niedziela, 28 stycznia 2018

(682) Własnym zdaniem

Tytuł: Własnym zdaniem
Autor: Vladimir Nabokov
Wydawnictwo Aletheia
Stron 354

Vladimir Nabokov - rosyjsko - amerykański klasyk literatury XX wieku, który sam o sobie pisze, że uważa się za pisarza amerykańskiego, urodzonego w Rosji, który wykształcenie zdobył w Anglii i przeniknięty został kulturą Europy Zachodniej. To autor kojarzony w Polsce (i na całym świecie) przede wszystkim z "Lolitą", jednak na jego ogólną literacką sławę złożyło się opublikowanie wielu innych powieści, takich jak "Zaproszenie na egzekucję" czy też "Pnin"."Własnym zdaniem" to wybór "wywiadów", których udzielił, listów i artykułów, które napisał. Już tutaj należy wspomnieć, że nie do końca możemy to nazwać "wywiadami", ponieważ Nabokov w wielu kwestiach był perfekcjonistą. W związku z tym nie lubił robić z siebie głupka zastanawiając się nad odpowiedzią i przemawiając publicznie bez wcześniejszego przygotowania - "wywiady", w których brał udział wyglądały w ten sposób, że odpowiadał pisemnie na wcześniej przesłane przez zainteresowanych pytania. Już teraz zaznaczę, że aby czerpać przyjemność z lektury tej pozycji nie trzeba znać książek autora. 

Z "Własnym zdaniem" wyłania się obraz pisarza przekonanego o swoim talencie, trochę zadufanego w sobie, ale przy tym ogromnie szczerego i myślę, że przez to zasługującego na sympatię czytelnika. Nabokov oprócz tego, że często bardzo sarkastyczny i ironiczny jest w swoich wypowiedziach diabelnie inteligentny. To świetny pisarz, z zamiłowania badacz motyli (czyli lepidopterolog), niezwykły naukowiec, który motylami zafascynowany pozostał do końca życia... posiadał fascynującą, godną poznania osobowość. Wiele przeżył. Był rosyjskim arystokratą, który przez rewolucję stracił wszystko, emigrantem, który za Rosją - szczególnie tą bolszewicką nigdy nie tęsknił. Z jego wypowiedzi poznajemy szczątki biografii - wystarczające, ponieważ "Własnym zdaniem" przedstawia przede wszystkim opinie Nabokova - radykalne, niepopularne i właśnie dlatego tak godne uwagi. 

Czytanie "Własnym zdaniem" stanowiło dla mnie czystą przyjemność, choć nie jest zbiorem idealnym. Fakt, że do wywiadów, które zostały przedstawione nigdy nie doszło w pewnym sensie "na żywo" (Nabokov nawet swoje wykłady podczas pracy na Cornell, czytał z kartki...) sprawia, że brak im niekiedy dynamiki. Nabokov w swojej odpowiedzi porusza jakiś ciekawy temat, ale nie zostaje już przez dziennikarza "pociągnięty za język" pod tym kątem, ponieważ... dziennikarz w tym nie uczestniczy, a przecież nie mógł się spodziewać odpowiedzi Nabokova. Wywiady zostały ułożone w kolejności chronologicznej i niektóre pytania w lekko zmienionej formie, ale się powtarzają... tak samo jak odpowiedzi Nabokova. Pewne rzeczy pozostają w końcu niezmiennie jak np. to jak Nabokov czuł się z tym, że przestał pisać po rosyjsku.  Co więcej... odpowiedzi Nabokova są o wiele inteligentniejsze niż pytania dziennikarzy. Listy i artykuły zajmują o wiele mniej miejsca w tej książce, ale także zasługują na uwagę - szczególnie teksty dotyczące przekładu, błędów w tłumaczeniu oraz sporu z wydawcą "Lolity". 

Odkąd dwa lata temu usłyszałam od nauczycielki, że w "Folwarku zwierzęcym" Orwell ukazał problem cierpienia zwierząt i tak naprawdę jest to tekst oprócz tego, że o totalitaryzmie... to także o potrzebie wegetarianizmu i weganizmu... zaczęłam się zastanawiać nad tym jak wiele "krytycy" wmawiają autorom, jak wiele znaczeń (często niepotrzebnych) i inspiracji przypisują ich powieściom. We "Własnym zdaniem" widać do doskonale. Nabokov dostaje pytania typu "W pana powieści [tu tytuł] doskonale widać inspirację [tu tytuł książki, nazwisko pisarza]." Odpowiedź Nabokova w większości przypadków brzmi "Nie inspirowałem się tą powieścią, ponieważ przeczytałam ją dopiero x lat po napisaniu swojej". To samo tyczy się symbolów, filozofii, odniesień do życia prywatnego, których krytycy w każdej powieści Nabokova widzą pełno, a którym sam autor zdecydowanie zaprzecza. 

Poglądy Nabokova są radykalne - pisarz krytykuje wielkie, uznane przez krytyków dzieła. Balzaca, Stendhala i Sartre nazywa "przecenionymi miernotami", a mówiąc o powieściach Dostojewskiego posługuje się sformułowaniami typu "melodramatyczny bełkot i pretensjonalny mistycyzm", docenia za to prozę Joyce'a, Kafki i Herberta Wellsa. W swoich opiniach jest szczery i bezkompromisowy - tym budzi odrazę niektórych. Specyficzne podejście ma także do krytyki kierowanej względem niego..., którą rzekomo w ogóle się nie przejmuje. 

"Własnym zdaniem" to bardzo ciekawy zbiór wywiadów, esejów i listów, które przybliżają postać Nabokova, nawet czytelnikowi niezorientowanemu w jego powieściach. Oczywiście - wywiady są pełne odniesień do jego utworów, jednak nawet wtedy można czerpać przyjemność z poznawania odpowiedzi autora, który rozprawia się z wieloma mitami związanymi z interpretacją jego dzieł. To książka, w której autor odnosi się do sytuacji na świecie, polityki, literatury i sztuki, a także postaci artysty. Nie skupia się na symbolach, ideologiach i inspiracjach w swoich dziełach... większą uwagę zwraca na odczuwanie literatury. Jej jakość mierzy stopniem "mrowienia w krzyżu"... emocjami, które wywołuje w czytelniku lektura. To inteligentna i warta uwagi pozycja. 

