środa, 29 listopada 2017

(672) Hotel pod jemiołą

Tytuł: Hotel pod jemiołą
Autor: Richard Paul Evans
Wydawnictwo Znak
Stron 288

Opis wydawcy:
Nawet w najbardziej szarym życiu może zdarzyć się historia jak z najpiękniejszej powieści. Kimberly prawie się poddała. Śmierć matki, dwukrotnie zerwane zaręczyny i nieudane małżeństwo sprawiają, że nie wierzy już w szczęście. Pozwala sobie tylko na jedno marzenie – pragnie napisać powieść o miłości. W urokliwym hotelu "Pod Jemiołą" organizowany jest kurs dla początkujących pisarzy. Kim poznaje tam tajemniczego Zeke’a, z którym nawiązuje wyjątkową więź. Taką, jaka zdarza się tylko ludziom, którzy podobnie patrzą na świat. Czy przypadkowe spotkanie będzie dla Kimberly początkiem wielkich zmian? Czy do najważniejszej powieści – jej własnego życia – los dopisze szczęśliwe zakończenie? "Hotel pod Jemiołą" to wyjątkowy prezent od Richarda Paula Evansa. Tym razem bestsellerowy autor przypomina, że jeśli nie tracimy wiary, najlepsze lata naszego życia są zawsze przed nami.

Moja opinia: 
Lekka, niezobowiązująca, przyjemna, a przy tym przewidywalna powieść, której akcja rozgrywa się w okresie świątecznym. Moje drugie po "Szukając Noel" spotkanie z twórczością Richarda Paula Evansa - bardziej udane, bardziej romantyczne, cieplejsze, bardziej podnoszące na duchu. Z "Hotelu pod jemiołą" płynie dość banalna i trywialna myśl, że "Najlepsze lata naszego życia są zawsze przed nami". Jednak to właśnie taka banalność i prostota, pozytywne przesłanie płynące z tej powieści sprawiają, że staje się utworem idealnym na długie jesienne wieczory, chwilę relaksu po męczącym dniu. Jest w tej powieści urok, wciągająca, choć przewidywalna fabuła i ogromny ładunek pozytywnej energii, który sprawia, że jej lekturę kończymy z uśmiechem na twarzy. 

Konferencja dla (przyszłych) pisarzy prowadzona przez tych uznanych, cenionych... i główna bohaterka, opuszczona w młodości przez mamę, potem przez narzeczonych, męża, otoczona jednak miłością ojca. Jednak to nie wystarcza - gdzieś te początkowe niepowodzenia cały czas kładą się na jej życiu cieniem. Marzy o napisaniu romansu, ale dostaje od wydawców kolejne odmowne odpowiedzi... to wszystko sprawia, że przestaje wierzyć w swoje możliwości, zaczyna wątpić w to, że czeka ją jeszcze wiele szczęśliwych chwil. Ta konferencja ma pomóc jej nie tylko w udoskonaleniu swojej powieści, ale także w zdobyciu pewności siebie - pokazaniu, że nie jest beznadziejna, że stać ją na wiele. 

Miłość, wątek romantyczny.... nie mogło tego zabraknąć u Evansa. Fajne jest to, że między bohaterami nie dochodzi do głupich, w sumie niepotrzebnych sprzeczek. Ich postępujące zakochanie kieruje się własnymi prawami, jest urocze, ale niewydumane. Do ich wniosku ogromnie dużo wnosi ich własne życiowe doświadczenie - ludzie, których spotkali, wydarzenia, które przeżyli. Sam wątek jest przewidywalny, ale to nie odejmuje mu uroku i zaangażowania czytelniczek podczas lektury - czasami każdy potrzebuje powieści z happy end'em - zdecydowanie! Evans pokazuje, że każdy niesie za sobą duży bagaż doświadczeń, które rzucają się na relacje z drugim człowiekiem - ich wpływ sprawia, że ludzie nie do końca potrafią się otworzyć. 

"Hotel pod jemiołą" jest powieścią pełną humoru, ale także miłości, czułości i nadziei na lepsze jutro. Jednak to co spodobało mi się w niej najbardziej... to jej pierwsza część, liczne nawiązania do literatury, takie "biznesowe" żarciki, treści dotyczące pisania i tworzenia - odrobinę żałuję, że autor nie poświęcił im jeszcze większej uwagi. Powieść Evansa pochłania się w zastraszająco szybkim tempie, choć w drugiej części traci trochę na swojej lekkości, bowiem autor skupia się na uczuciach, emocjach i życiu bohaterki - problemie depresji, samobójstwa. Całość wypada świetnie, bardzo przystępnie... i oczywiście romantycznie. To idealna lektura na walkę z jesienną chandrą, przykre, ciężkie dni, ale także na świąteczny czas - o wartości rodziny, bliskich, o poświęceniach, pokorze, pisaniu, literaturze, miłości i przyjaźni. Cudowna aura i klimat powieści, przystępny (ale nie słaby) język autora sprawiają, że rozgrzewa serca jak kubek gorącej herbaty. 

Moja ocena: 8/10

sobota, 25 listopada 2017

(671) Dziadek do orzechów

Tytuł: Dziadek do orzechów
Autor: E.T.A.Hoffmann
Wydawnictwo MG
Stron 448

Opis wydawcy:
Jest Wigilia. Siedmioletnia Klara i jej braciszek Fred czekają na świąteczne prezenty. Jak zawsze najwspanialszy dostaną od sędziego Droselmajera, zegarmistrza i wynalazcy, ich chrzestnego ojca; w tym roku jest to wspaniały zamek z poruszającymi się figurkami. Jednak dzieci wolą inne zabawki od mechanicznych cudów skonstruowanych przez sędziego, którymi nie można się tak po prostu bawić: Klara dostaje nowe lalki i śliczną sukienkę, Fred pułk ołowianych huzarów oraz konia na biegunach. Pod choinką jest jeszcze jeden prezent – dziadek do orzechów, w postaci małego człowieczka o dużej głowie i cienkich, krótkich nóżkach; włożenie do jego ust orzecha i pociągnięcie za drewniany płaszczyk powoduje rozłupanie skorupki. Figurka, mimo że brzydka, bardzo przypada do serca Klarze, jej więc zostaje oddana pod opiekę…

Książka, utrzymana w fantastycznej konwencji, opowiada o przygodach małej Klary w świecie, w którym zabawki ożywają, a księciem ich królestwa zostaje tytułowy Dziadek do Orzechów.

