wtorek, 26 czerwca 2018

(695) Chłopiec z latawcem

Tytuł: Chłopiec z latawcem
Autor: Khaled Hosseini
Wydawnictwo Albatros
Stron 408

"Chłopiec z latawcem" jest jedną z tych niewielu pozycji, po które sięgnęłam po raz drugi...  Pierwszy raz książkę Hosseina przeczytałam w lipcu 2016 roku – od tego czasu błąkała się po mojej głowie. Zapadła w pamięć jako dawka naprawdę dobrej i przejmującej literatury. Drugie spotkanie z "Chłopcem z latawcem" było równie poruszające, ciekawe i angażujące jak to pierwsze. To doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że "Chłopiec z latawcem" jest powieścią, po którą naprawdę warto sięgać. 

"[...] grzechem jest tylko jedno. Mianowicie kradzież. Wszystkie inne grzechy są formą kradzieży. [...] Gdy zabijasz człowieka, kradniesz życie – ciągnął tato. - Kradniesz żonie prawo do męża, zabierasz dzieciom ojca. Gdy kłamiesz, kradniesz komuś prawo do prawdy. Gdy oszukujesz, kradniesz prawo do uczciwości."

Khaled Hosseini, "Chłopiec z latawcem"

Khaled Hosseini to afgański pisarz piszący po angielsku, a jego powieść "Chłopiec z latawcem" to już powieść kultowa. Mimo kiepskiej ekranizacji, "Chłopiec z latawcem" jest książką, która trafiła na listę 100 książek, które wg BBC trzeba przeczytać przed śmiercią. "Chłopiec z latawcem" jest przejmującą opowieścią o przyjaźni, kłamstwie, relacjach w rodzinie, strachu i Afganistanie – wczoraj i dziś. Jedyną wadą tej powieści jest fakt, że jest to fikcja literacka. Bardzo dobra fikcja literacka... 

Głównym bohaterem powieści Khaleda jest Amir. Poznajemy go w latach siedemdziesiątych XX wieku. Dwunastoletni wówczas Amir jest synem zamożnego i cenionego człowieka. Wychowuje się jednak w domu bez kobiet, bowiem jego matka zmarła podczas porodu. Amir nieustannie próbuje nawiązać kontakt z ojcem, jednak w jego odczuciu... wyraźnie nie wpisuje się w obraz jego syna. Chcąc zdobyć uznanie ojca, bierze udział w konkursie puszczania latawców. Wygrywa. Nie udałoby mu się to jednak bez pomocy o rok młodszego Hasana, syna służącego. Pierwszym słowem Hasana było słowo "Amir", a on sam w domu ojca Amira zresztą tak samo jak jego ojciec jest traktowany bardzo dobrze. Wręcz jak członek rodziny, który po prostu ma pewne obowiązki. Amir i Hasana łączy zażyłość, która jednak nie dochodzi do głosu w towarzystwie obcych. Dochodzi do tragedii. Amir jest świadkiem napaści bandy miejscowych chłopaków na Hasana. Nie reaguje... nawet wtedy, gdy widzi jak ich psychopatyczny przywódca gwałci Hasana. Po tym relacja chłopaków zmienia się nie do poznania. Amir nie mogąc pogodzić się ze swoim tchórzostwem zaczyna obwiniać wszystkich, a już w szczególności Hasana... Dwadzieścia pięć lat później Amir jest cenionym pisarzem. Ma żonę, dom, a jednak cały czas nie może zaznać spokoju. Tajemnice z przeszłości męczą go i nie pozwalają spokojnie spać. Przeszłość zamierza go dogonić... 

Amir to chłopak, którego z początku bardzo polubiłam. Na skutek wydarzeń, do których doszło... w pewnym momencie to się zmieniło. Nie zawsze było mi łatwo zrozumieć zachowanie Amira – jego ułomności jako dziecka, ale także jako już dorosłego człowieka. Jednak to właśnie przez te ułomności obraz stworzony przez autora zyskuje na prawdziwości. Będąc tchórzliwym człowiekiem, a przy tym dzieckiem niedowartościowanym przez brak uwagi ze strony ojca cały czas próbuje uciekać przed odpowiedzialnością. Pragnie być gwiazdą, ale idąc po najmniejszej linii oporu. Kiedy doszło do tragedii Hasana był dzieckiem, więc nie można go obwiniać w tej sprawie. To jego zachowanie potem budzi mój największy bunt... myślę jednak, że w tej kwestii zaparł się w swoich odczuciach i trwał w tych samych emocjach jeszcze lata później. Zabrakło przefiltrowania tamtych tragicznych wydarzeń przez późniejsze doświadczenia i zdobytą wiedzę. Amir jak i reszta bohaterów "Chłopca..." to postacie niesamowicie barwne pokazujące różne postawy wobec życia, moralności, kwestii odkupienia, a także wobec bycia uchodźcą. To także różne podejście do kultury... W powieści pada wymiana zdań o tym, że Amir był zawsze turystą w Afganistanie – amerykańskie ubrania, zabawki, samochody. Kultury Afganistanu zakosztował dopiero w dorosłości, a wcześniej żył w "amerykańskim Afganistanie". To odbiło się na jego późniejszym myśleniu i na tym jak różni są bohaterowie tej powieści. "Chłopiec z latawcem" jest tak pasjonującą powieścią, że mogłabym pisać jeszcze o samych bohaterach godzinami, ale nie chcę zdradzać zbyt wiele... 

"Chłopiec z latawcem" ujmuje swoją prawdziwością ukrytą pośród literackiej fikcji. Bardzo ważne są ukazane w niej relacje Amira z innymi bohaterami. Relacje bardzo często skomplikowane. Na wierzch wybija się tu oczywiście relacja Amira z ojcem. Ojciec Amira nie jest złym człowiekiem, ale nie potrafi okazać czułości Amirowi, co jednak swoje wytłumaczenie znajduje dopiero kilkadziesiąt lat później... Autor jednak nie pozostawia niczego bez odpowiedzi, a każde zdanie w jego powieści zostało gruntowanie przemyślane i ma ogromne znaczenie. Wraz z przewracaniem kolejnych stron czytelnik przekonuje się jak ważne jest zwracanie w tej książce uwagi na niuanse... 

Khaled Hosseini stworzył książkę ważną także ze względu na umiejscowienie jej akcji w Afganistanie. Autor ukazując historyczne przemiany i turbulencje jakim był poddawany Afganistan, jego bujną historię... robiąc to wszystko w sposób nienatarczywy ściąga wzrok czytelnika w tamtą stronę. Pokazuje, że kiedyś Afganistan wyglądał inaczej – był miejscem dziecięcej sielanki, miejscem dobrym jak każde inne. W pewnym momencie ważnym elementem tej powieści stała się kultura tego państwa, obyczaje związane z zaślubinami i nie tylko. Było to bez wątpienia ciekawe doświadczenie tym bardziej, że nieskażone mową polityczną. 

"Chłopiec z latawcem" to świetna książka, którą bardzo dobrze się czyta. Wzruszające studium o relacjach w rodzinie, przyjaźni, winie i odkupieniu. Ukazuje Afganistan w sposób bardzo bliski. Khaled Hosseini napisał książkę, która zapada w pamięć i pokazuje, że nigdy nie jest za późno, aby odkupić swoje winy. Pokazującą, że to nie nasze przewinienia nas definiują, a raczej to czy próbujemy im zaradzić. "Chłopiec z latawcem" to wreszcie książka zaskakująca, bardzo głęboka, z wyrazistymi bohaterami, napisana bardzo dobrym językiem. To jedna z tych uniwersalnych powieści, w których można odnaleźć każdy motyw, każde zagadnienie, każde uczucie... Wielowymiarowa i wspaniała. 

Moja ocena: 9+/10

Za możliwość przeczytania tej powieści ogromnie dziękuję Wydawnictwu Albatros!

środa, 30 maja 2018

(694) Nocna runda

Tytuł: Nocna runda
Autor: Lee Child
Wydawnictwo Albatros
Stron 432
Opis wydawcy: 
Wysiadł na postoju, żeby rozprostować kości, i na wystawie lombardu zobaczył znajomo wyglądający sygnet. Takie nosili kadeci West Point, kiedy tam studiował. Ten, sądząc po wielkości, należał do kadetki. Jak to się stało, że trafił do lombardu w jakiejś dziurze? Chęć odkrycia tej historii to wystarczający powód, by nie wsiadać z powrotem do autobusu. A jest jeszcze inny: informacje o sygnecie Reacher musi wyciągać tak, żeby pytane osoby nie pożałowały spotkania z nim. Co tym bardziej podsyca jego determinację.

Pozna historię właścicielki sygnetu, nawet jeśli będzie musiał stanąć sam przeciwko bandzie harleyowców, spacyfikować miejscowego mafiosa, sprzymierzyć się z dziwnym człowieczkiem w garniturze i przemierzać dzikie pustkowia Wyoming.

Moja opinia:
Czytać dwudziesty drugi tom serii bez znajomości prozy autora, a co za tym idzie chociaż jednego tomu z poprzednich? Szaleństwo. Szaleństwo, o które się pokusiłam. Sięgając po "Nocną rundę" Lee Childa kierowałam się jedynie zapowiedziami wydawcy. Wiedziałam, że to kolejny tom serii... z tym, że nie spodziewałam się, że jest ona tak obszerna. To z pewnością szaleństwo, ale czy błąd? Niekoniecznie. Z lektury "Nocnej rundy" czerpałam przyjemność na poziomie fabularnym powieści kryminalnej, choć i tu miałam parę zastrzeżeń. "Nocną rundą" nie mogłam się zachwycić. Zadziałała moja ignorancja (a więc nieznajomość poprzednich tomów) czy też pycha autora, który wyszedł z założenia, że czytelnik sięgający po "Nocną rundę" zna poprzednie tomy? 

Nie chodzi tu o wątki fabularne – na poziomie fabularnym książka jest jasna do zrozumienia, a główna akcja zamknięta w jednym tomie. Zacznijmy jednak od samego początku... główny bohater, Jack wyrusza w poszukiwaniu dziewczyny, która sprzedała sygnet, który stanowił formę przywileju w akademii West Point. Jest przekonany, że musiało wydarzyć się w jej życiu coś złego... co ją do tego zmusiło. Chce odkryć tę tajemnicę. Pozostali bohaterowie domyślają się, że chce w ten sposób spłacić jakiś dług – czytelnik także zdaje sobie z tego sprawę. Jednak o jaki dług chodzi? Bez znajomości poprzednich części się tego nie dowiemy. Poznajemy silnie zbudowanego mężczyznę, który nie cacka się ze zbrodniarzami, a przez niektórych porównywany jest do Wielkiej Stopy, jednak tak naprawdę – nie poznajemy jego charakteru. Wiemy jak żyje – jest wolnym strzelcem, nie ma komórki, domu, samochodu, zobowiązań i jest gotów łamać prawo. Jednak co go ukształtowało? Jak do tego doszło? I dlaczego tak się zachowuje? Otrzymujemy już wyraźnie ukształtowaną postać, o której powinnyśmy wiedzieć już wszystko za sprawą poprzednich tomów. Nie chodzi bynajmniej o to, żeby autor w powieści streszczał doświadczenia życiowe bohatera z poprzednich dwudziestu jeden książek, jednak tu nie ma tego w ogóle. Brak jakichkolwiek retrospekcji pozwalających lepiej zrozumieć bohatera sprawił, że to była dla mnie bardzo uboga pod względem charakterologicznym lektura. Z pozostałymi bohaterami, którzy pojawiają się tylko w tej części sytuacja wygląda lepiej, choć też nie jest satysfakcjonująca. Takie to mdłe i płytkie. 