Moja ocena: 8/10

środa, 24 stycznia 2018

(681) Literackie impresje #1


Literackie impresje to cykl postów, w którym będę opowiadała Wam o książkach, pozycjach przeczytanych - niezrecenzowanych. Będą to zawsze tzw. pozycje "z półki". Dlaczego niezrecenzowane? Czytam zawsze, jednak nie zawsze udzielam się aktywnie w świecie recenzenckim. W czasie choroby, wakacji... Te pozycje przeczytane nawarstwiają się, jednak nie zawsze mogą doczekać się recenzji. Nie mniej - pozostają na półkach i w sercu - zajmują miejsce lepsze lub gorsze, ale są. Tworzą mój czytelniczy świat, książkową rzeczywistość, a przecież właśnie o tym jest strona "Książki - inna rzeczywistość". 

"Carrie", "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" oraz "I była miłość w gettcie" przeczytałam w lipcu 2017 roku. Gdzieś z tyłu głowy zawsze pozostawała myśl, żeby o nich napisać..., ale zawsze brakowało czasu. Po tak długim czasie nie potrafię... i chyba nawet nie chcę podejmować się pisania ich standardowej recenzji, ale chcę wspomnieć o nich kilka słów. Tym bardziej, że to tak naprawdę czas rewiduje to jak dobra była dana książka, jak bardzo zapadła nam w pamięć.

Tytuł: I była miłość w gettcie
Autor: Marek Edelman & Paula Sawicka
Wydawnictwo Czarne
Stron 184

Opis wydawcy:

„Życie tam, w getcie, w pojedynkę było niemożliwe. Bez tego nie można było przeżyć i zostać człowiekiem. Zawsze trzeba było mieć kogoś do pary w tym sensie, że trzeba było mieć przy sobie drugiego człowieka, który myśli tak samo, który jest w ciebie tak samo wciągnięty, jak ty w niego. Dla którego zrobisz wszystko, a on dla ciebie. I to jest miłość” – pisał Marek Edelman, jeden z dowódców powstania w getcie warszawskim. W rozmowie z Paulą Sawicką przywołuje najintymniejsze chwile z życia swoich przyjaciół, znajomych, niekiedy zupełnie obcych ludzi. Wypływa z nich uniwersalne przesłanie: to uczucie pokonuje wszystko, pozwala na szczęście, wyzwala od strachu, także przed śmiercią. 

I była miłość w getcie, historia opowiedziana prosto i bez patosu, w przejmujący sposób dotyka jądra człowieczeństwa.

Moja krótka opinia: 
"I była miłość w gettcie" to książka, która dawno temu trafiła w moje ręce w antykwariacie. Wiedząc od mojej mamy, że Edelman to człowiek, z którym wywiady warto czytać - kupiłam ją bez zastanowienia - tym bardziej, że kosztowała zaledwie złotówkę. Chyba każdy z nas przeżywał w swoim życiu etapy zafascynowania holokaustem - historiami tych ludzi. Dla mnie ten etap w momencie, kiedy książka Edelmana trafiła w moje ręce... już dawno przeminął, ale i tak... byłam  jej ogromnie ciekawa. Przygotowując się do wakacyjnego wyjazdu - wiedziałam, że chcę zabrać książki różnorodne i w miarę krótkie. Książka Edelmana jako krótka wpisała się w ten plan i zamiar idealnie. 

Mam wielki szacunek do wszelkich wspomnień wojennych, ale ten szacunek nie przeszkadza mi w wydawaniu własnych, ogromnie subiektywnych opinii na temat literatury. Więc nie zamierzam zachwalać tej książki jedynie dlatego, że opowiada o ludzkich tragediach... 

"I była miłość w gettcie" to bez wątpienia napisana ciekawie i bardzo prosto historia, która pokazuje, że nic nie jest czarno - białe, a i zachowanie Polaków wobec Żydów nie zawsze wyglądało tak jak powinno. Zainteresował mnie szczególnie wątek niemożności zgrania się żydowskich i polskich oddziałów powstańczych podczas powstania warszawskiego. O tym się nie mówi, a książka Edelmana pokazuje, że jest o czym. Podczas kolejnych rocznic powstania warszawskiego mówimy o nastrojach powstańców, mieszkańców Warszawy, ale nie wspominamy o podziałach wyznaniowych... i wzajemnej niechęci. Wśród pozytywnej narracji wychwalającej Polaków, którzy ratowali Żydów - zapomina się o tym, że niektórzy Polacy działali na niekorzyść wyznawców judaizmu. 

Przyznam, że miałam o tej książce przed jej lekturą zupełnie inne wyobrażenie - oczekiwałam poruszającej historii o miłości wśród rodziny, przyjaciół, ukochanych. Nie wiem jak scharakteryzować tę książkę, ponieważ jest w niej kilka słów o życiu w gettcie, trochę o powstaniu, ludziach, których znał Edelman, kilka mniej lub bardziej przejmujących historii, opis getta. Gdzieś miłość w tej książce została zatracona, a skupiona została raczej na działalności Edelmana i jego znajomych w tajnych organizacjach, działaniach powstańczych... historii pokazujących miłość - jest tyle co kot napłakał. Jednak i je trzeba docenić... matka oddająca "numerek życia" córce, nauczycielka idąca ze swoimi uczniami na śmierć - to piękne wzorce i postawy o których warto pamiętać. 

Książkę Edelmana czyta się ekspresowo - jest bardzo krótka. To ciekawe i ważne świadectwo holokaustu i powstania warszawskiego, ale nie wyróżnia się w żaden sposób na tle innych książek poruszających ten temat. W dodatku - od takiej literatury oczekują przede wszystkim emocji... tu mi ich zabrakło. Może wynika to nie tyle z dystansu autora - co ze stylu wypowiedzi. 

Moja ocena: 6+/10

Tytuł: Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek
Autor: Mary Ann Shaffer & Annie Barrows
Wydawnictwo Świat Książki
Stron 256

Opis wydawcy: 
Niezwykła historia o ludzkich uczuciach i książkach, które pomagają znieść rzeczy niemożliwe do zniesienia. 