Moja opinia: 
Wielkimi krokami zbliżają się święta Bożego Narodzenia, a nim do nich dojdzie... czekają nas Mikołajki. To idealny czas, aby podarować nie tylko bliskim dzieciom, ale także dorosłym mądre, wyjątkowo wydane i poruszające historie. Jedną z takich jest bez wątpienia klasyczny "Dziadek do orzechów" autorstwa E.T.A. Hoffmanna. Przez większość znany z ekranizacji, w tym tych animowanych jak "Barbie". To dzieło zapisane w kronice kultury masowej, ale mam wrażenie, że stosunkowo nieznane w swej oryginalnej treści. To urocza, idealna na świąteczny czas powieść o dobru, akceptacji i byciu dobrym człowiekiem. Historia "Dziadka do orzechów" poruszy  nawet najbardziej zatwardziałe serca. 

Świąteczny klimat, choinka, prezenty, wizyty rodziny... i świat zabawek, królestwo zabawek, na którego czele stoi bardzo nieurodziwy dziadek do orzechów. Miłość potrafi jednak przemienić nawet żabę w księcia, a co dopiero dziadka do orzechów w królewicza. Dzieło Hoffmanna to opowieść o dziewczynce, która jest bardzo odważna i nie ocenia ludzi ani zabawek po ich wyglądzie. Jest gotowa na poświęcenia, na wychodzenie z własnej strefy komfortu. Ze względu na postać głównej bohaterki to mądra i pouczająca książka, która wiele wnosi do życia czytelnika i uwrażliwia na krzywdę innych. Główne skrzypce w tej powieści gra z początku bardzo niepozorna dziewczynka, która jednak z każdą kolejną stroną, chwilą chwyta człowieka coraz bardziej za serce.

Do czytania dla starego czy dla młodego czytelnika? Dla starego i młodego. W wydaniu z wydawnictwa MG nie tylko do czytania, ale także do oglądania niezwykle sugestywnych czarno - białych ilustracji, które zajmują w tej książce sporo miejsca. Historia "Dziadka do orzechów" to opowieść, która zachwyci dzieci, wprawi je nawet momentami w lekki strach, a na końcu... wywoła na ich buziach uśmiech. Natomiast dla dorosłego lektura "Dziadka do orzechów" będzie czasem relaksu, powrotu do dziecięcych lat, gdy z wypiekami na twarzy wypatrywało się pierwszej gwiazdki, chwili gdy przyjdzie gwiazdor. Lat, gdy zasiadało się z bliskimi i poznawało kolejne świąteczne historie. "Dziadek do orzechów" to klasyka. Klasyka, w której w okresie świątecznym powinnyśmy się zaczytywać równie intensywnie jak w "Opowieści wigilijnej". Ta niezwykła historia, opowiadanie utrzymane w baśniowej, fantastycznej konwencji, które po raz pierwszy zostało wydane w 1816 roku (w Polsce po raz pierwszy w 1906) do dnia dzisiejszego zachwyca i zdobywa uznanie. Piękna, magiczna opowieść, którą warto poznać. 

Moja ocena: 10/10

niedziela, 19 listopada 2017

(670) Wichrowe wzgórza

Tytuł: Wichrowe wzgórza
Autor: Emily Bronte
Wydawnictwo MG
Stron 448

Opis wydawcy:
Akcja Wichrowych Wzgórz rozgrywa się na przełomie XVIII i XIX w. Earnshaw, właściciel majątku Wuthering Heights (tytułowe Wichrowe Wzgórza), przywozi do domu bezdomnego, cygańskiego chłopca, którego znalazł na ulicach Liverpoolu i nakazuje własnym dzieciom traktować go jak brata. Pomiędzy przybyszem a małą Cathy rodzi się więź tak silna, że z czasem przestają się liczyć nie tylko z konwenansami, ale i z ludźmi, wśród których żyją. Namiętność Heathcliffa i Catherine obnaża mroczną stronę ludzkiej natury, jest mściwa, wszechogarniająca i dzika jak wrzosowiska Yorkshire. Bohaterowie powieści Brontë płacą za to najwyższą cenę, a za ich błędy musi odpokutować następne pokolenie…

Moja opinia:
"Wichrowe wzgórza" to powieść kultowa, w krajach angielskojęzycznych jedna z lektur szkolnych. Sama zetknęłam się z nią po raz pierwszy w wieku 11 lat podczas lektury "Zmierzchu". Wydawnictwo MG wypuściło ostatnio na polski rynek jej piękne wznowienie. Fakt ten był dla mnie bodźcem, który sprawił, że w końcu postanowiłam po "Wichrowe wzgórza" sięgnąć. Zaczęło się niezwykle intrygująco, pobudzająco wyobraźnię, ale potem... gdzieś się w tej historii pogubiłam, przestała mnie interesować i choć rozumiem zamysł autorki - nie potrafię tej historii pokochać. Gdzieś w połowie zaczęła mnie nużyć, ale to klasyka, więc doczytałam dalej... i choć przyprawiła mnie o delikatnie szybsze bicie serca pod koniec... większość czasu mnie nużyła,  a bohaterowie irytowali. Ich zachowanie mnie obruszało, a ja sama w tym wszystkim... miałam ochotę nimi potrząsnąć. Dobra literatura powinna wywoływać w czytelniku obrażenia, poruszać, gnębić, wywoływać emocje. "Wichrowe wzgórza" emocje we mnie wywołują, ale nie potrafię się tą powieścią zachwycać, poczuć fascynacji losami bohaterów.