A West Point? Jeśli już mówimy o tym, że to taka trudna do przeżycia / przetrwania szkoła... podajmy jakieś przykłady. Zobrazujmy. Przecież – bądźmy szczerzy – nawet czytelnik, który zna poprzednie tomy, czyta coś więcej niż powieści Childa o Reacherze, więc niekoniecznie będzie potrafił odtworzyć obraz tej szkoły. Ale dobra... załóżmy, że autor napisał tę powieść dla czytelnika świetnie postać Jacka i jego doświadczenia znającego... lub, że mamy do czynienia z czytelnikiem, którego interesuje jedynie wątek kryminalny / czy też sensacyjny. Niestety i tu nie było tak dobrze jak miało być. 

"Nocna runda" to z początku ogromnie nużąca książka. Główny bohater udaje się do miasta X, znajduje pierścień, wydobywa informacje od osoby Y, przenosi się do miasta A, zdobywa informacje od osoby B, przenosi się do miasta D, zdobywa informacje od osoby E. Zawsze z trudem, zawsze podróżując autostopem i opowiadając napotkanym osobom o tym w jakim celu podróżuje. Z początku też wspomina co jakiś czas o kobiecie, z którą spędził pewien czas, a która go zostawiła... snując refleksję na temat tego co ona aktualnie robi. Autor nagle ten wątek niespodziewanie urywa. Gdzieś tak w połowie cała historia zaczyna nabierać rumieńców, akcja delikatnie się rozkręca, jednak i tak więcej w tej książce swojskości i nostalgii niż zapierającej dech w piersi fabuły. 

Śmieszne, bo w sumie "Nocna runda" mi się podobała. To nie był stracony czytelniczo czas, jednak bez wątpienia mogłam go spędzić lepiej. Stosunkowo kiepskie portrety psychologiczne bohaterów i skupienie uwagi przez autora na akcji, która swoją drogą także nie wbijała w fotel – nie opłaciło mu się. Po prostu. Czegoś mi w tej książce podczas jej lektury zabrakło – niestety nie chodzi tu jedynie o brak znajomości poprzednich książek z serii. W miarę ciekawy pomysł na fabułę nie został w pełni dopracowany, akcji było też za mało, portretów psychologicznych bohaterów prawie w ogóle. W połowie zrobiło się lepiej – ciekawiej, spójniej, mniej schematycznie, jednak to nadal nie była petarda. Ogółem "Nocne runda" to sympatyczna, w miarę ciekawa powieść kryminalna, jednak nie spełniła do końca moich oczekiwań. Zabrakło mi częstszego nerwowego wstrzymywania oddechu i choć przez ostatnią część książki... przeleciałam bardzo szybko to jednak cały czas uważam, że to nie to. Do losów Jacka Reachera wrócę w przyszłości. Nie wykluczam także, że sięgnę np. po pierwszy tom tej serii, aby lepiej zaznajomić się z głównym bohaterem. Na chwilę obecną – czuję ogromny niedosyt. Tym bardziej, że nie zabrakło w tej książce błędów logicznych, sytuacji nieprawdopodobnych. I nie - to nie jest mięsista, mocna i męska literatura. Sytuację ratuje dobre pióro autora i stworzenie kameralnej atmosfery.

Moja ocena: naciągane 7-/10

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Albatros!

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

(693) Całe miasto o tym mówi

Tytuł: Całe miasto o tym mówi
Autor: Fannie Flagg
Wydawnictwo Literackie
Stron 462

Opis wydawcy:

Rodzina to skarb, życie jest darem, a miłość nigdy nie umiera... Proste życiowe mądrości Fannie Flagg są jak balsam dla duszy.

1889, Missouri. Dziesięć lat wcześniej szwedzki imigrant Lordor Nordstrom kupił kawałek żyznej ziemi. Wkrótce potem dołączyli do niego inni osadnicy i tak powstało Elmwood Springs. Niedawno za namową sąsiadów zamieścił w gazecie ogłoszenie matrymonialne...

1889, Chicago. Katrina Olsen od pięciu lat jest służącą w dużej posiadłości. Jej uwagę właśnie przykuł prasowy anons: 37-letni Szwed pozna Szwedkę
w celu matrymonialnym.
Mam dom i krowy.
Lordor Nordstrom
Swede Town, Missouri

... I tak zaczęła się ta historia. Poznajcie dowcipną i pełną ciepła opowieść o losach mieszkańców amerykańskiego miasteczka i nadstawcie dobrze ucha, by usłyszeć, o czym plotkuje się na Spokojnych Łąkach. Spokojne Łąki, hmmm, nie są może najlepszym miejscem do plotek, a jednak gwarno tam i radośnie jak na targowisku.

Moja opinia: 
Fannie Flagg to autorka bestsellerowych "Smażonych zielonych pomidorów". Film na ich podstawie obejrzałam kilka lat temu... i pozostał w mojej pamięci do dnia dzisiejszego. To wzruszająca ekranizacja, która pokazuje, że optymizmem nie napawają jedynie historie ze szczęśliwym zakończeniem. Niezwykle ciepły film... na podstawie - z tego co słyszałam - równie ciepłej książki. Sięgając po "Całe miasto o tym mówi" miałam dosyć duże (ale niewygórowane) oczekiwania. W swoich oczekiwaniach skupiłam się jednak na języku jakim ta powieść zostanie napisana i na kreacji bohaterów. Fabuła? To miało dla mnie drugorzędne znaczenie - do tego stopnia, że sięgając po "Całe miasto..." kompletnie nie wiedziałam czego mam się spodziewać. Jaką historię autorkę ma do przekazania? Okazuje się, że Flagg w "Całe miasto..." opisuje przeszło sto trzydzieści lat z życia małej, choć ciągle powiększającej się społeczności. Opisuje jej wzloty i upadki, opowiada wiele ludzkich historii i niejednokrotnie wzrusza. W tej powieści nie roi się od szczęśliwych zakończeń - słodycz zostaje przez Flagg zawsze zrównoważona goryczą, a jednak to naprawdę pokrzepiająca lektura. 

"Całe miasto o tym mówi" to powieść podzielona na wiele krótkich rozdziałów - to właśnie po części dzięki temu... połykałam rozdział za rozdziałem... i nim się spostrzegłam doszłam do ostatniej strony. To była naprawdę ciekawa, bardzo ciepła historia. Mnogość bohaterów, wątków, przedział czasowy obecny w tej powieści - to czynniki, które sprawiają, że każdy znajdzie w tej powieści wątek dla siebie interesujący. Autorka opisuje zmiany w małej społeczności, z której mieszkańcami za sprawą dziwnego cmentarza...  czytelnik przez całą tę historię się nie rozstaje. Przedstawia ich reakcje na zmiany zachodzące w świecie - nowe odkrycia naukowe, wydarzenia polityczne, wojny, tragedie. Mimo tego... miasto Elmwood Springs przez większość powieści pozostaje zamkniętą społecznością, czymś na znak szklanej kuli. Wielkie wydarzenia historyczne - wieść o nich, dociera do mieszkańców, niejednokrotnie budzi ich zdziwienie, jednak w gruncie rzeczy... najczęśniej nie wywiera na nich wielkiego wpływu. Natomiast kiedy już do zderzenia tych dwóch światów dochodzi... nawet wtedy Elmwood Springs liczy się bardziej. Wydarzenia opisane w powieści Fannie Flagg rozgrywają się od 1889 roku do 2021 - to daje czytelnikowi możliwość dostrzeżenia zmian zachodzących w świecie (na uwagę zasługuje szczególnie aspekt walki kobiet o prawa wyborcze). 

Fannie Flagg stworzyła powieść świetną w swej prostocie, braku przekombinowania... i choć w powieści pojawia się nierealny wątek, który bardzo mnie zaskoczył - to jednak dominująca jest w niej prostota, brak udziwnienia. To powieść angażująca czytelnika, choć mnie interesowała szczególnie na początku.... potem, gdzieś po drodze poczułam się już lekko znużona historiami przeżywanymi w Elmwood Springs. Ze sceny delikatnie usuwali się bohaterowie, których tak bardzo polubiłam na pierwszych stronach powieści, a Elmwood Springs wraz z rozrastaniem się traciło swoją sielankowość i małomiasteczkowy urok. To właśnie te pierwsza lata historii Elmwood Springs, urokliwa nieśmiałość Lordora, jego niesamowita zaradność sprawiła, że tak tę powieść polubiłam. 

"Całe miasto o tym mówi" to urokliwa opowieść o najważniejszych wartościach w życiu: rodzinie, przyjaźni, miłości, odpowiedzialności. To obraz ludzkiego życia - naznaczonego zarówno sukcesami jak i porażkami. Bohaterowie tej powieści to postacie, które muszą mierzyć się z trudnościami, wielopokoleniowe rodziny, które próbują ułożyć sobie jak najlepiej życie - znaleźć odpowiednie dla siebie miejsce, pomysł na siebie, sens życia. Powieść Fannie Flagg nie jest idealną pozycją - autorka bardzo dobrze poradziła sobie z konstruowaniem fabuły, kreacją bohaterów, jednak czasami bardzo brakowało mi w niej dynamizmu. Ten spokój, brak pędu obecny w tej powieści... poczatkowo stanowił spokojną przystań, potem jednak zaczął mnie odrobinę nużyć. Jednak... myślę, że to taki urok (a niekiedy zmora) prozy Flagg - oderwanie od pędu współczesności, chęć ściągnięcia czytelnika do świata przez siebie stworzonego - klimatu, bohaterów i ich problemów. W prozie Flagg tkwi jakaś magia, która sprawia, że choć to nie było do końca udane spotkanie... będę powracała do jej prozy.

Moja ocena: 7.5/10 

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

(692) Cykl Slammed (dawniej: Pułapka uczuć)

Tytuł: Slammed (Pułapka uczuć) / Point of retreat (Nieprzekraczalna granica) / This girl (Ta dziewczyna)
Autor: Colleen Hoover
Grupa Wydawnicza Foksal
Stron 290 / 304 / 346

Opis pierwszego tomu (nie podaję kolejnych, aby nie spoilerować treści):

Layken skończyła właśnie osiemnaście lat. Kilka miesięcy wcześniej niespodziewanie straciła ojca. Wraz z kochającą matką i młodszym bratem postanawiają zostawić za sobą przeszłość w Teksasie, by móc rozpocząć nowe życie w Michigan.

Sprzedają dom, pakują rodzinne pamiątki i wyruszają na północ. Każde z nich z innymi obawami i planami na przyszłość. Zarówno Layken, jak i Kel nie chcą porzucać szkoły, przyjaciół, ulubionych miejsc. Nie wiedzą, co ich czeka tysiące kilometrów od domu. Prawdziwego domu.

Julia, choć się martwi, stara się dodać otuchy swoim dzieciom i wesprzeć ich w najtrudniejszych chwilach. Po przyjeździe na miejsce okazuje się, że już pierwszy kontakt z sąsiedztwem z naprzeciwka zwiastuje poważne zmiany w rodzinnych relacjach.

A to dopiero początek niezwykle emocjonalnej, chwilami przezabawnej historii rodziny Cohen i Cooperów, w której nikt nie zdaje sobie sprawy, jak ich członkowie staną się sobie bliscy w obliczu śmiertelnej choroby i codziennych problemów.

