poniedziałek, 16 października 2017

(660) Ludzie na drzewach

Tytuł: Ludzie na drzewach
Autor: Hanya Yanagihara
Wydawnictwo W.A.B. 
Stron 576

Opis wydawcy:

Kiedy Norton Perina podejmuje studia medyczne na Harvardzie, nikt nie podejrzewa, że arogancki młodzieniec w przyszłości zatrzęsie posadami świata nauki. Tuż przed uzyskaniem dyplomu Perina dołącza do wyprawy naukowej w niezbadane rejony Pacyfiku. Jej celem jest poznanie tajemniczego plemienia Ivu’ivu żyjącego na jednej z mikronezyjskich wysp.
Podczas gdy członkowie ekspedycji pilnie obserwują życie codzienne tubylców, uwagę młodego lekarza skupiają ludzie wyrzuceni poza nawias społeczności plemiennej – fizycznie krzepcy sześćdziesięciolatkowie, których jednak cechuje daleko posunięta demencja. Ze strzępków ich wypowiedzi wynika, że każdy z nich ma ponad sto kilkadziesiąt lat. Czyżby ekspedycja była bliska odkrycia sekretu nieśmiertelności?  

Po powrocie z wyprawy życie Nortona Periny nigdy nie będzie już takie samo. Za swe przełomowe dla świata nauki badania otrzyma Nagrodę Nobla, zyska sławę i uznanie. Za ten sukces przyjdzie jednak słono zapłacić zarówno mieszkańcom wyspy, jak i samemu Perinie. Jego spektakularna kariera zakończy się wielkim skandalem.

Moja opinia: 

"Ludzie na drzewach" to debiutancka powieść autorki bestsellerowego "Małego życia", które wywołało nie małe zamieszanie w literackim świecie. To zarazem moje pierwsze, niezdeterminowane przez "Małe życie" spotkanie z jej twórczością. Niezwykle intrygujące, poruszające, emocjonalne, wciągające, hipnotyzujące i zachwycające spotkanie, podczas którego autorka zadaje nam odwieczne pytanie o to czy genialne umysły mają prawo do życia poza normami moralnymi? Na myśl przychodzi "Zbrodnia i kara" Fiodora Dostojewskiego, której bohater zabija przekonany o moralnym imperatywie, który posiada ze względu na swą inteligencję. To jednocześnie powieść, której napisanie zajęło autorce prawie 20 lat. I to w niej widać.... jej drobiazgowość, szczegółowość, poetyczność. Yanagihara stworzyła fascynującą lekturę, o której naprawdę trudno zapomnieć. 

Głównego bohatera poznajemy z jego własnych wspomnień spisywanych z perspektywy dojrzałego człowieka w podeszłym wieku. Z tym, że w tej opowieści towarzyszy czytelnikowi redaktor tych wspomnień, przyjaciel Periny. Ten zaskakujący i piękny zabieg zastosowany już na początku lektury sprawia, że staje się jeszcze bardziej niezapomniana... to wzbogaca tę historię od pierwszych do ostatnich (jakże zaskakujących) stron. W powieści Yanagihary tym samym pojawiają się wątki rodzinne, wspomnienia dzieciństwa, ale opisany zostaje także proces dojrzewania głównego bohatera, przemiany z krnąbrnego syna, w krnąbrnego studenta aż po genialnego naukowca, noblisty, ale także człowieka, którego dotykają bulwersujące oskarżenia. Obserwacja rozwoju psychicznego  jak i naukowego Nortona jest na tyle ciekawa, że "Ludzie na drzewach" nie były dla mnie lekturą nużącą choćby przez chwilę. 

Pasjonujące były także wątki antropologiczne, ukazanie zderzenia kultur, pogoni za nieśmiertelnością. "Ludzie na drzewach" stawiają przed czytelnikami wiele pytań natury etycznej, a przy tym uwodzą narracyjnie i estetycznie. Kojarzą mi się trochę z genialną "Euforią" Lily King, lecz fabularnie ją przebijają. Jest bardzo klimatycznie - autorka posługuje się niezwykle plastycznym językiem dla opisania mikromalezyjskiej wyspy, na której toczy się wyprawa. Mrok dżungli, nasycenie kolorów, różnice kulturowe i społeczne - wszystko wyraziste, zapadające w pamięć i nadające tej powieści klimat. Szaro w powieści Yanagihary nie robi się jednak nigdy - nawet gdy akcja przenosi się do Stanów Zjednoczonych - wszystko jest nasycone, a bohaterowie z krwi i kości. 

