdziwe i silne emocjonalnie. W tym fragmentarycznym przedstawieniu losów Jonasza autorka wykazała się bardzo dobrym stylem i umiejętnością rozłożenia akcentów. Było nie tylko dobrze literacko, ale także interesująco...

Moja ocena: 8/10

wtorek, 18 kwietnia 2017

(617) Ironia losu


Tytuł: Ironia losu
Autor: Katarzyna Misiołek
Wydawnictwo Muza
Stron 415

Literatura kobieca, polska literatura kobieca rzadko bywa tak świeża i przejmująca jak "Ironia losu" Katarzyny Misiołek.
Sięgając po tę książkę starałam się zapomnieć, że jej autorką jest Polka... i to się udawało! Autorka reprezentuje najlepszy poziom literatury kobiecej, choć sama "Ironia losu" posiada niejedno odniesienie do polskiej rzeczywistości. "Ironia losu" jest niebanalna, zaskakująca i wstrząsająca, choć opowiada o tym co dzieje się non stop. Zdrady, niewierność, rozpadające się małżeństwa przez chęć przeżycia krótkiej, nic nieznaczącej historii... Katarzyna Misiołek opowiada o różnych postawach ludzkich, często bez ich jednoznacznego oceniania . Prawdopodobnie to własnie brak czarno – białego obrazu sprawia, że "Ironia losu" jest tak poruszającą pozycją. 

Marzena ma kochającego męża, dom, dobrą pracę i życzliwych ludzi wokół siebie. Jest szczęśliwa w życiu, które prowadzi. Sielankowa rzeczywistość, wracający po pracy mąż, którego kocha... wspólne kolacje, obiady, wyjścia, seks...  w pewnym momencie Marzenie zaczyna się wydawać, że to za mało i wdaje się w romans z młodszym od siebie Jackiem. Zakazany związek wymaga jednak od niej kolejnych  kłamstw, myśli o seksie z Jackiem stają się coraz nachalniejsze (bo przecież nie ma tutaj mowy o żadnym uczuciu) i powodują, że Marzena regularnie, stopniowo, krok po kroku traci relacje z najbliższymi. Czytelnik poznaje Marzenę, gdy ta tkwi w tym po uszy... bynajmniej nie z zakochania.

Mąż niczego nie podejrzewa, ale kochanek robi się nachalny, toksyczny, wydzwania do Marzeny, choć wie ile wyjście prawdy na jaw mogłoby ją kosztować.  Mówi, że jest zakochany w Marzenie... ale czy właśnie tak wygląda miłość? Sieć kłamstw i intryg męczy Marzenę – burzy jej sielankowe życie i przyprawia je nie tylko o adrenalinę. I choć Marzena chce skończyć ten układ oparty jedynie na seksie, który może zabrać jej wszystko... za każdym razem telefon od Jacka sprawia, że myśli o erotycznej rozkoszy przeżytej z kochankiem, o jego dłoniach na jej gołym ciele... i biegnie do niego. Po raz kolejny w podskokach. Dopiero potem przychodzi refleksja, a łańcuszek wydarzeń doprowadza do niespodziewanych wydarzeń. 

Ukazanie zdrady z perspektywy kobiecej to zabieg po który w ostatnim czasie sięga coraz większa ilość polskich pisarek. To taki głos wołąjący, że kobiety także zdradzają i są paradoksalnie bardzo często oceniane surowiej niż mężczyźni. Warto także spojrzeć na aspekt tego czy mężczyźni zdrady wybaczają? Zraniona duma, z reguły mniejsze przywiązanie emocjonalne sprawiają, że bywają niemiłosierni, obcesowi. Manifestują swój ból i zaskoczenie afrontem ze strony ukochanej w inny niż kobiety sposób. W powieści Katarzyny Misiołek główna bohaterka wręcz fanatycznie przesiaduje na forum o zdrady... dzięki temu czytelnik razem z nią poznaje historię niejednej zdrady. Większość z perspektywy kobiecej, które raz zdradzają, a raz są zdradzane. Każdej tej historii towarzyszą jednak inne motywacje, sytuacje i emocje. 

