czwartek, 14 listopada 2019

(714) Komiksowo: Kroniki Francine R.

Tytuł: Kroniki Francine R. 
Autor: Boris Golzio
Wydawnictwo Marginesy
Stron 138

Opis wydawcy: 
Gestapo aresztowało Francine R. i jej siostrę 6 kwietnia 1944 roku. Powodem był udział ich brata Joannèsa w ruchu oporu. Obie kobiety najpierw znalazły się w transporcie z innymi uwięzionymi, a potem je rozdzielono. Siostra Francine trafiła do obozu pracy w Hanowerze, a ona sama najpierw do obozu w Ravensbruck, a potem do jednej z fabryk broni doglądanych przez Hermana Göringa.
Podróż Francine była niezwykle ciężka. Bito ją od momentu aresztowania przez Gestapo, nieustannie poniżano, przewożono bydlęcymi wagonami, szczuto psami na platformach obozów pracy, poddawano medycznym eksperymentom, delegowano do rozbierania zwłok i odbierania dobytku żywym, zmuszano do katorżniczej pracy… Jednak kobieta nigdy nie utraciła nadziei, że wyjdzie z tego piekła żywa.

O swoich wojennych przeżyciach Francine opowiedziała ze szczegółami Borisowi Golzio. Ten przez długi czas nie wiedział, co z tym szokującym materiałem zrobić, by w końcu zdecydować się na uczynienie z tej rozmowy powieści graficznej. Każde słowo w komiksie pochodzi z opowieści Francine i oddaje jej dosadny sposób mówienia, powtórzenia, wahnięcia w głosie. Wszystko po to, by jak najbardziej zbliżyć się do prawdy ukrytej w słowach kobiety. Jednej z wielu uwięzionych, których głos, każde słowo powinny zostać ocalone od zapomnienia.

Moja opinia:
Temat II wojny światowej jest tematem szeroko wykorzystywanym w kulturze. Nie ma miesiąca by na rynku wydawniczym nie pojawiła się pozycja nawiązująca do tej tematyki. Jedną z takich pozycji jest komiks z wydawnictwa Marginesy. „Kroniki Francine R.” to kolejne świadectwo, spisany głos, jednak na tle innych publikacji… zginąłby w tłumie, gdyby nie miał formy powieści graficznej. To właśnie forma graficzna wzbogaca to świadectwo, choć zobrazowanie warunków panujących w obozach, w których przebywała Francise zdecydowanie niekiedy odbiega od historycznej rzeczywistości tamtego okresu. Mimo, że komiks jest gatunkiem, w który dopiero się zanurzam (jednak już teraz mogę stwierdzić, że w ofercie wydawnictwa znajduje się co najmniej kilka lepszych komiksów - chociażby „Tetris” czy „Artemizja”), to wiem, że „Kroniki Francine R.” nie są pozycją obowiązkową ani zbytnio przejmującą. Znieczulica? Nie. Raczej kwestia zanurzenia w temacie i świadomość, że świadectwo Francine jest (niekiedy aż do bólu) subiektywne, a za granicą może być krzywdzące – w szczególności dla Polaków. Publikacja ratuje się wstępem autora, krewnego Francine, który poznał jej historię, a po latach zdecydował się na jej zilustrowanie i wydanie. Odbiór sytuacji Francine w wielu punktach różni się od tego jak dane sytuacje postrzegają historycy. Dlatego jeśli zdecydujecie się na zapoznanie z tym komiksem – KONIECZNIE przeczytajcie wstęp autora i Joanny Ostrowskiej… aby uniknąć nieprzyjemnych wrażeń z lektury, choć mam wrażenie, że od tych nie da się w pełni odseparować. I przyznaję – nie zapałałam sympatią do Francine, choć to nie powinno w żadnej mierze wpływać na mój odbiór jej ciężkich wojennych przeżyć. 

Muszę odnieść się do jednego z aspektu tego komiksu, a więc negatywnego podejścia Francine do Polek, które jej zdaniem były brudne, kradły buty, chleb, wodę... w tych wszystkich działaniach kierowała nimi rzekomo nienawiść do Polek. I nie chodzi tu o to, czy tak było czy nie. Chodzi o zrozumienie, co próbuje nam przekazać we wstępie Ostrowska, że w każdym stadzie może się znaleźć czarna owca, a przyczyny tego mogą być bardzo zróżnicowane. Dla Polski okupacja była trudniejsza niż dla Francji, Francja nie udzieliła Polsce obiecanej pomocy, a większość Polek miała większe „obozowe doświadczenie” od Francine. Bohaterka postrzegała Niemki jako morderczynie i kryminalistki, najgorszych przestępców, choć te w rzeczywistości w większości trafiały do obozów ze względów politycznych lub obyczajowych (np. lesbijki). To jednak nie miało wtedy znaczenia – były Niemkami i tyle. Francine ma twarde i dobitne poglądy, zresztą taki sam jest jej sposób wysławiania, którego Golzio nie zmienił. To dodaje temu komiksu autentyczności, którą bardzo doceniam. 

Pobyt Francine w obozie, a później w fabryce był ciężki – nie ma co do tego żadnych wątpliwości, jednak nie był on dla niej cięższy niż dla innych. Była Francuzką. Nie znalazła się w samym środku Holokaustu, ale pozostając gdzieś na jego obrzeżach dostrzegała niektóre mechanizmy nim rządzące. Dla zwykłego człowieka znajdującego się w takiej sytuacji (pamiętajmy, że Francine w obozie była stosunkowo krótko) jej losy – katorżnicza praca, zmęczenie, głód… budzą smutek, jednak choć bardzo chciałabym uniknąć takiego generalizowania „inni mieli gorzej”, ponieważ w tych czasach „wszyscy” mieli źle, to nie da się nie dodać, że wspomnienia Francine są szczątkowe. „Kroniki Francine R.” dają ogólny pogląd na panującą sytuację – podróż w bydlęcych wagonach, głód, zimno, katorżnicza praca, długie apele na zimnie, eksperymenty itd…, jednak nie zagłębiają się mocno w żaden z tych aspektów. Komiks Golzio, spisana i zilustrowana historia Francine kończy się w momencie, gdy ona milknie. Nie wybiega poza jej słowa, wspomnienia, odczucia, a więc sposób pojmowania tamtych wydarzeń. Golzio czasami dodaje jakiś przypis, uzupełnia historię Francine, jednak robi to na tyle rzadko, że wydaje się to wręcz niezauważalne. 

„Kroniki Francine R.” są ciekawym komiksem, zapisem jednostkowych doświadczeń, jednak nie źródłem historycznym. Obrazują sposób odczytywania pewnych sytuacji. Interesująca kreska i szarobura kolorystyka ilustracji oddają klimat tamtych czasów i sprawiają, że czytelnikowi jest się łatwiej przenieść w tamte czasy. Nie jest idealnie, bo zabrakło mi trochę wyraźniejszego zarysowania mimiki bohaterów. To krótki komiks, w którym zostało zobrazowane wiele wydarzeń, jednak niekiedy brak w nich zależności przyczynowo – skutkowej. Mam wrażenie, że przez to akcja jest trochę pourywana. Praca Golzio jest komiksem, który można, ale nie trzeba przeczytać. Nie jest to obowiązkowa pozycja dla fanów komiksu, ale interesująca praca „na jeden raz”. To prosta historia, która raczej nie zostanie z czytelnikiem na dłużej, ale podczas lektury może wywołać refleksję odnośnie subiektywności odbioru rzeczywistości... a to coś o czym powinnyśmy pamiętać zawsze. 

Moja ocena: 7-/10

piątek, 8 listopada 2019

(713) Golem

Tytuł: Golem
Autor: Gustaw Meyrink
Wydawnictwo Vesper
Stron 337

"Golem" jest powieścią z 1915 roku. W Polsce po raz pierwszy został wydany w 1919. Głównym bohaterem jest Pernat, konserwator sztuki i jubiler. Mieszka w starej kamienicy, w praskim getcie. Odwiedziny tajemniczego mężczyzny zmieniają jego życie. Gość przekazuje mu księgę Ibbur, by ten naprawił uszkodzony inicjał. Podczas przeglądania księgi nachodzą go wizje, a język który wcześniej był dla niego niezrozumiały... przestaje takim być. Pernat tym samym trafia między dwie rzeczywistości, których łącznikiem staje się mityczna postać Golema. To jednak dopiero początek zagadkowych wydarzeń rozgrywających się na ulicach dawnej żydowskiej dzielnicy Pragi.