Moja opinia: 
Colleen Hoover to jedna z najpopularniejszych (jeśli nie najpopularniejsza) autorka z nurtu new adult. Na polskim rynku pojawiła się jednak dopiero w momencie, gdy ja już miałam po dziurki w nosie literatury dla młodzieży i... książek dla młodych dorosłych, czy też osób dopiero wchodzących w dorosłe życie. Naczytałam się jej mnóstwo jako jedenasto - dwunasto - trzynasto...latka..., a potem poczułam przesyt i zaczęłam sięgać po literature dojrzalszą, lepszą i skierowaną do starszych czytelników. Jednak natłok codziennych obowiązków, nacisk życia i dorosłości sprawił, że zapragnęłam sięgnąć po lekką, lecz niegłupią, a przy tym romantyczną historię. Mój wybór padł na "Slammed" ("Pułapka uczuć") i momentalnie przepadłam... Czytałam ją z wypiekami na twarzy, śmiałam się i płakałam wraz z bohaterami. Rozchwianie emocjonalne czy umiejętności pisarskie Hoover? "Slammed" to naprawdę kawał dobrej, lekkiej literatury, która nie pozostaje czytelnikowi obojętna. 

Colleen Hoover w tej książce wykracza poza "typowe" nastoletnie problemy, a choć całość zaczyna się dość banalnie i przyznam szczerze, że tak roczarowująco, że miałam ochotę tę pozycję szybko odłożyć z powrotem na półkę... równie szybko wszystko zmienia się o 360 stopni i okazuje się, że tak naprawdę to był jedynie zabieg autorki przed ostatecznym podkręceniem akcji i niesamowitym rozwinięciem fabuły w coś... o czym opis na okładce nie pozwala nam nawet myśleć. Każda z części tej serii jest inna, każda na swój sposób dobra, jednak najwięcej emocji wywołała we mnie właśnie ta pierwsza. To bez wątpienia najbardziej emocjonalny tom, który czyta się z wypiekami na twarzy.

W "Slammed" nie chodzi jednak jedynie o wątek miłosny między Layken i Will. Ich życiowe historie i relacja jest o wiele bardziej skomplikowana niż mogłoby się to z początku wydawać czytelnikowi. To piękna pozycja o relacjach w rodzinie, przyjaźni, cierpliwości, zaufaniu, poświęceniu... i dojrzałości, umięjętności wartościowania. W takich historiach, gdzie mamy do czynienia z dwójką młodych bohaterów zawsze w jakiś sposób porusza mnie i rozczula wątek ich młodszego rodzeństwa - tu jest on wyjątkowo ważny i bez wątpienia to właśnie bracia Layken i Willa niejednokratnie podkręcają akcję, rozładowują napięcie. 

Myślę, że ta seria spodobała mi się tak bardzo, ponieważ mamy w niej do czynienia z młodymi, ale dojrzałymi bohaterami. Will jest dojrzalszy od Layken, jednak ona sama cały czas tą dojrzałość nabywa... i choć przez pierwsze strony może jawić się jako naburmuszona z powodu zmiany zamieszkania nastolatka, to jednak z czasem to wrażenie mija. Jakoś brak jest w "Slammed" scen, które w jakiś sposób by mnie zirytowały, wydały się nieprawdopodobne czy po prostu głupie... Colleen Hoover ukazała zmienność ludzkiego losu, problemy z którymi musi zmierzyć się niekiedy człowiek. Stworzyła niesamowicie ciepłą i podnoszącą na duchu serię, której "Slammed" jest rewelacyjnych początkiem.

Kolejne dwie książki z tej serii to swego rodzaju kontynuacje "Slammed" - nie chcę zdradzać Wam za dużo, więc napiszę tylko, że w "Nieprzekraczalnej granicy" bohaterowie znajdują się w nowej dla siebie sytuacji i muszą zmagać się z kolejnymi przeciwnościami losu. Pojawia się dziewczyna z przeszłości... i niepokój u mnie związany z tym, że będę musiała czytać o trójkącie miłosnym - do którego na szczęście nie doszło. W drugiej częście serii zostają rozszerzone wątki rodzinne. Mam wrażenie, że miałam taką chwilę, w której zachowanie Layken budziło  moją irytację, ale z drugiej strony... wiem, że było prawdziwe, uzasadnione, nieprzerysowane... i takie ludzkie. Nie mam także do tej części większych zastrzeżeń - to było bardzo dobre i emocjonalne rozwinięcie pierwszej części. Znowu było zaskakująco, bardzo przejmująco - "Nieprzekraczalna granica" opowiedziana w przeciwieństwie do pierwszej części z perspektywy Willa naprawdę chwyciła mnie za serce.

Trzecia część ("This girl" - "Ta dziewczyna") to powieść stanowiąca nie tylko ostatni tom historii Willa i Lake, ale przede wszystkim kropkę nad "i". To kolejna część, w której historię poznajemy z perspektywy Willa. Jednak w tym tomie... oprócz delikatnych dodatków z "teraźniejszości" poznajemy także pierwszy tom tej historii widziany właśnie z jego perspektywy. Dzięki temu mamy szansę wraz z Layken dowiedzieć się o sprawach kluczowych dla pierwszego tomu, poznać sceny, wydarzenia i rozmowy, o których istnieniu nie wiedzieliśmy. Wraz z Layken przeżywamy więc niejednokrotnie szok. Poznajemy także lepiej Willa, jego sposób postrzegania Layken, świata, obawy z pierwszego tomu, motywacje, które wcześniej mogły być dla nas niezrozumiałe. 

Cykl "Slammed" to bardzo udana seria, w której poszczególne tomy tworzą spójną całość, dopełniają się i tworzą jedność. Historia, którą miałam szansę przeżyć wraz z Willem i Layken bardzo mnie zaangażowała, porwała... i sprawiła, że z niecierpliwością czekałam na chwilę, kiedy będę mogła do niej powrócić. Bohaterowie pokonali naprawdę długą drogę między wydarzeniami z pierwszych stron pierwszego tomu, a tym do czego doszło w epilogu ostatniego tomu. Podczas lektury tego cyklu nie zabrakło zarówno wzruszeń jak i śmiechu. Najlepszym tomem był ten pierwszy, ale pozostałe choć inne... jeśli chodzi o jakość - nie odstawały od niego wiele. Podoba mi się sposób w jaki autorka zamknęła tę historię. Wzbogacenie całej serii o poezję, która ściśle wiązała się z historiami bohaterów i wywoływała wzruszenie... będąc ważnym ogniwem akcji - było świetnym pomysłem, który wyróżnia tę serię na tle innych. Krótko mówiąc: bardzo polecam romantycznym duszom, które potrzebują pozytywnego kopniaka... młodym kobietom, które lubią dojrzałe, ciepłe i mądre historie.

Moja ogólna ocena serii: 9-/10

wtorek, 27 marca 2018

(691) Dziewczęta z Auschwitz

Tytuł: Dziewczęta z Auschwitz
Autor: Sylwia Winnik
Wydawnictwo Muza
Stron 304

Opis wydawcy:
Przejmujące wspomnienia dwunastu kobiet, które przeżyły piekło niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Książka jest efektem rozmów autorki z każdą z bohaterek.

Leokadia Rowińska do obozu trafiła w trzecim miesiącu ciąży. Wspomina, jak okrutnie traktowane były kobiety oczekujące potomstwa. Ireneusz, bo takie imię nadała swojemu synkowi, stał się najmłodszą ofiarą Marszu Śmierci. Pochowała go w pudełku po makaronie.

Zofia Wareluk urodziła się w Auschwitz. Swoją smutną historię opowiada na podstawie wspomnień matki. Poród Zosi odbierała Stanisława Leszczyńska.

Urszula Koperska do obozu trafiła jako 8-letnie dziecko. Opowiada o głodzie, tęsknocie i strachu. Jej wspomnienia to historia każdego dziecka w Auschwitz. W baraku, w którym się znajdowała, więzień artysta, rysował dzieciom na ścianie obrazki, które przetrwały do dziś.

Wiesława Gołąbek w obozie przebywała prawie trzy lata. W tym samym baraku co ona znalazła się Seweryna Szmaglewska. Pisarka wspomina 16-letnią Wiesię w swojej książce Dymy nad Birkenau.

Walentyna Nikodem była w Auschwitz świadkiem wielu bestialskich poczynań esesmanek. To ona pod koniec wojny spotkała jedną z najokrutniejszych morderczyń i doprowadziła do jej egzekucji.

To tylko niektóre z historii, ale każda z nich zasługuje na pamięć.

Moja opinia: 
"Dziewczęta z Auschwitz" to pierwsza od dawna książka zawierająca wspomnienia z obozów śmierci, którą miałam okazję przeczytać. Minęły gimnazjalne lata, a wraz z nimi okres "fascynacji" tym tematem - powrotu do niego unikałam od lat. "Dziewczęta z Auschwitz" przyciągnęły mnie jednak do siebie oprawą graficzną, twardą oprawą, nawet papierem na którym zostały wydane. A może czułam potrzebę, żeby zanurzyć się w tych wspomnieniach pełnych bólu? Wspomnienia zebrane przez Sylwię Winnik to porcja trudnej literatury - literatury zapadającej w pamięć i poruszającej - pokazującej, że wojna niesie za sobą jedynie zło, a człowiek w sytuacjach ekstremalnych może zatracić swoje człowieczeństwo, jednak kiedy do tego dojdzie... nie należy go jednoznacznie potępiać. Obozy koncentracyjne, to co ludzie tam przeżyli... to coś czego my dzisiaj, (nikt kto tego nie przeżył) nie może pojąć. 

Sylwia Winnik zebrała wspomnienia dwunastu kobiet, których życie zostało związane z Auschwitz. W przypadku ich historii można mówić o pewnej dozie szczęścia... przeżyły ten koszmar, jednak po drodze przeżyły wiele tragedii i ciosów od życia. Spotkały się z niesprawiedliwością i krzywdą drugiego człowieka. Na to co widziały reagowały różnie... czasami kradły, aby przeżyć... czasami pomagały, by drugi człowiek mógł przeżyć. Ich historie zostały przedstawione w tej pozycji w sposób bardzo skondensowany - ze zwróceniem uwagi na ich życie "przed", "w trakcie" pobytu w obozie, a także "po". Wzbogacenie ich wspomnień o fotografie z różnych okresów ich życia sprawia, że nie są jedynie jednym z wielu obozowych numerów... a ich wspomnienia zapadają w pamięć, ponieważ możemy łączyć je z konkretnymi kobietami. 