Marzena to zwykła bohaterka, której zachowanie nie jest jednak jednoznaczne. Czy możemy mówić o jej ocenianiu? Ona sama bardzo często ocenia się surowo, choć bywa także zaślepiona często zwalając całą winę i odpowiedzialność na kochanka. Zdaje się zapominać, że nie jet trzymana w tym układzie zniewolona. Brnie w to jednak dalej, gwałtownie reaguje na każdą, choćby najmniejszą krytykę ze strony siostry, przyjaciółki. Katarzyna Misiołek w dużej mierze ogranicza życie Marzeny do aspektu jej romansu i dylematu z nim związanego, co obrazuje jak wielką rysę na jej życiu stanowi. 

"Ironia losu" nie jest książką jednego bohatera, choć to Marzena i jej emocje grają w niej pierwze skrzypce. Wyrazisty jest jednak także świat emocji wokół niej: trudność w radzeniu sobie z dziećmi, plotkowanie, nieżyczliwość, samotność, choroby, rozstania i wreszcie społeczny ostracyzm. Ważna jest postać jej męża, Huberta. Podczas trwania jej romansu, a także wtedy, gdy się o nim dowiaduje... postawa zaskakująca, wywociekawym zwrotom akcji autorce udało się wystrzec schematyczności i banalności, a "Ironia losu" wyróżnia się na rynku wydawniczym i co najważniejsze: zostawia w czytelniczkach swój ślad. W pewnym momencie zapierająca dech w piersi, choć może niekiedy już nużąca dwulicowością Marzeny i jej spotkaniami z kochankiem... trzyma poziom. Naprawdę dobra polska literatura kobiecałująca w czytelniku zawód. Bo choć wiadomo, że wszystko zmierza ku wiadomemu zakończeniu – czytelnik cały czas ma nadzieję i choć nie identyfikuje się, nie zgadza z wszystkimi wyborami Marzeny – trzyma za nią kciuki. 

Historia Marzeny to historia, która staje się udziałem wielu kobiet. Dobrze, płynnie napisana, wciągająca, angażująca czytelniczki. Z wyrazistymi bohaterami, dobrze oddanymi realiami społecznymi i ciekawym portretem głównej bohaterki. Dzięki kilku ciekawym zwrotom akcji "Ironia losu" nie trąci schematycznością ani banalnością. Książka Misiołek zdecydowanie wyróżnia się na polskim rynku wydawniczym - fabułą, stylem, i wykonaniem. To naprawdę dobrze napisana, mądra literatura kobieca, która jednak nie ma za zadanie moralizować... a poruszać.

Moja ocena: 8/10

środa, 12 kwietnia 2017

(616) Bliskie kraje


Tytuł: Bliskie kraje
Autor: Julia Fiedorczuk
Wydawnictwo Marginesy
Stron 288

"Tajemnica zaczyna się tam, gdzie dotyka się czegoś, co jest już poza językiem, poza wszelką racjonalnością, po stronie mroku, jak "pępek snu", o którym pisał Freud w "Objaśnianiu marzeń sennych". To właśnie z tego ukrytego miejsca opowieść czerpie energię, stamtąd wyrasta jak roślinny pęd albo, jeśli trzymać się metafory Freuda, "jak grzyb ze swojej grzybni". Nie ma dużej różnicy między opowiadaniem a słuchaniem, w obu wypadkach zbliżamy się do tego mrocznego miejsca, oswajamy je, doświadczamy trwogi i zachwytu, smutku i radości, stajemy się sobą.Według badacza mózgu i świadomości Antonia Damasia istniejemy jako byty mentalne tylko dzięki pierwotnym opowieściom i tylko w nich. Jak muzyka, która istnieje tylko wtedy, kiedy trwa."

Julia Fiedorczuk, "Bliskie kraje"

"Bliskie kraje" to zbiór 22 opowiadań Julii Fiedorczuk, autorki "Nieważkości" nominowanej do nagrody Nike. Julia Fiedorczuk w "Nieważkości" skupiła się na opisaniu ulotności, dojrzewania, kobiecej psychiki i zwykłych ludzkich problemów. Nie ma w niej jednak miejsca na happy endy i szczęśliwe momenty... świat jest brutalny, świat jest prawdziwy, a kobiety próbują znaleźć w nim miejsce dla siebie – ich osobiste historie są jednak mało znaczące. Większego wymiaru nabierają dopiero przez ich połączenie. I piszę o tym wszystkim nie tylko dlatego, że "Nieważkość" była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Fiedorczuk... W "Bliskich krajach" – jej kolejnym utworze widać bowiem echa "Nieważkości". Uważny czytelnik podczas lektury "Bliskich krajów" dojrzy w nich pararelę do historii i bohaterów przedstawionych w "Nieważkości" – delikatne, epizodyczne, a jednak tworzące pomost pomiędzy poszczególnymi utworami Fiedorczuk. I tak pojawi się wątek bezdomnej Ewy oraz Zuzanny, która wyjeżdża zafascynowana pracami młodego, niepełnosprawnego artysty...