Moje pierwsze spotkanie z "Golemem" Gustava Meyrinka - nie da się ukryć... - nie było łatwe. Na półce czekała książka (oczywiście w wersji papierowej), ale skusił mnie audiobook - tłumaczenie to samo, więc co to za różnica? Ogromna. Padłam po kilku rozdziałach. Takie to wszystko zawiłe, dużo bohaterów, jakby poucinane sceny... jeśli dodać do tego fakt, że na słuchaniu audiobook'u muszę się naprawdę skupić... nie udało mi się zapoznać z "Golemem" w takiej formie. Nie wiedziałam czy to akcja jest taka pourywana - czy też ja się po prostu wyłączam i tym samym opuszczam pewne fragmenty, więc potem przez to nie wiem co się dzieje w książce? Zniechęciłam się bardzo. Wiedziałam jednak, że tę historię chcę w końcu poznać... po pewnym czasie sięgnęłam po wersję papierową i zrozumiałam, że to wcale nie były "problemy" ze mną, nie wyłączałam się podczas odsłuchiwania audiobooka. Ta książka po prostu taka z początku jest - trudno wkręcić się w akcję, spamiętać bohaterów, zrozumieć o co tak naprawdę w niej chodzi. Na późniejszych stronach staje się jedynie odrobinę łatwiejsza w odbiorze, jednak zanurzenie się (na spokojnie) w tym świecie pozwala czerpać radość i przyjemność z języka jakim została napisana - świetnego tłumaczenia Antoniego Lange. A potem? Potem czyta się już ją tylko dla opisów praskiej dzielnicy żydowskiej, w oczekiwaniu na rozwiązanie głównych wątków. Zakończenie wbija w fotel i stanowi rekompensatę dla tych wszystkich większych i mniejszych trudności, na jakie natrafia czytelnik w trakcie lektury.

Przed rozpoczęciem lektury dobrze wbić sobie do głowy informację, że nie jest to horror rozumiany tak jak nam to obecnie przedstawia sfera popkultury. Lęk i grozę wywołują zmagania głównego bohatera z własnymi ograniczeniami, trudną do zidentyfikowania przeszłością - próba jej odzyskania, a zarazem odnalezienia się w nowej - mistycznej rzeczywistości, w której dla bohatera pojawia się coraz więcej zagadek. Jednocześnie musi zmagać się z porywami serca i niejasnymi ludzkimi zachowaniami, które sprawiają, że niekiedy już sam nie wie co ma myśleć...

"Golem" będzie zdecydowanie wspaniałą literacką ucztą dla wszystkich, w których kręgu zainteresowań znajduje się mistycyzm, okultyzm, księgi tajemne (np. kabała). Zdecydowanie nie brakuje w tej książce symboliki i folkloru, który nie zawsze zostaje czytelnikowi wyjaśniony. Ta niewiedza co do dokładnego znaczenia danych wydarzeń (po których jednak zachowanie bohaterów się zmienia) sprawia, że dla tych "niewiedzących" świat przedstawiony w "Golemie" staje się jeszcze bardziej mistyczny - poziom aury tajemniczości wzrasta. Ja właśnie byłam takim czytelnikiem, który choć czasami nie wiedział dokładnie o co chodzi, co się dzieje... dalej zanurzał się w tej powieści z jeszcze większą fascynację. "Golem" przy bliższym poznaniu zdecydowanie zyskuje.

Tak samo jak główny bohater Pernat, który z każdą kolejną stroną staje się dla czytelników coraz bardziej człowiekiem z krwi i kości, a nie papierową literacką postacią - posiada trudności, zmaga się z niepewnościami. Jest postacią, która zyskuje sympatię ze względu na swoją niedoskonałość. Meyrink świetnie zobrazował wszystkie postacie. Są kontrastowe i bardzo wyraziste. Tym samym tworzy w swojej powieści dwa plany / czy też podkreśla jeszcze bardziej fakt istnienia dwóch rzeczywistości. Tej realnej, w której rozgrywają się intrygi, romanse, a bohaterowie zmagają się nie tylko z miłosnymi, ale także morderczymi zapędami. Na drugim planie rozgrywają się mistyczne wydarzenia, którym towarzyszą duchowe zmagania głównego bohatera.

Tłumaczenie, którego dokonał Antoni Lange jest odrobinę poetyckie - i nie ukrywajmy: nie można mieć mu nic do zarzucenia. Różni się odrobinę od współczesnego języka, ale nie na tyle, żeby utrudniać nam lekturę. Zdecydowanie podnosi jej walory literackie. Sprawia, że zanurzamy się w ten świat. "Golem" nie jest jednak powieścią nadającą się do czytania w pędzie - trzeba do niej przysiąść i się na niej skupić. To "vesperowskie" wydanie ma taką przewagę nad innymi, że posiada posłowie napisane przez Macieja Płazę, które pozwala uporządkować w głowie właśnie przeczytaną książkę, zapoznaje co nieco z sylwetką autora. Świetne tłumaczenie, mroczne ilustracje, posłowie Macieja Płazy i przede wszystkim treść sprawiają, że jest to powieść, na którą warto zwrócić uwagę. Choć... zdecydowanie w skupieniu. 

piątek, 18 października 2019

(712) Żarcik i inne (bardzo różne) opowiadania

Tytuł: Żarcik i inne (bardzo różne) opowiadania
Autor: Antoni Czechow 
Wydawnictwo MG
Stron 176

Przez większość swojego czytelniczego żywota mówiłam (i byłam święcie przekonana), że nie lubię czytać opowiadań. Nie byłam kompletnie przekonana do tej formy twórczości literackiej. To jednak... jak się pewnie domyślacie - się zmieniło. Za sprawą dwóch pisarzy opowiadania zagościły na stałe wśród moich czytelniczych przeżyć, zdobyczy i planów - a ja zrozumiałam, że to nie była kwestia "niepolubienia się" z literacką formą jaką jest opowiadanie, a po prostu niemożność trafienia na takie, które by do mnie przemówiły. Alberto Moravia i Antoni Czechow przekonali mnie, że z czytania opowiadań mogę czerpać mnóstwo radości i satysfakcji. Dziś więc opowiem Wam co o nieco o opowiadaniach jednego z tych panów, czyli o ułamku z twórczości Czechowa - ale i na Moravię w odpowiednim momencie przyjdzie kolej.

Antoni Czechow był rosyjskim pisarzem, uznawanym przez wielu za mistrza krótkiej formy literackiej. Jego opowiadania łączą w sobie obrazki obyczajowe, skrawki z życia chłopów, urzędników, kupców i ziemian, a krytyka, takie "pstryczki" w nos zostają połączone z komizmem - zarówno sytuacyjnym jak i tym postaci. W prezentowanym przeze mnie zbiorze... znalazło się 28 miniatur, które zmieściły się na zaledwie 170 stronach. Z początku myślałam, że będzie to lektura, którą będę tygodniami podczytywała... okazała się jednak na tyle angażująca, poprawiająca nastrój, ciekawa i pokazująca inteligencję autora idącą w parze z niezwykłym zmysłem obserwacyjnym, że zbiór... wręcz połknęłam. No cóż. Nie dało się dawkować. To było zbyt dobre.

W zbiorze opowiadań Czechowa wydanym przez wydawnictwo MG znaleźć możemy zarówno te najpopularniejsze utwory jak tytułowy Żarcik, Śmierć urzędnika czy też Kameleon, ale także te mniej znane jak Damy, Malcy czy Syrena. 28 miniatur - jest w czym wybierać. Jestem pewna, że każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie. Dużo w tym zbiorze groteski, ironii, żartu, ale także niekiedy odrobinę nostalgicznej refleksji dotyczącej ludzkich układów i mentalności. Piękne (a może również nieco przerażające?) jest to, że choć od ich napisania minęło ponad 100 lat... prawie nic nie straciły na aktualności. Ludzkie przywary, wady, dziś powiedzielibyśmy "nie fair" zachowania są takie same. Niestety nie spotkałam się jeszcze ze współczesną, taką literacką perełką. Opowiadania Czechowa to utwory, których chyba nie da się nie polubić - nie trzeba być ku temu fanem klasyki. Wystarczy kochać literaturę. Choć... nawet bez tej miłości się obędzie. Jestem pewna, że dwu... trzystronnicowe miniatury uwiodą nawet osoby, które po książkę sięgają od święta. 

I to nie chodzi o to, żebyście po lekturze tego zbioru - potrafili dokładnie streścić wszystkie zaprezentowane w nim utwory. Ja tę entuzjastyczną recenzję piszę kilka miesięcy po lekturze opowiadań Czechowa - z fabuły... pamiętam niewiele. Mimo wszystko - na samo wspomnienie czasu przeżytego przy lekturze tej książki na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Bo to rozrywka w najczystszej i najlepszej postaci. Angażująca, rozbawiająca, świetnie napisana.... i ujmująca językowym i psychologicznym zacięciem. Uwodząca swą treściwością i świetnie zarysowanymi bohaterami. Perełka, obok której nie można przejść obojętnie.

poniedziałek, 7 października 2019

(711) Skandynawia Halal. Islam w krainie białych nocy.

Tytuł: Skandynawia Halal. Islam w krainie białych nocy.
Autor: Maciej Czarnecki
Wydawnictwo Agora
Stron 304

Narracje dotyczące islamu, obecności muzułmanów w Europie są zazwyczaj jednostronne. Na rynku wydawniczym pojawiają się pozycje, które wybielają tę religię i społeczność oraz te, które przekonują, wysuwając jako przykłady wydarzenia do których dochodzi na świecie (mowa oczywiście o zamachach, radykalizacji wyznawców), że islam stanowi realne zagrożenie. W tematyce muzułmańskiej przeważają czarno - białe publikacje. Jedne przerażają, inne bagatelizują.