W tej niezwykle klimatycznej i nasyconej opowieści toczy się historia poszukiwania nieśmiertelności, pogoni koncernów farmaceutycznych za lekiem, który pomógłby zachować dłużej młodość, historia niszczenia autochtonicznych cywilizacji. Bogata warstwa etnograficzna, naukowa, ale także psychologiczna "Ludzi na drzewach" sprawiają, że czytelnik bardzo dużo z niej odbiera i wyciąga dla siebie samego. Norton Perina to bohater, który od początku budził we mnie mieszane uczucia, ale zawsze bardzo intensywne - od jakiejś irytacji, złości po żal i współczucie, ale tak naprawdę główny bohater pozostaje dla czytelników swego rodzaju zagadką do samego końca. On sam niekiedy próbuje usprawiedliwiać swoje postępowanie, niektórych czynów żałuje, jest szczery, ale w tym wszystkim... bardzo często bezkrytyczny względem swojego zachowania.

Książka Yanagihary jak już wspomniałam wcześniej powstawała prawie 20 lat... nie bez powodu. Jest inspirowana prawdziwą historią, oczywiście bulwersującą laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny z 1976 roku, Daniela Gajduska. Daniel Gajdusk tak jak główny bohater powieści (o czym dowiadujemy się już na początku) został skazany za pedofilię. Sam Gajdusk przyznał, że uprawiał seks z około 300 chłopcami, wielu z nich adoptował. Najbardziej bulwersujący nie jest wcale fakt samej pedofilii, ale reakcja środowiska naukowego i lekarskiego na świecie. Do sądu przychodziły setki listów, a ich autorzy pisali między innymi o tym, że pedofilia jest czymś naturalnym i uzasadnionym kulturalnie dla tych papajskich chłopców... oraz, że dokonania Gajduska są tak wybitne i ważne dla naukowego świata i jego rozwoju, że nie powinno go się karać za jego słabości. Wszystko to co złego zrobił zostaje zneutralizowane przez jego naukowe dokonania. Chyba nie muszę tego komentować?

Hanya Yanagihara pokazuje w swojej debiutanckiej powieści niezwykle wysoki literacki poziom. Napisała książkę, która zachwyca, jest fascynująca, pasjonująca i niesamowicie dobra. To wielowątkowy, wielopłaszczyznowy utwór, który pomimo swojej objętości nie nuży ani przez chwilę. Jest cały czas bardzo intrygujący, poruszający, momentami odrzucający lub nawet oburzający przez zachowanie głównego bohatera, ale z drugiej strony Norton Perina jest bohaterem na tyle zapadającym w pamięć, że osobiście nie miałabym nic przeciwko temu, żeby poznać jego losy, jego literacką wizję jeszcze bardziej pogłębioną, szczegółową, dotykającą może jeszcze bardziej aspektu ojcostwa, relacji z adoptowanymi dziećmi. "Ludzie na drzewach" to piękna, przenikliwa, niezwykle wartościowa pozycja. Zdecydowanie jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam w tym roku.

Moja ocena: 10/10

niedziela, 15 października 2017

(659) Najlepszy powód, by żyć

Tytuł: Najlepszy powód, by żyć
Autor: Augusta Docher
Wydawnictwo Znak
Stron 400

Opis wydawcy:

Wszystko trwało ułamek sekundy. Błysk ognia i nagle jestem w ognistej kuli. Dociera do mnie, że się palę. Jestem żywą ludzką pochodnią.

Dominika budzi się po kilku dniach. 
Wie, że to był wypadek, a ukochany ojciec wcale nie chciał jej zabić. 
Teraz, kiedy on jest w więzieniu, ona leży w szpitalu i walczy o życie.
Chociaż właściwie, to inni walczą za nią, ponieważ ona się już poddała. 
Ale to, co miało być końcem, okazuje się być początkiem… 

Przewrotny los stawia na jej drodze ambitnego młodego lekarza, który dostrzega w niej coś więcej niż tylko pacjentkę. Gdy on będzie leczył jej ciało, jego brat Marcel, czarna owca szanowanej rodziny, spróbuje uleczyć jej duszę.
Tylko czy to jest w ogóle możliwe? Czy pęknięte serce potrafi jeszcze kochać?
I czy ktoś, kto ma tyle powodów, by się zabić, odnajdzie ten jeden, by żyć?