Emily Bronte, wiktoriańska pisarka opisała historię miłości, która może nie potrafi pokonać wszelkich przeszkód, ale jest wieczna, nieprzemijalna. Jej niespełnienie sprawia, że przez bohaterów zaczynają przebijać najgorsze cechy, uczucia i emocje - złość, nienawiść, zazdrość, zawiść. To wszystko prowadzi do tego, że pragną zemsty. Heatcliff dla wielu kobiet jest bohaterem, do którego wzdychają... we mnie jednak jego zachowanie przez większość czasu budziło odrazę. Oczywiście rozumiem, że miał trudną przeszłość (zresztą autorka świetnie nakreśliła jego charakter, przeszłość, motywując jego obecne działania właśnie przeszłością), ale z drugiej strony... jest w nim tyle goryczy, zawiści i chęci zemsty, że nie umiem darzyć go sympatią.

"Wichrowe wzgórza" były opowieścią jak na epokę w której powstały rewolucyjną, ubliżającą społecznym normom i konwenansom, uwłaczającą dla moralności. Teraz jednak także przyciągają spojrzenie - ukazaniem ogromu negatywnych emocji, miłości, która budzi w człowieku najgorsze emocje, a także samym sposobem narracji. Czytelnik w "Wichrowych wzgórzach" nie staje się uczestnikiem wydarzeń, tak samo narrator. Narrator powieści Bronte sam poznaje opowieść dotyczącą losów Heatcliffa z opowieści jednej ze służących. Poznajemy z niej zachowania bohaterów, opinię, wrażenia służącej jakie miała podczas kontaktów z nimi, ale nie poznajemy bezpośrednio ich psychiki, chociaż oni sami... czasami się przed nią otwierają. Ich motywacja staje się dzięki temu jasna, a jednak w większości przypadków nie zdobywała mojego zrozumienia i współczucia. Bohaterowie "Wichrowych wzgórz" stają się z każdą kolejną stroną coraz bardziej cyniczni i przestają się liczyć ze wszystkimi i wszystkim. 

Emily Bronte (ją bowiem tradycja uznaje za autorkę "Wichrowych wzgórz") napisała bardzo odważną książkę, która mylnie jest przez większość kojarzona z romansem. To historia pełna emocji (w większości negatywnych), które determinują zachowanie bohaterów, obrazów pełnych ponurych, ale jakże urokliwych wrzosowisk. Historia o dwóch pokoleniach rodzin, które żyją z sobą w niezgodzie, ale także w pewnym strachu i obawie przed czynami drugiej strony. Mnie ta historia nie porwała, ale rozumiem jej fenomen... autorka genialnie opisuje ludzką psychikę, wprowadza mroczny, pełen tajemnic i niepokoju klimat. Nie lubię "Wichrowych wzgórz", nie lubię bohaterów tej powieści, ich zachowań..., ale lubię jej narrację, zakończenie, piękny język jakim została napisana. To, że zapada w pamięć, że przedstawia całą paletę ludzkich zachowań, że jej bohater przypomina po trochu szekspirowskiego Makbeta i Hamleta. Wywołała we mnie emocje, poruszyła mnie i zapadła w pamięć. "Wichrowe..." można pokochać albo znienawidzić, ale nie można nie docenić kunsztu pisarskiego autorki.

Moja ocena: brak.

piątek, 17 listopada 2017

(669) Otello. Ten nowy.

Tytuł: Otello. Ten nowy.
Autor: Tracy Chevalier
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron 232

Opis wydawcy:
Lata siedemdziesiąte. Dyplomata z Ghany przeprowadza się z rodziną na przedmieścia Waszyngtonu. Jego syn, jedenastoletni Osei, już pierwsze godnia w nowej szkole zaprzyjaźnia się z najpopularniejszą uczennicą.
Znajomość szkolnej gwiazdy i jedynego czarnoskórego ucznia
nie wszystkim przypada do gustu…
Przejmująca opowieść o zazdrości, przyjaźni i dyskryminacji
napisana przez autorkę Dziewczyny z perłą.


Moja opinia:
Bardzo krótka, ale treściwa i poruszająca proza inspirowana dramatem Szekspira, "Otello"... odczytanym na nowo i uniwersalnie przez autorkę bestsellerowej "Dziewczyny z perłą". Przyznaję, że przed lekturą tej powieści nie znałam tej sztuki Szekspira, a akurat ta powieść, jej wydanie (miałam okazję przeczytać z tej serii np. także "Zimową opowieść", "Kupca weneckiego") nie zawiera żadnego wprowadzenia do projektu w ramach, którego powstała (stworzonego z okazji 400. rocznicy śmierci Szekspira) ani do samego pierwowzoru, jak to mieliśmy do czynienia w "Zimowej opowieści", gdzie na początku został przedstawiony zarys dzieła Szekspira. Czytałam tę powieść bez znajomości "Otello" (potem oczywiście braki nadrobiłam) i już wtedy czułam, że autorka próbowała na siłę podciągnąć swój pomysł na fabułę do "Otello" Szekspira. Czułam przez to podczas lektury pewne zgrzyty. Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ autorka postawiła sobie poprzeczkę naprawdę wysoko. Nie wyszła z tej próby bez szwanku, ale stworzyła naprawdę ciekawą, otwierają oczy i nastrajającą pesymistycznie powieść, która trzyma w napięciu. 

Do fabuły "Makbeta", "Romea i Julii" czy też "Hamleta" nikogo wprowadzać nie trzeba, jednak 'Otello" jest stosunkowo mało znaną na gruncie polskim sztuką, więc ja w przeciwieństwie do autorki i wydawcy o małe wprowadzenie się pokuszę. "Otello" opowiada historię Maura Otello (najczęściej przedstawianego jako czarnoskóry mężcyzna), który żeni się z córką weneckiego senatora, piękną Desdemoną. Demoniczny i zły Jago, rozczarowany swym losem, niemogący patrzeć na szczęście innych ludzi postanawia popsuć ich relacje. Podsuwa Otello myśl o zdradzie Desdemony - zupełnie bezpodstawne, ale w swych działaniach jest na tyle wytrwały, że budzi w Otello zazdrość, co przekłada się wyraźnie na relacje zakochanych... Co dalej? Jak to u Szekspira...
To wielkie dzieło o zazdrości i chęci zemsty.