Pierwsze skrzypce w utworach Fiedorczuk grają kobiety – młode i stare, biedne i bogate. Polska pisarka przedstawia czytelnikom zaledwie urywki ich życia, często wyrwane z kontekstu, a ze sobą powiązane jedynie emocjami. Z tych skrawków – pozornie zupełnie różnych wyłania się historia ulotności. W czytelniku pojawia się świadomość, która nie towarzyszy mu codziennie, a której przebłyski pojawiają się jedynie od czasu do czasu. Świadomość odrębności ludzkich bytów. Świadomość, że każdy człowiek mijany przez nas na ulicy posiada własną historię... wbrew pozorom nie jest jedynie tą chwilą, w której rozmawia przez telefon, pyta o godzinę, sprawdza rozkład jazdy autobusów, przepycha się obok nas w autobusie. Wokół niego istnieje także sfera przeszłości, przyszłości oraz teraźniejszości, w której prawdopodobnie my jesteśmy jedynie epizodem. 

Kobieta zakładająca nielegalny ogród na ostatnim piętrze warszawskiego bloku, mężczyzna składający ponad tysiąc żurawi i tym samym ratujący komuś życie, pogubiona kobieta, która cały czas szuka miejsca dla siebie... zagubiona i pogubiona pragnie zacząć wszystko od nowa lub zakończyć. Mała dziewczynka wyrusza w swoją pierwszą podróż mentalną i musi zmierzyć się z egoistycznym życzeniem, które wypowiedziała... obawia się, że popełniła grzech przeciwko grawitacji. Sekretarka zmarłego pisarza wchłania jego tożsamość i wykorzystuje jego życie dla własnych celów, punkowa poetka spotyka się z niepozorną kobietą, a potem staje się gwiazdą serialu telewizyjnego. A to tylko niektóre z historii przedstawionych w zbiorze Fiedorczuk – proste, a jednocześnie mocne i wyraziste

Opowiadania o inności, obcości i samotności wśród ludzi. Mimo bliskości drugiego człowieka – mentalność, zdolność odczuwania i wrażliwość bywa niekiedy bardzo daleka i niezsynchronizowana potrafi wyrządzić więcej złego niż dobrego. Bohaterki prozy Fiedorczuk przechodzą życiowe inicjacje – w relacji z Bogiem, drugim człowiekiem i przede wszystkim naturą, która odgrywa ważną rolę w opowiadaniach ze zbioru "Bliskie kraje". Degradacja naturalnego środowiska, wojny i kryzys ekologicznym stają się odzwierciedleniem moralnego upadku społeczeństwa. 

"Bliskie kraje" - zbiór elektryzujących, magicznych i wyrazistych opowiadań, które poruszają czytelnika do głębi. Ich bohaterowie cały czas poszukują siebie – nie tylko własnej drogi życiowej, ale przede wszystkim prawdy o samym sobie. Ucieczką mogą stać się żurawie, wycieczki, literatura, modlitwa... droga jest jednak zawsze długa i kręta. Świat przyrody przenikający się ze światem ludzkim rodzi wrażenie niepokoju, lęku i ciemności... przyprawia o szybsze bicie serce. Julia Fiedorczuk po raz kolejny wykazała się wirtuozerią języka. Stworzyła opowiadania po których lekturze w człowieku zostają nie tyle ludzkie historie, co emocje towarzyszące ich czytaniu... Moc literatury, moc słowa pisanego i świat ludzkich emocji, problemów. Choć nie chodzi tu nawet o "moc" problemów, co po prostu o zwykłą szarość ludzkiej egzystencji, która składa się z większych i mniejszych radości i smutków. Julia Fiedorczuk stworzyła hipnotyzującą prozę o wychodzeniu z własnych stref bezpieczeństwa, o zderzaniu się z rzeczywistością, która lubi zadawać ciosy. Ciekawa, oryginalna pozycja!