Wspaniałe w tych opowieściach jest to, że losy kobiet w pewien sposób się ze sobą splatają... niejednokrotnie czytelnik ma możliwość poznania przebiegu tych samych wydarzeń - z różnych perspektyw. Bohaterki tego tomu to cudowne, odważne kobiety, które choć nigdy w obozie się nie poznały... uczestniczyły w tych samych wydarzeń, często natykały się na tych samych esesmanów, kapo, "lekarzy", którzy przeprowadzali na więźniach eksperymenty - one same bywały często obiektami ich "doświadczeń". "Dziewczęta z Auschwitz" stanowią swoisty zbiór skrawków wspomnień... trudno mówić o tak trudnej pozycji, że jest wspaniała, intrygująca, porywająca. Czy czytanie o złu, krzywdzie innych może być porywające? "Dziewczęta z Auschwitz" to jednak nie tylko zapis opowieści o bólu, stracie i cierpieniu, ale przede wszystkim o tym jak ważne jest zachowanie człowieczeństwa, nadziei, miłości. To poruszający reportaż obok którego nie można przejść obojętnie - świadectwo kobiet, które zdecydowały się opowiedzieć swoje losy, choć... wolałyby zapomnieć o obozowych doświadczeniach. Przedstawione w "Dziewczętach z Auschwitz" historie stanowią jednolitą całość - w dodatku rewelacyjnie napisaną. Moim szczególnym zainteresowaniem cieszyły się fragmenty dotyczące obozowej literatury... Krystyna Żywulska, Seweryna Szmaglewska... dziś uznawane za wielkie pisarki i poetki - kiedyś były jednymi z wielu krzywdzonych i uciskanym w Auschwitz dziewcząt. Sylwia Winnik stworzyła wraz z bohaterkami swojej książki przejmujące dzieło o przebłyskach dobra i światła... zanurzonego w ogromnym cierpieniu i ciemności. 

Moja ocena: 8+/10

wtorek, 13 marca 2018

(690) Mózg rządzi

Tytuł: Mózg rządzi
Autor: Kaja Nordengen
Wydawnictwo Marginesy
Stron 240
Opis wydawcy:
Czy mózg można wytrenować? Czy naprawdę używamy tylko 10% jego możliwości? Gdzie jest osobowość? A może dusza? Jak on właściwie działa? Mózg sprawia, że jesteś tym, kim jesteś. Umożliwia komunikację – od prostej wymiany zdań do rozumienia ironii i podtekstów. Dzięki niemu mamy uczucia. Niczego nie zapomina, uczy się, zakochuje i przetwarza skomplikowane wzory. I ten sam mózg nagradza uzależnienie i może namówić cię do podjęcia złych decyzji.

Moja opinia: 
Mózg to zdecydowanie najbardziej intrygująca część ludzkiego organizmu. "Sen Alicji" profesora Vetulaniego to książka, która bardzo rozbudziła moją ciekawość w tym kierunku... Wiedziałam, że chcę dalej poznawać ten niezwykły organ jakim jest mózg. "Mózg rządzi" to publikacja, która w Norwegii cieszy się ogromną popularnością - do mnie trafiła w najlepszym możliwym momencie. Połknęłam ją w jeden w wieczór... pozaznaczałam dziesiątki cytatów, poznałam dziesiątki ciekawostek... i uświadomiłam sobie, że człowiek wobec natury i prawom nią rządzącym jest niczym. Nie ma tak naprawdę wpływu na to jak potoczy się jego życie - większość zależy od jego mózgu. Kaja Nordengen to lekarka z pasją, a jej książka to fascynująca historia. 

"Mózg rządzi" to pozycja pełna ciekawostek i medycznych danych. Norweska autorka posłużyła się wieloma badaniami, które były przeprowadzane na całym świecie, aby zobrazować sposób funkcjonowania mózgu i jego wpływu na ludzkie zachowanie. Bibliografia, która towarzyszyła jej podczas pisania tej książki jest naprawdę imponująca. W "Mózg rządzi" autorka przekazuje nam sporą dawkę informacji dotyczących mózgu, jego sposobu działania, składu i funkcji jego poszczególnych elementów - to wszystko robi jednak w sposób tak lekki i obrazowy, że czytelnikowi jest bardzo łatwo przyswoić sobie te wszystkie informacje. 

Nordengen funkcjonowanie mózgu przyrównuje do scen z życia wziętych - obrazowość użytych przez nią przykładów i wyjaśnień sprawia, że "Mózg rządzi" to pozycja, którą wręcz się pochłania. Wystarczy posiadać w sobie choć maleńką iskrą zaciekawienia biologią, neurobiologią, psychologią, mózgiem, aby w tej pozycji się zakochać. Oczywiście - nie da się na 240 stronach w sposób wyczerpujący opisać złożoności funkcjonowania ludzkiego mózgu, jednak książka stworzona przez Kaję Nordengen to świetny początek, start w rozwijaniu swojej wiedzy o mózgu, a co za tym idzie... jego samego. 

Po lekturze tej książki mózg jawi mi się jako niezwykle ważny organ, który przechowuje nasza osobowość, w dużej mierze stanowi odbicie tego jacy jesteśmy i tego co przeżyliśmy. Przytoczone przez autorkę badania dotyczące np. tego, że zauważono, że taksówkarze posiadają o wiele większy hipokamp od zwykłych kierowców.... pokazują, że mózg możemy cały czas rozwijać i chronić przed demencją, amnezją. Kaja Nordengen w swojej książce porusza tematy najbliższe człowiekowi, a więc sposób odbierania przez mózg zakochania, aspekt zapamiętywania, uzależnień, popełniania zbrodni, chorób psychicznych i wiele innych. To bardzo życiowa i ogromnie ciekawa pozycja - polecam szczególnie humanistom zainteresowanym choć odrobinkę biologią i psychologią. Dla czytelników bardziej biegłych w naukach ścisłych... może to być pozycja mniej zaskakująca ;) Laikom w oko z pewnością wpadną bardzo proste i obrazowe ilustracje. 

Moja ocena: 8,5/10

niedziela, 4 marca 2018

(689) Ostatnie dni mroku

Tytuł: Ostatnie dni mroku
Autor: Graham Moore
Wydawnictwo WAM
Stron 576

Opis wydawcy: 
Tytani rewolucji przemysłowej i wielka bitwa o elektrodolary
Nowy Jork, rok 1888. Cud elektryczności powoli rozjaśnia mrok wielkiego miasta. Thomas Edison wygrywa wyścig po patent, który pozwoli mu zbić fortunę. Jednak jego główny rywal, George Westinghouse, jeszcze się nie poddał. Co ma z tym wszystkim wspólnego Nikola Tesla? Jak zakończy się wojna o elektryfikację Ameryki?
Amerykańscy bogowie nowożytności na kartach jednej powieści - Thomas Edison, Nikola Tesla, J.P. Morgan i George Westinghouse. To oni zadecydowali o losach współczesnego przemysłu. 
Jedna z najlepszych książek roku według "The Washington Post"

Moja opinia: 
"Ostatnie dni mroku" to wciągająca i ciekawa historia inspirowana wojną o tzw. elektrodolary.  Fikcja literacka, która zawiera w sobie wiele ciekawych faktów... - z pomocą w odróżnieniu fikcji od faktów historycznych pod sam koniec przychodzi nam sam autor, który opowiada o zabiegach i ubarwieniach, które dodał do swojej powieści. To ciekawa adaptacja historycznych wydarzeń... i choć sam temat nie wydaje się fascynujący (szczególnie dla osób niezainteresowanych rozwojem przemysłu) to jednak... sposób w jaki autor wykreował postacie Edisona, Tesli, Morgana i Westinghousa sprawiają, że poznawanie tej historii jest zaskakująco miłe.

Graham Moore stworzył historię o ludzkim geniuszu, który napędza jednak w większości nie pęd do wiedzy... a pogoń za sławą i pieniędzmi. Okazuje się, że wspaniałym wynalazcom nie zawsze przyświecał cel odnowy świata, jego odmienienia. Elektryczność odmieniła świat – jest uznawana za jedno z najważniejszych i najbardziej przełomowych osiągnięć w historii. Także gra o sławę w świecie wynalazców bywała bezlitosna... Dzięki zgrabnej narracji – nawet wprowadzenie informacji teoretycznych (dotyczących prądu), które były niezbędne dla zrozumienia całości... okazało się bezbolesne i przyjemne. Subtelny wątek romantyczny dodatkowo wzbogacał tę historię. 

Powieść Moora to historia po trochu sensacyjna, a po trochu kryminalna... Częste zwroty akcji i ciągłe intrygi (szczególnie na polu Edison i Tesla) sprawiają, że jej czytanie przebiega zaskakująco szybko. Oczywiście – historia walki o patenty i żarówki... nie brzmi zbyt zachęcająco, jednak nawet "Ostatnie dni mroku" zasługują na uwagę, ponieważ pokazują, że jeśli jest się utalentowanym pisarzem... wystarczy sięgnąć po jakimś temat, dobrze się z nim zapoznać, a do tego dodać swoje pisarskie umiejętności i mamy szansę na stworzenie naprawdę dobrej literacko i fabularnie pozycji :) "Ostatnie dni mroku" to idealna powieść dla osób, którzy przyjemność z czytania powieści pragną łączyć ze zdobywaniem na wiedzy na temat chwil, które odmieniły świat.

Moja ocena: 7+/10

piątek, 2 marca 2018

(688) Nieznana terrorystka

Tytuł: Nieznana terrorystka
Autor: Richard Flanagan
Wydawnictwo Literackie
Stron 332

Opis wydawcy:
To, co wczoraj było prawdą, dzisiaj już nią nie jest. Po nocy spędzonej z przystojnym nieznajomym, Gina Davies, tancerka występująca w klubie erotycznym pod pseudonimem Doll, staje się główną podejrzaną  w śledztwie dotyczącym zamachu terrorystycznego w Sydney. Policja znajduje trzy bomby, które miały eksplodować na stadionie, a usiłujący za wszelką cenę ratować swoją karierę wypalony zawodowo dziennikarz robi poszlakowy reportaż. Australia jest przerażona wizją nieznanej terrorystki. Dziewczyna z trudem rozpoznaje siebie w zmanipulowanym telewizyjnym portrecie. Próbuje uciekać. Tymczasem w tle polowania na Doll rozgrywa się zupełnie inna mroczna historia…

Moja opinia: 
Richard Flanagan - laureat Nagrody Bookera i bardzo ceniony na świecie pisarz, stworzył porywającą opowieść o świecie po zamachu 11 września. Pokazuje, że świat nie jest czarno - biały, a wyraźna granica w definicji między dobrem i złem już nie istnieje. Ludzka obojętność, niezrozumienie i strach sprawiają, że dochodzi do nadużyć na tle narodowościowym. "Nieznana terrorystka" jest książką boleśnie prawdziwą - historią pokazującą jak bardzo świat zmienił się po atakach na wieżowce WTC. Terroryzm, fałszywe newsy, machlojki polityków, kłamstwa dziennikarzy sprawiają, że zwykły, szary człowieczek otrzymuje zafałszowany obraz rzeczywistości... jego ogląd sytuacji zostaje zniekształcony, a on sam staje się kolejnym trybikiem w wielkiej machinie nienawiści i strachu, które niesie za sobą terroryzm.  "Nieznana terrorystka" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Flanagana - ciekawe, poruszające i wzbogacające. 

Główną bohaterką "Nieznanej terrorystki" jest tancerka erotyczna - z początku pozostająca dla czytelników postacią dosyć enigmatyczną, jednak potem okazująca się kobietą, która wiele w życiu przeszła... ale cały czas wierzy, że może coś osiągnąć, założyć rodzinę, zbudować dom. I chociaż większość łączy tancerki erotyczne z prostytucją... to jednak ona sama w ten sposób swojego ciała nie sprzedaje. Jej praca, mimo, że daje jej poczucie, że jest piękna (a to akurat lubi) - wiąże się także z uczuciami obrzydzenia i zniechęcenia. Stanowi jednak sposób na dojście do celu... Bliżej zostaje poznana przez czytelników dopiero w drugiej części książki. Jednak już od początku czytelnik zdaje sobie sprawę z tego, że jest niewinna, a telewizja spragniona sensacji i brutalności... robi z niej potwora. 