Tracy Chavelier mogła pójść po najmniejszej linii oporu i przepisać sztukę Szekspira, jedynie ją uwspółcześniając. Otrzymalibyśmy wtedy bardzo ciekawą historię o intrygach, burzycielskiej sile zazdrości, braku zaufania w związku. Mogła stworzyć jak Szekspir parę małżonków, wprowadzić na karty swej powieści tego "trzeciego", który próbuje zburzyć ich szczęście. To byłoby stosunkowo łatwe, mniej wymagające i spotkałoby się z większą aprobatą czytelników. Chevelier jednak nie poszła po najmniejszej linii oporu, a bohaterami swojej powieści uczyniła szóstoklasistów. Spotkałam się z opinią, że przez to stworzyła książkę young adult, a nawet very young adult. Nic z tego! Oczywiście młodzież może się w niej odnaleźć, jednak ta pozycja posiada w sobie taką głębię, że także dla dorosłych czytelników jej lektura będzieciekawym doświadczeniem. Sam opis przywodzi na myśl powieść dla młodzieży, ale bynajmniej nie o to w niej chodzi. 

Osei, czyli odpowiednik Otello to jedenastoletni, czarny chłopak, który po raz kolejny zmienia szkołę. Trafia do nowego środowiska, w którym że jest skazany na swego rodzaju towarzyszką porażkę, ponieważ nie dość, że jest "nowy", to jeszcze do tego "czarny". Ameryka, lata 70. to jeszcze czas rażących dyskryminacji i ogromnego rasizmu, buntów uczniów, nauczycieli i rodziców białych dzieci, gdy do jakiejś białej szkoły trafiali czarnoskórzy uczniowie. "Ten nowy" przedstawia jeden dzień z życia amerykańskiej szkoły, ale dzień bardzo obfity w emocje. Osei jest dyskryminowany na każdym kroku, gdy dotknie białą koleżankę jest od razu posądzany o to, że za chwilę się na nią rzuci, zgwałci itd. Jest podejrzewany o wszystko co złego się dzieje, a kiedy panuje względny spokój... i tak wszystkie spojrzenia są skierowanego na niego jako niebezpiecznego, nieokrzesanego dzikusa. Nauczyciele z góry zakładają, że jest mniej inteligentny od innych uczniów, że oczekuje jakiś specjalnych przywilejów. Wszystko to bezpodstawne oskarżenia, oparte na stereotypach i strachu przed "innością".

Uczniowie na jego pojawienie reaguję w większości z pewnymi obawami i w tych młodych chłopakach (i dziewczynkach), jeszcze dzieciakach rodzi się myśl, że muszą bronić swojej białości, swoich kobiet, swoich koleżanek. Osei spotyka się z ogromnym wykluczeniem, napiętnowaniem - zarówno ze strony dorosłych jak i dzieci. W ten sposób Tracy Chavelier inspirując się sztuką Szekspira stworzyła powieść uniwersalną na jeszcze jednej płaszczyźnie. Niekoniecznie wpasowałabym ją do nurtu young adult, ponieważ jest momentami naprawdę brutalna, czasami wręcz karykaturalna. Ktoś może powiedzieć, że niektóre zachowania dzieci są wyolbrzymione, jednak Chavelier opisuje świat z perspektywy dziecka, a nie rodzica, który w każdym dziecku widzi dobro, niewinność, świat zabawek i dziecięcych marzeń.

"Ten nowy" to oprócz interesującej powieści inspirowanej Szekspirem, książka otwierającą oczy. Ukazującą jak okrutne i paskudne potrafią być dzieci. Jak potrafią krzywdzić drugie dziecko, być sadystyczne i uprzedzone względem rówieśników. Powieść Chavelier, jej fabuła, bohaterowie posiadają karykaturalne rysy, niektóre sytuacje zostają przedstawione w sposób wręcz groteskowy, ale zrozumiały dla dojrzałego czytelnika. To z jednej strony świat widziany z perspektywy i poziomu dziecka, a jednocześnie wspaniałe studium dla obserwacji dorosłego czytelniku, który dojrzy w tej powieści o wiele więcej. Dorosły świat, jego uprzedzenia i problemy zminimalizowane do poziomu szkolnego, ukazany za sprawą młodszych umysłów. Nagle oddanie piórnika z perspektywy dziecka, staje się dla czytelnika zrozumiałe, ponieważ to tragedie wieku szkolnego, ale metafora zachowań dorosłych.  Pierwsze miłości, przyjaźnie..., jednak bohaterowie autorki "Dziewczyny z perłą" mają w sobie bardzo niewiele dziecięcej beztroski. Potrafią być okrutni i bezlitośni. To bardzo ciekawa i godna uwagi powieść do przeczytania w jeden wieczór, ale zmuszająca do myślenia, otwierająca oczy, pod pewnymi względami bulwersująca... ogromnie intrygująca i trzymająca w napięciu. Jedna z ciekawszych fabularnie powieści jakie miałam okazję w ostatnim czasie przeczytać. 

Moja ocena: 8+/10

wtorek, 14 listopada 2017

(668) Pewnego rodzaju miłość

Tytuł: Pewnego rodzaju miłość
Autor:  Alicja Gęścińska
Wydawnictwo W.A.B.
Stron 284

Spotkanie z Alicją Gęścińską - 15.11.2017 roku, o godz. 18:00, Moda na czytanie: ul. Bracka 25, Warszawa

Opis wydawcy:
Anna wspomina młodość, zwariowane studenckie czasy, kiedy to trafiła do elitarnego międzyuniwersyteckiego stowarzyszenia Exiles prowadzonego przez profesora Raymonda Vernona. Profesor okazał się charyzmatycznym i pełnym życiowej mądrości uczonym oraz niezwykle namiętnym mężczyzną. Z kolei opowieść Elżbiety jest próbą poradzenia sobie ze śmiercią ojca, ze wspomnieniami o nim, a także historią dzieciństwa, w którym profesor odgrywał znaczącą rolę. Elżbieta przedstawia też swoją relację z matką, Zuzanną, która nigdy nie wybaczyła mężowi i nie przestaje go nienawidzić nawet po jego śmierci. Autorka pokazuje mężczyznę oczami kobiet, z których każda kochała go w zupełnie inny sposób. Czy z tych dwóch opowieści można otrzymać portret jednego mężczyzny? Jaki naprawdę był Raymond Vernon?