Moja opinia: 
Zacznijmy od tego, że Augusta Docher to literacki pseudonim polskiej pisarki. O czym ja przed lekturą nie wiedziałam, ale wielu mądrych mogłoby się odezwać, że mogłam to wywnioskować z imion głównych bohaterów - kiedy je poznałam, faktycznie fakt ten wywnioskowałam. Augusta Docher, a tak naprawdę Beata Majewska stworzyła polską powieść w nurcie tak popularnym teraz new adult. Historia mnie zaintrygowała, wykończona po ciężkim tygodniu postanowiłam sięgnąć po coś lekkiego, niezobowiązującego, choć po literaturę młodzieżową nie sięgałam już od lat. Powieść Docher w moje czytelnicze gusta się nie wpasowała - może z moimi osiemnastoma latami na karku, a przede wszystkim patrząc na literaturę, którą czytam w większości przypadków jest na nią za stara? Potrafią dojrzeć co może się w niej podobać innym czytelniczkom, dla mnie były to jednak trzy... nie do końca dobrze spędzone literacko godziny. 

Historia opowiedziana przez Docher toczy się w dwóch perspektywach czasowych: "Przedtem" i "Teraz". W "Przedtem" zostały opisane wydarzenia związane bardzo blisko z wypadkiem Dominikiem, jej walka o zdrowie, skomplikowane relacje z matką. "Teraz", czyli teraźniejszość rozgrywa się ponad dwa lata po wypadku. Czytelnik poznaje dojrzalszą niż jej rówieśnicy bohaterkę, która wiele przeszła, zniosła wiele bólu i strat. Dziewczynę z dobrego, bogatego domu, okaleczoną w wypadku, bardzo kruchą, niepewną, wycofaną społecznie dziewczynę, na którą wszyscy dziwnie patrzą, bo nosi specjalny kombinezon, mieszka sama w wielkim domu, jej ojciec jest w więzieniu, a matka nie wiadomo gdzie. 

Dominika jest postacią, która bardzo boli się zbliżenia, a jednocześnie bardzo go pragnie. Została opuszczona przez chłopaka, najbliższych przyjaciół, musiała zrezygnować z edukacji w szkole. To ambitna bohaterka, której losy wzruszają czytelnika, a jednak jej dojrzałość dla mnie wydawała się czasami niedostateczna. Na scenę wkracza Marcel, 21- latek, który rzucił studia, skupia się na piciu i zabawie, ale i jego historia jest boleśniejsza i bardziej skomplikowana niż myśli o niej z początku czytelnik. Jest dosyć obcesowym chłopakiem, który potrafi powiedzieć, że nie lubi tłustych dziewczyn (w jego ujęciu to dziewczyna, która nosi 42 rozmiar), a jednak zakochuje się w Dominice... i jej wszystkie obrażenia (jak np. brak brodawki na piersi, duża ilość blizn, prawie przezroczysta, bo naciągnięta skóra) przestają mieć dla niego znaczenia, choć rzeczywiście - początkowo robią na nim wielkie wrażenie, co próbuje ukryć przed samą Dominiką, ale co zostaje jasne dla czytelniczki, która ich historię, poznaje zarówno z perspektywy Dominiki jak i Marcela. 

"Najlepszy powód, by żyć" to romantyczna historia o radzeniu sobie z innością, pokonywaniu własnych psychicznych barier. Powieść pełna czułości i problemów, które jednak są dosyć ekstremalne i wyrastają poza katalog "typowych problemów związanych z egzystencją młodego / starego człowieka". Mi osobiście coś w tej powieści nie gra... historia Dominiki i Marcela nie wywoływała u mnie wielkiego wzruszenia ani innych emocji. Czytałam, poznawałam, ale rozstałam się z tą historią bez żalu, choć przyznaję: zakończenie jest bardzo intrygujące. Na tle wielu świetnych pozycji, które przeczytałam w ostatnim czasie powieść Docher wypada przeciętnie, żeby nie powiedzieć, że słabo. Książka autorstwa Docher jest nierówna fabularnie - ciekawy pomysł na fabułę nie do końca dobrze został wykorzystany, niektóre dialogi były słabe, banalne, irytujące... bohaterowie też byli jacyś nierówni, momentami sztuczni - nie zakochałam się w nich.  Ich los mnie nie przejął, nie doprowadził do łez. Pozostawił mnie obojętną. Jednak... autorce należą się brawa za ukazanie kłopotliwych relacji damsko - męskich w obliczu niedoskonałości jednej ze stron, ukazania; że wygląd, kiedy poznamy bratnią duszę nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Żałuję jedynie, że autorka nie zrobiła tego w trochę lepszym stylu. 