Być może właśnie dlatego reportaż Czarneckiego zachwycił mnie tak bardzo. To pozycja wyjątkowa przez odcienie szarości, które pokazuje. Autor nie staje po żadnej ze stron barykady. Nie próbuje przekonać, że muzułmanie to nieskazitelni ludzie, z których strony nie mamy się obawiać niczego złego, ale także nie karmi nas mrożącymi krew w żyłach opowieściami o ich dewiacjach i morderczych zamiarach... W "Skandynawii Halal" osoby wyznania islamskiego zostali po prostu pokazani jako grupa ludzi - taka jak każda inna. A dla każdej ze społeczności, grup ludzkich jedną z cech charakterystycznych jest to, że może się znaleźć wśród nich zarówno czarna owca jak i nieskazitelny swą bielą baranek. I czarna owca, i biały baranek wyróżniają się na tle stada... błędem jest jednak patrzenie na ogół przez pryzmat tylko jednego z nich - niezależnie od tego czy skupimy się na dobrym czy złym pierwiastku. Świadomość ich współistnienia ze sobą... pozwoli nie zwariować.

Czarnecki napisał wielowymiarowy reportaż, w którym pokazuje wiele twarzy islamu. Zderza jego postępowość z przewijającym się zacofaniem. Opisuje historie muzułmanów mieszkających w Szwecji, Danii i Norwegii - i oddaje im głos. Pozwala im opowiedzieć swoje historie, podzielić się swoimi poglądami... także tymi, które zdecydowanie do statystycznego czytelnika nie trafią. Islam zostaje tu ukazany jako społeczność, która podlega przemianom i próbom takim jak inne - nie braknie w niej więc feministek, społeczności LGBT, drużyn walczących o miejsce w ekstraklasie. Jednocześnie walczy z pewnym determinizmem narzucanym przez złe, nie idące z duchem czasu pojmowanie religii, a więc zabójstwami honorowymi, radykalizmem...

Politycy i media podsycają strach przed imigrantami, a naturalny ludzki lęk przed tym co nieznane i inne także nie ułatwia sytuacji. Gdy dodamy do tego różnice kulturowe, obyczajowe, widoczne w hierarchii społecznej i zwyczajach... okazuje się, że integracja staje się bardzo trudna, a gdy tej brak - o konflikty i nieporozumienia bardzo łatwo. Z tym, że jak pokazuje książka Czarneckiego integrować nie zawsze jest się prosto - z jednej strony kraje skandynawskie zachęcają do integracji, a z drugiej strony brak nad tym wszystkim czuwającej ręki, która przypilnowałaby, żeby integracja nie kończyła się w tym samym momencie, w którym kończą się pieniężne profity z niej wynikające. Jednocześnie wypowiedzi bohaterów reportażu Czarneckiego pokazują, że wcale nie tak łatwo stać się "swoim" dla Szweda czy Norwega.

Czarnecki w swojej książce oddaje głos nie tylko muzułmanom, ale także ludziom, którzy z nimi współpracują, egzystują, stykają się w codziennym życiu. Szwedom, Norwegom, Duńczykom, ale także Polakom, którzy spotykają się z nimi na gruncie skandynawskim. Opowiada czytelnikom historie przeczytane w gazetach, książkach, przekazuje (a raczej pokazuje) informacje zasłyszane od polityków i działaczy społecznych. Daje czytelnikom materiały i zachęca na ich podstawie nie tyle do wyciągania wniosków, co do stawiania sobie pytań, poddawaniu ugruntowanych przekonań w pewne wątpliwości. To sprawia, że "Skandynawia Halal. Islam w krainie białych nocy" jest w pewnym sensie uniwersalnym reportażem, zbiorem tekstów, w których odnajdą się wszyscy. Zarówno ci, którzy już dawno przekreślili muzułmanów, jak i ci, którzy są ich wielkimi orędownikami, ale przede wszystkim osoby, które cały czas dążą do wyrobienia sobie własnej opinii... i nie lubią ulegać tym, którzy krzyczą najgłośniej. 

środa, 29 maja 2019

(710) Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty

Tytuł: Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty. 
Autor: Katarzyna Kobylarczyk
Wydawnictwo Czarne
Stron 160

Hiszpania to kraj kontrastów (nie tylko geograficznych). To świat dosyć zamknięty dla innych - chociażby ze względów językowych. Po angielsku porozumiemy się tylko w największych miastach, w ich centrach i to z młodymi ludźmi. O książce Katarzyny Kobylarczyk usłyszałam kilka lat temu podczas nauki języka hiszpańskiego. Od tego czasu siedziała gdzieś z tyłu mojej głowy. 160 stron prozy Kobylarczyk okazało się dla mnie bardzo krótką, szybką lekturą... pozostawiającą pewien niedosyt, a jednocześnie oferując coś zupełnie innego od tego czego się spodziewałam. 

Sięgając po reportaż Kobylarczyk chciałam poczytać o fiestach - nie tylko jako o ich niesamowitej oprawie, emocjach im towarzyszącym, ale przede wszystkim o ich fenomenie i genezie - chciałam ujrzeć je po trochu z socjologicznej strony. Marzyło mi się także o wiele więcej rozmów z rodowitymi Hiszpanami, którzy ukazaliby fiesty i szaleństwo, które w ich obliczu ogarnie Hiszpanię właśnie ze swojej perspektywy. A nie z perspektywy turysty, który zachwycony rozgląda się wokół siebie, ale tak naprawdę trudno mu zrozumieć dlaczego państwo rok w rok przeznacza na ten cel miliony, jeśli nie miliardy euro. Jeśli będziecie mieli podobne oczekiwania do moich - możecie się odrobinę zawieźć. Autorka niekiedy próbuje trochę zahaczyć o genezę fiest, emocje Hiszpanów i historię... jednak nie ma zasady co do tego czy w danym tekście takie aspekty się pojawią. Z tego powodu "Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty" to raczej zbiór krótkich literackich impresji z podróży po Hiszpanii.

Katarzyna Kobylarczyk swoje opowieści o Hiszpanii rozpoczęła od bloga Septimo Piso - na szczęście książka nie jest przedrukiem jej wcześniejszych tekstów, choć wierni czytelnicy... znajdą w niej echa miejsc, o których mowa była na stronie.  Co ciekawe ten zbiór nie jest jej wydawniczym debiutem. W 2009 roku w księgarniach ukazał się zbiór reportaży "Baśnie z bloku cudów" o Nowej Hucie. Swoje teksty publikowała także między innymi w "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Polityce" i "National Geographic Traveler". 

Podczas swojej podróży po Hiszpanii, jej zapomnianych miasteczkach Kastylii - La Manchy, Andaluzji, Katalonii i Estremadury zbiera i kolekcjonuje wrażenia i emocje - przede wszystkim te własne. I to je wraz z krótkimi opisami fiest i napotkanych osób nam przekazuje. W sposób zaskakująco poetycki. "Pył z landrynek." nie jest reportażem, który uwiódł mnie opowiedzianymi historiami, ponieważ choć przekazuje parę ciekawostek czy też ciekawych faktów historycznych... pozostawia po sobie duży niedosyt - rozbudza ciekawość, ale jednocześnie nie pozostawia otwartej furtki, przez którą przejście pozwoliłoby nam ją zaspokoić. Uwiódł mnie jednak językiem jakim został napisany - walory językowe są większe niż te faktograficzne, a przy tym wystarczająco duże, żeby warto było sięgnąć po pozycję Kobylarczyk.

Autorce kilka razy udało się mnie zaskoczyć przedstawionymi historiami, bowiem o ile każdy słyszał o fiestach w Madrycie, Sevilli... to już o fieście w Vilanova polegającej mdz. innymi na obrzucaniu się landrynkami - jedynie nieliczni. To właśnie ten tytułowy "Pył z landrynek", tekst opowiadający o fieście, podczas której wszędzie czuć słodki zapach, a dzieci schylają się i podnoszą rozsypane landrynki z ziemi, a następnie je zjadają... najbardziej oddziałał na moją wyobraźnię. Nie zabrakło w tym zbiorze także opowieści o rzucaniu się szczurami, rzepą, waleniu w bębny tak intensywnym i długim, że dłonie aż krwawią... a także impresji z tych fiest bardziej znanych takich jak podpalanie ogromnych styropianowych figur, przepędzanie bojowych byków, korridy. 