Moja opinia: 

"Pewnego rodzaju miłość" Alicji Gęścińskiej to kolejna pozycja opublikowana przez wydawnictwo W.A.B. w serii "Don Kichot i Sancho Pansa" - dla mnie już to jest wyznacznikiem dobrze zapowiadającej się literatury. Otrzymałam jednak coś zdecydowanie więcej - przejmującą i piękną historię o miłości, relacjach w rodzinie, rozwodach, poszukiwaniu własnej ścieżki życiowej, przełamywaniu i pokonywaniu barier, które sami sobie narzucamy. O ryzykowaniu, dokonywaniu wyborów, dojrzewaniu - do miłości, do zmian, do życia. To hipnotyzujący i ogromnie dojrzały debiut powieściopisarski. Alicja Gęścińska - na co dzień doktor filozofii, dzisiaj jawi się jako niezwykle utalentowana pisarka. Pozostaje mieć nadzieję, że to nie jest jej ostatnia powieść - w dodatku tak udana.

Historia opowiedziana z dwóch perspektyw - z początku odrobinę enigmatyczna, niejasna, czytelnik niezaznajomiony dokładnie z fabułą nie wie na czym ma zawiesić wzrok, na czym się skupić. Z każdą kolejną stroną obraz sytuacji, emocji i relacji, które przewijają się przez tę powieść - rozjaśnia się.  Czytelnik poznaje dwie kobiety - dojrzałą panią psycholog po trzydziestce, Elżbietę, która sprząta dom po zmarłym ojcu. Jest w niej dużo goryczy, niezrozumienia dla ojca, który przed laty odszedł od niej i od jej matki (z Elżbietą oczywiście utrzymywał kontakt jako weekendowy tata) do... samotności? Pracy? Książek? Nie opuścił ich dla kobiety. Ten fakt rzuca się także na relacje Elżbiety z matką - zaburza ich więź, emocjonalny związek, potrzebę bycia razem. Wraz z Elżbietą czytelnik powraca do jej wspomnień z dzieciństwa, chwil z ojcem, które często pełne były niezrozumienia, nieposzanowania dla jego wiedzy, sposobu bycia, charyzmy, autorytetu. Relacji dziecka z wybitnym profesorem, na którego wykłady przybywały tłumy, który był wzorem do naśladowania, który motywował i rozwijał swoich studentów, wielkiego erudyty. Fiasko ich relacji wiązało się z jego odejściem od rodzinnego życia, różnicą wieku między ojcem a córką (ponad 50 lat), a także różnymi pasjami i celami w życiu. A może po prostu Elżbieta świadomie stawiała opór przed osobistym rozwojem, pędem do wiedzy, który wykazywał ojciec, bo ta jego erudycja, umiłowanie nauki stanowiły potencjalne zagrożenie dla jej bezpieczeństwa jako najważniejszej osoby (i sprawy) w życiu ojca? 

Drugą bohaterką jest Anna. Studentka, która przybyła do USA wykorzystując swoje stypendium... poznała chłopaka, ten stał się jej przyjacielem i zachęcił ją do pójścia na wykład cenionego naukowca, którego wykładu po prostu nie można ominąć. Na wykład Raymonda Vernonda, ojca Elżbiety, a raczej dwunastoletniej Elżuni przybyła spóźniona... może dlatego momentalnie zwrócił na nią uwagę? Mimo czterdziestu lat różnicy, faktu, że przeżyli zupełnie inne rzeczy, że znajdują się w innym punkcie życiowym, że ona jest singielką, a on ma żonę i dziecko, które jest dla niego najważniejsze... połączyła ich nie tylko namiętność, ale także miłość. Miłość, która do spełnienia potrzebuje jednak odwagi, śmiałych decyzji, a jednocześnie skupienia się na chwili obecnej - odrzucenia myśli o tym co będzie za ileś tam lat, bo przecież jak pokazuje historia Anny i Raymonda... wiek nie ma znaczenia, gdy mówiąc o średniej długości życia - trzymamy się jedynie statystyk.

Raymond może być oceniany przez czytelników różnie. Zostaje poznany jako ojciec i kochanek... gdzieś w tle czai się także jego rola jako męża - ale nie tego kochanego, na którym można zawsze polegać, ale tego, który z jakiś niejasnych dla otoczenia przyczyn postanowił odejść. Jak się okazuje po latach - zanurzyć w swoim smutku i wewnętrznej świadomości. Anna i Elżbieta, kochanka i córka z czasem zaczynają rozumieć Raymonda, relacje, które go z nim łączyły... gdzieś w tle słychać pieśni pochwalne dla jego inteligencji, widać uznanie studentów, to jak dla wielu osób był inspiracją, jak wiele praca w jego życiu znaczyła. Alicja Gęścińska splata ze sobą losy tych dwóch kobiet, pod koniec daje odpowiedzi na wiele pytań, a jednocześnie mnoży przed czytelniczkami pytania podobne do "co by było gdyby...?".