Moja ocena: 6/10 Dobra

środa, 4 października 2017

(658) Mroczne zakamarki

Tytuł: Mroczne zakamarki
Autor: Kara Thomas
Wydawnictwo Akurat
Stron 412

Opis wydawcy:
W Fayette, prowincjonalnym miasteczku w Pensylwanii, na każdym kroku czają się ponure tajemnice. Tessa, która wyjechała stąd w dzieciństwie, cały czas starała się nie myśleć o tym, co wydarzyło się tamtej letniej nocy. Tak mroczne przeżycia mogą zostawić w pamięci niezatarty ślad, jeśli tylko im się na to pozwoli.
Callie, jej przyjaciółka, została w Fayette. Przeprowadziła się do innego domu, więc nie musi codziennie patrzeć na te same ściany, ale Callie zawsze była tą silniejszą. Dlatego potrafi stawiać czoła demonom i ma nadzieję, że pewnego dnia znikną na dobre, jeśli będzie ostro imprezowała.
Jako dziewczynka Tessa nigdy nie rozmawiała ze swoją przyjaciółką o tym, co wtedy widziały. Nie przed procesem, w którym obie zeznawały. Ani tym bardziej potem. Po procesie Callie zamknęła się w sobie, a Tessa wyjechała, co tylko sprawiło, że przyjaciółki całkowicie straciły ze sobą kontakt.
Ale od wyjazdu Tessę nurtują pytania. Pewne rzeczy nieustannie budziły jej podejrzenia. A teraz musi wrócić do Fayette – tam, gdzie Wyatt Stokes czeka w celi śmierci na proces apelacyjny, gdzie przed laty zginęła Lori Cawley, kuzynka jej przyjaciółki, i gdzie ukrywa się ktoś, kto może znać prawdę.

Moja opinia: 
Okładka powieści Kary Thomas zachęca do lektury i przywodzi na myśl mroczne kryminały/thrillery/horrory... w rezultacie zaś czytelnik otrzymuje powieść obyczajową z rozbudowanym wątkiem kryminalnym, ale za to jakim! Nie mam wątpliwości co do tego, że "Mroczne zakamarki" to idealna powieść dla osób, które nie zaczytują się na co dzień w kryminałach /thrillerach/horrorach. Zaczytujące mogłyby oczywiście stwierdzić, że powieść Thomas jest mało mroczna, ale chyba nawet oni nie odmówią przyznania, że jest niezwykle zawikłana i zaskakująca. Autorka zaczyna dosyć niepozornie przywodząc na myśl wydaną niedawno powieść "Miasteczko kłamców", ale kończy z wielkim przytupem, wbijając czytelnika w miejsce na którym obecnie siedzi i pozostając ze swoją powieścią długo w jego pamięci. Oczywiście nie jest to genialna, wybitna proza, ale jeśli szukamy od literatury rozrywki w dobrym stylu, powieści, która porwie nas na kilka godzin i nie pozwoli się od siebie oderwać to "Mroczne zakamarki" są do tego idealną pozycją. 

Morderstwo sprzed laty i spotkanie przyjaciółek sprzed laty. Niewyjaśnione tajemnice, nocne strachy i kolejna zbrodnia do której dochodzi po powrocie bohaterki. Ten początek - niejednokrotnie już w literaturze się pojawiający może odstręczać czytelników. Fabuła początkowo jak z żywca wzięta z powieści Megan Mirandy "Miasteczko kłamców". Przeprowadziłam jednak małe prywatne "śledztwo" i odkryłam, że oryginalnie, to właśnie "Mroczne zakamarki" pierwsze miały swoją premierę - jedynie dwa miesiące wcześniej, ale zawsze. Więc nie zwracam na to uwagi, bo przecież tak naprawdę "Miasteczka kłamców" mogłam nigdy nie przeczytać, a tym samym nie dopatrzyć się podobieństw. Analizuję wrażenia z lektury powieści Thomas w oderwaniu od innych literackich doświadczeń i dochodzę do wniosku, że otrzymałam więcej niż się spodziewałam. 