Teksty zawarte w tym zbiorze są stosunkowo zróżnicowane - i nie poruszają jedynie tematu fiest. W tych krótkich trzy - czterostronicowych tekstach ukryte są także hiszpańskie spotkania, historie z pomijanych przez turystów miasteczek. Brak jakiejś regularności w tym zbiorze - to teksty z trzech lat, jednak nie zostały w żaden sposób ułożone, posegregowane, usystematyzowane. Autorka skacze po latach ich napisania i miejscach, które opisują. Jedynym wyrazem dbałości o kwestie formalne w tej książce jest moim zdaniem słowniczek, który znajduje się na końcu książki i wyjaśnia hiszpańskie określenia pojawiające się w książce. 

"Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty" jest ciekawym zbiorem reportaży, ale skierowanym głównie do laików w temacie hiszpańskich fiest. Dla osób, które wcześniej już się interesowały tematem zostanie odebrany jako niepodparty wiedzą naukową zbiór krótkich historii z podróży. To co wyróżnia ten zbiór i zdecydowanie działa na jego korzyść jest poetycki język autorki, dzięki któremu prezentowane za jego sprawą historie pochłaniają. Zabierają nas w świat małych hiszpańskich miasteczek, które jawią nam się jako enigma, ale z drugiej strony dzięki autorce możemy idealnie zatopić się w ich atmosferę. W książce Katarzyny Kobylarczyk widać pasję i to jej ogromny plus. Brakuje jednak zaplecza teoretycznego, zagłębienia się odrobinę psychologicznego, trochę socjologicznego, nieco historycznego w fenomen hiszpańskich fiest. To by zdecydowanie podbiło wartość tej pozycji. A tak? To naprawdę ciekawa, choć nie obowiązkowa pozycja. 

Moja ocena: 4/6

niedziela, 19 maja 2019

(709) Kolejna edycja konkursu

23 kwietnia, czyli w Światowy Dzień Książki (ustanowiony w 1995 roku przez UNESCO ma na celu promocję czytelnictwa, edytorstwa i ochronę własności intelektualnej prawem autorskim.) poznaliśmy nominowanych do 12. edycji Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, najstarszego i jednego z najbardziej prestiżowych wyróżnień literackich w Polsce. Laureatów poznamy 9 czerwca.

Każdy kolejny rok to nie tylko książkowe nowości, ale także zmiany w sposobie informowania o nominowanych książki - w tym roku po raz pierwszy w Polsce nominacje ogłosili również najpopularniejsi bookstagramerzy za pomocą InstaStories.

Nadesłano w sumie 3800 zgłoszeń, z nim wybrano tylko kilkanaście nominowanych tytułów...

Siedmioosobowe jury pod przewodnictwem Janusza Drzewuckiego przyznało trzy nominacje w każdej kategorii:
proza·         Wiesław Myśliwski Ucho igielne
·         Zyta Rudzka Krótka wymiana ognia
·         Krzysztof Varga Sonnenberg
poezja·         Krystyna Dąbrowska Ścieżki dźwiękowe
·         Jadwiga Malina Czarna załoga
·         Ewa Sonnenberg Schizofrenia & Company
literatura dla dzieci·         Justyna Bednarek, il. Daniel de Latour Babcocha
·         Małgorzata Ruszkowska, il. Marta Ruszkowska Warszawiacy
·         Cezary Harasimowicz, il. Marta Kurczewska Mirabelka
edycja warszawska·         Piotr Kubkowski Sprężyści. Kulturowa historia warszawskich cyklistów na przełomie XIX i XX wieku
·         Andrzej Skalimowski Sigalin. Towarzysz odbudowy
·         Andrzej Żor Dom. Historia przytułku św. Franciszka Salezego

Nagrodzie towarzyszy szereg wydarzeń popularyzujących literaturę i zachęcających do czytania, m.in.: spotkania autorskie podczas majowych Warszawskich Targów Książki na stoisku Zaczytana Warszawa czy spotkania z laureatami w księgarnio-kawiarni Wrzenie Świata oraz podczas literackiego pikniku „Imieniny Jana Kochanowskiego” organizowanego przez Bibliotekę Narodową przy wsparciu m.st. Warszawa. Aż odrobinę smutno robi mi się na myśl, że nie mieszkam w Warszawie... :) Pozostaje mi więc czekać na ciekawe wydarzenia literackie w Poznaniu. 

A komu kibicuję w konkursie szczególnie? Pod koniec sierpnia miałam okazję przeczytać "Krótkę wymianę ognia" i to jedyna książka, którą znam z tego zestawienia - gorąco jej kibicuję i zachęcam Was do przeczytania mojej recenzji i jej samej :) https://ksiazki-inna-rzeczywistosc.blogspot.com/2018/08/697-krotka-wymiana-ognia.html
 
Informacji można też szukać na Instagramie pod hasztagiem #nagrodaliterackawarszawy. :)

wtorek, 23 kwietnia 2019

(708) Patronat - "Dwa stadiony"

Obszar moich działań się zmienia, a życie płynie dynamicznie... siedzę obok stosu prawie czterdziestu przeczytanych - niezrecenzowanych książek i analizuję ostatnie 8 lat blogowania. Lada chwila skończę 20 lat. "Książki - inna rzeczywistość" są więc moją przestrzenią rozwoju, opowieści o literaturze i mojej pasji już prawie połowę mojego życie. Trudno myśli mi się o chwilach przed utworzeniem tej strony... pozostały jedynie migawki - pierwsza samodzielnie przeczytana seria książek (czyli wszystkie tomy historii o Ani z Zielonego Wzgórza), 9 wigilia w moim życiu i stos książek pod choinką (takich jak nad "Nad Niemnem", "Faraon", "Lalka"), tydzień spędzony w łóżku z sagą Zmierzch (gdy wychodziłam z pokoju tylko na posiłki), niesamowite oczarowanie okładką "Żelaznego króla" (z okresu niesamowitej fascynacji romansami paranormalnymi), a potem...? 


Potem są już "Książki - inna rzeczywistość": pierwsza recenzja ("Zmierzch") i ekscytacja związana z pierwszą współpracą wydawniczą (wydawnictwo Wilga i ich "Deklaracja"). Mogę dokładnie opisać kanapę, poduszki, koce i pluszaki, które znajdowały się w moim dziecięcym (a może już nastoletnim?) pokoju 8 lat temu, gdy czytałam swój pierwszy egzemplarz recenzencki... ("Szkoła, miłość i inne diety" z wydawnictwa Otwartego - swoją drogą... była to chyba najlepiej wypromowana przeze mnie książka ;) Zachęciłam do jej przeczytania co najmniej połowę dziewczyn w klasie... ja sama mam do niej sentyment do dnia dzisiejszego). 

O tym (zaokrąglając) tysiącu książek przeczytanych w trakcie tych ośmiu lat - o każdej z nich mogę powiedzieć choć jedno zdanie. Nie - nie pamiętam dokładnie fabuły, bohaterów, po lekturze książek o wiele częściej w mojej pamięci pozostają pewne poruszane zagadnienia, a jeszcze częściej... emocje, które wywołały. Są także takie pozycje, które zapadły mi w pamięć, ze względu na związane z nimi okoliczności. 

Jedną z takich pozycji jest bez wątpienia recenzowany przeze mnie w 2013 roku "nieakademicki wstęp do teologii", czyli "Każdy jest teologiem" - dziś czytam tę recenzję z lekkim z zażenowaniem... ale pewnie z takim samym zażenowaniem podejdę za kolejne 6 lat do tekstu, który właśnie czytacie (tak... tak... nigdzie się nie wybieram, "Książki - inna rzeczywistość" będą trwały ;)). Na recenzję tej książki trafił jej autor... napisał wtedy do mnie na "fan pejdżu" i ten fakt... zdecydowanie przyprawił mnie jako niespełna czternastolatkę o szybsze bicie serce. 
Dziś, 6 lat później nadal mam kontakt z panem Robertem M. Rynkowskim. W tym czasie miałam okazję przeczytać jego kolejną książkę teologiczną "Zrozumieć wiarę. Niecodzienne rozmowy z Bogiem" oraz dwie powieści dla młodzieży "Szyfr, muzeum i sykomora, czyli gdzie jest skarb prapradziadka" i "Gdzie są kamedulskie piwnice, czyli dwór, gang i przypowieści". Jego pisarstwo mnie nie zawodziło i nie zawodzi także dzisiaj, w powieści skierowanej do dorosłych czytelników. 
"Dwa stadiony. Kryminał z duszą" to powieść kryminalna dla dorosłych, którą mam przyjemność obejmować patronatem. 

Już sięgając po powieści dla młodzieży autorstwa Rynkowskiego wiedziałam, że autor jeszcze niejeden raz nas zaskoczy. I jak się okazało... nie myliłam się. 

Znajomość polskiej mentalności, zdolność budowania ciekawej fabuły i konstruowania akcji, czyli rzeczy, które dostrzegłam już w poprzednich książkach autora, skierowanych do młodszego odbiorcy, w "Dwóch stadionach" wybrzmiewają w pełni. To nie jest standardowy kryminał, ale owoc pisarskiego rozwoju, którego świadkiem mogę być przez ostatnie lata. Przemyślane i choć nieidealne, to jednak godne uwagi! 