Moja ocena: 7/10

wtorek, 11 kwietnia 2017

(615) Córeczka


Tytuł: Córeczka
Autor: Anna Snoekstra
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 272

"Córeczka" to powieściowy debiut Anny Snoekstry, która po ukończeniu studiów zaczęła pisać scenariusze do niezależnych produkcji filmowych i teatralnych, a także reżyserować videoklipy. "Córeczka" to zaskakujący thriller, który przyprawia czytelnika o gęsią skórkę, budzi niepokój, silnie angażuje w opowiedzianą historię i porywa. Nie tylko większa niż normalnie czcionka oraz stosunkowa mała ilość stron decyduje o tym, że "Córeczka" jest książką na jeden wieczór. Wartka historia, dynamizm akcji jak i postaci głównej bohaterki sprawia, że spokój czytelnika z każdą kolejną stroną ulega zaburzeniu... Zupełnie wbrew sobie w pewnym momencie miałam cichą nadzieję, że "Córeczka" okaże się po prostu historią obyczajową z dziwnym i trudnym początkiem, ale nic z tego! Anna Snoekstra przez pierwsze strony po prostu mobilizuje siły do finalnego uderzenia. Niezaprzeczalnie świetnego i niesamowicie zaskakującego! "Córeczka" nie jest z początku książką tak zaskakującą i to właśnie zakończenie decyduje o końcowej ocenie... I tu muszę zaznaczyć, że nawet 30 min przed skończeniem lektury "Córeczki" nie wiedziałam, że wywrze na mnie tak wielkie wrażenie. Było super, było ciekawie, było zaskakująco... ale nie było tego efektu "wow!". A pod koniec? Pełny zachwyt, wielkie wow i pełne oderwanie od rzeczywistości – w tak dużym stopniu, że człowiek zamyka się w świecie literatury... a każde wyrwanie z niego: budzi lęk i przestrach. 

Główna bohaterka "Córeczki" kilka lat żyła na ulicy. Gdy pewnego dnia po próbie kradzieży trafia na komisariat przypomina sobie o programie o zaginionych, który kiedyś oglądała. To właśnie wtedy dojrzała swoje podobieństwo do zaginionej przed laty Rebeki Winter. Postanawia przygarnąć sobie jej tożsamość i tym samym uniknąć kary więzienia za błędy młodości. Przejmuje nie tylko jej tożsamość, ale także życie – śpi w jej łóżku, nosi jej rzeczy, przytula się do jej mamy... zaczyna odgrywać rolę kochającej córki i siostry. Jednak to nie zmienia faktu, że tak naprawdę nie wie jak wyglądało życie Rebeki w rzeczywistości – czytelnicy za to będą mieli szansę poznać choć jego małe fragmenty, ale nic nie będzie zapowiadało tak wielkiej i mrożącej krew w żyłach tajemnicy. Główna bohaterka zbyt późno zrozumie, że nie tylko ona jest pozbawioną skrupułów oszustką, a zaginięcie Rebeki ma drugie dno... nim do tego dojdzie będzie musiała poradzić sobie z wieloma trudnościami w celu podtrzymania swojej tożsamości. Z pozoru radości bliźniacy, młodsze rodzeństwo Rebeki (w dniu "powrotu" prawdziwa Rebeka ma 27 lat) powrót zaginionej przed laty siostry przyjmują z lekkim niedowierzaniem. Przyjaciółka Rebeki, Lizzie, która znała ją dobrze jak nikt inny zauważa jej dziwne zachowanie... dziewczyna wydaje jej się inna, ale może to po prostu kwestia tego, że ma do czynienia z dorosłą – prawie trzydziestoletnią kobietą, a nie z niespełna siedemnastolatką, która dla rozrywki kradnie sukienki ze sklepów? Pozostaje jeszcze śledczy Andropolis, któremu sprawa zaginięcia Rebeki od lat nie daje spokoju... 

