środa, 28 czerwca 2017

(629) Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze


Tytuł: Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze
Autor: Gail Honeyman
Wydawnictwo Harper Collins
Stron 352

Urocza, ciepła, choć nierozkochująca w sobie od pierwszych stron powieść. "Eleanor Oliphant ma się całkiem dobrze" to pozycja, którą bardzo chciałam przeczytać odkąd tylko pojawiła się w zapowiedziach wydawniczych. Wydawnictwo Harper Collins promuje ją jako historię nietuzinkowej kobiety, która skończyła filologię klasyczną, ale w rezultacie jest księgową..., a jej ulubionym zajęciem jest chodzenie po zakupy do Tesco. Samotna, zamknięta w sobie, trochę dziwaczna, nieoglądająca się na to co myślą o niej inni. Pomyślałam sobie: Ha! To książka o tym jak będzie wyglądała moja przyszłość, jeśli pójdę na filologię polską. Opis dał mi (jak się okazuje - złudne) poczucie, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Po lekturze tej powieści wiem już, że niezupełnie... ale i tak lektura mnie usatysfakcjonowała. Okazało się, że to nie tylko ciepła i lekka opowieść, ale historia, które posiada głębię..., która z początku jest jednak bardzo skrzętnie zakryta przez pancerz Eleanor. 

Eleanor Oliphant skończyła trzydzieści lat, z wykształcenia jest filologiem klasycznym, jednak pracuje w księgowości. Oszczędza każdego pensa, ciągle nosi ten sam bezrękawnik, je o stałych godzinach, nie rozmawia z kolegami z pracy, uchodzi za dziwaczkę, uwielbia zakupy w Tesco, swoją jedyną roślinę doniczkową. Każdy dzień, miesiąc, tydzień jej życia wygląda tak samo - dzięki temu potrafi wytrwać. Nie potrafi jednak żyć. Trzyma się na uboczu, patrzy na wszystko z ogromnym dystansem i często zachowuje się jakby była nie z tego świata. Nie oglądała bajek, nie je fast food'ów, nawet nie zna ich smaku, nie przywiązuje się do ludzi, jednak co tydzień od lat rozmawia przez telefon ze swoją matką... Jej świat jest do bólu monotonny, poukładany, a ona sama zdaje się być zadowolona z jałowej egzystencji jaką prowadzi. Pewnego dnia widzi jednak przez przypadek występ miejscowego muzyka... uznaje,. że to ten jedyny. Ten, z którym chce spędzić resztę życia. Co więcej: jest gotowa zmienić dla niego swój wygląd i w ogóle... całe życie. Z tym, że on o jej istnieniu nawet nie wie. Na drodze Eleanor pojawia się nieokrzesany informatyk, który chce wyrwać ją z jej pancerza... i pokazać co to tak naprawdę znaczy żyć. 

Nie zdaje sobie jednak sprawy, że za wycofaniem Eleanor i jej ekscentrycznością kryje się coś więcej. Eleanor z początku nie da się lubić - jest dziwna, taka oderwana od świata. Momentami miałam wrażenie, że się po prostu wywyższa, nikt i nic (oprócz zakupów w Tesco i akcji rabatowych) jej nie obchodzi. Z czasem jednak sama Eleanor zaczyna przyznawać przed samą osobą, że ma problem... ze swoją przeszłością, tożsamością, teraźniejszością, samotnością. Kobieta zaczyna powoli zrzucać z siebie pancerz za którym się schroniła przed bólem, bolesnymi wspomnieniami... i kiedy ona zaczyna się otwierać - świat otwiera się na nią. Jest to proces długi, ciężki, bolesny, ale warty każdej łzy, ponieważ tylko on może odmienić życie Eleanor... i otworzyć przed nią lepszą przyszłość. 

Kreacja bohaterki, która początkowo nie budzi sympatii - jest mistrzowska! Jej przemiana stopniowa, niezbyt gwałtowna, prawdziwa, realna... Honeyman udało się z dużą wrażliwością i wnikliwością ukazać kruchość bohaterki, jej odizolowanie, wraz z tego wszystkiego genezą, którą czytelnik poznaje stopniowo wraz z Eleanor. Przez większość czasu trwa w niewiedzy, powieść staje się tajemnicza, a sama bohaterka z takiej przez którą nie mogłam przebrnąć przez pierwsze rozdziały... staje się postacią bliską sercu, godną zapamiętania, której gorąco i wytrwale się kibicuje. W końcu zasługuje na dobro i szczęście. 

"Eleanor Oliphant ma się dobrze" to powieść, które daje mocnego i pozytywnego kopniaka do działania. To zaskakująco dobra proza obyczajowa, w której wbrew pozorom nie ma wątku romansowego - jest za to życie we wszystkich jego odcieniach. W książce Honeyman jest tyle ciepła, pozytywnej energii, że w pewnym momencie naprawdę trudno się od niej oderwać. Tak sobie myślę, że może właśnie to jest sztuką - napisać powieść ciepłą, o ogólnie pozytywnym wydźwięku, która jednak podczas lektury będzie wzruszała. Piękna, ciepła, dobrze napisana, rewelacyjnie dopracowana... historia Oliphant jest po prostu taka prawdziwa - prawdopodobnie właśnie przez to tak ujmująca. 

Moja ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...