Historia opowiedziana przez Alicję Gęścińską jest bardzo poruszająca. Wywołuje w czytelniku nostalgię, a przy tym zmusza do refleksji. Opowiada o miłości, która jest wieczna, choć nie do zrealizowania. Miłości, która mimo rozstania i bólu - nie zna granic. Losy Anny i Raymonda są w pewnym sensie tragiczne, bowiem oparte na równie wielkiej miłości jak i  niespełnieniu... to czego tak się obawiali paradoksalnie przestaje mieć znaczenia, ponieważ na wiele spraw nie mają wpływu. Mogą zostać przez czytelników różnie osądzani, jednak ich ponad dwadzieścia lat nieszczęśliwego życia ma swoje źródło w tym, że nie chcieli nikogo zranić. Paradoksalnie przez brak ujścia i spełnienia w miłości zranili wszystkich, na których uchronieniu tak bardzo im zależało. W tym także Elżbietę, Elżunię... W "Pewnego rodzaju miłości" ich portrety, emocje i relacje zostały przez autorkę opisane z ogromną dawką wrażliwości, empatii, wnikliwości i zrozumienia. To wielka, przepięknie i erudycyjnie napisana opowieść o miłości i potrzebie wychodzenia z własnej strefy komfortu, podejmowaniu ryzyka. Obraz mężczyzny namalowanymi oczami trzech kobiet - żony, córki i kochanki - trzech kobiet, które pod pewnymi względami były dla niego ważne i dla których on sam posiadał znaczenia, którego kochały... Ich zawikłane emocjonalnie życie, odpowiedzialność kochanki za losy dziecka... "Pewnego rodzaju miłość" to powieść o której można by pisać godzinami, ale i tak nie da się przekazać ogromu emocji, który za sobą niesie. To trzeba przeczytać i przeżyć. 

Moja ocena: 10/10

czwartek, 9 listopada 2017

(667) Szkoła filmowa. Rozmowy.

Tytuł: Szkoła filmowa. Rozmowy.
Autor: Kinga Burzyńska
Wydawnictwo W.A.B.
Stron 304

Opis wydawcy:
"Szkoła filmowa" to zapis pasjonujących wywiadów, przeprowadzonych przez Kingę Burzyńską z najwybitniejszymi polskimi aktorkami i aktorami różnych pokoleń, m. in. Anną Dymną, Agatą Kuleszą, Andrzejem Grabowskim, Maciejem Stuhrem, Tomaszem Kotem. Artyści opowiadają o początkach swojej kariery: egzaminach do szkoły aktorskiej, scenicznym i filmowym debiucie, metodach pracy, a także o drodze, jaką przeszli od tamtych czasów do chwili obecnej. Szkoła filmowa to wielogłosowa opowieść o trudnym i fascynującym aktorskim rzemiośle, o jego codzienności i jego magii.


Moja ocena: 
Kinga Burzyńska rozmawia, wypytuje i zaskakuje swoją wiedzą na temat "przepytywanych" osób. One same niejednokrotnie wykazują zaskoczenie... i opowiadają... o swoich aktorskich początkach, studiach aktorskich, wykładach, wykładowcach, kolegach ze studiów, egzaminach, słabych i mocnych stronach oraz wspomnieniach - tych z teatru i planu filmowego. To książka różnorodna przez wzgląd na dobór aktorów - dzięki niemu... każdy ma szansę znaleźć w tym zbiorze, wywiad z osobą, która go interesuje, w jakiś sposób inspiruje. Czy wiedzieliście np., że Marek Kondrat poznał Charliego Chaplina w toalecie? A Andrzej Grabowski jako Ferdek rozbawił Wiliama Defoe? A Maja Ostaszewska debiutowała u Stevena Spielberga? 

"Szkoła filmowa. Rozmowy" to spisane rozmowy, które autorka już wcześniej przeprowadziła z aktorami na potrzeby programu telewizyjnego. Książka została także wzbogacana o zdjęcia z niego... Wyjątkowo ważny w tym rozmowach jest fakt, że wypowiadający się autorzy mówią także o swoich słabościach. Szkoła Filmowa to w Polsce szkoła utożsamiana z elitarnością... miejscem, do którego nie jest łatwo się dostać - nie było to także łatwe dla rozmówców Kingi Burzyńska. To ludzie z krwi i kości, którym udało się osiągnąć wymierzone cele, którzy jednak cały czas się rozwijają, ale nim zdobyli pierwsze role, nagrody, wyrazy uznania... musieli pokonywać słabości, zdawać trudne egzaminy z aktorstwa i z życia. 

Książkę Burzyńskiej czyta się lekko i szybko... to ogromny zbiór anegdot, ale także refleksji dotyczących aktorstwa, gry w teatrze, filmowych doświadczeń. Pokazuje, że życie aktorów nie jest usłane różami, ale jak każdy zawód - przy nakładzie odpowiednio dużej motywacji i samozaparcia może przynieść bardzo dużo satysfakcji i samozadowolenia. Kinga Burzyńska zaprezentowała bardzo dobry warsztat pisarskich, swoich pytań nie opiera na tanich sensacjach, a na historiach... usłyszanych np. od wykładowców wspomnianych aktorów. To nie kolejny magiel, sensacyjna historia i wywiady, których autorka pragnie wejść aktorom do łóżka i portfela... to historia o aktorstwie, rozmowa o fascynującym zawodzie i jego tajnikach - sposobach przygotowywania się do egzaminów, roli i doświadczeniach. Bardzo ciekawa pozycja dla przyszłych adeptów aktorstwa, miłośników polskiego kina i inspirujących historii. 

Moja ocena: 7+/10

piątek, 3 listopada 2017

(666) Nikt mnie nie ma

Tytuł: Nikt mnie nie ma
Autor: Åsa Lindenborg
Wydawnictwo W. A. B.
Stron 352


Opis wydawcy:


Szwecja, lata 70. Kilkuletnia Åsa mieszka wraz z ojcem Leifem, który jest dla niej bohaterem i najważniejszą osobą w życiu. Jednak w miarę upływu czasu dziewczynka coraz wyraźniej widzi, że w rzeczywistości Leif to nieudacznik zagubiony w coraz szybciej rozwijającym się społeczeństwie.

Znakomity, poruszający do głębi opis relacji między ojcem i córką, a także wstrząsający portret Szwecji, daleki od wygładzonych stereotypów. Literatura na najwyższym światowym poziomie.