"Córeczka" nie zachwyciła mnie od pierwszej strony... często miałam wrażenie jakiś nieścisłości, nierealności przedstawionych sytuacji... Pod koniec okazało się jednak, że to wszystko to były zamierzone działania autorki, które tworzyły część misternie skonstruowanej fabuły, a nie były potknięciem – jak przypuszczałam. Akcja debiutu Snoekstry toczy się szybko i intensywnie, a jednak w pewnym momencie miałam wrażenie, że możemy dojść do nieprzewidywalnego happy endu... Nic z tych rzeczy. Tu cisza i spokój jest tylko pozorna. W końcu to thriller - nietypowy, może nie taki "stricte", ale naprawdę dobry!

Thriller z bardzo dobrze zarysowanymi portretami bohaterów. Postacie z jednej strony są takie oczywiste, przewidywalne, czasami banalne, a z czasem okazuje się, że one wszystkie są tak naprawdę bardzo niejednoznaczne i zagadkowe. Czarno – biała nie jest także kreacja głównej bohaterki, która wciela się w Rebekę, ale także samej... prawdziwej Bec. Ich historie czytelnik poznaje dwutorowo, a jednak zagadka dotycząca tego co tak naprawdę stało się z Bec wychodzi na jaw dopiero pod koniec książki, choć nawet temu... towarzyszy niejeden zwrot akcji. Autorka nagle przyśpiesza i zaczyna się szalona jazda! Główna bohaterka, choć z pozoru wydaje się do szpiku zepsuta (zresztą rzeczy, których czytelnik dowiaduje się o niej w trakcie mogłyby tę opinię tylko potwierdzać), bardzo szybko staje się odbiorcy bliska. Czytelnik podczas czytania czuje lęk.. nie tylko o to jak rozwinie się akcja, ale także jak skończy główna bohaterka.

"Córeczka" jest powieścią, która przyprawia o szybsze bicie serce. Jest zaskakująca, budzi delikatny lęk... Anna Snoekstra napisała rewelacyjną książkę, w której bardzo dobrze rozłożyła naciski między tym co było, a tym co dzieje się w książce obecnie. Wywodzi w pole nie tylko główną bohaterkę, ale także samego czytelnika, który w pewnym momencie traci czujność, a kiedy już ją odzyskuje... ciśnienie wzrasta! Thriller Snoekstry posiada nutę zabarwienia psychologicznego, które najwyraźniej ujawnia się pod koniec, jednak także wcześniej (czytelnik orientuje się dopiero po zakończeniu / pod koniec lektury) pojawiają się poszlaki o tym świadczące. Muszę przyznać, że dawno nie czytałam tak dobrego thrillera z rodzinnymi tajemnicami, sekretami, mrocznymi obliczami drugiego człowieka. Anna Snoekstra napisała niesamowicie WYRAZISTĄ książkę, w której nic nie jest mdłe, wszystko ma znaczenie, a ludzkie portrety są barwne i różnorodne. "Córeczka" jest utworem w którym podoba mi się dosłownie wszystko! Zaczyna się dosyć niepozornie, ale potem... prawdziwa petarda

Moja ocena: 9.5/10

niedziela, 9 kwietnia 2017

(614) Fachowiec


Tytuł: Fachowiec
Autor: Joseph Finder
Wydawnictwo: Sonia Draga
Stron: 326

"Jestem tylko facetem, który chce wiedzieć, jak się dana historia kończy." 

Joseph Finder, "Fachowiec" 