Jest rok 1946. Juliet, młoda pisarka, objeżdża zniszczoną Anglię, promując swą książkę i szukając tematu do następnej. Przypadkiem dowiaduje się o małej wyspie Guernsey, na której istnieje dziwne Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek. Powołali je podczas wojny rolnicy i gospodynie, by uratować kilka osób przed aresztowaniem. Ale jak się ma literatura do placka z obierek? Zaciekawiona Juliet odwiedza Guernsey. Urzeczona przyrodą, ciszą a przede wszystkim serdecznością ludzi, postanawia osiąść na wyspie. Znajduje tu nie tylko kopalnię tematów, ale także miłość.

Moja krótka opinia: 
Czytałam ją w upalny dzień na plaży... i zakochałam się w niej. To niezwykle ciepła, urocza, pozytywna i podnosząca na duchu powieść, która opowiada o miłości do literatury, chęci do życia, dobroci i niezwykłej przyjaźni. "Stworzyszenie Miłośników..." to książka stanowiąca wspaniały opatrunek na obolałe serce, napisana z humorem i polotem, ale także dużą dozą powagi i szacunku, ponieważ akcja dotyczy okresu po II wojnie światowej, a także jej samej. Nie musi Was jednak odstraszać w żaden sposób jej umiejscowienie w czasie. Tak naprawdę przez większość akcji jej fabuła rozgrywa się na jednej z wysepek, wśród ludzi pełnych dobroci i życzliwości... i zamienia się w piękną, uniwersalną baśń niezanurzoną w czasoprzestrzeni.

To przepiękna powieść epistolarna, która przywraca wiarę w ludzi i opowiada pięknie o wojnie... Wzrusza, a jednocześnie krzepi. Przytoczone w tej fabularnej opowieści przez autorki fakty dotyczące okupacji Wysp Normadzkich (niekiedy druzgoczące, często bolesne), wzbudzają łzy - zawsze wywołują emocje, ale bohaterowie tej powieści mają sposób na odczarowanie tych pokładów zła, nienawiści i bólu - zanurzają się w przyjaźni, którą się darzą, miłością, którą chcą obdarować innych... i klasycznej literaturze, która okazuje się być remedium na całe zło. 

"Stowarzyszenie..." to także urocza, ale nieprzesłodzona opowieść miłosna. Jej bohaterowie są barwni, to postacie nieegoistyczni, prawdziwe, zmagające się z różnymi lękami, ale jednocześnie posiadający nadzieję i wiarę w lepsze jutro... To książka przed którym czytaniem nie wzdragają się nawet mężczyźni. Rozgrzewa zatwardziałe serducha, a jednocześnie równie często jak wzruszenie... wywołuje na twarzy uśmiech. Naprawdę niesamowita, lekka, a przy tym tak inteligentna i poruszająca pozycja. Wrócę do niej z pewnością! 

PS. Już w kwietniu w kinach pojawi się film na podstawie tej powieści - Guernsey. :)

Moja ocena: 10/10 (w kategorii książek lekkich i przyjemnych :))) 

Tytuł: Carrie
Autor: Stephen King
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Stron 208

Carrie White jest inna niż jej rówieśnicy. Nie chodzi na prywatki, nie interesują się nią chłopcy, stanowi obiekt kpin i docinków. Matka – religijna fanatyczka – za wszelką cenę usiłuje uchronić ją przed grzechem. Pewnego razu Carrie się jednak buntuje i idzie na szkolny bal. Gdy tam pada ofiarą okrutnego żartu, rozpętuje się piekło... dziewczyna jest telekinetką o olbrzymiej mocy, której postanawia użyć, by zemścić się na prześladowcach. Ci, którzy ją dręczyli, gorzko tego pożałują.

Moja krótka opinia: 
To moje pierwsze spotkanie z prozą King, do którego doszło, ponieważ byłam swego czasu zafascynowana ekranizacją tej pozycji. Ciekawe i udane. Bardzo delikatna i lekka literatura grozy - bardzo ciekawie napisana (została wzbogacona wycinkami z gazet, relacjami świadków, fragmentami książek za sprawą których poznajemy historię Carrie) oraz posiadająca - moim zdaniem - wymiar ważny przede wszystkim społecznie. To świetna powieść psychologiczna, ponieważ Carrie, która posiadając moc telekinezy doprowadza do zagłady i śmierci wielu osób... była po prostu zagubioną nastolatką, wychowywaną przez ortodoksyjną matkę. Pragnęła czuć się kochana, a była odrzucana i szykanowana - zarówno przez rówieśników jak i matkę. To inni doprowadzili w pewnym sensie do przemiany Carrie i zła, które uczyniła... 

Znałam film, więc fabuła nie była dla mnie zaskoczeniem (zresztą nie będzie nawet dla czytelnika znającego tą historię, ponieważ autor troszkę wyprzedza główne wydarzenia...), ale i tak poznawałam tę historię z wypiekami na twarzy! Krótka,  niezwykle treściwa i wciągająca powieść. King nadał jej pewne cechy autentyczności... i odwalił kawał świetnej roboty. To powieść o braku akceptacji, zagubionej nastolatce, paskudnej młodzieży, która potrafi zmienić życie drugiego człowieka w piekło....Tym razem jednak źle wybrali, bowiem Carrie potrafiła zamienić w piekło także ich życie. Niezmiennie (zarówno w filmie jak i książce) zachwyca mnie postać Sue, dynamicznej bohaterki, która potrafi przyznać się do błędu, darzyć współczuciem Carrie... 

King w swojej debiutanckiej powieści zachwyca i tworzy coś zapadającego w pamięć. Po "Carrie" jestem już pewna, że chcę poznać inne książki Kinga. Oczywiście - ta powieść nie wciska ze strachu w fotel, jej fenomen polega na czymś zupełnie innym niż uczucie grozy - jednak i tego mi w niej nie brakowało. Świetnie napisana, mądra, genialnie przez autora przemyślana. i naprawdę poruszająca historia o tym jak podli, a zarazem krusi potrafimy być. 

Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 22 stycznia 2018

(680) Kiedy będziemy wolne

Tytuł: Kiedy będziemy wolne. Moja walka o prawa człowieka.
Autor: Szirin Ebadi
Wydawnictwo Znak

Szirin Ebadi to społeczna aktywistka, nauczycielka akademicka, pierwsza sędzina w historii Iranu i laureatka Pokojowej Nagrody Nobla. "Kiedy będziemy wolne" to jej historia - historia walki z irańskim reżimem: o prawa człowieka, prawa kobiet, a także szokujący raport dotyczący masowych aresztowań, publicznych egzekucji, tortur przeprowadzanych na opozycjonistach, opowieść o działaniach policji moralnej, codziennym życie w Teheranie, gdzie kobieta może zostać aresztowana za randkowanie... jak i wystający spod chusty kosmyk włosów. Rewolucja islamska i wprowadzenie prawa szariatu odmieniło życie tysięcy osób w Iranie. W tym życie Szirin Ebadi, która szybko stała się wrogiem publicznych, zagrożeniem dla władzy, choć... nigdy nie chodziło jej o politykę, a jedynie o prawa człowieka. 

Ebadi w swojej książce ujawnia szczegóły dotyczące jej osobistego dramatu. Służby wewnętrzne terroryzowały jej przyjaciół, współpracowników i rodzinę. Niektórzy się od niej odsunęli dla własnego bezpieczeństwa. Ci, którzy tego nie zrobili... szybko zaczęli tego żałować. Więzienie, tortury... Szirin Ebadi - jej głos głośno rozbrzmiewający na świecie miał rzekomo działać na niekorzyść państwa - w rzeczywistości mógł działać jedynie na niekorzyść reżimu. Ważne jest to, co podkreśla sama autorka - nigdy nie chodziło jej o polityczne rozrywki. Została w nie jednak uwikłana... Pewnego dnia wyjechała na zagraniczną konferencję i nigdy już do Iranu nie powróciła - sprawa była jasna - może zostać za granicą i działać na rzecz praw człowieka, które w Iranie są ciągle łamane lub wrócić do ojczyzny i resztę życia spędzić w więzieniu. Rząd zemścił się jednak na jej rodzinie. Utrudniał opuszczenie kraju jej córce; a mąż Szirin został uwiedziony przez agentkę, nagrany i skazany za cudzołóstwo, na ukamienowanie. Odebrano jej wszystko - dom, kosztowności, oszczędności, a także Nagrodę Nobla... włącznie z medalem, który z tej okazji otrzymała. Jej mąż niknąć śmierci mógł tylko w jeden sposób - wyrzekając się swojej żony, nazywając ją zdrajczynią, wrogiem publicznym, mówiąc, że tak naprawdę działa na rzecz obcego wywiadu... i inne podobne bzdury. Te wymienione przeze mnie sytuacje są jednymi z wielu, które w swojej książce opisuje irańska działaczka. 

"Kiedy będziemy wolne" to już jak sugeruje sam tytuł, poprzez użycie formy żeńskiej... książka o kobietach. Działaczkach, feministkach, prawniczkach, matkach i córkach, które podejmują nierówną walkę (poprzez działania o mniejszym lub większym zakresie) z państwem kontrolowanym w pełni przez ekstremistycznych wyznawców islamu, którzy w religii upatrują możliwości rozszerzania swoich wpływów. Ebadi opowiada przede wszystkim o silnych kobietach. Jednak siła nie wyklucza problemów z wyborem życiowej drogi, sposobu postępowania. W nich wszystkich wielkie idee kłócą się z chęcią zadbania o dobrobyt swój i swojej rodziny. Podejmują trudne decyzje i wybory, choć zdają sobie sprawę z ich możliwych konsekwencji, a potem z godnością je znoszą.

Postać Szirin Ebadi i jej historia zasługuje na ogromną uwagę. Mimo otrzymania Pokojowej Nagrody Nobla w Polsce jest postacią dosyć mało znaną. Jej życie - walka o prawa człowieka, a przede wszystkim wybory, które podejmowała i nadal podejmuje jako matka i żona - kobieta, przyjaciółka, współpracowniczka i działaczka zmuszają do refleksji. To kobieta, która w imię idei zrezygnowała ze swojego całego dotychczasowego życia. Nigdy nie zwróciła się przeciwko swojej religii ani państwu, ale przez nie została wykluczona. Poświęciła swoje małżeństwo w imię nierównej walki. Niejednokrotnie ryzykowała szczęściem swoich córek (które doceniały jej działalność), aby zapewnić choć odrobinę wolności irańskim kobietom. Próbowała wykorzystać wszystkie możliwe, dostępne jej środki, oczywiście w granicach irańskiego prawa, które z czasem jednak zaczęło się kurczyć tak bardzo, że... adekwatniejszym pojęciem stało się bezprawie.

"Kiedy będziemy wolne" to poruszająca historia kobiety, która w imię walki o prawa człowieka poświęciła swoje życie (małżeństwo, dom, kontakty z irańskimi znajomymi...) i tzw. "święty spokój". Przytoczone przez noblistkę wspomnienia pokazują eskalację dyktatury, ucisk, który powoduje. Przybliża Iran, mentalność ludzi, a także pokazuje jak wiele szarości istnieje w świecie muzułmańskim. Iran nie był idealny nawet przed rewolucją islamską - polski czytelnik podczas lektury tej książki zda sobie z tego sprawę ekspresowo. Nie mniej to co działo się później (i niestety cały czas dzieje) jest o wiele gorsze. Książka stworzona przez Ebadi to ważna pozycja o silnych kobietach, Iranie i działaniu na rzecz prawa człowieka. Bardzo szczera, a przez to poruszająca. Nie wszystkie działania, postępowania Ebadi spotkają się z przyklaskiem ze strony czytelnika - jej niektóre zachowania mogą wręcz budzić pewne kontrowersje, bo czy... nie powinno być tak, że rodzina znajduje się zawsze na pierwszym miejscu? "Kiedy będziemy wolne" to bardzo ciekawa i wartościowa literatura faktu, która poszerza horyzonty poprzez ukazanie i uświadomienie człowiekowi jak bardzo prawa człowieka w świecie islamskich ekstremistów są łamane. Nie chodzi jednak o potępienie islamu lub wzruszające historyjki o uciemiężonych kobietach, ale o historyczną prawdę opowiedzianą przez inteligentną działaczkę. Prawdę popartą wieloma przykładami wynikającymi z jej doświadczeń osobistych oraz tych zawodowych. To bardzo wartościowa pozycja na rynku literackim, która pokazuje sposób działania aparatu państwowego.