Moja opinia: 

"Nikt mnie nie ma" to bardzo sugestywna i poruszająca powieść autobiograficzna szwedzkiej pisarki i historyczki, która w swoim ojczystym kraju jest łączona z poglądami komunistycznymi. Åsa Lindenborg przeprowadza czytelników przez swoje dzieciństwo u boku ojca i weekendowej mamy. Po rozstaniu rodziców została z tatą, który jeszcze długo był dla niej bohaterem, mistrzem hutnictwa i najważniejszą osobą w życiu. Jednak z czasem zaczęła dostrzegać, że to co dla niej jest rutyną, modelem życia w jakim jest wychowywana (a więc modelem z założenia: prawidłowym) w innych budzi niesmak i oburzenie. Lindenborg bardzo pięknie i poruszająco odwołuje się do swoich wspomnień z dzieciństwa, jednocześnie oddając swoją ówczesną mentalność... przeprowadza czytelników przez kolejne etapy swojego dojrzewania, rozwój swojej świadomości oraz rozumienia całej sytuacji, a przede wszystkim swojego ojca. Etapy pełne emocji, różnorodnych, często sprzecznych ze sobą myśli. Poprzez ufność kilkuletniego dziecka po rozgoryczenie i żal dorosłej kobiety... 

Opis "Nikt mnie nie ma" nie sugeruje, że czytelnik będzie miał do czynienia z dosyć ponurą, a przy tym ogromnie kameralną i uderzającą opowieścią o alkoholizmie, relacji rodzic - dziecko, o uczuciach dziecka, ale przy tym z niepatetycznym utworem. W opowieści Lindenborg nie ma tanich chwytów. Autorka opowiada swoją historią ze świadomością dorosłej kobiety, ale wielką wyrozumiałością dla siebie z lat dziecięcych. Z wyrozumiałością i zrozumieniem. Czasami coś jej się wymknie... jakaś sarkastyczna, ironiczna uwaga, która sama w sobie znaczyłaby niewiele, ale bardzo dużo nadaje tej powieści przez swój kontrast z dziecięcą ufnością, naiwnością i miłością. Asa nie była głupim dzieckiem, z wiekiem nabierała kolejnych obaw, stawała się coraz lepszą obserwatorką, ale w początkowych latach kierowała nią przede wszystkim miłość do swojego bohatera - najlepszego taty pod Słońcem. 

Problem alkoholizmu został przez autorkę ukazany w szczery, a przy tym osobisty sposób, jednak ona sama - nie wydaje w tej książce osądów. Upływ czasu sprawił, że zdecydowała się przedstawić tę historię tak, aby czytelnik sam mógł wydać swoją opinię - rozstrzygnąć we własnym sumieniu czy możemy Leifa, ojca Asy jednoznacznie skrytykować i potępić. Na myśl przychodzi Marmieładow ze "Zbrodni i kary" Dostojewskiego, który także zmagał się z problemem alkoholizmu i, który także budzi w czytelnikach sprzeczne emocje i myśli. Wydanie osądu nie jest łatwe... i wydaje mi się, że nawet nie jest potrzebne. Leif z jednej strony budzi w czytelniku złość, bo Asa chodzi nieumyta, często głodna, Leif wykorzystuje swoich rodziców, składa obietnice bez pokrycia..., a jednak w dniu wypłaty jest królem - niczego swojej córce nie żałuje, dba o nią, czyta jej bajki na dobranoc, prowadzi długie, dorosłe rozmowy z nią i naprawdę ją kocha, ale może nie na tyle, żeby zerwać z nałogiem? A może jest ofiarą systemu? Państwa, które wcale nie jest tak opiekuńcze jak mogłoby się wydawać? 

Szwecja jest obecnie uważana za jedno z najbardziej opiekuńczych państw na świecie. Państwem zapewniającym obywatelom edukację na świetnym poziomie, opiekę zdrowotną... a jak było w XX wieku? Dlaczego ojciec Asy, a tym samym ona sama pozostali pozostawieni sami sobie? Leif miał dobre zarobki, jednak zmęczenie związane z wykonywanym przez niego zawodem było zbyt duże... albo on zbyt słaby? Dużo jest w tej książce myśli politycznych, ponieważ rodzina autorki była silnie związana z ruchami komunistycznymi. Także jej ojciec marzył o wielkim magazynie żywności i innych produktów, do którego wszyscy będą mogli po prostu wchodzić i brać... wierząc, że to rozwiązałoby jego problemy.

Z wypowiedzi autorki czasami przebija może nie tyle rozgoryczenie co poczucie zawodu, że jej ojciec, kiedy była dzieckiem nie potrafił się podźwignąć. Przebija lęk, że nie będzie potrafiła stworzyć normalnej rodziny... ktoś może powiedzieć, że to obawy, które towarzyszą każdej osobie, która wywodzi się z bardziej lub mniej patologicznej rodziny, ale Lindenberg unika patosu, jakiegoś takiego rozgłosu i jej książka bez wątpienia nie jest typową, kasową powieścią, która przyciągnie do siebie miliony czytelników. Jest jednak utworem, któremu naprawdę warto poświęcić uwagę. To niezwykłe jak na stosunkowo niewielkiej ilości stron... autorka zawarła tak wiele treści, opowiedziała tak wiele historii. "Nikt mnie nie ma" to powieść skondensowana, świetnie napisana, intymna, o psychice dziecka, alkoholizmie i relacjach w rodzinie, które nie zawsze wyglądają tak jak powinny, a także o Szwecji - tak różnej od obrazu ideału, który przekazują nam media. 

Moja ocena: 8+/10

środa, 1 listopada 2017

(665) Negroland. Zapiski z życia afroamerykańskich elit.

Tytuł: Negroland. Zapiski z życia afroamerykańskich elit.
Autor: Margo Jefferson
Wydawnictwa W.A.B.
Stron 320

Opis wydawcy: 
Jedna z najlepszych książek roku według "The Washington Post", "Los Angeles Times", "Time" i "Vanity Fair". 


Fascynująca opowieść o przełomowych dla walki o prawa człowieka latach 50., 60. i 70. ubiegłego wieku, widzianych z niecodziennej perspektywy ciemnoskórej przedstawicielki amerykańskiej wyższej klasy średniej. Pamiętnik Margo Jefferson, córki renomowanego i dobrze sytuowanego pediatry, daje czytelnikom wgląd w zamknięty świat czarnych elit. Jego mieszkańcy musieli przez wiele lat ukrywać swoją pozycję oraz poglądy zarówno przed białymi elitami, dla których zamożny czarny był wręcz aberracją, jak i przed współbraćmi, którzy w Afroamerykanach przynależących do "czarnej arystokracji" widzieli zdrajców swojej społeczności. 