Dziennikarz śledczy Rick Hoffman traci pracę, odchodzi od niego narzeczona, z kłopotami finansowymi nagle znajduje się bez dachu nad głową. Jedyne wyjście jakie mu pozostaje to wprowadzić się do domu, w którym spędził dzieciństwo i młodość, a który stoi pusty, odkąd jego ojciec przed laty doznał udaru i trafił do domu specjalnej opieki..., a jego jedynymi mieszkańcami od czasu do czasu stają się narkomani i ludzie z półświatka. Dom niszczeje. Dziennikarz próbując naprawić choć najdrobniejsze usterki, na zrujnowanym poddaszu znajduje ponad trzy miliony dolarów. Pieniądze, które pozwoliłyby mu na dostatni i spokojny byt do końca życia... Nikt nie musiałby się dowiedzieć, że je odnalazł (w końcu miało to miejsce na jego własnej posesji), ale Rick zaczyna drążyć. Jest zdeterminowany, żeby dowiedzieć się skąd jego ojciec miał tyle pieniędzy... Jest tylko jedna osoba, która zna całą prawdę, a jest nią właśnie ojciec Ricka. Mężczyzna, który od dwudziestu lat nie powiedział ani słowa.  Główny bohater, gdy po raz pierwszy zostaje porwany i na swojej ręce czuje ostrze piły mechanicznej nie kieruje się instynktem i nie ucieka, gdzie pieprz rośnie... po prostu zmienia hotele, samochody, choć wie, że każdy jego krok jest obserwowany. Jeden z tych "złych" w pewnym momencie pyta go dlaczego to robi... on odpowiada, że chce znać zakończenie tej historii. I oczywiście możemy zakładać, że w tamtym momencie chce po prostu dojść do sprawiedliwości. Ale w pierwszej chwili? Jednego dnia wydaje ok. 15 tys. dolarów, nie myśli o tzw. wyższych celach... więc co nim kieruje? Ciekawość? Chęć odkrycia sensacji? Bo przecież nie troska o ojca, którego jak się z czasem dowiaduje nigdy nie znał, nie rozumiał i przede wszystkim nie doceniał. 

Rick Hoffman rozmawia z kolejnymi ludźmi, poznaje coraz to nowe fragmenty układanki. Znajduje się w dużym niebezpieczeństwie i jest tego świadom, a jednak cały czas węszy... Delikatnego smaczki tej powieści dodaje fakt, że akcja ma miejsce w Bostonie. O jego gangsterskim i kryminalnym obliczu słyszał już chyba każdy... przekręty finansowe, molestowanie dzieci przez księży i ukrywanie tego przez kardynała, morderstwa, porachunki gangów. I to właśnie w tej otoczce, przed dwudziestoma laty rozegrała się historia, którą pragnie poznać Rick. Historia, którą wpływowi ludzie pragną ukryć nawet dzisiaj – są gotowi zapłacić za milczenie duże pieniądze... lub w wypadku jego braku: zabić. 

"Fachowiec" to fikcja literacka stworzona przez Josepha Findera, autora "Paranoi". Tym samym moje pierwsze spotkanie z jego twórczością... i muszę przyznać, że to było bardzo udane spotkanie, ale nie zachwycające. Widzicie – fikcja oznacza, że autor może dowolnie kierować akcją, wikłać ją..., a mnie poziom jej zawikłania czy choćby ukazanie relacji między bohaterami nie zawsze odpowiadał. W ogóle należałoby zacząć od tego, że momentami miałam naprawdę duży problem z zaakceptowaniem zachowania głównego bohatera, który niekiedy zachowywał się po prostu głupio. 

Joseph Finder napisał wciągający thriller. Dobry także pod względem językowym. Skupił się przede wszystkim na procesie dochodzenia do prawdy przez głównego bohatera. Wątki obyczajowe i międzyludzkie zostały ograniczone prawie do minimum. Pojawiły się jedynie zalążki kwestii dotykającej tego co Rick wiedział o swoim ojcu, a jaki ten był naprawdę... zabrakło mi pogłębienia tego wątku, który wzbogaciłby "Fachowca" o strukturę psychologiczną. Kreacje bohaterów w książce Josepha Findera nie zachwycają, a jedynie opierają się na kontraście: dobry i zły. Świat w "Fachowcu" jest czarno – biały i przez to dosyć przewidywalny... A może po prostu autor stwierdził, że to dobrze, żeby czytelnik był bystrzejszy od bohatera? 

"Fachowiec" to książka niezaprzeczalnie wciągająca, która porywa do swojego świata na kilka godzin. Jej fabuła przy tym jest bardzo "grzeczna" i poprawna, a bohater ma bardzo często problemy z instynktem samozachowawczym. Gra toczy się na najwyższych szczeblach władzy, prawie wszyscy mają coś do ukrycia, ale mimo to nie budzi w czytelniku wielkiego napięcia podczas lektury. Trzeba sobie powiedzieć wprost: Joseph Finder nie wymyślił niczego nowego, nie zastosował żadnej nowej konfiguracji fabularnej, a jednak w tym braku oryginalności napisał naprawdę dobrą książkę z historią, która angażuje czytelnika. Finder zaprezentował na tyle dobry poziom, że zamierzam sięgnąć po inne powieści jego autorstwa. 

Moja ocena: 7/10 Bardzo dobra!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...