A co zwróciło moją uwagę szczególnie? Tego dowiecie się już niebawem, kiedy tylko uporam się z tym stosem... ;)






środa, 10 kwietnia 2019

(707) Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą

Tytuł: Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą
Autor: Katarzyna Tubylewicz
Wydawnictwo Wielka Litera
Stron 334

Sztokholm – stolica, a zarazem największe miasto Szwecji, jej główny ośrodek polityczny, ekonomiczny i kulturalny stał się przestrzenią życia polskiej kulturoznawczyni Katarzyny Tubylewicz. Z jej miłości, zafascynowania i przeżyć związanych z tym miejscem powstała książka – „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” – owoc pracy jej pisarskiego pióra oraz fotograficznego oka jej syna, Daniela. To nie jest przewodnik…, a jeśli przewodnik – to bardzo nieoczywisty. To książka, która ma w sobie wiele z reportażu, a jednocześnie pokazuje czytelnikowi miejsca, które są szczególnie warte uwagi w Sztokholmie – jednak to wszystko, te wskazówki, ogrom zdjęć zostaje okraszone celnymi spostrzeżeniami i uwagami dotyczącymi Sztokholmu, których nie da się dostrzec na pierwszy rzut oka. Sztokholm trzeba poczuć, trzeba w nim żyć, żeby zobaczyć, co skrywa pod olśniewającą harmonią, estetyką, pozorną nadmierną wręcz tolerancją… 

Katarzyna Tubylewicz opowiada o Sztokholmie jako o swoim miejscu na ziemi – jak sama pisze, w żadnym miejscu nie czuje się tak pewnie jak w tym mieście. Tylko w nim się nie gubi, w nim się najlepiej orientuje i to w nim najchętniej przyjmuje gości – to tam stworzyła swój dom. Stworzyła tam swój dom, jednak nie tam się urodziła… niezależnie od tego ile lat tam przeżyje, jak wiele miejsc zobaczy, jak wiele kaw w Sztokholmie wypije – zawsze będzie jednak imigrantką, a nie rodowitą Szwedką. I dobrze. Bo fakt bycia imigrantką pozwala spojrzeć jej na Sztokholm z trochę innej perspektywy, może nie tyle z lotu ptaka, może nie tak sceptycznie jak mógłby to uczynić Polak żyjący na co dzień w Polsce, a w Sztokholmie prowadzący jedynie badania… ale jak człowiek, który posiada dwie tożsamości. Przez tą jedną  – polską, jest w stanie dostrzec dwuznaczności, ukryte kody i hierarchię panującą w Sztokholmie. Przez drugą – szwedzką, jest w stanie opisać to wszystko bez moralizatorstwa, oceniania, krytykowania. Ukazując blaski i cienie stolicy potrafi trwać w swojej fascynacji i miłości do tego miasta. 

Sztokholm, zwany Wenecją Północy, w książce Tubylewicz jawi się jako miasto na pierwszy rzut oka prezentujące turyście tylko to, co on sam chce zobaczyć. Ukryte zostają podziały i miejskie snobizmy. Tubylewicz wykracza poza opowieść o zabytkach i miejscach, opowiadając jednocześnie o ludziach z nimi związanych. Okazuje się, że w Sztokholmie miejsce mówi o człowieku więcej niż moglibyśmy się tego spodziewać… „Powiedz mi w jakiej dzielnicy mieszkasz, a powiem Ci ile mniej więcej masz lat, jakie masz wykształcenie i ile zarabiasz, a także czy jeździsz rowerem czy autem”. I to nie są tylko czcze stereotypy. To przekonanie (a raczej fakty) dotyczące tego, że miejsce zamieszkania mówi dużo o konkretnej osobie widać nawet w czasopismach, w których obok wywiadów, w krótkim biogramie zamieszcza się informację o tym, gdzie dana osoba mieszka. 

Katarzyna Tubylewicz opowiada nie pomija w swej książce opowieści o miejscach wartych zobaczenia w Sztokholmie, jednak stara się nie pisać o miejscach najbardziej emblematycznych dla Sztokholmu, o tych, o których przeczytamy na pierwszych stronach każdego lepszego przewodnika po stolicy Szwecji. Miejsca stają się pretekstem do opowieści o szwedzkich różnicach, bolączkach, ukrytych historiach, a także ludziach, którzy mieli duży wkład w obraz współczesnej Szwecji. Opowieści o zburzonej dzielnicy Klara, muzeum Milles’a, centrum kultury, bibliotece dla osób w wieku 10 – 13 lat, Archipelagu Sztokholmskim… i wielu innych miejscach. W książce Tubylewicz nie zabraknie oczywiście także polskich wątków, jak krótka opowieść o polonikach czy też inspirująca historia Polki pracującej w Muzeum Fotografii. 

„Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą” pełne jest fotografii – lepszych i gorszych, jednak wszystkie one w pewien sposób oddają klimat miasta i pokazują ważne dla autorki miejsca. Ilustrują jej opowieść i dopełniają. Język, którym posługuje się autorka pokazuje, że to nie jest jej pisarski debiut – pisze pewnie i sprawnie. Ma sporą wiedzę i doświadczenie do przekazania. Nie ukrywa się… opowiada także o swoich doświadczeniach i emocjach. Pisze na tyle i zgrabnie i ciekawie, że „Sztokholm” czyta się szybko i płynnie jak najlepszą powieść. Inspiruje, zaraża i zdecydowanie mobilizuje do odwiedzenia Sztokholmu, oprowadza nas po przedmieściach, miejscach nieodwiedzanych przez turystów… i pokazuje, że to właśnie tam w rejonach nieodkrytych i nieukazywanych przez przewodniki turystyczne kryją się najcenniejsze skarby i klucz do zrozumienia Szwedów. Na podstawie miejsc pokazuje, że Szwecja to nie tylko prostota, opiekuńczość i egalitaryzm.

poniedziałek, 18 marca 2019

(706) Wzloty i upadki młodej Jane Young

Tytuł: Wzloty i upadki młodej Jane Young
Autor: Gabrielle Zevin
Wydawnictwo W.A.B. 
Stron 352

Opis wydawcy:
W dzisiejszych czasach Hester Prynne nie musiałaby nosić szkarłatnej litery, żeby być napiętnowana do końca życia. Wystarczyłoby kilka wpisów w sieci.

Aviva Grossman, młoda ambitna stażystka kongresmena, popełniła błąd, nawiązując romans ze swoim żonatym szefem. Sprawę pogarsza odkrycie anonimowego bloga dziewczyny, na którym opisywała szczegóły tego związku. W dobie masowych mediów i internetu Aviva nie musi już nosić szkarłatnej litery na piersi. I tak wszyscy wiedzą, że jest rozpustnicą.

Kilkanaście lat później kariera kongresmena – podobnie jak jego małżeństwo – nadal ma się świetnie. W przeciwieństwie do Avivy. Ona musiała zacząć wszystko od nowa, porzucić marzenia o polityce, a przede wszystkim wyprowadzić się do innego stanu i zmienić nazwisko. Teraz przeszłość dopada ją w tym samym momencie, gdy jej córka Ruby, którą samotnie wychowuje, odkrywa prawdziwą tożsamość matki…

Moja opinia: 
Gabriella Zevin to autorka mojej młodości – inna powieść jej autorstwa, „Gdzie indziej” była wtedy jedną z najważniejszych książek mojego życia, przemówiła do mnie w niebywały sposób; poruszyła i była mi niesamowicie bliska, a przy tym przyznaję – uroniłam przy niej kilka łez wzruszenia. Od tego czasu minęło jednak kilka znaczących lat. Po „Wzloty i upadki młodej Jane Young” sięgnęłam po trochu z ciekawości, po trochu z sentymentu. Ta powieść zdecydowanie nie zrewolucjonizowała mojego literackiego życia, ale zapewniła kilka godzin dobrej rozrywki. Od kilku miesięcy sięgam w większości literaturę wnoszącą coś do mojego życia, najczęściej zaliczaną do reportażu lub klasyki – w chwili słabości sięgnęłam jednak po powieść Zevin i nie żałuję. To była literacka przyjemność, rozrywka na naprawdę dobrym poziomie. Przeczytałam ją ekspresowo, nie zapadła mi jakoś wyjątkowo mocno w pamięć, ale zostawiła po sobie miłe wrażenie. Naprawdę dobra, dobrze i ciekawie napisana reprezentantka literatury kobiecej. 