Zachęcam także do przeczytania wywiadu z autorką: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,22518940,iranska-noblistka-szirin-ebadi-wasza-wladza-tez-boi-sie.html?disableRedirects=true - to przedsmak tego, co oferuje książka "Kiedy będziemy wolne". 

niedziela, 21 stycznia 2018

(679) Kiedy była porządną dziewczyną

Tytuł: Kiedy była porządną dziewczyną
Autor: Philip Roth
Wydawnictwo Literackie
Stron 392

Opis wydawcy:

Lata czterdzieste dwudziestego wieku, małe miasteczko na Środkowym Zachodzie. Lucy Nelson ma za sobą trudne dzieciństwo. W walce z uzależnieniem alkoholowym ojca, który ostatecznie trafił do więzienia, poniosła sromotną porażkę. Pomimo tego wciąż próbuje zmieniać mężczyzn wokół siebie, nawet jeśli może to doprowadzić do jej zguby.

Jednym z kolejnych „pacjentów” Lucy staje się mąż, Roy – człowiek niedojrzały i nieodpowiedzialny, życiowy nieudacznik. Czy Lucy wygra w tej nierównej walce?

Moja opinia: 
Prozę Rotha uwielbiam, a każda chwila, kiedy sięgam po jego kolejną powieść jest dla mnie prawdziwym świętem. Za mną "Everyman", "Konające zwierzę", "Wzburzenie", "Teatr Sabata" i "Amerykańska sielanka" - wszystkie doskonałe, precyzyjne i niezwykle celne w obrazowaniu amerykańskiego społeczeństwa. Philip Roth to marka sama w sobie. Ten amerykański pisarz już od lat wymieniany jest jako jeden z głównych kandydatów do Literackiej Nagrody Nobla. Jego proza jest poruszająca, wciągająca, a bohaterowie barwni i bardzo prawdziwi zarówno w swoich wadach jak i zaletach. Z tym, że Roth słynie także z tego, że głównymi bohaterami jego powieści są mężczyźni. W sumie od tej reguły istnieje tylko jeden wyjątek... jest nim właśnie powieść "Kiedy była porządną dziewczyną". Moje jak dotąd jedyne, ale bardzo silne rozczarowanie prozą Rotha. 

Małe, amerykańskie miasteczko, a w nim główna bohaterka - Lucy Nelson. Jej dzieciństwo zostało naznaczone alkoholizmem ojca, biernością i brakiem zaradności matki. Milczeniem ukochanych osób. To wszystko sprawiło, że czuła się bardzo samotna, bezradna i niezaradna życiowo. Historia stara jak świat... Lucy, choć potępiająca to jak wyglądała jej rodzina, małżeństwo jej rodziców, dzieciństwo... w swoim życiu powtarza podobne błędy. Wybiera niewłaściwego faceta, nie potrafi zapanować nad własnym życiem, ale stara się. Pragnie wyrwać się z rodzinnego środowiska, jednak wpada w ramiona faceta, który ciągnie ją na dno. Odnawia piekło, które przeżywała jako dziecko. Lucy zaczyna się wycofywać, a jej egzystencji towarzyszą coraz większe pokłady lęku. Natomiast najciekawszym aspektem jej historii było dla mnie jej macierzyństwo. 

Powieści Rotha charakteryzuje dużo ilość ironii - w tej także jest to widoczne. Bez wątpienia Roth posługuje się językiem po mistrzowsku - kreśli każde zdanie wyraźną kreską i stara się, aby dialogi były błyskotliwe - w zależności oczywiście od tego, który z bohaterów w rozmowie uczestniczy. W powieściach Rotha zawsze ujmowało mnie to, że potrafiłam w nich znaleźć cząstkę siebie. W tym przypadku jednak tak nie było - postać Lucy, choć tragiczna... budziła nie tyle mój żal, co irytację. Wolę Rotha zdecydowania jako pisarza tworzącego charaktery męskie. Mam wrażenie, że gdzieś się pogubił... zbytnio utragicznił i zinfantylizował postać Lucy. To w gruncie rzeczy słaba kobieta, która robi wszystko dla innych, choć z krzywdą dla siebie. Gdzieś w jej zachowaniu zaciera się granica między dobrocią a głupotą. 

"Kiedy była porządną dziewczyną" tak jak inne powieści Rotha opisuje życie w małym miasteczku, zamknięcie społeczności, baczne spojrzenie jej uczestników zwrócone na innych, mentalne ograniczenie, stereotypowość, niechęć względem innego sposobu życia niż ten wybrany przez nich. To wszystko cenię w prozie Rotha - poruszanie amerykańskich problemów i obrazowanie społeczności, jednak tym razem autor podał to wszystko w zbyt ciężkiej i topornej formie. Zabrakło mi w tej książce pewnej dozy polotu i lekkości. Roth napisał po prostu wiele lepszych książek. 

"Kiedy była porządną dziewczyną" zaczyna się ciekawie i początkowo wciąga, jednak potem fabuła, dialogi stają się zbyt rozwleczone, a sama historia nie tyle płytka... co po prostu nużąca, męcząca i nudna. Brak wyraźnego punktu na którym mogłabym zawiesić wzrok sprawił, że cała historia gdzieś ok. połowy książki zaczęła mnie już ogromnie męczyć. To spowodowało, że potem już częściej odpływałam myślami... niż trwałam przy bohaterce i jej perypetiach. Roth porusza w niej kilka ciekawych wątków jak np. fałszywa pobożność, uzależnienie od drugiej osoby, chorobliwy przymus czynienia dobra, jednak to wszystko podał czytelnikom w sposób, który w ogóle do mnie nie przemówił. Jestem zawiedziona, bo ta historia miała duży potencjał. Nie mniej - z Roth'em się nie rozstaję, do poznawania jego twórczości cały czas gorąco Was zachęcam, ale... nie zaczynajcie przygody z tym autorem od tej powieści. Napisał wiele lepszych książek. 