Podczas lektury tej książki nie zabrakło mi irytacji... bohaterka wpadła w błędne koło - z początku poszukiwana jako świadek, osoba mogąca pomóc w dochodzenia... nie zgłosiła się na policję - zakładała, że cała sprawa jest głupim żartem, że wyjaśni się bez jej udziału, a potem... bała się wyjaśnić jaki naprawdę wymiar miała jej relacja z domniemanym terrorystą. Ta irytacja, myślenie "Dlaczego kobieto nie idziesz na policję?", chęć potrząśnięcia jej przyjaciółką, która także całą sprawę bagatelizowała...  z czasem osłabła. Przyszło zrozumienie, że co prawda bohaterka jest irytująca i naiwna, jednak z każdą kolejną stroną, chwilą historii zaczyna dostrzegać wielowymiarowość otaczającego ją świata, poziom zawikłania ludzkiej natury. Z naiwnej staje się niezwykle rozumna. 

"Nieznana terrorystka" to porywająca, niezwykle poruszająca i otwierająca oczy historia. Świetnie napisana i skonstruowana powieść, z wyrazistymi bohaterami i zaskakującym zakończeniem. Pokazuje jak nagonka medialna może zniszczyć człowieka... jak ludzie i cały świat żywią się paranoją i strachem, który jest skutecznie wykorzystywany. Richard Flanagan pokazał w tej powieści pisarską klasę, literacki kunszt i niezwykłe umiejętności w zakresie stopniowania akcji, budowania napięcia - "Nieznana terrorystka" jest ponadczasową i uniwersalną powieścią z iskrą oraz szczyptą pikanterii. Ukazuje jak bardzo świat i ludzie są skomplikowani, a przy tym bezwzględny. Uzmysławia, a zarazem pokazuje jak często ludzie oceniają... wydają osądy... krzywdzą drugiego człowieka kierując się szczątkowymi, często niepotwierdzonymi informacjami. Tak jakby prawda... i kłamstwo były na sprzedaż. To rewelacyjna, bardzo klimatyczna powieść - autor świetnie poradził sobie z oddaniem atmosfery i ciepła upalnej Australii, a także wszelkich meandrów ludzkiej psychiki. 

Moja ocena: 9+/10

środa, 21 lutego 2018

(687) Kto wypuścił bogów?

Tytuł: Kto wypuścił bogów?
Autor: Max Evans
Wydawnictwo Literackie
Stron 376

Opis wydawcy: 
Niesforny dwunastolatek, całkiem wiekowa Panna i uwięziony na Ziemi demon – awantura gotowa!

Elliot Hooper nie ma łatwego życia. Od śmierci dziadka mieszka sam z mamą na starej farmie w południowej Anglii. Wstawać rano nie lubi, za szkołą nie przepada, ale to wszystko byłoby do zniesienia, gdyby tylko nie szwankująca pamięć mamy Elliota. Josie zamiast otaczać syna opieką, sama jej coraz częściej potrzebuje.

Rosnące długi, czyhająca na rodzinną farmę wścibska sąsiadka i znikająca raz za razem mama to zbyt dużo jak na dwunastolatka. A gdyby tego wszystkiego było za mało, pewnej nocy w oborze na farmie Elliota ląduje Panna, która przedstawia się jako „nieśmiertelna”, „gwiezdna konstelacja” i „członkini Rady Zodiakalnej”, licząca sobie niespełna dwa tysiące lat!

To dopiero początek kłopotów Elliota... Dziwaczna istota, którą – co tu dużo gadać – chłopiec ma za lekką szajbuskę, szuka „więźnia numer czterdzieści dwa”.

Kim jest więzień?
Kto pragnie przejąć władzę nad światem bogów i ludzi?
Czy chłopiec zdoła przeciwstawić się tajemniczemu i potężnemu wrogowi?
Jedno jest pewne – na Elliota i jego nowych, boskich przyjaciół spadną prawdziwe gromy!

Moja opinia: 
"Kto wypuścił bogów?" Maz Evans to początek fascynującej, zabawnej i niezwykle przystępnej serii dla młodszych czytelników. Uczniowie podstawówki pokochają tę historię. Spotkałam się z opiniami, że Maz Evans powiela po prostu to co już wcześniej wymyślił Rick Riordan - nie wiem czy zgadzać się z tym, czy nie: nie czytałam serii o Percym.  Mogę oceniać jedynie tę powieść. Od momentu kiedy ukończyłam podstawówkę minęły lata, jednak z lektury powieści "Kto wypuścił bogów?" czerpałam naprawdę dużą przyjemność. Oczywiście - powieść Evans nie jest arcydziełem. Nie posiada sprecyzowanym wad - chodzi o jej ogólny odbiór: bardzo pozytywny, choć nie idealny. 

Maz Evans wprowadziła bogów znanych z greckich mitów we współczesny świat i jego realia... tak więc Hermes nie będzie mógł się rozstać ze swoim ibogiem (iphonem), a Charon czyli straszny przewoźnik po Styksie (rzece umarłych) będzie prowadził korporację taksówkarską. To sprawia, że szczególnie czytelnicy obeznani choć w pewnym stopniu w mitologii greckiej (uczniowie podstawówki bez wątpienia do nich należą), dostrzegą komizm ukryty w tej powieści. Zachowanie niektórych charakterystycznych cech charakteru oraz atrybutów greckich bogów... przy jednoczesnym ich unowocześnieniu sprawia, że "Kto wypuścił bogów?" staje się niezwykle zabawną i przewrotną powieścią. 

Głównym bohaterem powieści Maz Evans jest dwunastolatek - niezwykle rezolutny i mądry chłopak, który ma na głowie cały dom... To właśnie te fragmenty: obserwowanie jego próby załatania wszystkich dziur (problemów) oraz uchronienie mamy przed wszelkim niebezpieczeństwem sprawiają, że staje się bliski czytelnikowi. Jego niewydumane problemy... poruszają odbiorcę. Evans stworzyła całą kompanię świetnie wykreowanych i barwnych postaci: zarówno te śmiertelne jak i nieśmiertelne postacie zapadają w pamięć i wywołują silne emocje (choć najsilniejsze chyba ta podstępna, okropna sąsiadka...) . 

"Kto wypuścił bogów?" to zabawna, mądra i trzymająca w napięciu historia, stworzona w oparciu o greckie mity. Evans połączyła dwa światy (realny i fantastyczny) w sposób nietuzinkowy. Wprowadziła greckich bogów w świat śmiertelników - zaznajomił dwunastoletniego chłopaka z wielkimi greckimi bogami, który "uczłowieczył", a jednak nadała im pewne ograniczenia... nawet bogowie olimpijscy muszą liczyć się z pewnymi zasadami i kodeksami. Jest w tej książce szczypta sensacji, tajemnicy i przygody. Cała góra: przyjaźni i miłości. To naprawdę dobrze skonstruowany debiut literacki, która daje nadzieję na świetne kolejne części... dla mnie pełnił rolę rozluźniającej powieści - dla młodszego czytelnika ma szansę stać się porywającą, wręcz zapierającą dech w piersi historią. 

Moja ocena: 8/10

wtorek, 20 lutego 2018

(686) Wykłady o literaturze rosyjskiej

Tytuł: Wykłady o literaturze rosyjskiej
Autor: Vladimir Nabokov
Wydawnictwo Aletheia
Stron 440

Moja opinia: 

XX - wieczny klasyk, autor jednej z najbardziej bulwersujących ale także najchętniej czytanych w XX wieku powieści, amerykański pisarz rosyjskiego pochodzenia, Vladimir Nabokov. Autor "Lolity" w latach 40. i 50. mieszkając w USA, pracował jako wykładowca literatury - jego wykłady zostały zebrane w trzech tomach: "Wykłady o Don Kichocie", "Wykłady o literaturze rosyjskich" i "Wykłady o literaturze" (gdzie opowiadał o literaturze amerykańskiej). Wykłady dotyczące literatury rosyjskiej są najbardziej subiektywne... i chyba samemu autorowi najbliższe - to w tej literaturze i kulturze był wychowywany, to ta literatura tworzyła jego świat w pierwszych latach obcowania z literaturą. Jednak... jak to bywa z pozycjami Nabokova wydawanymi w wydawnictwie Aletheia w tej pozycji nie liczy się jedynie jej główna treść dotycząca poszczególnych rosyjskich dzieł, ale także (a może przede wszystkim?) to jak bardzo Nabokov był zafascynowany literaturą, jak ważną rolę odgrywała w jego życiu... momentami odziera ją z patosu, jest przeciwny wszelkim interpretacjom zmierzającym ku nadinterpretacjom i zachwyca: lekkością swojej wypowiedzi i osobowością. 

W "Wykładach o literaturze rosyjskiej" zostały zawarte teksty "Rosyjscy pisarze, cenzorzy i czytelnicze" (wprowadzenie wręcz niezbędne do tego tomu, otwierające oczy i pozwalające wkroczyć w świat rosyjskiej literatury), "Sztuka przekładu", "Filistrzy i filisterstwo" oraz główna, najważniejsza część... tj. teksty dotyczące rosyjskich pisarzy (ich zarysy biograficzne - napisane z polotem, wzbogacone o ciekawostki, a jednocześnie obfitujące w informacje ważne dla rozwoju ich twórczości) i ich dzieł. Te wszystkie teksty zostały odtworzone na podstawie notatek Nabokova (jeśli mieliście okazję przeczytać zbiór wywiadów z nim, wydanych w zbiorze "Własnym zdaniem" doskonale wiecie, że Nabokov nigdy nie "szedł na żywioł", a każdą swoją wypowiedź musiał mieć wcześniej spisaną na kartce). Opracował je już w 1981 roku (czyli cztery lata po śmierci Nabokova) Fredson Bowers - to ten pan odpowiada także za przedmowę - z zadaniem poradził sobie bardzo dobrze! Tym samym czytelnicy otrzymali książkę, w której omówione zostało kilkanaście pozycji niezwykle ważnych dla literatury rosyjskiej. 

Kilkanaście pozycji, 6 biografii + teksty dodatkowe... już po tym możecie się zorientować, że nie są to teksty obszerne. Nabokov w swoich bardzo subiektywnych wypowiedziach skupiał się na poszczególnych wątkach, niekiedy szczególikach. Jego teksty są wyraziste, niektóre oburzają, inne otwierają oczy. Nabokov o literaturze opowiadał oryginalnie, niekiedy na przekór wszystkim innym mądrym wykładowcom i krytykom. Skupiał się nie tyle na walorach estetycznych... co na odczuwaniu literatury. To inteligentne, niekiedy zabawne, zawsze przewrotne i oryginalne teksty, których się nie czyta - je się połyka. 

Nabokov pod lupę wziął następujące pozycje: "Martwe dusze" i "Szynel" Nikołaja Gogola; "Ojcowie i dzieci" Iwana Turgieniewa; "Zbrodnia i kara, "Notatki z podziemia, "Idiota", "Biesy" i "Bracia Karamazow" Fiodora Dostojewskiego; "Anna Karenina" i "Śmierć Iwana Iljicza" Lwa Tołstoja; "Pani z pieskiem", "W parowie" i "Mewa" Czechowa oraz "Na tratwie" Maksyma Gorki. Najwięcej słów w "Wykładach..." poświęcił Dostojewskiemu, którego uważał za miernego, nieporządnego, piszącego zawsze w pośpiechu pisarza... raczej skupiał się na jego krytykowaniu, ale... choć subiektywna to jest to także krytyka inteligentna, która ma swoje uzasadnienie. I tak... jak darzę czytelniczą miłością "Zbrodnię i karę", o której Nabokov wypowiedział wiele niepochlebnych słów... to jednak te wszystkie jego argumenty: przemawiają do mnie. Zawarte w tym zbiorze teksty poruszają trybiki do myślenia, analizowania i odkrywania na nowo wszystkich przedstawionych tu pozycji. 