Z literaturą kobiecą zazwyczaj mi nie po drodze. Wymagam od niej poruszania także innych problemów niż rodzicielstwo czy problem ze znalezieniem faceta. Gabrielle Zevin daje coś więcej. Historia Avivy może w zbudzać w czytelnikach różne emocje. Bez wątpienia jednak zwraca uwagę na ważne zagadnienie społeczne. Aviva zakochała się w o wiele starszym od siebie, żonatym kongresmenie, który mógłby być jej ojcem. Za tym nie stała jednak jej pazerność, chytrość, czy brak skrupułów… Choć bez wątpienia nie była bez winy – stała się po części ofiarą manipulacji. Kierowała nią miłość, poparta jeszcze dodatkowo (i w pewien sposób wzmocniona i utwierdzona w swej słuszności) opowieściami o braku miłości w małżeństwie, zbliżającym się rozwodzie… Historii jak wiele. Ale dlaczego to najczęściej kobiety, często młode, zakochane nieszczęśliwie dziewczyny stają się obiektami społecznego ostracyzmu? A mężczyźni wracają do żon, dzieci i domów ze spuszczoną głową tłumacząc się kryzysem wieku średniego, stresem, problemami w pracy, poczuciem stania w miejscu, próbą złapania ostatnich powiewów młodości. Zostają rozgrzeszeni, bo przecież to te młode dziewuchy ich uwiodły. Po rozgrzeszeniu, ewentualnej pokucie i zadośćuczynieniu wracają do swojego „starego” życia. Kobiety mają zazwyczaj trudniej – i nie mam tu jedynie na myśli zranionego serca (zazwyczaj „ukochani” się ich w podbramkowej sytuacji wyrzekają.)

Czytelnik może stwierdzić, że Aviva jest sama sobie winna… kiedy romans wyszedł na jaw, jednym z najbardziej obciążających ją faktów był internetowy pamiętnik, w którym dokładnie opisała swój związek z kongresmenem. Możemy zadać oczywiście takie samo pytanie jak jej mama… a mianowicie dlaczego nie mogła prowadzić tradycyjnego pamiętnika – tym bardziej, że w internecie nic nie ginie. Jednak co się stało to się nie odstanie. Warto wspomnieć, że „Wzloty i upadki Jane Young” nie są jedynie opowieścią o Jane Young, a o kobietach w ogóle. Poznawanie historii opowiedzianej w tej powieści z różnych perspektyw pozwala spojrzeć na ten romans od strony nie tylko jego samego, ale także jego przyczyn… i przede wszystkim skutków. Cztery kobiety: Aviva jako młoda dziewczyna i dorosła trzydziestotrzyletnia kobieta, jej córka, matka i żona kongresmena. Wszystkie one w jakiś sposób zostały dotknięte przez zachowanie Avivy i kongresmena. To wywarło wpływ na ich życie…  tym bardziej, że sprawa stała się medialna. W pamięci ludzi została na lata.

Cztery punkty widzenia, różny wiek kobiet, mentalność, poglądy na życie… i sytuacja w której się znajdują sprawiają, że każda kobieta – niezależnie od wieku może znaleźć w tej książce bohaterkę, perspektywę, która do niej przemówi. „Gdzie indziej” mnie zachwyciło, ale byłam dużo młodsza… i miałam za sobą  zdecydowanie mniej przeczytanych książek. Tym bardziej jestem zaskoczona tym jak duże wrażenie wywarła na mnie powieść o Avivie.  Jest zabawna, poruszająca… i przede wszystkim inteligentna. Nie miałam ani przez chwilę wrażenia, że czytam coś pustego. Mimo trudnego tematu, jaki porusza… niejeden raz spowodowała, że zrobiło mi się cieplej na sercu, tak samo jak w przypadku „Między książkami” Zevin.

„Wzloty i upadki młodej Jane Young” są odpowiedzią na dzisiejszy świat, którym jesteśmy bardzo srodzy i chętnie wydajemy osądy. Zarówno względem innych jak i samych siebie. Wydajemy osądy, mówimy o nich głośno, skreślamy ludzi po zaledwie jednym potknięciu czy też gorszym dniu, oceniamy ludzi po okładce, a zapominamy patrzeć na nich całościowo. Jako na zbitek emocji, ludzkich doświadczeń, problemów i oczekiwań. Mamy coraz większym problem z wyjściem poza określoną sytuację… z ujrzeniem całego tła. Nie tylko skutków, ale także przyczyn. To opowieść o ludzkich błędach, która pokazuje jak łatwo  w dobie internetu jest kogoś oczernić i przekreślić. 

Ładunek tematyczny  tej powieści jest cięższy niż ten pojawiający się w innych książkach Zevin, przez co powieść wraz ze swoją problematyką nie przypadnie do gustu nastolatkom – problemy poruszane tym razem przez autorkę mimo, że w pewnej dozie są uniwersalne… to jednak kwestia obrania za główny motyw, z którego wynikają wątki poboczne  - romansu – zawęża grono odbiorców. Metki, stereotypy, narzucane przez społeczeństwo ograniczenie – główna myśl płynące ze „Wzlotów i upadków młodej Jane Young”  to fakt, że mimo tego wszystkiego warto podążać za swoimi marzeniami i pragnieniami. Błędy nie powinny determinować i przekreślać naszego życia… Szeroko rozbudowany został wątek psychologiczny umieszczony w książce Zevin – bohaterki radzą sobie z krępującymi wydarzeniami w różny sposób… niektóre nie potrafią uporać się ze wstydem przez lata. Inne potrafią ruszyć dalej… Zevin stworzyła odrobinę feministyczną powieść, którą rewelacyjnie się czyta…, a raczej pochłania. Otwiera oczy i zmusza do przeanalizowania własnych osądów. Dodatkowo jest piękną opowieścią o relacjach na linii matka -  córka, wraz ze związanymi z nimi problemami, zawikłaniami, próbami zrozumienia, tolerancją oraz trudną sztuką wspierania i wybaczania. 


środa, 6 marca 2019

(705) Kroniki

Tytuł: Kroniki. 
Autor: Bob Dylan
Wydawnictwo Czarne
Stron 240

Opis wydawcy: 
Kiedy na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zaczynał swoją przygodę, amerykańska scena muzyczna była dosyć monotonna. Popularne stacje radiowe nadawały piosenki łatwe i przyjemne. Słuchacze dopiero czekali na rewolucję, nową energię i nowe życie. Dylan nie chciał być rewolucjonistą, ale i nie wpisywał się w promowany przez radio nurt muzyki popularnej. Robił swoje, nie przejmując się, że – jak mu się zdawało – nie ma szans na komercyjny sukces. Muzykę folkową uważano wtedy za coś gorszego: trochę prostacka, trochę wstydliwa. Ale Dylan chciał ją grać – i żeby grać, porzucił dom, rodzinę i wyruszył do Nowego Jorku – miasta legendy i mekki artystów.
Kroniki to zapis pierwszych muzycznych doświadczeń i niezwykłych spotkań, które zapoczątkowały karierę jednego z najważniejszych artystów XX wieku.

Moja opinia: 
Kiedy w 2016 roku Bob Dylan otrzymał nagrodę Nobla... wybuchło wiele dyskusji (zresztą jak zawsze) odnośnie tego czy piosenkarz na pewno swoim dorobkiem literackim na nią wystarczająco zapracował - dyskusje były tym żywsze, że główną literaturą tworzoną przez Dylana są jego piosenki. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałam o kronikach (a w sumie kronice) jego autorstwa, na której wydanie już w 2014 roku zdecydowało się wydawnictwo Czarne. Co ciekawe... były wtedy zachwalane również przez moją polonistkę, która była zafascynowana ich zwykłością i faktem, że Dylan opisał nawet robienie tostów. Mnie może tak nie zafascynowała, ale bez wątpienia to dobra książka. Zdecydowanie nawet dla osób niezainteresowanych muzyką, postacią Dylana. To ujmująca swą prostotą historia o chłopaku, który wyruszył z wioski do wielkiego miasta... i zawojował cały świat swoją muzyką. 

"Kroniki" przez kilkanaście tygodni znajdowały się na listach bestsellerów, choć... zdecydowanie nie są bulwersujące, nie poruszają żadnych tematów tabu jak seks, ćpanie, romanse czy też aspekt żydowskiej tożsamości. Bob Dylan skupia się w nich na swoich muzycznych początkach i Nowym Jorku lat 60. Przestrzeni sztuki i muzyki, na którą jednak pewien cień rzuca wojna, a także obecna sytuacja polityczna. To zbiór spisanych bez patetyzmu, na pozór zupełnie zwykłych wspomnień. Bardzo luźnych refleksji, obdartych z jakiekolwiek pikanterii i sensacji.

240 stron "Kronik" może inspirować, stanowić bezpieczną przystań, uspokajać przez ukazanie zwykłości wielkiego człowieka. Nie jest to jednak biografia. Dylan pokazuje czytelnikom tylko i wyłącznie to co chce. Wpuszcza i wypuszcza ze swojej głowy i serce... Pisze tak jak mu się podoba i choć jego język jest dopracowany, to jednak sama konstrukcja książki nierówna. Są fragmenty, które porywają zwykłością ukazanych wspomnień... a są takie, które zasypują czytelnika dziesiątkami nazwisk, które dla Polaka, który nie jest zafiksowany na punkcie muzyki - nie będą miały żadnego znaczenia. Po przeczytaniu całości, po zdobyciu wiedzy, że kolejnych części kronik Dylana nie będzie... nie wiem co myśleć o tej książce. Ale jedno jest pewne: jeśli jesteście fanami Dylana - musicie ją przeczytać. 