Moja ocena: 6/10

sobota, 20 stycznia 2018

(678) Tkanka

Tytuł: Tkanka
Autor: Natalia de Barbaro
Wydawnictwo Literackie
Stron 56

Nie jestem wielką fanką poezji - zresztą jak większość ludzi (także tych czytających). Szkolarskie podejście, analizowanie każdej najmniejszej metafory, symbolu, porównania, wypisywanie środków stylistycznych zastosowanych przez autora, analizowanie każdego słowa sprawiają, że bardzo często zapominamy dostrzegać samą treść. Brakuje interpretacji tekstu, którą zastępuje analiza formy. Na moich półkach znajduje się jednak kilkadziesiąt tomików poezji - takich klasyków jak Horacy, Leśmian, Morsztyn, Kochanowski czy Biernat z Lublina, a także tych twórców mniej znanych. Ci wszyscy poeci przeze mnie wymienieni są gruntownie "przerabiani" na lekcjach polskiego - szczególnie na profilu humanistycznym. To często sprawia, że samodzielnie już po nich nie sięgamy. Nie wszyscy poezję lubią, nie wszyscy ją cenią - moim zdaniem powinna przede wszystkim przemawiać do serca i duszy odbiorcy, wywoływać w nim obrażenia. Do mnie w ten sposób przemawiają utwory Poświatowskiej, Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej (te spotkania z ich poezją zostały jednak wzbogacone za sprawą znajomości ich biografii), a także ks. Jana Twardowskiego. 

Dzisiaj chcę opowiedzieć Wam parę słów o króciutkim tomiku poezji Natalii de Barbaro pt. "Tkanka". Pani Natalia to z zamiłowania poetka, a z wykształcenia psycholożka. Zadebiutowała w 2010 roku, książką poetycką pt. "Ciemnia". W "Tkance" zostało zawarte 35 wierszy jej autorstwa. Piszę o tych wierszach, ponieważ zasługują na uwagę - wywołują w czytelniku obrażenia. Wzbudzają niepokój, wprawiają w drżenie. Większość jest bardzo krótka, a z pewnością nie znajdziemy w tym zbiorze utworów długich. To poezja skupiona na kruchości życia i przemijaniu - ludzi, życia i rzeczy. 

Natalia de Barbaro przemawia do czytelnikami symbolami i skojarzeniami. Jej wiersze, choć krótkie są bardzo obrazowe i niosą za sobą wiele treści. Poetka w tym tomie skupia się na tematyce przemijania, utraty, śladów, które po sobie zostawiamy... Zabiera czytelników na drogi, do ogrodów, w krainę snów, w krajobrazy zimowe i wiosenne. Autorka trąca czytelnika, szturcha, przyprawia o lęk, pewną dozę smutku i nostalgii. Warto sobie ten tomik, jego poznawanie dawkować... to prosta, nieskomplikowana, ale bardzo mocna poezja, która uruchamia wyobraźnię i wrażliwość na otaczający nas świat. W tym wypadku nie trzeba się zastanawiać "co autor miał na myśli..." - wystarczy czuć. 

piątek, 19 stycznia 2018

(677) Szadź

Tytuł: Szadź
Autor: Igor Brejdygant
Wydawnictwo Marginesy
Stron 416

Opis wydawcy: 

Las. Młoda dziewczyna. Wygląda, jakby spała. Ale nie śpi. Wie, że zaraz umrze. I czuje, co robi z nią jej morderca, tyle że nie jest w stanie nawet mrugnąć.

Kiedy nad ranem zostają znalezione zwłoki, na miejscu zjawia się komisarz Agnieszka Polkowska. Nikt nie chce z nią pracować – zbyt wiele wymaga, słynie z ostrego języka i jest bardziej inteligentna od kolegów. Jej zaangażowanie w każdą ze spraw nie bierze się znikąd: ma kilka tajemnic i wolałaby się nimi nie dzielić. Ostatnie, czego jej trzeba, to błyskotliwy psychopata – człowiek, który odczuwa emocje tylko wtedy, gdy poluje. Gdy wybiera dziewczyny, osacza je i zabija: powoli, delektując się ich cierpieniem. Jest precyzyjny i metodyczny, przekonany, że nikt mu nie dorówna. Nie popełnia błędów. Do czasu.

Kiedy na jego drodze staje komisarz Polkowska, będzie musiał zmierzyć się równym mu przeciwnikiem, kimś, kto potrafi rozgryźć tok jego rozumowania i podążyć za makabrycznymi wskazówkami.

Czy Polkowskiej uda się ocalić kolejną dziewczynę, mimo seksizmu i niekompetencji jej szefów? Czy tajemnica z przeszłości, która dopada ją w chwili, gdy jej życie zaczyna się układać, pokrzyżuje śledztwo? Czy zdoła uratować życie kogoś, kto jest jej najbliższy?

Moja opinia: 
Nie ukrywam - do prozy Igora Brejdyganta mam słabość. Jego pierwsza książka, "Paradoks" wywarła na mnie bardzo silne wrażenie. Po kryminały sięgam stosunkowo rzadko, ale odkąd tylko zobaczyłam "Szadź" w zapowiedziach - wiedziałam, że tę powieść przeczytam na pewno. W książkach Brejdyganta nie chodzi jedynie o wątek kryminalny, akcję, dojście do prawdy, ale także o wybory moralne - wątki obyczajowe i społeczne, które są niebanalne. Do tego powieść Brejdyganta została idealnie osadzona w realiach polskich. Inteligentni czytelnicy dostrzegą w kryminale Brejdyganta ironię, humor i komentarze dotyczące sytuacji w Polsce... mniej lub bardziej delikatne - niektórych te wstawki polityczne, aspekt antysemityzmu, "Polski dla Polski", wrogości Polaków względem cudzoziemców i uchodźców, których w Polsce nie ma... może odrzucać, denerwować, irytować. Mnie jednak to odpowiadało, nie raziło, raczej uwiarygodniało całą historię. 

"Szadź" nie jest książką, w której chodzi o wykrycie sprawcy - czytelnika zna postać mordercy już praktycznie od pierwszych stron, domyśla się zakończenia całej historii, zagadką pozostają dla niego jedynie drobne powiązania, motywacje, sposób myślenia śledczego jak i poszukiwanego. Krótkie rozdziały, opisujące perspektywę różnych bohaterów sprawiają, że "Szadź" poznaje się w zaskakująco szybkim tempie. Mimo, że postać mordercy przed samym czytelnikiem zostaje odkryta ekspresowo - zaciekawienie i tak budzi proces dochodzenia do prawdy przez policję. Policję, która nie zawsze stanowi wzór godny do naśladowania. 