Nabokov we "Wykładach o literaturze rosyjskiej" przedstawia niedoskonałość Czechowa, pisze o finezji Tołstoja, a Gorkę kwalifikuje jako bardzo kiepskiego pisarza... czytelnik sięgający po tę pozycje nie musi się z tymi wszystkimi sądami zgadzać: nie mniej są to sądy człowieka świetnie wykształconego, uznanego na świecie pisarza, który swoim literackim dobytkiem (a mowa tu przecież także o takich powieściach jak "Zaproszenie na egzekucję", "Pnin" i wielu innych) zdumiewa i zachwyca do dnia dzisiejszego. "Wykłady o literaturze rosyjskiej" to bardzo ciekawa, inspirująca, zachęcająca do czytania i odkrywania literatury na nowo pozycja: lektura obowiązkowa dla wszystkich sympatyków literatury rosyjskiej... i literatury w ogóle. Nabokov pokazuje jak powinno się o literaturze mówić i pisać. 

Moja ocena: 8/10

piątek, 16 lutego 2018

(685) Mity skandynawskie

Tytuł: Mity skandynawskie
Autor: Roger Lancelyn Green
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Stron 280

Opis wydawcy:
Tęcza tworząca migotliwy most pomiędzy światami bogów i ludzi. Wąż tak ogromny, że oplata cały świat. Naszyjnik tak piękny, że nawet boginię doprowadza do szaleństwa...

Wielkie skandynawskie sagi są pełne magii i bohaterskich czynów. Roger Lancelyn Green znanym od niepamiętnych czasów mitom o wędrówkach Odyna, młocie Thora, śmierci Baldra czy ostatniej bitwie nadał nową formę, łącząc je w jedną ekscytującą opowieść, która ożywia surowe piękno krain skandynawskich bogów i olbrzymów. Swoją relację oparł na zachowanych poematach i podaniach, starając się jak najwierniej oddać ducha oryginału – tę niezwykłą atmosferę Północy. 

Moja opinia: 
Chyba każdy z nas miał w swoim życiu taki moment, kiedy bardzo dużą uwagę przykładał do mitycznych opowieści o bogach i herosach... W dzieciństwie zawsze skupiałam się na mitologii greckiej - jej częste adaptacje w animowanych serialach dla dzieci i młodzieży sprawiały, że wydawała mi się bliska, a jej bohaterowie bardzo ludzcy. Nawet groźny Zeus nie był dla mnie budzącym respekt, gromowładnym bogiem, a jedynie miłym, choć nad wyraz silnym staruszkiem. Nie ukrywam, że ogromny wpływ na takie postrzeganie bogów miał dla mnie animowany serial - "Spadkobiercy tytanów". Zresztą... to właśnie o mitologii greckiej mówi się w szkole najwięcej. Rzymska stanowi jedynie jej odpowiednik, a o mitologii egipskiej mówi się niewiele... o wierzeniach innych państw wspomina zaledwie w kilku zdaniach. Nigdy nie interesowałam się historiami o wikingach, a już tym bardziej mitami skandynawskimi.... Dzisiaj, po lekturze książki Rogera Lancelyna Greena wiem jak wiele straciłam. 

"Mity skandynawskie" spisane przez Rogera Lancelyna Greena zostały pierwotnie opublikowane w 1960 roku. W Polsce światło ujrzały jednak dopiero w zeszłym roku. To zbiór opowieści oparty  na zachowanych poematach i podaniach - w pełni oddaje nastrój północy i jest niezwykle klimatyczny. Wszystkie przedstawione w tym zbiorze opowieści są ze sobą ściśle związane i tworzą wspaniałą, intrygującą całość. Poczynając już od pierwszej opowieści o świecie wyłaniającym się z chaosu po wszelkie historie przedstawiające losy bogów, a także przeplatające się losy bogów, olbrzymów i ludzi... Green serwuje czytelnikom opowieści pełne magii, mądrości, intryg i bardzo często także brutalności. Świat skandynawskich mitów i bogowie są nieubłagani... jeśli istnieje jakaś szansa na szczęśliwe zakończenie - to tylko za sprawą sprawiedliwości. Skrucha i wielki żal nie pomoże - liczą się przysięgi i umowy, które muszą zostać dotrzymane. 

Mitologia skandynawska obfituje w wiele wątków i historii, które w zmienionej formie mogliśmy poznać już np. w mitologii greckiej lub w Starym Testamencie. Przez mitologię Greena przewijają się postacie, które pod zmienionymi imionami mieliśmy okazję poznać już w historiach innych kultur. To kolejne źródło postaci, historii i wątków, którzy porezentują typowo ludzkie zachowania - obrazują zarówno ich zalety jak i wady, z każdymi najmniejszymi nawet słabości. Bowiem nawet bogowie, posiadający moc i władzę okazują się niekiedy słabi. Stają się ofiarami własnej pychy i krnąbrności. Potrafią silnie kochać, ale także mścić się w sposób niewyszukany. 

Opowieści przedstawione w tym zbiorze układają się w logiczną całość, która przedstawia świat skandynawskich mitów jako zdominowany przez silnych mężczyzn posiadających władzę nad kobietami. Toczą się w nim nieustanne walki między bogami a olbrzymami... ich ofiarami często stają ludzie. Roger Lancelyn Green będący potomkiem normadzkich wikingów spisał historie rozpięte między początkiem świata a dniem ostatecznej bitwy, końcem świata.... "Mity skandynawskie" to wspaniały zbiór opowieści - pełnych magii i powabu. Początkowo trudno jest się wdrożyć w tę historię, jednak potem z każdą kolejną chwilą... coraz bardziej wciąga, inspiruje... rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Pozycja Greena stanowi wspaniały wstęp do poznawania mitologii skandynawskiej. To zbiór gruntownie przemyślany, który zaznajamia nas ze staroskandynawskimi opowieściami... buduje podwaliny pod wiedzę, którą warto rozwijać i dalej zgłębiać. 

Moja ocena: 8,5/10

środa, 7 lutego 2018

(684) Kijanki i kretowiska

Tytuł: Kijanki i kretowiska
Autor: Aleksandra Zielińska
Wydawnictwo W.A.B.
Stron 200

Nie lubię zbiorów opowiadań, jednak niesamowicie cenię pozycje wydawane w serii Archipelagi, wydawnictwa W.A.B. Archipelagi to dla mnie synonim dobrej, ciekawej, polskiej literatury, która bynajmniej nie należy do tej lekkiej, łatwej i przyjemnej. To literatura godna uwagi. Aleksandra Zielińska, autorka "Przypadku Alicji", nominowanym do Nagrody Conrada oraz powieści "Bura i szał", nominowanej do Nagrody im. Witolda Gombrowicza w "Kijankach i kretowiskach" rozbudza emocje, porusza, wzbudza niepokój i zachwyca... Udowodnia, że niekiedy mniej znaczy więcej. "Kijanki i kretowiska" to zbiór jedenastu niebanalnych opowiadań - lepszych i gorszych fabularnie, ale zawsze zachwycających językowo i narracyjnie. 

Aleksandra Zielińska, niespełna trzydziestoletnia autorka rewelacyjnie radzi sobie z pobudzaniem strun w czytelniku dotychczas uśpionych lub w uśpieniu pozostających. Bohaterami jej opowiadań w dużej mierze są dzieci - ogarnięte dojrzewaniem. Zielińska przedstawia ten krótki okres życia, który niesie za sobą wiele niewiadomych, a niekiedy nawet grozę. Grozę związaną z dojrzewaniem na różnych etapach, momentach i sytuacjach w życiu. Uzdolniona prozaiczka zaczarowuje świat widzielny - doprowadza do zbiegnięcia się dwóch światów - tego wymyślonego oraz prawdziwego. Świata, w którym na dojrzewającego człowieka czeka wiele niebezpieczeństw... a niepokój mogą budzić nawet guziki. 

"Kijanki i kretowiska" są bardzo mrocznym zbiorem opowiadań. Po lekturze każdego z nich w czytelniku roi się od pytań... na które nie znajduje odpowiedzi. To od niego zależy jaki koniec i wytłumaczenie przypisze przedstawionym opowieściom. Zielińska mistrzowsko panuje nad swoim piórem, tworząc powieść tak zgrabną stylistycznie, że trudno się od niej oderwać. Jest panią swoich opowieści - wprowadza czytelnika w aurę mroku, niepokoju i niedomówień - niedomówień, które sprawiają, że życie może zamienić się w małe piekiełko. W opowiadaniach Zielińskiej nie ma miejsca na sielankę, poczucie bezpieczeństwa towarzyszące dzieciństwu... świat pełen tajemnic i niedostępnych dotychczas dla dziecka rejonu - na to nie pozwala. Inicjacja ku dorosłości wiąże się z bolesnymi przemianami i przejściami. 

Nie chodzi o to, że dobro toczy nieustanną walkę ze złem - ważne jest raczej to, że zło cały czas czyha gdzieś obok dobra. Czeka na moment dekocentracji, nieuwagi, aby wyciągnąć swe szpony. Zbiór opowiadań Zielińskiej budzi w czytelniku lęk... czasami nawet większy niż horrory poprzez stopniowe odchodzenia od z pozoru bezpiecznych wątków, wydarzeń, międzyludzkich relacji. Mrok i niepokój budzi w czytelniku tak wyraźnie ukazana rzeczywistość. Świadomość, że wydarzenia opowiedziane w "Kijankach i kretowiskach" nie są jedynie wymysłami autorkami, a opowieściami, które cały czas gdzieś się rozgrywają... ludzkimi tragediami, niepokojami i bitwami ubranymi niezwykle subtelnie i pięknie w słowa. Opowiadania zawarte w tym tomie zasługują na uwagę ze względu na naprawdę wysoki poziom literackim, jakim zostały napisane; ze względu na umiejętności, które posiada autorka: wpływania na czytelnika, tworzenia niebanalnych historii, stopniowania napięcia, opisywania świata jako areny na której cały czas toczy się walka między dobrem a złem, bezpieczenstwem i zagrożeniem, tworzenia niezwykłych portretów cierpiących, dojrzewających dzieci, które poruszą każdego czytelnika... a rodziców w szczególności. 

Moja ocena: 8/10

wtorek, 6 lutego 2018

(683) Umami

Tytuł: Umami
Autor: Laia Jufresa
Wydawnictwo W.A.B.
Stron 320

"Umami" to debiut niezwykle utalentowanej pisarki, którego ważnym aspektem jest właśnie słowo "umami" oznaczające "pyszny", czyli określający jeden z pięciu smaków (zachęcam do zagłębienia się w ten temat - dowiecie się np. dlaczego ludzie tak chętnie jedzą pizzę i cheesburgery). Na Zachodzie jest jednak znany dopiero od niedawna. Laia Jufresa akcję swojej powieści umieściła na jednym z meksykańskich osiedli - stworzyła zamkniętą społeczność, której życie toczy się gdzieś poza realnym światem, narodowością, sytuacją w państwie. "Umami" to bardzo minimalistyczna pod względem ilości bohaterów i zwrotów akcji powieść, która jest jednak tak sympatyczna i niebanalna, że nie warto przechodzić obok niej obojętnie. Jufresa napisała piękną opowieść o ponoszeniu straty, radzeniu sobie z nią... i smakowaniu życia.