Moja opinia: 

Rozprawmy się od razu z jednym mitem - książka Jefferson nie jest fascynującą pozycją. To reportaż, który choć z początku zaczyna się bardzo ciekawie (zresztą od odrobinę brutalnego wyznania autorki, ale jednocześnie bardzo poruszającego i dającego nadzieję na fascynującą literaturę)... po kilkudziesięciu stronach staje się utworem nużącym. Momentami zaskakujący, otwierający oczy, jednak przez większość czasu męczący czytelnika. Margo Jefferson jest krytykiem literackim, feministką i bez wątpienia posiada ogromną wiedzę na temat literatury, filmu, muzyki, jednak swą erudycją nie potrafi wykazać się w sposób nienaciągany, sprawny, niemęczący. Nie potrafi wcielić swojej erudycji do toku opowieści, ujednolicić tego i przez to to wszystko wychodzi takie koślawe, niezgrabne, nużące i utrudniające czytania. Przez pierwsze rozdziały czytelnik chce nadążać za tokiem rozumowania autorki, czytać te wszystkie przypisy, poznawać szczątkowe i w dodatku bardzo drobiazgowe informacje związane z amerykańską kulturą, ale po pewnym czasie odpuszcza, nie znajdując w tym natłoku żadnej treści, żadnych emocji oprócz skrywanego żalu i jakiegoś takiego rozgoryczenia autorki. 

Margo Jefferson oprócz tego, że jest krytykiem literackim jest także dziennikarką nagrodzoną nagrodą Pulitzera. Wychowywała się wśród afroamerykańskich elit, a w jej książce co zaskakujące oprócz ukazanego podziału na czarnych i białych... bardzo wyraźny jest podział na "różne głębie / odcienie czerni". Okazuje się, o czym nie mówi się tak często, że także wśród Afroamerykanów, którzy teoretycznie w obliczu rasowych podziałów i prześladowań powinni się zjednoczyć - występowało bardo duże zróżnicowanie oraz podziały... i to nie tylko ze względu na posiadany majątek, miejsce zamieszkania, stanowisko w pracy. Liczyło się wszystko: odcień skóry, kształt nosa, miękkość włosów, kolor oczu. Przedstawienie tego aspektu - rozwija czytelnika, sprawia, że ten zaczyna myśleć. Gdzieś w głowie większości, kiedy myślą o Ameryce Północnej i latach 50. - 60. ubiegłego wieku panuje stereotypowy podział na białych i czarnych. Jefferson pokazuje złożoność tych podziałów i walkę o akceptację. 

Akceptację nie tylko wśród białych, ale także swoich... nazwijmy to "współbraci". Autorka miała bardzo dobre zaplecze domowe, zapewniony dobry start w przyszłość, ale to wszystko wiązało się z dużymi oczekiwaniami ze strony krewnych, którzy cały czas chcieli dorównać białym. Jefferson pokazuje, że to wcale nie jest tak, że osoby czarnoskóre dobrze czuły się wśród swoich. To o wiele bardziej skomplikowane właśnie ze względu na panujące wśród Afroamerykanów podziały oraz różne podejścia do kwestii tolerancji i równouprawnienia. Czarnoskóre osoby, które jeździły autobusami wolności... jednocześnie dyskryminowały "czarniejszych" lub "bledszych" Afroamerykanów. "Negroland..." pod pewnymi względami decydowanie otwiera oczy. 

Margo Jefferson swoją książkę rozpoczyna od wstępu, w którym informuje czytelnika, że nie zamierza opisywać swojego życia osobistego, rodzinnego, wspomnień z dzieciństwa, a jednak potem... czasami to robi. To najczęściej jedynie urywki, które uformowały jej tożsamość narodową oraz rasową. Dziennikarka bywa w tym przywoływaniu wspomnień niejednokrotnie sarkastyczna, gorzka, rozgoryczona? Obserwowała dualizm zachowania na przykład swoich rodziców, którzy w domowych pieleszach potrafili grzmieć na sąsiadkę, a której jednocześnie podczas konfrontacji nie potrafili powiedzieć złego słowa, ponieważ była biała... To bywało dla niej niejasne, dezorientujące i niezrozumiałe gdy była dzieckiem, a w dorosłym życiu wzbudza w niej duże pokłady irytacji i frustracji. Nie można zapomnieć o tym, że mówiąc o afroamerykańskich elitach najczęściej mówimy o mulatach, o potomkach białych plantatorów, lekarzy, biznesmenów. Oczywiście ludziach dobrze sytuowanych. 

"Negroland. Zapiski z życia afroamerykańskich elit" to utwór obfitujący w wiele nawiązań do literatury, polityki, filmów, muzyki... ale tak jak napisałam wcześniej - to tej historii nie wzbogaca, a jedynie ją utrudnia. Trzeba by wejść bardzo głęboko w historię walki rasowej w Ameryce Północnej (poczynając od napływu pierwszych kolonizatorów), żeby czerpać z lektury tej pozycji satysfakcję, a mam wrażenie, że polski rynek wydawniczy obecnie nam takowego kompendium nie oferuje. Autorka przesadziła z pokazaniem swojej erudycji i tym samym po drodze zagubiła gdzieś literackie umiejętności (którymi z początku się wykazywała). Książka traci z każdą kolejną stroną, nuży i przekazuje zbyt mały ładunek emocjonalny, a przy tym zbyt dużo rozgoryczenia... To faktycznie zapiski z życia elit, które do ogólnej historii, obrazu mentalności ówczesnych ludzi wnoszą niewiele. Amerykańska wyższa klasa średnia, ich życie, zawikłanie gdzieś między ludźmi ze swojej rasy, a tymi nie ze swojej rasy, a jednak zbliżonymi majątkowo.... to autorce udało się oddać lepiej, ale i tu gdzieś się pogubiła. "Negroland..." jest dla mnie ciekawym, ale nie spełniającym do końca moich oczekiwań utworem. Literackim rozczarowaniem, ale nie czasem straconym.
Moja ocena: 6+/10


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...