W powieści Brejdyganta występują policjanci dobrzy, utalentowani, a także głupi..., którzy wszędzie widzą zagrożenie lub miejsce do politycznej rozgrywki. Mam wrażenie, że niektóre sytuacje, procesy śledcze, dyskusje między policjantami zostały przerysowane, stały się wręcz karykaturalne. Niekiedy sytuacje im towarzyszące były wręcz absurdalne, a przynajmniej takie się wydawały... jednak nie ukrywajmy: wymiar sprawiedliwości i policja nie składają się z samych żądnych prawdy, ukarania winnego śledczych, którzy zarywają noce, żeby złapać winnych, przynieść spokój rodzinom pokrzywdzonym. Na tym tle wyróżnia się jednak Polkowska - śledcza utalentowana i zdeterminowana, by odkryć prawdę. Jednak.... nawet ona nie pasuje do modelu policjantek znanych z innych kryminałów. To lesbijka, która po osiemnastu latach postanawia odnowić kontakt ze swoją córką, a raczej dopiero zbudować tę relację. Sytuacja nie jest prosta, wywołuje w niej niekiedy jeszcze większy stres niż ściganie mordercy. 

Sam morderca to przebiegły drań, który jednak głęboko wierzy w swoja misję - jest inteligenty i przebiegły, przez wiele czasu zawsze krok przed śledczymi, którzy go ścigają . Poznaje swoje ofiary, wykorzystuje i brutalnie morduje. Ważny element tej powieści tworzą także postacie zamordowanych dziewczyn - religijnych, pogubionych, poszukujących istot, które tak naprawdę najbardziej na świecie pragną bliskiej relacji przyjacielskiej i miłosnej. Religia, wiara i relacja z Bogiem nie zawsze są wystarczające. Układy w kurii, relacje z Rosjanami, życie wśród małej społeczności - na "Szadź" można patrzeć pod wieloma aspektami. To właśnie na intencjach, myślach, ruchach i wyścigu z czasem, w którym uczestniczą bohaterowie - czytelnik powinien się skupić. 

Igor Brejdygant na co dzień pracuje jako scenarzysta - także jego powieść ma formę krótkich, niekiedy urywanych rozdziałów. To wzmacnia dynamikę tej powieści, a także sprawia, że bardzo łatwo się w niej zatracić... Znacie ten tekst "jeszcze tylko jeden rozdział?". W przypadku tej książki staje się to tym bardziej groźne, że kończąc jeden rozdział... widzicie, że kolejny ma tylko pół strony... i co zrobić? Trzeba przeczytać jeszcze jeden, a potem kolejny i tak dalej. Tym bardziej, że "Szadź" jest sympatyczną powieścią, w której dużo jest ludzkich przywar, układów i problemów. To świetna rozrywka, która jednak może nie zadowolić fanów wytrawnych zagadek kryminalnych. 

"Szadź" przyciąga wzrok swoją okładką. To dobrze napisana i skonstruowana historia, która wciąga i angażuje. Lubię styl Brejdyganta, jego sposób patrzenia na rzeczywistość, ale... mam poczucie, że stać go na jeszcze więcej. "Szadzi" się nie czyta, "Szadź" się pochłania, ale czuję pewien niedosyt. Zabrakło mi tutaj tej podwójnej moralności, która w "Paradoksie" tak mnie zachwyciła. Autorowi udało się wytworzyć podobny klimat, ale to "Paradoksowi" pozostaję wierna. Tamta powieść mnie zachwyciła, zapadła w pamięć, oczarowała, zmusiła do zastanowienia się nad tematem podwójnej moralności i sprawiedliwości, związała z charyzmatycznymi bohaterami. "Szadź", choć jest powieścią ciekawą i zapewniającą dawkę dobrej rozrywki - nie pokazuje pełni umiejętności Brejdyganta, więc aby zachwycić się jego prozą... sięgnijcie po "Paradoks". 

Moja ocena: 7/10 

czwartek, 18 stycznia 2018

(676) Wojna i terpentyna

Tytuł: Wojna i terpentyna
Autor: Stefan Hertmans
Wydawnictwo Marginesy
Stron 416

Dla Polaka słowo "wojna" wiąże się przede wszystkim z II wojną światową. Widać to w literaturze zarówno popularnej jak i tej faktu. Dla Belgów jednak o wiele większa znaczenie miała I wojna światowa - to właśnie jej skutki odczuwają do dnia dzisiejszego. Znajdują na polach kolejne niewypały i poszukują prawdy o losach swoich przodków. Mimo tego, że od traumy Wielkiej Wojny minęło już prawie 100 lat - pamięć o niej cały czas jest silna, choć na polskim rynku wydawniczym prawdopodobnie niezauważalna. "Wojna i terpentyna" Stefana Hertmansa jest pozycją unikatową - łączącą w sobie literaturę faktu z beletrystyką. Pozycją niezwykle poruszającą i wstrząsającą. Piękną opowieścią o wojnie, sztuce, miłości i percepcji przeszłości przez współczesnych. 

Dziadek Stefana Hertmansa, Urbain krótko przed śmiercią (w 1981 roku) powierzył mu swoje dzienniki, w których opisał swoje życie - pracę w odlewni żelaza, biedę, śmierć ojca, doświadczenia żołnierza walczącego na froncie podczas pierwszej wojny światowej, wielką pasję i miłość, która umarła. Hertmans przez lata jednak do tych dzienników nie zaglądał - pamięć o dramatycznych historiach, które pamiętał z dzieciństwa... była dla niego zbyt silna. Nie chciał do tego wracać, nie chciał wychodzić ze swojej strefy komfortu. Złożył jednak obietnicę, że zrobi coś z tym materiałem - czas biegł nieubłaganie. Autor zdawał sobie sprawę, że jeśli nie wyda tej historii do 2014 roku, a więc setnej rocznicy wybuchu pierwszej wojny światowej... jego pozycja zginie wśród dziesiątek innych wojennych wspomnień. 

"Wojna i terpentyna" nie stanowi jednak jedynie zapisków dziadka Hertmansa. To połączenie akcji w dwóch przestrzeniach czasowych - historii wnuka, który sięga po dzienniki dziadka, zaczyna rozumieć kolejne fragmenty układanki, doceniać z każdą kolejną przeczytaną stroną swojego dziadka coraz bardziej go docenia oraz historii dziadka - weterana, parafrazy jego dzienników. Historia Urbaina jest poruszająca - od trudów doświadczanych w dzieciństwie po te trudy wojenne i wielką miłość. Był kilkakrotnie ranny, głęboko wierzący i za każdym razem wracał na linię frontu... po drodze w pamięci bardzo mocno towarzyszyła mu postać przedwcześnie zmarłego ojca, jego największego bohatera i wzoru do naśladowania. 