"Umami" to historia o stracie, śmierci, odchodzeniu i smaku - tym piątym, poznanym stosunkowo niedawno - o umami. To troszkę nieuchwytna fabularnie opowieść, którą poznajemy z perspektywy pięciolatki, czternastolatki, dwudziestoparolatki i faceta ok. sześćdziesięcioletniego... mieszanka wybuchowa, prawda? Oni wszyscy się znają, żyją na tym samym osiedlu (zresztą bardzo niewielkim, bo składającym się z zaledwie pięciu domów, a czterech rodzin) i zmagają się ze stratą, zmianami w swoim życiu. Obserwują i wyciągają wnioski... Ich doświadczenia, wspólne relacje, przedstawione na przestrzeni kilku lat, choć nie prowadzą do określonego punktu kulminacyjnego... wzbogacają czytelnika. Ta historia opowiedziana w "Umami" tak naprawdę nie ma wyraźnie zarysowanego początku ani końca, stanowi natomiast wycinek z życia społeczności, a raczej wchodzących w nią jednostek - oddalonych od świata pracy, rachunków, szkoły, a skupionej na osobistej stracie, dojrzewaniu i odchodzeniu.

"Umami" to powieść, którą trudno zakwalifikować do jakiejkolwiek kategorii... trudno opisać jej fabułę. To literatura, która stanowi ciekawe literackie spotkanie, jest niezobowiązująca, a jednocześnie bardzo przyjemna i... tu użyję określenia, którego zazwyczaj mówiąc o książkach nie stosuję - śliczna. Ten wiekowy rozstrzał między bohaterami ukazany bardzo zgrabnie przez autorkę za sprawą zróżnicowania językowego i mentalnego powieści sprawiło, że "Umami" stało się książką magiczną. Książka Jufresy jest bardzo kameralną opowieścią o grupce ludzi - ich życiu przed i po tragediach. Obawiałam się, że "Umami" będzie lekturą mentalnie obciążającą - zupełnie niepotrzebnie. W tej książce poradzenie sobie ze stratą to nie tylko zmaganie się ze śmiercią ukochanej osoby, ale także rozstaniem z drugą osobą, porzucenie swoich marzeń i aspiracji.

"Umami" nie posiada sprecyzowanej fabuły, ale oprócz aury, zbioru ciekawych opowieści, w które czytelnik daje się wciągnąć... warto zwrócić uwagę na dwa wątki, z którymi w literaturze można spotkać się naprawdę rzadko. Należy do nich motyw piątego smaku, tzw. umami. On pojawia się w tytule, w osiedlu na którym toczy się akcja, w rozmowach między bohaterami, jest szczególnie ważny dla jednego z narratorów. Nad wyraz interesujące są wątki towarzyszące sześćdziesięcioletniemu narratorowi - np. horoskopy i to z czym w literaturze spotkałam się po raz pierwszy... czyli aspekt lalek reborn, które kosztują bardzo dużo pieniędzy i do złudzenia przypominają prawdziwe dzieci. Dla jednym są przedmiotami do kolekcjonowania... dla innych stanowią namiastkę ukochanego dziecka, które odeszło lub którego nie można mieć. Jufresy pokazała ten problem w jednym z rozdziałów z wielkim wyczuciem, empatią i zrozumieniem dla drugiego człowieka - pokazała literacką klasę - widoczną nie tylko w umiejętnym posługiwaniu się piórem.

Powieść Jufresy zbiera bardzo różnorodne opinie - większość jednak się tą powieścią nie zachwyca... dla mnie jest niezwykle ciepłą i sympatyczną historią do przeczytania w jedno popołudnie. Nie wbija w fotel, ale sprawia, że człowiek odrywa się od swojego świata... to czytanie dla samej przyjemności obcowania ze słowem pisanym. Pomysł Jufresy, odizolowanie bohaterów od świata, stworzenie aury po trochu baśniowej, po trochu magicznej, próba wejścia w psychikę bohaterów,, zrozumienia istoty miłości, śmierci i straty... przekonuje mnie do siebie. "Umami", choć nie jest wybitną powieścią - jest niezwykle ciekawą na rynku wydawniczym pozycją, której warto poświęcić kilka godzin swojego czasu. "Umami" zajęło stałe miejsce w moim sercu - to jedna z tych pozycji, które przypominają mi dlaczego tak kocham literaturę. 

Moja ocena: 7+/10

niedziela, 28 stycznia 2018

(682) Własnym zdaniem

Tytuł: Własnym zdaniem
Autor: Vladimir Nabokov
Wydawnictwo Aletheia
Stron 354

Vladimir Nabokov - rosyjsko - amerykański klasyk literatury XX wieku, który sam o sobie pisze, że uważa się za pisarza amerykańskiego, urodzonego w Rosji, który wykształcenie zdobył w Anglii i przeniknięty został kulturą Europy Zachodniej. To autor kojarzony w Polsce (i na całym świecie) przede wszystkim z "Lolitą", jednak na jego ogólną literacką sławę złożyło się opublikowanie wielu innych powieści, takich jak "Zaproszenie na egzekucję" czy też "Pnin"."Własnym zdaniem" to wybór "wywiadów", których udzielił, listów i artykułów, które napisał. Już tutaj należy wspomnieć, że nie do końca możemy to nazwać "wywiadami", ponieważ Nabokov w wielu kwestiach był perfekcjonistą. W związku z tym nie lubił robić z siebie głupka zastanawiając się nad odpowiedzią i przemawiając publicznie bez wcześniejszego przygotowania - "wywiady", w których brał udział wyglądały w ten sposób, że odpowiadał pisemnie na wcześniej przesłane przez zainteresowanych pytania. Już teraz zaznaczę, że aby czerpać przyjemność z lektury tej pozycji nie trzeba znać książek autora. 

Z "Własnym zdaniem" wyłania się obraz pisarza przekonanego o swoim talencie, trochę zadufanego w sobie, ale przy tym ogromnie szczerego i myślę, że przez to zasługującego na sympatię czytelnika. Nabokov oprócz tego, że często bardzo sarkastyczny i ironiczny jest w swoich wypowiedziach diabelnie inteligentny. To świetny pisarz, z zamiłowania badacz motyli (czyli lepidopterolog), niezwykły naukowiec, który motylami zafascynowany pozostał do końca życia... posiadał fascynującą, godną poznania osobowość. Wiele przeżył. Był rosyjskim arystokratą, który przez rewolucję stracił wszystko, emigrantem, który za Rosją - szczególnie tą bolszewicką nigdy nie tęsknił. Z jego wypowiedzi poznajemy szczątki biografii - wystarczające, ponieważ "Własnym zdaniem" przedstawia przede wszystkim opinie Nabokova - radykalne, niepopularne i właśnie dlatego tak godne uwagi. 

Czytanie "Własnym zdaniem" stanowiło dla mnie czystą przyjemność, choć nie jest zbiorem idealnym. Fakt, że do wywiadów, które zostały przedstawione nigdy nie doszło w pewnym sensie "na żywo" (Nabokov nawet swoje wykłady podczas pracy na Cornell, czytał z kartki...) sprawia, że brak im niekiedy dynamiki. Nabokov w swojej odpowiedzi porusza jakiś ciekawy temat, ale nie zostaje już przez dziennikarza "pociągnięty za język" pod tym kątem, ponieważ... dziennikarz w tym nie uczestniczy, a przecież nie mógł się spodziewać odpowiedzi Nabokova. Wywiady zostały ułożone w kolejności chronologicznej i niektóre pytania w lekko zmienionej formie, ale się powtarzają... tak samo jak odpowiedzi Nabokova. Pewne rzeczy pozostają w końcu niezmiennie jak np. to jak Nabokov czuł się z tym, że przestał pisać po rosyjsku.  Co więcej... odpowiedzi Nabokova są o wiele inteligentniejsze niż pytania dziennikarzy. Listy i artykuły zajmują o wiele mniej miejsca w tej książce, ale także zasługują na uwagę - szczególnie teksty dotyczące przekładu, błędów w tłumaczeniu oraz sporu z wydawcą "Lolity". 

Odkąd dwa lata temu usłyszałam od nauczycielki, że w "Folwarku zwierzęcym" Orwell ukazał problem cierpienia zwierząt i tak naprawdę jest to tekst oprócz tego, że o totalitaryzmie... to także o potrzebie wegetarianizmu i weganizmu... zaczęłam się zastanawiać nad tym jak wiele "krytycy" wmawiają autorom, jak wiele znaczeń (często niepotrzebnych) i inspiracji przypisują ich powieściom. We "Własnym zdaniem" widać do doskonale. Nabokov dostaje pytania typu "W pana powieści [tu tytuł] doskonale widać inspirację [tu tytuł książki, nazwisko pisarza]." Odpowiedź Nabokova w większości przypadków brzmi "Nie inspirowałem się tą powieścią, ponieważ przeczytałam ją dopiero x lat po napisaniu swojej". To samo tyczy się symbolów, filozofii, odniesień do życia prywatnego, których krytycy w każdej powieści Nabokova widzą pełno, a którym sam autor zdecydowanie zaprzecza. 

Poglądy Nabokova są radykalne - pisarz krytykuje wielkie, uznane przez krytyków dzieła. Balzaca, Stendhala i Sartre nazywa "przecenionymi miernotami", a mówiąc o powieściach Dostojewskiego posługuje się sformułowaniami typu "melodramatyczny bełkot i pretensjonalny mistycyzm", docenia za to prozę Joyce'a, Kafki i Herberta Wellsa. W swoich opiniach jest szczery i bezkompromisowy - tym budzi odrazę niektórych. Specyficzne podejście ma także do krytyki kierowanej względem niego..., którą rzekomo w ogóle się nie przejmuje. 

"Własnym zdaniem" to bardzo ciekawy zbiór wywiadów, esejów i listów, które przybliżają postać Nabokova, nawet czytelnikowi niezorientowanemu w jego powieściach. Oczywiście - wywiady są pełne odniesień do jego utworów, jednak nawet wtedy można czerpać przyjemność z poznawania odpowiedzi autora, który rozprawia się z wieloma mitami związanymi z interpretacją jego dzieł. To książka, w której autor odnosi się do sytuacji na świecie, polityki, literatury i sztuki, a także postaci artysty. Nie skupia się na symbolach, ideologiach i inspiracjach w swoich dziełach... większą uwagę zwraca na odczuwanie literatury. Jej jakość mierzy stopniem "mrowienia w krzyżu"... emocjami, które wywołuje w czytelniku lektura. To inteligentna i warta uwagi pozycja. 

Moja ocena: 8/10

środa, 24 stycznia 2018

(681) Literackie impresje #1


Literackie impresje to cykl postów, w którym będę opowiadała Wam o książkach, pozycjach przeczytanych - niezrecenzowanych. Będą to zawsze tzw. pozycje "z półki". Dlaczego niezrecenzowane? Czytam zawsze, jednak nie zawsze udzielam się aktywnie w świecie recenzenckim. W czasie choroby, wakacji... Te pozycje przeczytane nawarstwiają się, jednak nie zawsze mogą doczekać się recenzji. Nie mniej - pozostają na półkach i w sercu - zajmują miejsce lepsze lub gorsze, ale są. Tworzą mój czytelniczy świat, książkową rzeczywistość, a przecież właśnie o tym jest strona "Książki - inna rzeczywistość". 