Za książkę serdecznie dziękuję księgarni megaksiazki.pl :)

niedziela, 3 marca 2019

(704) Szklany klosz

Tytuł: Szklany klosz
Autor: Sylvia Plath
Wydawnictwo Marginesy
Stron 344
Opis wydawcy: 
Esther jest wyjątkowo inteligentna, piękna, utalentowana, jednak powoli jej świat się rozpada – i być może nie ma już dla niej ratunku.
Kiedy ma dziewiętnaście lat, przyjeżdża do Nowego Jorku – miasta spełnienia, szczęścia, zabawy, kariery – na miesięczny staż w redakcji miesięcznika dla dziewcząt. Ma poznać miasto, spędzić miło czas. Esther nie potrafi się jednak odnaleźć. Nie ma ochoty na nocne zabawy, nie umie znaleźć odpowiedniego towarzystwa, jest zniechęcona. Odkrywa, że dobre oceny, które zawsze zdobywała w szkole, tutaj nie mają znaczenia. Esther nie umie zdecydować, na czym jej zależy, co ją interesuje, czy w ogóle istnieje taka rzecz. Nie czuje się taka jak inne dziewczyny – śliczne, uśmiechnięte i zadowolone z życia. Przychodzi załamanie…

Moja opinia: 
"Szklany klosz" to amerykańska powieść, która chodziła za mną od lat. Odstraszała jednak swoją melancholią, smutkiem i pozorną trudnością. Jej wznowienie za sprawą wydawnictwa Marginesy stało się dla mnie idealnym pretekstem do sięgnięcia po nią. Paradoksalnie... cieszę się, że do tego literackiego spotkania doszło dopiero teraz. Czułam się przygotowana na spotkanie z prozą Sylvii Plath, na zetknięcie się z zagadnieniami poruszanymi w "Szklanym kloszu". Lata stykania się z problemem depresji i zaburzeniami osobowości pozwoliły mi podejść do tej książki z odpowiednią dawką wyrozumiałości i dojrzałości psychicznej. "Szklany klosz" czytałam jako dojrzała, młoda kobieta bez fascynacji śmiercią, samookaleczeniem i próbami samobójczymi. W gimnazjum wiele dziewczyn okaleczało się, a przy tym czytało z zafascynowaniem książkę Coelho "Weronika postanawia umrzeć". Mnie ta fascynacja ominęła. W "Szklanym kloszu" odnalazłam inny skrawek siebie - utożsamiałam się z bohaterką na poziomie młodej kobiety wchodzącej w etap decydowania o sobie, o tym jak będzie wyglądało jej życie w przyszłości, robienia planów i podejmowania prób określenia samej siebie. 

"Wiedziałam, że róże, pocałunki i intymne kolacyjki po restauracjach mężczyźni fundują swoim dziewczynom tylko w okresie narzeczeństwa. Natychmiast po ślubnej uroczystości ogarnia ich jedno jedyne skryte pragnienie. Chcą, żeby żona rozłożyła się pod ich nogami, jak ta mata w kuchni pani Willard. Nawet moja własna matka opowiadała mi pewnego razu, że gdy powróciła z podróży poślubnej [...] papa westchnął z ulgą i powiedział: - No, nareszcie będziemy mogli przestać się wygłupiać i być sobą! - i od tego dnia moja matka nie zaznała już ani chwili radości."

Sylvia Plath, "Szklany klosz" 

Poruszający monolog młodej kobiety, która wkracza w wielki świat, ale nie potrafi korzystać i cieszyć się w pełni z tego, co jej oferuje. Ta depresja towarzyszy Esther już w Nowym Jorku. Zostaje zmuszona do zetknięcia się ze światem i zaczyna rozumieć, że to, że zawsze była prymuską, miała najlepsze oceny - w życiu pozaszkolnym / pozauczelnianym nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się to, żeby być w czymś najlepszym... wtedy bycie bardzo dobrym we wszystkim ma o wiele mniejsze znaczenie. W tym najtrudniejszym momencie, kiedy ma zadecydować o swojej przyszłości - nie daje rady. Informacja o niedostaniu się na kursy literackie stanowi ostateczny cios - a plan zostania pisarką nagle wydaje się nierealny. Depresja, poczucie wyalienowania wygrywa. Próby samobójcze, szpital psychiatryczny i długie próby dochodzenia do zdrowia... wynurzanie się i zanurzenie w ciemnej otchłani... 

Sylvia Plath wydała "Szklany klosz" pod pseudonimem w 1963 roku. Niecały rok później popełniła samobójstwo. Może dlatego "Szklany klosz" jest tak autentyczną, przejmującą opowieścią. Opisuje obawy i pragnienia nie tylko Esther / czy też samej Sylvii, a pokoleń młodych ludzi, którzy stają na rozdrożu i na progu dorosłości stykają się z wieloma trudnościami i wątpliwościami, które niekiedy doprowadzają ich do choroby psychicznej. Nie ma w tej książce patetyzmu, nadmiernych łez ani ckliwości. Esther jest zawsze, niezależnie od momentu, w którym się znajduje błyskotliwą, inteligentną dziewczyną, niekiedy ironizującą, niekiedy bardzo przykrą dla swojego otoczenia, ale zawsze błyskotliwą... nawet w chwilach, gdy dopada ją największy marazm.

"Byłam pewna, że znajdę wówczas odpowiednie słowa, żeby wyrazić to, co mnie dręczy, wytłumaczyć mu, dlaczego jestem tak okropnie przerażona, dlaczego mam uczucie, jak gdyby mnie siłą wpychano coraz głębiej i głębiej do czarnego dusznego worka, z którego już nigdy się nie wydostanę." 

Sylvia Plath, "Szklany klosz" 

"Szklany klosz" przez niektórych może zostać odebrany jako silnie sfeminizowana powieść. Faktycznie - główną siłą "Szklanego klosza" są kobiety. Feministyczny wymiar rzuca się w oczy tym silniej, że Esther z czasem nabiera coraz negatywniejszego podejścia do instytucji małżeństwa, upatrując w nim końca kobiecej indywidualności. Powieść Plath to piękny utwór o depresji, szpitalu psychiatrycznym, trudnej drodze do wyleczenia, relacjach międzyludzkich i samoakceptacji... powieść, której się nie czyta, ale którą się połyka. Przejmująca, pięknie napisana, wartościowa, poruszająca, uwrażliwiająca, niewydumana. Prawdziwa. Mimo lat, które upłynęły od jej pierwszego wydania - cały czas aktualna. Przenikliwa klasyka literatury amerykańskiej, którą trzeba przeżyć - bo przeczytać, to za mało powiedziane. Niezwykle trafna w obrazowaniu świata.

Zdecydowanie jedna z najważniejszych, najpiękniejszych i najlepszych książek przeczytanych przeze mnie przez ostatnie 8 lat...

wtorek, 19 lutego 2019

(703) Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie

Tytuł: Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie
Autor: Herta Muller
Wydawnictwo Czarne
Stron 112 

Herta Muller, uznawana za jedną z najwybitniejszych niemieckojęzycznych pisarek i zdobywczyni Literackiej Nagrody Nobla w 2009 pisze w przejmujący sposób, który do mnie jednak nie przemawia. Podczas czytania jej prozy odczuwam wiele - potem zostaje pustka, a już kilka dni później mam problem, żeby przypomnieć sobie czego dotyczyła historia opowiedziana w jej książce. Może to przez to, że trudno mówić w tym przypadku o akcji? Herta Muller słynie z opisywania prozą świata wypędzonych. "Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie" jest kroniką - kroniką prób ucieczki z totalitarnego więzienia i procesom temu towarzyszącym. Utrata przyjaźni, miłości, godności, czystości, nadziei... odchodzenie od własnych pragnień i ideałów. Proza Muller jest ciężka i gorzka. Niewiele ponad 100 stron w przypadku innego pisarza byłoby niczym. W przypadku Muller może stać się ogromnym wyzwaniem. 

"Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie" to książka, którą czytałam z wielką uwagę... a przy tym wyjątkowo wolno. Niby 100 stron - ale jakich! Ludzkie historie, które przyprawiają o gęsią skórkę... i granice moralne, które ulegają niepokojącemu przesunięciu. Społeczność wiejska w powojennej Rumunii - jej obawy i największe grzeszki, sposób postrzegania świata, drugiego człowieka i zmagania z niechętną polityką. Próby zyskania paszportu, aby móc wyjechać z komunistycznego państwa... trudności i nadużycia z tym związane. To wszystko staje się pretekstem do stworzenia tej z pewnością niełatwej, z jednej strony odartej z emocji, a z drugiej tak uderzającej swą surowością prozy. 