Po latach intensywnego czytania stałam się raczej spokojnym czytelnikiem, który nie zarywa dla książek nocy, nie rozkopuje koca w irytacji, nie dostaje wypieków ani nie rzuca książką, kiedy coś dzieje się nie po jego myśli. Książka Kary Thomas to we mnie zmieniła, sprawiła, że ekscytowałam się lekturą tego typu powieści jak już to od dawna nie miało miejsca. W "Mrocznych zakamarkach" autorka z początku zapoznaje nas z kolejnymi skrawkami i elementami życia bohaterki, które złożyła się na jej dzisiejszą osobowość (swoją drogą taką, która niekoniecznie wzbudza wielką sympatię czytelnika, a może raczej kilka gramów współczucia), ale choć w niektórych zagranicznych opiniach możemy przeczytać, że mamy do czynienia z thrillerem psychologicznych - radziłabym odchodzić zarówno od nazywania tej powieści thrillerem jak i powieścią psychologiczną. Pomimo tego, że zadatki na takową ma. Docieramy do wydarzeń sprzed 10 lat, do życia dwóch 8-9 latek, które zostają zmanipulowane przez dorosłych, śledczych, aby doprowadzić do skazania człowieka. Dorastają, dojrzewają, ale nie wyrastają ze świadomości, że to ich zeznania sprawiły, że człowiek został skazany na śmierć. Pomijając już nawet aspekt winny czy niewinny - zachowania śledczych z tamtego okresu budzą w czytelniku i obawy. Winny zawsze się znajdzie? Dajcie mi winnego, a dowody się znajdą? 

Autorka zdecydowała się na przedstawienie dwóch zupełnie różnych dziewczyn, które wychowywały się w różnych domach, w różnych środowiskach i których życie potoczyło się różnie, choć zdeterminowała je te same wydarzenia. Po latach spotykają się na tej samej płaszczyźnie i uczestniczą w tych samych wydarzeniach, które ponownie ich ze sobą łączą. Może nie czynią ich przyjaciółkami, ale przynajmniej sojuszniczkami... I nagle "Mroczne zakamarki" nabierają naprawdę szybkiego tempa, a jedna tajemnica goni drugą. Akcja staje się coraz bardziej zawikłana, rodzinne tajemnice przeplatają się z wydarzeniami dotyczącymi morderstw, krąg podejrzanych się poszerza, a kiedy wydaje się, że doszliśmy już do rozwiązania zagadki... następuje nagły zwrot - okazuje się, że to był dopiero początek, a tak naprawdę zmierzaliśmy ku zupełnie innej prawdzie.

"Mroczne zakamarki" Kary Thomas to rewelacyjna powieść na jeden z jesiennych wieczorów. Wciąga, zaskakuje, a pod koniec... niejednemu czapka zleci z głowy. Jest niebanalnie, jest ciekawie, jest emocjonująco, niezbyt mroczno, ale tempo akcji wzrasta i sprawia, że książka naprawdę zapiera dech w piersiach, a czytelnik staje się niespokojny. Częściowym zaskoczeniem było dla mnie z pewnością to, że główna bohaterka znajduje się gdzieś na granicy między byciem nastolatką (a takich bohaterek na chwilę obecną w literaturze unikam) a dorosłą młodą kobietą. To wszystko sprawia, że "Mroczne zakamarki" ujmą szczególnie nie dość, że czytelniczki, które nie czytają dużo thrillerów to także te, które szukają w powieści przyjaźni, rodzinnych tajemnic, ale w obliczu młodej, jeszcze nie do końca doświadczonej, choć zdecydowanie niegłupiej bohaterki. Co więcej! Jej przenikliwość była momentami naprawdę zaskakująca i to co mi się bardzo podobało... to, że między bohaterkami występowała dobra interakcja dzięki czemu nie dochodziło do czegoś takiego, że jedna drugiej zapomniała o czymś powiedzieć na skutek czego wpadały w tarapaty. Literacki debiut Kary Thomas czyta się naprawdę dobrze, autorka posługuje się dobrym językiem, potrafi stopniować napięcie, stworzyła niebanalną historię, która trzyma w napięciu jeszcze długo po skończeniu lektury... W dodatku to idealna pozycja dla czytelniczek, które nie chcą nawet słyszeć o wątku miłosnym.