"Carrie", "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" oraz "I była miłość w gettcie" przeczytałam w lipcu 2017 roku. Gdzieś z tyłu głowy zawsze pozostawała myśl, żeby o nich napisać..., ale zawsze brakowało czasu. Po tak długim czasie nie potrafię... i chyba nawet nie chcę podejmować się pisania ich standardowej recenzji, ale chcę wspomnieć o nich kilka słów. Tym bardziej, że to tak naprawdę czas rewiduje to jak dobra była dana książka, jak bardzo zapadła nam w pamięć.

Tytuł: I była miłość w gettcie
Autor: Marek Edelman & Paula Sawicka
Wydawnictwo Czarne
Stron 184

Opis wydawcy:

„Życie tam, w getcie, w pojedynkę było niemożliwe. Bez tego nie można było przeżyć i zostać człowiekiem. Zawsze trzeba było mieć kogoś do pary w tym sensie, że trzeba było mieć przy sobie drugiego człowieka, który myśli tak samo, który jest w ciebie tak samo wciągnięty, jak ty w niego. Dla którego zrobisz wszystko, a on dla ciebie. I to jest miłość” – pisał Marek Edelman, jeden z dowódców powstania w getcie warszawskim. W rozmowie z Paulą Sawicką przywołuje najintymniejsze chwile z życia swoich przyjaciół, znajomych, niekiedy zupełnie obcych ludzi. Wypływa z nich uniwersalne przesłanie: to uczucie pokonuje wszystko, pozwala na szczęście, wyzwala od strachu, także przed śmiercią. 

I była miłość w getcie, historia opowiedziana prosto i bez patosu, w przejmujący sposób dotyka jądra człowieczeństwa.

Moja krótka opinia: 
"I była miłość w gettcie" to książka, która dawno temu trafiła w moje ręce w antykwariacie. Wiedząc od mojej mamy, że Edelman to człowiek, z którym wywiady warto czytać - kupiłam ją bez zastanowienia - tym bardziej, że kosztowała zaledwie złotówkę. Chyba każdy z nas przeżywał w swoim życiu etapy zafascynowania holokaustem - historiami tych ludzi. Dla mnie ten etap w momencie, kiedy książka Edelmana trafiła w moje ręce... już dawno przeminął, ale i tak... byłam  jej ogromnie ciekawa. Przygotowując się do wakacyjnego wyjazdu - wiedziałam, że chcę zabrać książki różnorodne i w miarę krótkie. Książka Edelmana jako krótka wpisała się w ten plan i zamiar idealnie. 

Mam wielki szacunek do wszelkich wspomnień wojennych, ale ten szacunek nie przeszkadza mi w wydawaniu własnych, ogromnie subiektywnych opinii na temat literatury. Więc nie zamierzam zachwalać tej książki jedynie dlatego, że opowiada o ludzkich tragediach... 

"I była miłość w gettcie" to bez wątpienia napisana ciekawie i bardzo prosto historia, która pokazuje, że nic nie jest czarno - białe, a i zachowanie Polaków wobec Żydów nie zawsze wyglądało tak jak powinno. Zainteresował mnie szczególnie wątek niemożności zgrania się żydowskich i polskich oddziałów powstańczych podczas powstania warszawskiego. O tym się nie mówi, a książka Edelmana pokazuje, że jest o czym. Podczas kolejnych rocznic powstania warszawskiego mówimy o nastrojach powstańców, mieszkańców Warszawy, ale nie wspominamy o podziałach wyznaniowych... i wzajemnej niechęci. Wśród pozytywnej narracji wychwalającej Polaków, którzy ratowali Żydów - zapomina się o tym, że niektórzy Polacy działali na niekorzyść wyznawców judaizmu. 

Przyznam, że miałam o tej książce przed jej lekturą zupełnie inne wyobrażenie - oczekiwałam poruszającej historii o miłości wśród rodziny, przyjaciół, ukochanych. Nie wiem jak scharakteryzować tę książkę, ponieważ jest w niej kilka słów o życiu w gettcie, trochę o powstaniu, ludziach, których znał Edelman, kilka mniej lub bardziej przejmujących historii, opis getta. Gdzieś miłość w tej książce została zatracona, a skupiona została raczej na działalności Edelmana i jego znajomych w tajnych organizacjach, działaniach powstańczych... historii pokazujących miłość - jest tyle co kot napłakał. Jednak i je trzeba docenić... matka oddająca "numerek życia" córce, nauczycielka idąca ze swoimi uczniami na śmierć - to piękne wzorce i postawy o których warto pamiętać. 

Książkę Edelmana czyta się ekspresowo - jest bardzo krótka. To ciekawe i ważne świadectwo holokaustu i powstania warszawskiego, ale nie wyróżnia się w żaden sposób na tle innych książek poruszających ten temat. W dodatku - od takiej literatury oczekują przede wszystkim emocji... tu mi ich zabrakło. Może wynika to nie tyle z dystansu autora - co ze stylu wypowiedzi. 

Moja ocena: 6+/10

Tytuł: Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek
Autor: Mary Ann Shaffer & Annie Barrows
Wydawnictwo Świat Książki
Stron 256

Opis wydawcy: 
Niezwykła historia o ludzkich uczuciach i książkach, które pomagają znieść rzeczy niemożliwe do zniesienia. 

Jest rok 1946. Juliet, młoda pisarka, objeżdża zniszczoną Anglię, promując swą książkę i szukając tematu do następnej. Przypadkiem dowiaduje się o małej wyspie Guernsey, na której istnieje dziwne Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Powołali je podczas wojny rolnicy i gospodynie, by uratować kilka osób przed aresztowaniem. Ale jak się ma literatura do placka z obierek? Zaciekawiona Juliet odwiedza Guernsey. Urzeczona przyrodą, ciszą a przede wszystkim serdecznością ludzi, postanawia osiąść na wyspie. Znajduje tu nie tylko kopalnię tematów, ale także miłość.

Moja krótka opinia: 
Czytałam ją w upalny dzień na plaży... i zakochałam się w niej. To niezwykle ciepła, urocza, pozytywna i podnosząca na duchu powieść, która opowiada o miłości do literatury, chęci do życia, dobroci i niezwykłej przyjaźni. "Stworzyszenie Miłośników..." to książka stanowiąca wspaniały opatrunek na obolałe serce, napisana z humorem i polotem, ale także dużą dozą powagi i szacunku, ponieważ akcja dotyczy okresu po II wojnie światowej, a także jej samej. Nie musi Was jednak odstraszać w żaden sposób jej umiejscowienie w czasie. Tak naprawdę przez większość akcji jej fabuła rozgrywa się na jednej z wysepek, wśród ludzi pełnych dobroci i życzliwości... i zamienia się w piękną, uniwersalną baśń niezanurzoną w czasoprzestrzeni.

To przepiękna powieść epistolarna, która przywraca wiarę w ludzi i opowiada pięknie o wojnie... Wzrusza, a jednocześnie krzepi. Przytoczone w tej fabularnej opowieści przez autorki fakty dotyczące okupacji Wysp Normadzkich (niekiedy druzgoczące, często bolesne), wzbudzają łzy - zawsze wywołują emocje, ale bohaterowie tej powieści mają sposób na odczarowanie tych pokładów zła, nienawiści i bólu - zanurzają się w przyjaźni, którą się darzą, miłością, którą chcą obdarować innych... i klasycznej literaturze, która okazuje się być remedium na całe zło. 

"Stowarzyszenie..." to także urocza, ale nieprzesłodzona opowieść miłosna. Jej bohaterowie są barwni, to postacie nieegoistyczni, prawdziwe, zmagające się z różnymi lękami, ale jednocześnie posiadający nadzieję i wiarę w lepsze jutro... To książka przed którym czytaniem nie wzdragają się nawet mężczyźni. Rozgrzewa zatwardziałe serducha, a jednocześnie równie często jak wzruszenie... wywołuje na twarzy uśmiech. Naprawdę niesamowita, lekka, a przy tym tak inteligentna i poruszająca pozycja. Wrócę do niej z pewnością! 

PS. Już w kwietniu w kinach pojawi się film na podstawie tej powieści - Guernsey. :)

Moja ocena: 10/10 (w kategorii książek lekkich i przyjemnych :))) 

Tytuł: Carrie
Autor: Stephen King
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Stron 208

Carrie White jest inna niż jej rówieśnicy. Nie chodzi na prywatki, nie interesują się nią chłopcy, stanowi obiekt kpin i docinków. Matka – religijna fanatyczka – za wszelką cenę usiłuje uchronić ją przed grzechem. Pewnego razu Carrie się jednak buntuje i idzie na szkolny bal. Gdy tam pada ofiarą okrutnego żartu, rozpętuje się piekło... dziewczyna jest telekinetką o olbrzymiej mocy, której postanawia użyć, by zemścić się na prześladowcach. Ci, którzy ją dręczyli, gorzko tego pożałują.

Moja krótka opinia: 
To moje pierwsze spotkanie z prozą King, do którego doszło, ponieważ byłam swego czasu zafascynowana ekranizacją tej pozycji. Ciekawe i udane. Bardzo delikatna i lekka literatura grozy - bardzo ciekawie napisana (została wzbogacona wycinkami z gazet, relacjami świadków, fragmentami książek za sprawą których poznajemy historię Carrie) oraz posiadająca - moim zdaniem - wymiar ważny przede wszystkim społecznie. To świetna powieść psychologiczna, ponieważ Carrie, która posiadając moc telekinezy doprowadza do zagłady i śmierci wielu osób... była po prostu zagubioną nastolatką, wychowywaną przez ortodoksyjną matkę. Pragnęła czuć się kochana, a była odrzucana i szykanowana - zarówno przez rówieśników jak i matkę. To inni doprowadzili w pewnym sensie do przemiany Carrie i zła, które uczyniła... 

Znałam film, więc fabuła nie była dla mnie zaskoczeniem (zresztą nie będzie nawet dla czytelnika znającego tą historię, ponieważ autor troszkę wyprzedza główne wydarzenia...), ale i tak poznawałam tę historię z wypiekami na twarzy! Krótka,  niezwykle treściwa i wciągająca powieść. King nadał jej pewne cechy autentyczności... i odwalił kawał świetnej roboty. To powieść o braku akceptacji, zagubionej nastolatce, paskudnej młodzieży, która potrafi zmienić życie drugiego człowieka w piekło....Tym razem jednak źle wybrali, bowiem Carrie potrafiła zamienić w piekło także ich życie. Niezmiennie (zarówno w filmie jak i książce) zachwyca mnie postać Sue, dynamicznej bohaterki, która potrafi przyznać się do błędu, darzyć współczuciem Carrie... 

King w swojej debiutanckiej powieści zachwyca i tworzy coś zapadającego w pamięć. Po "Carrie" jestem już pewna, że chcę poznać inne książki Kinga. Oczywiście - ta powieść nie wciska ze strachu w fotel, jej fenomen polega na czymś zupełnie innym niż uczucie grozy - jednak i tego mi w niej nie brakowało. Świetnie napisana, mądra, genialnie przez autora przemyślana. i naprawdę poruszająca historia o tym jak podli, a zarazem krusi potrafimy być. 

Moja ocena: 8/10

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...