Lakoniczność, krótkie, jakby jedynie wyszczekiwane zdania... Muller nie może być poczytną noblistką (i pisarką), bowiem jej książki są zupełnym przeciwieństwem czegoś co się dobrze czyta. Nasycenie mocnych obrazów, które prezentuje autorka w połączeniu z jej lakonicznym stylem sprawia, że w pewnym momencie czytelnik staje się otępiały - nieczuły na opowiadaną historię. Beznadzieja i traumy przeszłości, które otaczają bohaterów sprawiają, że proza Muller jest gorzka... jednak ta gorzkość przemienia się w dziwaczność. "Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie" zdecydowanie nie jest prostą ani przyjemną lekturą. Przeczytałam i szybko zapomniałam opowieść w niej przedstawioną... pozostało jedynie uczucie dziwności i specyficznej pustki. Trudno ją ująć w typowe ramy, ale wychodzę z przeświadczenia, że chociaż jedną książkę Muller przeczytać trzeba... może niekoniecznie tą.

Za książkę serdecznie dziękuję księgarni megaksiazki.pl :) 

niedziela, 17 lutego 2019

(702) Marzycielki (recenzja przedpremierowa)

Tytuł: Marzycielki
Autor: Jessie Burton
Wydawnictwo Literackie
Stron 160 

Premiera: 
27.02.2019 

Opis wydawcy: 
"[…] Dla dwunastu córek króla Alberta śmierć królowej Laurelii oznacza nie tylko utratę matki. Decyzją ojca dziewczęta zostają objęte ścisłą ochroną. Odbiera się im ukochane lekcje, przedmioty, i – co najważniejsze – osobistą wolność.

Jednakże siostry, zwłaszcza najstarsza z nich, księżniczka Frida, nie zgadzają się na taki los. Jest coś, co nadal posiadają i czego ojciec nie może im odebrać: siła wyobraźni. Mogąc polegać wyłącznie na własnej pomysłowości, królewny podejmują walkę o życie na swoich warunkach. […]"


Moja opinia: 
Po niezapomnianej, niezwykle klimatycznej "Miniaturzystce", która zapadła mi w pamięć..., która bez wątpienia była dla mnie jedną z najważniejszych książek 2015 roku (i jest zresztą nadal) oraz  majstersztykiem niezwykle barwnie ukazującym siedemnastowieczny Amsterdam i stosunki międzyludzkie oraz  "Muzie", która także była wspaniała, jednak odrobinę gorsza od "Miniaturzystki" Jessie Burton powraca na polski rynek wydawniczy z baśnią. "Muza", która bardzo mi się podobała i, która została przeczytana ponad 1,5 roku później niż "Miniaturzystka" - mimo, że wtedy dzielnie ją goniła... dziś jest jedną z wielu książek. Zamglona w mej pamięci, pozostała w niej jedynie jako powieść przeczytana, a nie przeżyta - w przeciwieństwie do "Miniaturzystki". A jak będzie z "Marzycielkami", baśnią dla dziewczynek, w której tradycja została zanurzona w nowoczesności? Czy pozostanie w mojej pamięci? Rozstrzygnie to czas, jednak chwile spędzone przy jej lekturze były powrotem do świata baśni i dzieciństwa, a także zachętą do ponownego sięgnięcia po baśnie braci Grimm.

Niezaprzeczalnie: "Miniaturzystki" są baśniową, piękną, poruszającą wyobraźnię historią o siostrzanej miłości, odwadze i walce o niezależność, która została jednak utrzymana w dość spokojnym klimacie. Nie ma w niej damsko - męskiej miłości, księcia na białym koniu, "żyli długo i szczęśliwie", a jest za to spokojne wkraczanie w dorosłość, która została ukazana jako moment zerwania z beztroską, niczym nieskrępowaną zabawą. Brak księcia na białym koniu, który wybawia księżniczki z zamku sprawia, że nie jest to romantyczna i ckliwa opowieść, którą uczennice szkoły podstawowej (bo do takiej grupy wiekowej ta historia jest kierowana) będą czytały z wypiekami na twarzy. To raczej ukazująca prawdziwą przyjaźń i siostrzane więzi historia, która pokazuje, że nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli - tak jakbyśmy chcieli, jednak to... nie powinno nas zatrzymywać i nie powinno stanowić dla nas bariery, która sprawi, że zrezygnujemy z marzeń, swoich pragnień i oczekiwań co do życia. To jedynie przeszkody do przeskoczenia / ominięcia, a nie mury nie do rozbicia. 

Młodsi czytelnicy odbiorą tę historię jako uroczą, wciągającą, ciekawą historię, która zrywa ze schematami. Dla mnie "Marzycielki" stanowią jednak adaptację historii spisanej i opublikowanej już ponad 200 lat temu. Już po spojrzeniu na okładkę "Marzycielek" miałam pewne podejrzenia, w trakcie czytania byłam już pewna, a po lekturze historii Burton jeszcze się dodatkowo upewniłam w tym, że "Marzycielki" są po prostu adaptacją baśni braci Grimm "Stańcowane pantofelki". Podczas lektury opowieści Burton myślałam, że podobieństwo dotyczy ilości sióstr; faktu, że znalazły tajemne przejście i tańcowały, tym samym niszcząc swoje pantofelki oraz, że król obiecuje królestwo i rękę jednej z nich mężczyźnie, który odkryje ich tajemnicę. Tak było podczas lektury. Po lekturze sięgnęłam po "Stańcowane pantofelki" i przekonałam się, że podobieństw jest więcej: tak dalekich, że nawet świat przedstawiony w "Marzycielkach" - jego niektóre elementy są żywcem wzięte ze "Stańcowanych pantofelków", jak diamentowe i złote drzewa, usypianie mężczyzn, żeby nie odkryli ich tajemnicy, sposób potwierdzenia odkrycia dotyczącego ich nocnych wypraw itd. Dla mnie to już nie jest jedynie inspiracja, a właśnie adaptacja. Adaptacja, która coś od siebie dodaje, bowiem baśń zaczyna się od tego, że królewny są zamknięte, ale nie uzasadniają dlaczego do tego doszło. Jednak nawet uzasadnienie jest mało oryginalne, bowiem podobne pojawia się w filmowych adaptacjach baśni braci Grimm.  

To co najbardziej przeszkadza mi w "Stańcowanych pantofelkach" to fakt, że nigdzie w książce / na okładce nie jest powiedziane, że jest to adaptacji baśni braci Grimm. A jest nią bez wątpienia - może nowocześniejszą, bo każda z dwunastu sióstr zostaje dokładnie scharakteryzowana (jednak przez natłok w opowieści gdzieś to się odrobinę rozmywa), nie ma w niej królewiczów, zakończenie też jest inne (choć bardzo przewidywalne, bo odwołujące się do znanego motywu) a w powieści pojawiają się auta i aeroplany. To co przychodzi mi na myśl to stwierdzenie, że "Marzycielki" Jessie Burton to sfeminizowane "Stańcowane pantofelki", które postanawiają pozbyć się królewiczów, książąt, odciąć się od romantycznych tradycji adaptacyjnych, a każdą z sióstr uczynić indywidualną jednostką, która decyduje sama o sobie. Siostry są same odpowiedzialne za swój los. 

To oderwanie od miłosnych tradycji Burton się udało. Przedstawienie sióstr - podjęła próbę, jednak tak jak w przedstawieniu filmowym "Stańcowanych pantofelków" skupiła się na najstarszej z sióstr, która wiedzie w opowieści prym. Przypisanie każdej z sióstr innych zainteresowań bez wątpienia było dobrym zabiegiem, który sprawi, że młodym czytelniczkom będzie łatwiej utożsamić się z bohaterkami, a tym samym zaangażować w historię. Co jednak w wypadku gdy najsilniej poczują się związane z zainteresowaniami bohaterki, która de facto poza momentem przedstawiania nie pojawia się już później jednostkowo? 

Jak widzicie - z punktu widzenia dorosłego, w miarę oczytanego czytelnika mam do tej pozycji parę "ale". Patrząc na samą historię - gdybym przeczytała ją z 10 lat temu, w wieku tych 9 - 10 lat - na pewno by mnie zachwyciła... i zachwyci także wielu czytelników, kiedy tylko wpadnie w ich ręce. To ciekawa, wywołująca uśmiech na twarzy, a jednocześnie poruszająca historia, która została napisana pięknym językiem, z którego słynie Burton. To także pozycja wyróżniająca się ze względu na genialną narrację, dzięki której czujemy się jakbyśmy poznawali tę historię z ust przyjaciółki. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że została przepięknie zilustrowana! Idealna lektura dla dziewczynek

Moje wątpliwości budzi jedynie fakt, że nie mówi się o tym, że to adaptacja, a więc jedynie po trochu wyobraźnia autorki odpowiada za tę historię... Szkielet tej historii stworzyli bowiem bracia Grimm. Jest to dla mnie nieetyczne i odbiór tej historii zdecydowanie psuje. W zagranicznych opiniach pojawia się informacja, że to reinterpretacja baśni Grimm... także w opiniach zamieszczonych na stronie wydawcy. Brakuje jednak tej opinii na okładce książki (przynajmniej w wydaniu przedpremierowym), ale może wydawnictwo nadrobi to niedociągnięcie na wydaniu finalnym?