Moja ocena: 8+/10

poniedziałek, 2 października 2017

(657) Sztuka oddechu

Tytuł: Sztuka oddechu
Autor: Danny Penman
Wydawnictwo Znak
Stron: 128
Opis wydawcy:

ZAPANUJ NAD ODDECHEM, A ZAPANUJESZ NAD SWOIM ŻYCIEM
Oddychasz 22 000 razy dziennie. Ilu oddechów jesteś świadomy?
Zaczynamy i kończymy nasze życie oddechem. To oddech odzwierciedla nasze emocje, sprawia, że czujemy się silni i mamy kontrolę nad naszym ciałem. 
Danny Penman, światowej sławy trener uważności, pokazuje, że tak naturalna czynność życiowa jak oddychanie to cenny skarb, który może poprawić jakość życia, jeśli tylko będziemy ją wykonywać bardziej świadomie.


Moja opinia: 
"Sztuka oddechu" to kolejna z książek pokazujących jak funkcjonować, jak żyć... aby osiągnąć chociażby względny spokój i szczęście ze swojej egzystencji. Danny Penman poleca skupić się na świadomym oddychaniu, a tym samym treningu uważności, czyli mindfullness. Mindfullness to trening polegający na skupianiu się na chwili obecnej - bez cofania się w przeszłość i wybiegania w przyszłość. To wszystko ma prowadzić ku odstresowaniu się, przejęciu kontroli nad swoim życiem. Są różne metody i sposoby medytacji - powtarzanie jak mantry wybranych słów, liczenie czy też skupienie na oddechu, które proponuje nam autor w tej ślicznie wydanej pozycji. 

Danny Penman oprócz tego, że jest pisarzem, dziennikarzem, światowym trenerem uważności... jest przede wszystkim człowiekiem, którego oddychanie uratowało. Uległ wypadkowi podczas lotu paralotnią. Połamany czekał na ratunek... jedno wiedział na pewno - jeśli zamknie oczy... ryzyko, że już ich nie otworzy jest ogromne. Był sam. Sam na sam ze swoim bólem i oddechem. Postanowił skupić się na tym drugim. Osiągnął stan spokojnego wyciszenia, głębokiej uważności, mindfullness - to go uratowało.  Sztuka oddychania jemu ocaliła życie, wielu osobom pomogła poradzić sobie z bólem, pokonać depresję. Oddech to coś nierozwiązalnie związanego z naszym życiem, z nami samymi, od dnia narodzin aż do dnia śmierci. To naturalna terapia? 

Treść książek tego typu zazwyczaj w mojej głowie po lekturze się zaciera. Lubię je czytać, lubię robić postanowienia wniesienia myśli w nich zawartych do swojego życia, wykorzystania porad, osiągnięcia stanu mindfullness. "Sztuka oddechu" nie jest pierwszą książką tego typu z jaką mam do czynienia, ale chyba pierwszą tak konkretną. Autor skupia się na przedstawieniu kilku sposobów medytacji, która przy regularnym wykonywaniu rzeczywiście może przynieść efekty. Mam wrażenie, że odwoływanie się do oddechu w sytuacjach stresowych to coś normalnego... wyrównywanie oddechu, jego liczenie, skupienie się na nim - na jego głębokości i czasie. Penman te medytacje jednak pogłębia. Samo czytanie o nich niejednokrotnie przyprawiało mnie o dreszcz i rozluźnienie. "Sztuka oddechu" nie zrewolucjonizowała mojego życia, ale jest z pewnością najładniej wydaną, najciekawszą i najkonkretniejszą książką dotyczącą mindfullness dla laików z jaką dotychczas się spotkałam. Zachwyci fascynatów tematu, a dla takich ignorantów jak ja... pozostanie niekrzywdzącą pozycją. 

Moja ocena: brak.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...