Tytuł "Wojna i terpentyna" idealnie oddaje sens tej powieści - z jednej strony zapisków o wojennych losach, a z drugiej strony poruszającej opowieści o pasji, dążeniu do realizacji marzeń i malarstwie, które stanowi odskocznię i uwalnia. Trudne warunki i czas, w którym przyszło żyć dziadkowi autora nie pozwoliło mu do końca rozwinąć swoich umiejętności. Nigdy, nawet na wojnie nie przestał pielęgnować swojej pasji - zawsze był wrażliwy na piękno sztuki., choć odrzucał tą współczesną, socjalistyczną. Powrót po wojnie do rzeczywistości, która jednak już nigdy nie była taka sama stanowił dla niego wstrząs, ponieważ okazało się, że I wojna światowa stanowiła cezurę, po której już nigdy nic nie było takie samo. Wielu zapomina o tym, że po I wojnie światowej (która niosła za sobą 12 mln zabitych) wybuchła epidemia grypy hiszpańki (podczas której w ciągu roku zginęło 100 ml ludzi). Także ona wywarła olbrzymi wpływ na życie Urbaina. 

Stefan Hertmans pisząc "Wojnę i terpentynę", posługiwał się prawdziwie malarskim językiem. Narrację poprowadził żwawo i wartko sprawiając, że czytelnikowi jest naprawdę trudno oderwać się od tej pozycji. Najlepsze historie pisze samo życie... "Wojna i terpentyna" bardziej lub mniej dokładnie przebiega przez pięć pokoleń rodziny Hertmansa. Belgijski pisarz napisał przepiękną, ale także ogromnie mocną powieść. Pokazuje świetny styl pisania, pisze z dużą wrażliwością i przenikliwością. Docenia najmniejsze detale historii swojego dziadka i jego życiowych wyborów. "Wojna i terpentyna" to proza wysublimowana, wstrząsająca, pokazująca I wojnę światową i XX wiek z brutalną szczerością. To literatura najwyższej klasy - zdecydowanie zbyt mało znana na gruncie polskim. 

Moja ocena: 8+/10 

środa, 10 stycznia 2018

(675) Sen Alicji, czyli jak działa mózg



Tytuł: Sen Alicji, czyli jak działa mózg
Autor: prof. Jerzy Vetulani, Maria Mazurek, Marcin Wierzchowski
Wydawnictwo Mando

O "Śnie Alicji..." usłyszałam po raz pierwszy dwa tygodnie przed świętami Bożego Narodzenia, jako o idealnym prezencie dla dzieci - szczególnie tych w wieku szkolnym. Postać profesora Jerzego Vetulaniego - wybitnego naukowcy, psychofarmakologa, neurobiologa, który o zagadkach ludzkiego mózgu i tajemnicach ludzkiej psychiki opowiadał prosto i zabawnie była mi znana już wcześniej. Słyszałam wiele dobrego o jego książkach dotyczących ludzkiego mózgu, ale dotąd nie miałam przyjemności poznać żadnej pozycji jego autorstwa. "Sen Alicji, czyli jak działa mózg" to książka, która trafiła w moje ręce przypadkiem. Sięgnęłam po nią bardzo szybko, chcąc się trochę rozluźnić, zanurzyć po dłuższej przerwie w świat literatury i inspirujących książek. Jedyna książka Vetulaniego napisana z myślą o dzieciach okazała się uroczą, zabawną i niezwykle inspirującą pozycją. Dla młodszego i starszego czytelnika!

Główną bohaterką historii stworzonej przez Vetulaniego jest tytułowa Alicja. Dziewczynka będąca uczennicą szkoły podstawowej, która zasypia..., a we śnie toczy rozmowę z mózgiem. Poznaje jego konstrukcję, zasady działania na prostych przykładach z życia wziętych. Dowiaduje się czym jest amygdala, hipokamp, zakręt obręczy, móżdżek... Poznaje ciekawostki dotyczące ludzkiego mózgu: czy wiedzieliście, że ptaki rozpoznają ludzi po ich twarzach? A połączenie półkuli mózgu (zwane spoidłem wielkim) jest silniejsze u dziewczynek niż u chłopców? Te wszystkie i wiele innych faktów zostało opisane prostym, przystępnym i zrozumiałym językiem.

"Sen Alicji, czyli jak działa mózg" to przepięknie ilustrowana i mądra pozycja, która pobudza wiedzę i zaciekawienie czytelnika. Niezwykle inspiruje i intryguje. Została napisana z humorem i polotem, ale nie jest banalna... Zawarto w niej wiele trafnych obserwacji dotyczących nie tylko ludzkiego mózgu, ale także psychiki i życia. W pamięci już na zawsze pozostanie mi przyrównanie ludzkiego życia do ołówka, który z czasem się skraca... aż po kolejnych struganiach kurczy się, aż w końcu znika... tak samo jak znika człowiek, ale zarówno ołówek jak i człowiek pozostawiają po sobie zapisane strony. 

Książka Vetulaniego została napisana z dużym wyczuciem. Pozornie skierowana do młodszego czytelnika - na pewnych płaszczyznach może nie zostać od razu przez niego zrozumiana, ale to taka książka do której się powraca. I może za pierwszym razem w umyśle dziecka nie pozostaną takie słowa jak amygdala... to jednak w końcu lektura tej pozycji zaowocuje, a na pewno pozwoli dziecku zrozumieć jak skomplikowany jest ludzki organizm, którym kieruje mózg - świadczy o tym już sam początek książki, gdzie odbywa się dyskusja między poszczególnymi organami ciała, które próbują się prześcignąć... a raczej wykłócić, który odgrywa główną rolę. "Sen Alicji..." stanowi dla mnie pozycję ujmującą, która zachwyca zarówno od strony graficznej jak i tej retorycznej - pobudza wyobraźnię, rozszerza horyzonty... i wiecie co? Teraz jestem już pewna, że muszę sięgnąć po inne (już skierowane do dorosłych) książki Vetulaniego. 

Moja ocena: 10/10 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...